Archiwum dla lipiec, 2008

31
lip
08

Polacy, Niemcy i zjazd gnieźnieński

Niemieccy rycerze przekraczali bród na Odrze długim szeregiem. Piechota, w głównej mierze oddziały Wieletów oraz kontyngent doskonałych włóczników z Marchii wciąż czekała na swoją kolej. Wszystko przebiegało jak należy. Rycerstwo szybko i sprawnie rozpędziło hałastrę Mieszka, która śmiała stawić opór mężnym oddziałom Hodona. Awanturnicy von Walbecka jak jastrzębie spadli na drużynników polańskiego księcia, ponoć elitę nad elitami. A teraz elita zwiewała w kierunku pobliskiej warowni. Hrabia Hodon zaśmiał się ponuro. Jak trzeba będzie to puści z dymem tę cholerną ruderę. Ech jak by to było przywlec Mieszka na powrozie z powrotem na Łużyce!

Tymczasem zbrojni von Walbecka, w większości bitni i okrutni wojowie, lecz niezdyscyplinowani, gnali piaszczystą drogą ciągnącą się u podnóża zalesionego wzniesienia aż do Cedyni. Za nimi jechało rycerstwo Hodona. A piechota? Została daleko z tyłu.

Zdradzieccy Polanie! Nagle chmura strzał zasypała konnicę niemiecką. Jeźdźcy spadali z wierzchowców, pełnokrwiste rumaki konały naszpikowane strzałami. Łucznicy Mieszka, a raczej jak się potem okazało jego brata Czcibora, szyli strzałami, tchórzliwie kryjąc się pośród drzew. Za to tarczownicy z przeraźliwym wyciem rzucili się w dół zbocza i wpadli z impetem, potęgując chaos w szeregach wojsk Hodona. Sam Hodon zaklął szpetnie i dobył miecza. Polanie rozbili wąską, lecz długą kolumnę Niemców. Poszatkowali ją, a teraz z lubością masakrowali ciężkozbrojnych. Do hrabiego dopadł von Walbeck. Koń pod nim padł, jeden z ciosów strącił mu szłom z głowy, jasne włosy zlepiała krew:

- Panie, nasi.. ! Tam, panie, piechota!!!! - bełkotał zbielałymi ustami.

A tymczasem drużyna Mieszka zawróciła i uderzyła na Niemców, biorąc ich w kleszcze. To co wyglądało na klęskę, zamieniało się w katastrofę. Ledwie osiemnastoletni Willamar von Merseburg cudem uniknął śmierci podczas ostrzału. Kilka strzał utkwiło w jego doskonałej kolczudze lub odbiło się od wielkiej tarczy. Pobłogosławił dzień, w którym przyjął pancerz z rąk swego ojca, grafa merseburskiego, Lothara zwanego Surowym. Teraz zastanawiał się na ile przydomek starego przełoży się na potraktowanie syna po powrocie z tej wyprawy. Odbił szerokim mieczem kolejny cios włócznią i szybko wyprowadził kontratak. Kolejny tarczownik legł w piasek z rozrąbanym łbem. Intuicja bardziej niż zmysły kazały mu się uchylić. Świst przecinanego powietrza w miejscu, gdzie przed chwilą była jego głowa, przypomniał mu od tym, że na plecach ani tym bardziej w rzyci oczu nie ma. A właśnie od tamtej strony zaatakowała konnica Mieszka! Jeden z jego zdrajców po raz kolejny próbował swoim mieczem wywlec flaki z brzucha Willamara. Był w podobnym wieku, co młody Niemiec, a teraz w nienajgorszej niemczyźnie ciskał gromy na głowę rycerza:

- Psiajucho, zachciało ci się wypraw, złota, a może i naszych dziewek, bo wasze, jak wiadomo, tłuste i szpetne?

Widać należał do tych nielicznych, w miarę ułożonych wojów Mieszka. Może nawet umiał swoje imię zapisać?

- Polańska świnio, w plecy bijesz?

- W dupę nie w plecy szwabski knurze, bo u was gębę od rzyci trudno odróżnić!

Wymianie obelg towarzyszyła wymiana ciosów. Willamar był zmęczony, Polanin wypoczęty. Jeden z ciosów przełamał gardę rycerza i dosięgnął twarzy. Nagły ból, błysk, a potem ciemność.

