
Niemieccy rycerze przekraczali bród na Odrze długim szeregiem. Piechota, w głównej mierze oddziały Wieletów oraz kontyngent doskonałych włóczników z Marchii wciąż czekała na swoją kolej. Wszystko przebiegało jak należy. Rycerstwo szybko i sprawnie rozpędziło hałastrę Mieszka, która śmiała stawić opór mężnym oddziałom Hodona. Awanturnicy von Walbecka jak jastrzębie spadli na drużynników polańskiego księcia, ponoć elitę nad elitami. A teraz elita zwiewała w kierunku pobliskiej warowni. Hrabia Hodon zaśmiał się ponuro. Jak trzeba będzie to puści z dymem tę cholerną ruderę. Ech jak by to było przywlec Mieszka na powrozie z powrotem na Łużyce!
Tymczasem zbrojni von Walbecka, w większości bitni i okrutni wojowie, lecz niezdyscyplinowani, gnali piaszczystą drogą ciągnącą się u podnóża zalesionego wzniesienia aż do Cedyni. Za nimi jechało rycerstwo Hodona. A piechota? Została daleko z tyłu.
Zdradzieccy Polanie! Nagle chmura strzał zasypała konnicę niemiecką. Jeźdźcy spadali z wierzchowców, pełnokrwiste rumaki konały naszpikowane strzałami. Łucznicy Mieszka, a raczej jak się potem okazało jego brata Czcibora, szyli strzałami, tchórzliwie kryjąc się pośród drzew. Za to tarczownicy z przeraźliwym wyciem rzucili się w dół zbocza i wpadli z impetem, potęgując chaos w szeregach wojsk Hodona. Sam Hodon zaklął szpetnie i dobył miecza. Polanie rozbili wąską, lecz długą kolumnę Niemców. Poszatkowali ją, a teraz z lubością masakrowali ciężkozbrojnych. Do hrabiego dopadł von Walbeck. Koń pod nim padł, jeden z ciosów strącił mu szłom z głowy, jasne włosy zlepiała krew:
- Panie, nasi.. ! Tam, panie, piechota!!!! - bełkotał zbielałymi ustami.
A tymczasem drużyna Mieszka zawróciła i uderzyła na Niemców, biorąc ich w kleszcze. To co wyglądało na klęskę, zamieniało się w katastrofę. Ledwie osiemnastoletni Willamar von Merseburg cudem uniknął śmierci podczas ostrzału. Kilka strzał utkwiło w jego doskonałej kolczudze lub odbiło się od wielkiej tarczy. Pobłogosławił dzień, w którym przyjął pancerz z rąk swego ojca, grafa merseburskiego, Lothara zwanego Surowym. Teraz zastanawiał się na ile przydomek starego przełoży się na potraktowanie syna po powrocie z tej wyprawy. Odbił szerokim mieczem kolejny cios włócznią i szybko wyprowadził kontratak. Kolejny tarczownik legł w piasek z rozrąbanym łbem. Intuicja bardziej niż zmysły kazały mu się uchylić. Świst przecinanego powietrza w miejscu, gdzie przed chwilą była jego głowa, przypomniał mu od tym, że na plecach ani tym bardziej w rzyci oczu nie ma. A właśnie od tamtej strony zaatakowała konnica Mieszka! Jeden z jego zdrajców po raz kolejny próbował swoim mieczem wywlec flaki z brzucha Willamara. Był w podobnym wieku, co młody Niemiec, a teraz w nienajgorszej niemczyźnie ciskał gromy na głowę rycerza:
- Psiajucho, zachciało ci się wypraw, złota, a może i naszych dziewek, bo wasze, jak wiadomo, tłuste i szpetne?
Widać należał do tych nielicznych, w miarę ułożonych wojów Mieszka. Może nawet umiał swoje imię zapisać?
- Polańska świnio, w plecy bijesz?
- W dupę nie w plecy szwabski knurze, bo u was gębę od rzyci trudno odróżnić!
Wymianie obelg towarzyszyła wymiana ciosów. Willamar był zmęczony, Polanin wypoczęty. Jeden z ciosów przełamał gardę rycerza i dosięgnął twarzy. Nagły ból, błysk, a potem ciemność.

W środku drużynnik polski, z lewej spieszony (hehe) rycerz niemiecki, z prawej czeski piechur. Sojusznicy psia ich mać!