W środku drużynnik polski, z lewej spieszony (hehe) rycerz niemiecki,
z prawej czeski piechur. Sojusznicy psia ich mać!

***

Willamar potarł w zamyśleniu krwawą bliznę na brodzie. Potarł na brodzie, choć równie dobrze mógł ją trzeć od czoła po obojczyk. Pamiątka sprzed kilku lat miała purpurową barwę i raczej nie dodawała zwalistemu jak niedźwiedź niemieckiemu rycerzowi urody. Willamar próbował zapuszczać brodę, by choć trochę przykryć ślad po polańskim mieczu, ale na czole przecież włosów nie wyhoduje:

- Czekać! – warknął do swoich podkomendnych, w większości tzw. ubogich rycerzy z pogranicznych grodów Marchii odzianych w miedziane kolczugi.

Noc była już głęboka, chmury przysłoniły gwiazdy. Było parno i duszno, jak przystało na czerwiec. Minął ledwie dzień lub dwa od przesilenia. Ci cholerni poganie pewnie znów tańczyli nago wokół ognisk, parzyli się w ich świetle i puszczali wianki z kwiatów na wodzie. Cholera wie, co bardziej przerażało tęgiego rębajłę z zachodu, parzenie się przy ognisku, czy wicie wianków z kwiatów przez facetów.

Do rycerza, dowodzącego przednią strażą wojsk samego cesarza niemieckiego Ottona II, podjechał łącznik:

- Zaczynać!

Willamar nawet nie spojrzał na posłańca, tylko po wilczemu wyszczerzył zęby do swoich zabijaków:

- Brać bród łotry! Tak by te psy nie zdążyły zareagować!

Wyprawa cesarza niemieckiego Anno Domini 979 weszła w fazę decydującą. Otton II wyjaśni Mieszkowi, dlaczego poparcie Henryka II Kłótnika z Bawarii było błędem, a Willamar pomści zniewagi spod Cedyni.

Wpadli jak burza w wody Odry, przekroczyli błyskawicznie rzekę i zaatakowali obóz oddziału osłonowego. Willamar w galopie ściął jednego z wartowników i zaryczał:

- Wybić wszystkich! Nie darować!

Jeśli zajmą bród, to armia cesarska przekroczy rzekę nim główne siły Polaków przygotują się do obrony. Willamar dostrzegł niewielki oddział drużynników Mieszka dosiadających konie i w pośpiechu opuszczających obóz. Spiął konia i pognał w ich stronę:

- Brać ich! Brać nim… – Wtedy rozpoznał jednego z rycerzy. To ten bydlak, który zdradziecko ranił go kilka lat wcześniej! Polski rycerz dostrzegł go w ostatniej chwili i dobył miecza. Willamar wyszczerzył się triumfalnie i chwycił mocniej dębowe drzewce włóczni. Polak rzucił do swoich:

- Jedźcie, zatrzymam go!

Jeden z podkomendnych zawahał się:

- Ale Jaksa, nie zdzierżysz im!

Dokładnie Jaksa, nie zdzierżysz! Willamar z impetem wjechał pomiędzy polskich drużynników i pchnął włócznią Jaksę. Ten cudem uniknął ciosu, odchyliwszy się w siodle. Mieczem odtrącił grot włóczni:

- Zdradą chcecie wygrać?!

- Od was się uczymy! – Willamar raz jeszcze pchnął, ale i tego ciosu polski rycerz uniknął.

- Czego? Bo chyba nie wojować! – Miecz Jaksy odbił się od tarczy Niemca.

- Willamar von Merseburg nie potrzebuje nauki od byle chłystka! – włócznia o włos minęła bok Polaka.

- Ale Jaksa ze Zgierza chętnie jej udzieli!

Ale to Willamara włócznia w tej samej chwili znalazła lukę w obronie Jaksy. Grot wbił się głęboko w bok Polaka. Jaksa wypuścił miecz i runął zakrwawiony z konia. Willamar przez chwilę upajał się swoim zwycięstwem, a potem splunął na trupa. Nagle nad pobojowiskiem poniósł się dźwięk rogu. Dawał Niemcom znak do odwrotu. Willamar z niedowierzaniem popatrzył na niemiecki brzeg Odry. Główne siły nie zdecydowały się przekroczyć rzeki!

W środku niemiecki rycerz, po lewej piechur z Werony, po prawej lotaryński woj.
Piesi niestety z nieco późniejszej epoki (XI/XII w.)

***

Seneszal księcia Mieszka gniewnym ruchem ręki odprawił posłańca, a potem napełnił róg najprzedniejszym goplańskim miodem i wychylił go jednym haustem, a potem czynności powtórzył. Przyzwyczaił się, że jeśli księciu się przekazuje złe wieści, to najlepiej po pijaku. Książę miłościwy, lecz nerwowy, zdarza mu się w pysk prasnąć. Nachlanego mniej boli. Potem z trudem podniósł się ze stolca, podtrzymując wielkie brzuszysko i poczłapał do komnaty księcia.

- Miłościwy książę?

- Czegóż Spytko? – Mieszko jowialnie się uśmiechnął. – A pódźże bliżej, co tak jak kuśka świtem będziesz stał po próżnicy? Są wieści z pogranicza?

A jakże były, Spytko przeklął w duchu. Szykowana od roku wspólna wyprawa retorsyjna cesarskiej Saksonii i księcia Polan na Wieletów być może wzięła w łeb, a spisane potajemnie umowy nazwane w przypływie dobrego humoru władcy Polski paktem Otton-Mieszko nadawały się do tego samego co wiecheć słomy – podtarcia dupska.

- No są panie. – Spytko westchnął zrezygnowany i podlazł do księcia. – No więc Sasi rzekli, że nie jadą.

- Coooo?! – Mieszko zerwał się na równe nogi. Odtrącony zydel z hukiem zatrzymał się na ścianie. – A co te kpy wymyśliły?!

Spytko poczochrał się w łeb, myśląc, jak przekazać nowiny swemu panu. Zdecydował się zrobić to w miarę delikatnie:

- Miłościwy książę pamięta Willamara z Merseburga?

- A juści, co mam nie pamiętać jednego z ich wodzów. Dzielny rycerz, wielki jak dąb, doskonały w rzemiośle wojennym. Co z nim? Sprzeciwia się wspólnej wyprawie?!

Spytko wił się jak piskorz, ale wreszcie wydukał:

- Nie bardzo może, dogorywa…

- Chory? – Mieszko zapytał zaskoczony.

- Eeeee nie, nasz Jaksa rozszczepił mu hełm toporem, łeb pękł, krew poszła, aż mozgi…

- Co, kurwa żesz mać!!!!??? – Gdyby Mieszko miał kronikarza, to być może dzięki temu dziś mielibyśmy dowód, że współczesne wulgaryzmy w tym samym znaczeniu używane były aż tysiąc lat temu. Spytka nie bardzo to obchodziło pewnie, bowiem próbował się pozbierać po ciosie Mieszka. W duchu przyznał, ze wypił za mało miodu. – A co temu durniowi do łba przyszło?!!!

- No bo oni się od Cedyni znają i nie bardzo lubią. – Żałośnie tłumaczył Spytko. – Ale ja tam panie pojadę, znajdziemy ten… no… consensus.

- I Jaksę mi ściąć. Nie! Przywieźć mi go, sam go zetnę!!!

- Jaksa też dogorywa. Nachylił się nad udającym nieżywego Willamarem, a ten go zdradziecko pchnął nożem.

Mieszko pokręcił głową ze złością:

- A to niemiecka swołocz!

Już na marginesie mogę wspomnieć, ze chyba Spytko wykazał się, skoro my dziś wiemy, że AD 985 doszło do wspólnej polsko-niemieckiej wyprawy na Wieletów. Ale przyjaźni tam się nie doszukujmy.