***
Willamar potarł w zamyśleniu krwawą bliznę na brodzie. Potarł na brodzie, choć równie dobrze mógł ją trzeć od czoła po obojczyk. Pamiątka sprzed kilku lat miała purpurową barwę i raczej nie dodawała zwalistemu jak niedźwiedź niemieckiemu rycerzowi urody. Willamar próbował zapuszczać brodę, by choć trochę przykryć ślad po polańskim mieczu, ale na czole przecież włosów nie wyhoduje:
- Czekać! – warknął do swoich podkomendnych, w większości tzw. ubogich rycerzy z pogranicznych grodów Marchii odzianych w miedziane kolczugi.
Noc była już głęboka, chmury przysłoniły gwiazdy. Było parno i duszno, jak przystało na czerwiec. Minął ledwie dzień lub dwa od przesilenia. Ci cholerni poganie pewnie znów tańczyli nago wokół ognisk, parzyli się w ich świetle i puszczali wianki z kwiatów na wodzie. Cholera wie, co bardziej przerażało tęgiego rębajłę z zachodu, parzenie się przy ognisku, czy wicie wianków z kwiatów przez facetów.
Do rycerza, dowodzącego przednią strażą wojsk samego cesarza niemieckiego Ottona II, podjechał łącznik:
- Zaczynać!
Willamar nawet nie spojrzał na posłańca, tylko po wilczemu wyszczerzył zęby do swoich zabijaków:
- Brać bród łotry! Tak by te psy nie zdążyły zareagować!
Wyprawa cesarza niemieckiego Anno Domini 979 weszła w fazę decydującą. Otton II wyjaśni Mieszkowi, dlaczego poparcie Henryka II Kłótnika z Bawarii było błędem, a Willamar pomści zniewagi spod Cedyni.
Wpadli jak burza w wody Odry, przekroczyli błyskawicznie rzekę i zaatakowali obóz oddziału osłonowego. Willamar w galopie ściął jednego z wartowników i zaryczał:
- Wybić wszystkich! Nie darować!
Jeśli zajmą bród, to armia cesarska przekroczy rzekę nim główne siły Polaków przygotują się do obrony. Willamar dostrzegł niewielki oddział drużynników Mieszka dosiadających konie i w pośpiechu opuszczających obóz. Spiął konia i pognał w ich stronę:
- Brać ich! Brać nim… – Wtedy rozpoznał jednego z rycerzy. To ten bydlak, który zdradziecko ranił go kilka lat wcześniej! Polski rycerz dostrzegł go w ostatniej chwili i dobył miecza. Willamar wyszczerzył się triumfalnie i chwycił mocniej dębowe drzewce włóczni. Polak rzucił do swoich:
- Jedźcie, zatrzymam go!
Jeden z podkomendnych zawahał się:
- Ale Jaksa, nie zdzierżysz im!
Dokładnie Jaksa, nie zdzierżysz! Willamar z impetem wjechał pomiędzy polskich drużynników i pchnął włócznią Jaksę. Ten cudem uniknął ciosu, odchyliwszy się w siodle. Mieczem odtrącił grot włóczni:
- Zdradą chcecie wygrać?!
- Od was się uczymy! – Willamar raz jeszcze pchnął, ale i tego ciosu polski rycerz uniknął.
- Czego? Bo chyba nie wojować! – Miecz Jaksy odbił się od tarczy Niemca.
- Willamar von Merseburg nie potrzebuje nauki od byle chłystka! – włócznia o włos minęła bok Polaka.
- Ale Jaksa ze Zgierza chętnie jej udzieli!
Ale to Willamara włócznia w tej samej chwili znalazła lukę w obronie Jaksy. Grot wbił się głęboko w bok Polaka. Jaksa wypuścił miecz i runął zakrwawiony z konia. Willamar przez chwilę upajał się swoim zwycięstwem, a potem splunął na trupa. Nagle nad pobojowiskiem poniósł się dźwięk rogu. Dawał Niemcom znak do odwrotu. Willamar z niedowierzaniem popatrzył na niemiecki brzeg Odry. Główne siły nie zdecydowały się przekroczyć rzeki!

W środku niemiecki rycerz, po lewej piechur z Werony, po prawej lotaryński woj. Piesi niestety z nieco późniejszej epoki (XI/XII w.)