***

Anno Domini 990. Kończyła się druga wojna polsko-czeska. Kończyła się definitywnie. Książę czeski Bolesław, drugi tego imienia, pokątnie zwany Pobożnym, bo modlić to się umiał, ale wojować nie bardzo, w pośpiechu opuścił stolicę, a wojowie Mieszka wsparci przez kontyngent cesarski parokrotnie wybili już Czechom z głowy pomysł a jakimkolwiek zorganizowanym oporze. Komes Jaksa ze Zgierza przechadzał się po obozowisku. Tu wyzywał ciurę, tam ustawił do pionu jakiegoś drużynnika, a potem oblazł wysunięte wokół obozu warty. U niego nie było miejsca dla nierobów. Nie na darmo był jednym z ulubionych dowódców księcia, który wybaczył mu już porywcze zachowanie sprzed kilku lat. Co prawda miał już na karku prawie cztery krzyżyki i emocje lepiej trzymał na wodzy, mimo to wolał nie zbliżać się do obozu sojuszników. Zastanawiał się, co porabiał teraz jego „przyjaciel” i zarazem dowódca niemieckiego rycerstwa – hrabia Willamar von Merseburg. Pewnie siedzi tłuścioch jeden na zydlu, chleje piwsko i myśli o rabowaniu. Albo szwenda się po obozie, sprawdzając straże. Albo…

Jaksa z niedowierzaniem przetarł oczy. Przed nim stał sam Willamar z dwoma przybocznymi:

- Jaksa… Sam Jaksa… Obóz swój sprawdzasz? Brzuch ci nie przeszkadza? Co, piwska za dużo? Pilnuj tej swojej psiarni…

Jaksa rozejrzał się wokół. Nieopatrznie wyszedł poza warty i akurat pech chciał, ze napatoczył się na Willamara:

- Psiarni powiadasz? A ty po psy przyszedłeś, bo się twoim rycerzom mali chłopcy skończyli? – zarechotał w twarz Niemcowi.

- Verfluchte polnische schweine! – Willamar w biegu dobył miecza i runął na Jaksę.

***

Bolesław Chrobry osobiście doglądał przygotować do zjazdu. Gród gnieźnieński był przystrojony jak nigdy dotąd. Wysprzątano obejścia chat, zamieciono dziedziniec kasztelu, powieszono kwiaty, więźniów z lochy przeniesiono do pobliskiego Poznania, co by jękami i wrzaskami nie niepokoili cesarza Ottona III, który słynął nie tylko z młodego wieku, ale dość delikatnego usposobienia. Obok Bolesława kroczył potężny woj. W pysznej duńskiej kolczudze, toporem za pasem i wielkim wikińskim mieczyskiem w pochwie. Książę polski przystanął, a jego ochroniarz zaraz obok. Przez bramę kasztelu wjeżdżał właśnie kolejny wóz z dobrami przygotowanymi na mającą się już wkrótce odbyć ucztę. Pogodny poranek marcowy dobrze nastrajał księcia. Przez chwilę podziwiał wnoszone srebra do kasztelu, a potem rzucił do swego towarzysza:

- Srebrne i złote kubki, czary, miski… Prawdziwy skarb… Wszystko pójdzie dla Ottona, ale ma mi to wyglądać na spontaniczny gest! Eeeech, ja mu daję majątek a on co mi? Wywiad donosi, że podróbę włóczni św. Maurycego. Szwabskie skąpstwo.

Olbrzym skinął głową i założył ręce na piersi. Bolesław, niższy bodaj o dwie głowy spojrzał na niego z wyższością:

- Aha, Jaksa…

- Tak panie?

- Nie mam lepszego woja od ciebie, prawda? – zawiesił głos.

- Nie masz panie. – Pewność biła ze słów Jaksy ze Zgierza.

- Dlatego ty dowodzisz moją osobistą ochroną. Wybrałeś sobie ludzi, wyszkoliłeś ich. Ba, machnąłem ręką na twoje kumanie się z Jomsborczykami i nająłem też ich, na twoją osobistą prośbę. Wiele jestem w stanie ci wybaczyć, ale zetnę cię, jeśli komuś z Niemców coś zrobisz.

Jaksa spojrzał z wielkim wyrzutem na księcia Bolesława:

- Ależ panie…

- A co?! Owieczka z ciebie?! AD 990, pocięliście się z Willamarem z Merseburga, i to pod sam koniec wojny z Czechami, mało drugiej nie zaczynając. Wybaczyłem ci. Rok potem znów poszliśmy z Niemcami na Wieletów, a ty znów się pociąłeś i znów z Willamarem. Nie wybaczyłem ci, ale przeszło mi nim się wylizałeś z ran. Willamar trafił na rok do ciemnicy wtedy, więc widzisz jak miłosierny jestem! Ale żeby to był koniec. 5 lat temu co było?!!