***
Seneszal księcia Mieszka gniewnym ruchem ręki odprawił posłańca, a potem napełnił róg najprzedniejszym goplańskim miodem i wychylił go jednym haustem, a potem czynności powtórzył. Przyzwyczaił się, że jeśli księciu się przekazuje złe wieści, to najlepiej po pijaku. Książę miłościwy, lecz nerwowy, zdarza mu się w pysk prasnąć. Nachlanego mniej boli. Potem z trudem podniósł się ze stolca, podtrzymując wielkie brzuszysko i poczłapał do komnaty księcia.
- Miłościwy książę?
- Czegóż Spytko? – Mieszko jowialnie się uśmiechnął. – A pódźże bliżej, co tak jak kuśka świtem będziesz stał po próżnicy? Są wieści z pogranicza?
A jakże były, Spytko przeklął w duchu. Szykowana od roku wspólna wyprawa retorsyjna cesarskiej Saksonii i księcia Polan na Wieletów być może wzięła w łeb, a spisane potajemnie umowy nazwane w przypływie dobrego humoru władcy Polski paktem Otton-Mieszko nadawały się do tego samego co wiecheć słomy – podtarcia dupska.
- No są panie. – Spytko westchnął zrezygnowany i podlazł do księcia. – No więc Sasi rzekli, że nie jadą.
- Coooo?! – Mieszko zerwał się na równe nogi. Odtrącony zydel z hukiem zatrzymał się na ścianie. – A co te kpy wymyśliły?!
Spytko poczochrał się w łeb, myśląc, jak przekazać nowiny swemu panu. Zdecydował się zrobić to w miarę delikatnie:
- Miłościwy książę pamięta Willamara z Merseburga?
- A juści, co mam nie pamiętać jednego z ich wodzów. Dzielny rycerz, wielki jak dąb, doskonały w rzemiośle wojennym. Co z nim? Sprzeciwia się wspólnej wyprawie?!
Spytko wił się jak piskorz, ale wreszcie wydukał:
- Nie bardzo może, dogorywa…
- Chory? – Mieszko zapytał zaskoczony.
- Eeeee nie, nasz Jaksa rozszczepił mu hełm toporem, łeb pękł, krew poszła, aż mozgi…
- Co, kurwa żesz mać!!!!??? – Gdyby Mieszko miał kronikarza, to być może dzięki temu dziś mielibyśmy dowód, że współczesne wulgaryzmy w tym samym znaczeniu używane były aż tysiąc lat temu. Spytka nie bardzo to obchodziło pewnie, bowiem próbował się pozbierać po ciosie Mieszka. W duchu przyznał, ze wypił za mało miodu. – A co temu durniowi do łba przyszło?!!!
- No bo oni się od Cedyni znają i nie bardzo lubią. – Żałośnie tłumaczył Spytko. – Ale ja tam panie pojadę, znajdziemy ten… no… consensus.
- I Jaksę mi ściąć. Nie! Przywieźć mi go, sam go zetnę!!!
- Jaksa też dogorywa. Nachylił się nad udającym nieżywego Willamarem, a ten go zdradziecko pchnął nożem.
Mieszko pokręcił głową ze złością:
- A to niemiecka swołocz!
Już na marginesie mogę wspomnieć, ze chyba Spytko wykazał się, skoro my dziś wiemy, że AD 985 doszło do wspólnej polsko-niemieckiej wyprawy na Wieletów. Ale przyjaźni tam się nie doszukujmy.