Jaksa spojrzał pod nogi i wybąkał:

- No wyprawa na Obodrytów. Wspólna. Z cesarskimi…

- Taaaaaa, i podczas bitwy z Obodrytami, komu wraziłeś włócznię w rzyć?

Jaksa wzruszył ramionami:

- Willamarowi… Ale wtedy ja dostałem rok ciemnicy, a on nie, choć mi oddał toporzyskiem!

Chrobry spurpurowiał:

- Ty nie nadużywaj mojej cierpliwości Jaksa! Ty lepiej trzymaj nerwy na wodzy, jak tu Niemcy będą!

Jaksa wyprostował się i przemówił z pewnością w głosie:

- Ale ja do Niemców nic nie mam, znaczy niewiele. Ja tylko wobec Willamara z Merseburga.

Bolesław Chrobry westchnął:

- A ty myślisz, że kto jest szefem ochrony Ottona?

*****

No i cóż to jest? Wstęp do nowego scenariusza. Call of Cthulhu: Dark Ages w konwencji pulpowej nieco (co po dialogach mam nadzieję, że widać:)). czyli jak Polak i Niemiec poszli zaciukać Przedwiecznego, starając się przy tym samemu nie zaciukać, a to wszystko podczas zjazdu gnieźnieńskiego.

09
lip
08

Heineken Open’er 2008 – mini after report

Paryż wart był mszy, pierwszy Open’er w życiu relacji na blogu. Takiej mini, lecz bogato okraszonej zdjęciami. Ze względu na restrykcje wprowadzone przez organizatorów na samym festiwalu pojawiłem się z maleńkim gówienkiem – czyli aparatem kompaktowym. Był zakaz (przynajmniej oficjalny, jak się potem okazało) wnoszenia na teren festiwalowy lustrzanek. Szkoda, że tym kompakcikiem wiele zdjęć najzwyczajniej schrzaniłem. Wieczorem nijak nie dawało się sensownie fotografować, dlatego z niektórych koncertów zdjęć nie ma.

Ale zacznijmy od początku:

Namiot stoi (dwójka kompaktowa, w sam raz by wygodnie zmieścił się w niej jeden człowiek normalnych gabarytów :) ). Godzina wczesna, nasz stan fizyczny… z grubsza dobry. Z pewnością jesteśmy pełni animuszu i werwy, a humory dopisują wybitnie, za co dziękować należy Heinekenowi i żołądkowej :) . Plan więc szybko powstał: NAD MORZE!

Wejście na plażę w Babich Dołach. Hmmm po cholerę tę fotę trzasnąłem? Pewnie Toi-toie mi się spodobały :) .

Plaża ozdobiona przeuroczą ruiną czegoś o nazwie TKACZ. Cholera wie, czym to było, po co nadal stoi, ale widok interesujący. Stawiam na dawne laboratorium badań nad torpedami, nazwane TKACZ dla niepoznaki.

Na plaży, jak to na plaży. Niebywale gorąco. Beczułka Heinekena akurat się skończyła. Gdyby nie Desperados wyschnęlibyśmy na wiór. Tak czy inaczej plażowanie i wpatrywanie się tępo w morski horyzont to wspaniały sposób na przygotowanie do ciągu dalszego, czyli…

… Day 01. Przybywamy około osiemnastej na teren festiwalowy. Po przejściu przez bramki z ochroniarzami (ci mili, ciekawscy panowie zaglądający do plecaków i klepiący nas po pupach, mrrrrr :) ) dochodzimy do pierwszej i najważniejszej sceny – Main Stage. Muchy już koncertują.

You burn like a bouncing cigarette on the road. All sparks will burn out in the end…

Editors – dla mnie jeden z absolutnych faworytów festiwalu. Wspaniała muza gitarowa, charyzmatyczny lider o mocnym głosie, świetne teksty. Absolutne mistrzostwo świata. Piosenki takie jak “All Sparks” to uczta dla uszu i duszy.

Zmierzch zapadł nad Gdynią, a my udaliśmy się na spoczynek. Znaczy plan był inny, ot tylko zajrzeć do znajomych przy namiocie, ale skończyło się na tym, ze padliśmy jak pies Pluto. Podróż za długa, odżywek za wiele, zmęczenie dopadło na jak Godzilla Manhattan :) . Nie zobaczyłem Roisin Murphy, pech.

Day 02. Nad wszystkim czuwa helikopter TVN24 – kurde, będziemy w TV. Trza butelki pochować.