***
Anno Domini 990. Kończyła się druga wojna polsko-czeska. Kończyła się definitywnie. Książę czeski Bolesław, drugi tego imienia, pokątnie zwany Pobożnym, bo modlić to się umiał, ale wojować nie bardzo, w pośpiechu opuścił stolicę, a wojowie Mieszka wsparci przez kontyngent cesarski parokrotnie wybili już Czechom z głowy pomysł a jakimkolwiek zorganizowanym oporze. Komes Jaksa ze Zgierza przechadzał się po obozowisku. Tu wyzywał ciurę, tam ustawił do pionu jakiegoś drużynnika, a potem oblazł wysunięte wokół obozu warty. U niego nie było miejsca dla nierobów. Nie na darmo był jednym z ulubionych dowódców księcia, który wybaczył mu już porywcze zachowanie sprzed kilku lat. Co prawda miał już na karku prawie cztery krzyżyki i emocje lepiej trzymał na wodzy, mimo to wolał nie zbliżać się do obozu sojuszników. Zastanawiał się, co porabiał teraz jego „przyjaciel” i zarazem dowódca niemieckiego rycerstwa – hrabia Willamar von Merseburg. Pewnie siedzi tłuścioch jeden na zydlu, chleje piwsko i myśli o rabowaniu. Albo szwenda się po obozie, sprawdzając straże. Albo…
Jaksa z niedowierzaniem przetarł oczy. Przed nim stał sam Willamar z dwoma przybocznymi:
- Jaksa… Sam Jaksa… Obóz swój sprawdzasz? Brzuch ci nie przeszkadza? Co, piwska za dużo? Pilnuj tej swojej psiarni…
Jaksa rozejrzał się wokół. Nieopatrznie wyszedł poza warty i akurat pech chciał, ze napatoczył się na Willamara:
- Psiarni powiadasz? A ty po psy przyszedłeś, bo się twoim rycerzom mali chłopcy skończyli? – zarechotał w twarz Niemcowi.
- Verfluchte polnische schweine! – Willamar w biegu dobył miecza i runął na Jaksę.
***

Bolesław Chrobry osobiście doglądał przygotować do zjazdu. Gród gnieźnieński był przystrojony jak nigdy dotąd. Wysprzątano obejścia chat, zamieciono dziedziniec kasztelu, powieszono kwiaty, więźniów z lochy przeniesiono do pobliskiego Poznania, co by jękami i wrzaskami nie niepokoili cesarza Ottona III, który słynął nie tylko z młodego wieku, ale dość delikatnego usposobienia. Obok Bolesława kroczył potężny woj. W pysznej duńskiej kolczudze, toporem za pasem i wielkim wikińskim mieczyskiem w pochwie. Książę polski przystanął, a jego ochroniarz zaraz obok. Przez bramę kasztelu wjeżdżał właśnie kolejny wóz z dobrami przygotowanymi na mającą się już wkrótce odbyć ucztę. Pogodny poranek marcowy dobrze nastrajał księcia. Przez chwilę podziwiał wnoszone srebra do kasztelu, a potem rzucił do swego towarzysza:
- Srebrne i złote kubki, czary, miski… Prawdziwy skarb… Wszystko pójdzie dla Ottona, ale ma mi to wyglądać na spontaniczny gest! Eeeech, ja mu daję majątek a on co mi? Wywiad donosi, że podróbę włóczni św. Maurycego. Szwabskie skąpstwo.
Olbrzym skinął głową i założył ręce na piersi. Bolesław, niższy bodaj o dwie głowy spojrzał na niego z wyższością:
- Aha, Jaksa…
- Tak panie?
- Nie mam lepszego woja od ciebie, prawda? – zawiesił głos.
- Nie masz panie. – Pewność biła ze słów Jaksy ze Zgierza.
- Dlatego ty dowodzisz moją osobistą ochroną. Wybrałeś sobie ludzi, wyszkoliłeś ich. Ba, machnąłem ręką na twoje kumanie się z Jomsborczykami i nająłem też ich, na twoją osobistą prośbę. Wiele jestem w stanie ci wybaczyć, ale zetnę cię, jeśli komuś z Niemców coś zrobisz.
Jaksa spojrzał z wielkim wyrzutem na księcia Bolesława:
- Ależ panie…
- A co?! Owieczka z ciebie?! AD 990, pocięliście się z Willamarem z Merseburga, i to pod sam koniec wojny z Czechami, mało drugiej nie zaczynając. Wybaczyłem ci. Rok potem znów poszliśmy z Niemcami na Wieletów, a ty znów się pociąłeś i znów z Willamarem. Nie wybaczyłem ci, ale przeszło mi nim się wylizałeś z ran. Willamar trafił na rok do ciemnicy wtedy, więc widzisz jak miłosierny jestem! Ale żeby to był koniec. 5 lat temu co było?!!
Jaksa spojrzał pod nogi i wybąkał:
- No wyprawa na Obodrytów. Wspólna. Z cesarskimi…
- Taaaaaa, i podczas bitwy z Obodrytami, komu wraziłeś włócznię w rzyć?