W drodze na pole festiwalowe, tym razem dużo wcześniej. Przynajmniej kilka zespołów chcemy tego dnia zobaczyć.

Ludzi jeszcze niewielu, oczywiście jak na warunki openerowe. Uwaleni na trawce oczekujemy w spokoju duszy i ciała na mające się rozpocząć granie. Wreszcie ruszamy zady, by rzucić okiem, co się dzieje na innych scenach.

W Tent Stage gra m.in. Rotofobia. Nie powiem, ciekawa muza, mocne riffy gitarowe, choć wokal niezbyt mi pasuje. Swoja drogą jakiś czas potem w tym samym namiocie można było podziwiać Cocorosie. Siostrzyczki dały wspaniały popis. Namiot wypchany po brzegi, brezent napięty jak skóra na baranich jajach.

Jeden z obszarów kluczowych dla powodzenia festiwalu. Od horyzontu po horyzont ciągnęły się toi-toie :) .

Światła już w nas nie ma. Zgasło kiedyś tam. Nie rzucamy się już w oczy, to jest miejska partyzantka…

I powrót pod główną scenę. Coolki zaczynają koncert. Jest ostro, rockowo, ściana dźwięku jak się patrzy. Ostrowski w manierze ni to cynicznej, ni charyzmatycznej. Dość szybko nawiązuje dialog z publicznością, ale mimo wszystko czegoś mi tu brakuje. Chyba jednak ich wolę na studyjnych płytach. No ale megafonik miał śliczny i fajnie przez niego darł się. Przydałby mi się taki w robocie :) .

Gitarzysta Coolek na zbliżeniu w telebimie. twarz niczym James Dean. Prawdziwy buntownik – obowiązkowo z olewatorskim wyrazem twarzy. Za te miny zespół miał już u mnie plusa na wstępie. Pięknie trzymali się w poetyce buntu i olewactwa współczesnego świata :) .

Oh we’re so pretty. Oh so pretty we’re vacant…

To, na co czekaliśmy, miało się wydarzyć w Tent Stage. Odpowiednio wcześniej zajęliśmy pozycje blisko sceny. A potem przyszli ludzie. więcej ludzi. Chyba cała pieprzona ludność Trójmiasta, okolic plus goście z Anglii i innych dziwnych krajów. Najpierw zaczęło być ciasno, potem ciaśniej, a potem człowiek czuł się jak w prasie hydraulicznej. Ktoś, kto wpierniczył legendę punkrocka do namiotu miał danego dnia spadek biorytmu intelektualnego, albo dostał czymś w głowę, albo z natury jest głupim debilem. Wreszcie zespół wyszedł do wtóru przepięknej brytyjskiej pieśni. Rotten rzucił kilka słów do publiki i zaczął śpiewać. A tłum najzwyczajniej oszalał. Przy tym poziomie zatłoczenia aż dziwne, ze nikogo nie zdeptano. Tutaj organizacja zawiodła na całej linii. Odpowiedzialnym kazałbym się wcisnąć do pudełka po pizzy i tam zacząć podskakiwać do wtóru muzy Sex Pistols. nie wytrzymaliśmy długo w namiocie. Paradoksalnie, by lepiej odebrać muzykę, należało stać na zewnątrz. Paranoja. A sam koncert świetny. Mniej buntowniczy, bardziej ironiczny. tak jakby Rotten z ferajną doskonale wiedział, że jego czas przeminął i zasadniczo powinien siedzieć na wygodnym fotelu, pierdzieć i liczyć kasę. Co niewątpliwie pewnie robi w chwilach wolnych od jeżdżenia po heinekenach :) .

Wejście Sex Pistols na scenę.

Po Pistolsach udaliśmy się grzecznie na spoczynek,. zwłaszcza że Badu i Jay Z to zdecydowanie nie nasze klimaty.

Day 03. Jak zwykle zaczęliśmy od obchodu terenu. Przy limuzynie humvee hostessy Axe cieszyły się, jak to mawiano w kabarecie Ani Mru Mru, największą popularnością :) . Nic dziwnego. Panie podchodziły do przedstawicieli płci brzydkiej, opadały, unosiły ofierze koszulkę i nanosiły dezodorant na ciało. Chren z dezodorantem (gówno wartym), czy nanoszeniem, ale zbrodniarki warte były poświęcenia :) .

Tego dnia nad terenem festiwalowym nie było śmigłowca TVNu, ale motolotnia (cholera wie, z czyjego namaszczenia). Dopiero z bliska można było dostrzec, iż…

… załogantów jest dwu, z czego jeden filmuje cały teren z lotu ptaka. Eeeeech ile to pomysłów przychodzi… a gdyby tak koleś miał miniguna? :)

Wykończeni po dwu dniach przejść, zdecydowaliśmy się, podobnie jak wielu z uczestników, na model emerytalny podziwiania wykonawców. Pod dupę kocyk, piwko obok i pełen relaks.

Jeśli masz w tym frajdę aby rzeczy gmatwać, to mi teraz za tę moją krzywdę zapłać! Bóg zapłać!…

Choć wyjątkiem było Lao Che. Po prostu musiałem się znaleźć pod sceną. Chłopaki zaczęli od kawałków z płyty “Gospel”, ale nie mogło zabraknąć “Powstania”. Nie było niestety “Przebicia do Śródmieścia”, ale “Barykada” i “Stare Miasto” to był majstersztyk, zwłaszcza, że LC po raz pierwszy wystąpili z sekcją dętą.

Słychać krok, miarowy krok, szkopy w bok, to grupy szturmowe idą ławą…

Za poziom charyzmy, dialog z publiką, sam wokal oraz ilość emocji wlanych w muzykę Spięty wraz z ekipą zasługują na worek medali.

Jednoosobowa kapela Bajzel. Facet robi cuda z gitarą, łącząc ją z elektroniką, loopami i innym tałatajstwem. Gatunek? Po prostu bajzel. rock, trochę z industrialu, ale i punka, a może poezji i śpiewanej. Najlepiej samemu posłuchać.

A potem przyszedł czas na Goldfrapp. Ja wyżej wspomniałem, rozwaliliśmy się na trawce i spoglądaliśmy to na odległą scenę (taaaa, te małe ludziki to Alison i jej ekipa) to na telebim. Alison jak zwykle piękna, ponętna, i tym razem w kusej sukience. Głos nieziemski, magiczny, faktycznie można było odpłynąć.

Switch me on, turn me up, I want to touch you

Pole przed mian stage było coraz bardziej nabite, a była to dopiero przygrywka przed Massive Attack i Chemical Brothers. Masywnych obejrzeliśmy w całości (niesamowite widowisko wizualne, nastrój pełen tajemniczości, zimny, mroczny), a potem udaliśmy się na jedyny koncert na World Stage, który mieliśmy zobaczyć.

Cielsko lodowate stoi popod lasem. Łypie wokól okiem krwawo zezowatym. Nie zobaczy kochanek, biegnie jak koń rączy. Tego kto pieszczotami dzisiaj go uraczy…

Żywiołak! czyli co się dzieje, gdy chłop z dawnego Open Folk organizuje nowy zespół, łącząc klimaty słowiańskie z rockiem i oryginalnym instrumentarium. Muzyka to jedno, ale sami członkowie zespołu. Wulkan sceniczny, obie wokalistki i lider wchodzili miejscami w klimaty parateatralne. Godzina była późna, ale ludzie dali się porwać magii tej pseudosłowiańskości. Za muzykę, teksty, zachowanie na scenie – celujący z plusem.

Po Żywiołaku zdecydowaliśmy się wrócić na pole namiotowe. Była 2.00, a jak się okazało op piątej mieliśmy pociąg. W try miga złożyliśmy namiot i wykończeni powlekliśmy się na dworzec.

Oczywiście o alkoholu na festiwalu nie mogło być mowy. Nawet nie tknęliśmy palcem piwa :D

I na koniec – heinekenowa brygada. Czyli to myśmy tam byli! :)




O mnie

Na co dzień belfer (yuck!), wykładowca (mniejsze yuck) no i erpegowiec. Miłośnik kultury popularnej we wszelkim wydaniu, domorosły badacz nowych mediów oraz zjawisk kulturowych z nimi związanych. Tutaj uwidzisz głównie moje rolplejowe wcielenie. Enjoy. GG 1823828

 

lipiec 2008
P W Ś C P S N
« maj   paź »
 123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
28293031  

Archiwa

Kategorie

free counters