Jaksa wzruszył ramionami:
- Willamarowi… Ale wtedy ja dostałem rok ciemnicy, a on nie, choć mi oddał toporzyskiem!
Chrobry spurpurowiał:
- Ty nie nadużywaj mojej cierpliwości Jaksa! Ty lepiej trzymaj nerwy na wodzy, jak tu Niemcy będą!
Jaksa wyprostował się i przemówił z pewnością w głosie:
- Ale ja do Niemców nic nie mam, znaczy niewiele. Ja tylko wobec Willamara z Merseburga.
Bolesław Chrobry westchnął:
- A ty myślisz, że kto jest szefem ochrony Ottona?
*****
No i cóż to jest? Wstęp do nowego scenariusza. Call of Cthulhu: Dark Ages w konwencji pulpowej nieco (co po dialogach mam nadzieję, że widać:)). czyli jak Polak i Niemiec poszli zaciukać Przedwiecznego, starając się przy tym samemu nie zaciukać, a to wszystko podczas zjazdu gnieźnieńskiego.




Witamy w krainie, w której Fryco ginie!!!!
:):):):) WIELKIE POZDRO!!!!!
Gdzie leżą Niemcy ?
Pod Cedynią !
Na czym opiera się niemiecka myśl filozoficzna? Na Kancie i Niczem.
Hehehehe, rozpętałeś już kampanię PRowską? Czarny PR? Czyżbyś wolał grac Jaksą?:)
Pozdr
Świetne opowiadanie panie doktorze:p. Czy to jest preludium do sesji na LI czy na żywca?:)
Zdecydowanie na żywca
Myślę, że na koniec sierpnia, początek września będzie gotowe.
Pozdr
Uuu, szkoda… A już myślałam, że będę sobie musiała zrobić miejsce w grafiku na jeszcze jedną sesję
Sesja faktycznie się zapowiada świetnie. Powodzenia
Ale i tak coś miałeś na LI kombinować ?
No , no a nie myślałeś aby Call of Cthulhu: Dark Ages poprowadzić na LI?
Ta epoka kojarzy mi się dziwnie z trylogią “Dagome iudex ” Nienackiego.
Pozdr Adr
Na LI coś zacznę, ale dopiero, kiedy będę pewien, że to dobry pomysł.
Co do ZC Dark Ages – na razie nie mam takich planów, by wprowadzać je na LI.
Dagome Iudex- kumpel obiecuje mi książkę od roku
. Na Allegro próbowałem kupić, ale ceny zestawów były horrendalne,
Pozdr
Nienacki jest znany głównie z serii młodzieżowej o Panu Samochodziku. Ale jego twórczość dla dorosłych choć mało znana jest troszkę kontrowersyjna. Był nawet oskarżany o propagowanie pornografii. Posłużę się cytatem:
“Ogon męski bywa jak kita u lisa. Jeśli jest w lesie kilka dziur, to przecież nikt nie wie, w której dziurze lisi ogon zniknie.” – “Raz W Roku W Skiroławkach” s. 144
PS. Mam “Dagome Iudex” w wersji elektronicznej jeśli chcesz to Ci wyślę.
Pozdrawiam Adr
Skiroławki znam, jak i Wielki Las. Nienacki to niezły świntuch był:), z całym szacunkiem dla człowieka, bo mam podobne poczucie humoru, co on miał (z klimatami okołoerotycznymi ;P)
Na dwa miesiące przed jego śmiercią odwiedziły go moje koleżanki, ponoć niesamowity człek, ale jako rzekłem wyżej świntuch
. jeden z jego żartów:
“Lubię kobiety damy nie harcerki. Harcerki są brudne i spocone, a damy… no wiecie, temu damy, innemu nie damy”
Za Skiroławki ponoć nie za bardzo go lubili w miejscowości, gdzie mieszkał, gdyż parę autentyków tam przemycił. Ale info nieoficjalne, podaję z drugiej ręki za koleżankami
.
Pozdr
Ps. Dagome wyślij, nie lubię na kompie książek czytać, ale jak nie będzie wyjścia…
Ps2. Miesiąc temu przypomniałem sobie Pana Samochodzika w wersji filmowej. Zarówno templariuszy jak i Wyspę Złoczyńców. Uczta dla oczu.