Archiwum autora dla smartfox

09
lis
09

Sylvania – preludium przed sesją odc. 7

“Roku pamiętnego dwa tysiące pięćset osiemnastego, licząc od narodzin Sigmara Młotodzierżcy, vorgeheima dnia bodaj dwudziestego wtórego smok wielki wyłonił się z czeluści pod Waldenhof i pożogę okrutną na starówce wzniecił. Choć smocza ekskursja trwała jeno ze dwa pacierze sigmariańskie (lub jak kto woli dwa tuziny ulrykańskich), to przecież trzy domy spłonęły, a dwa inne pazurami smoczymi na drzazgi poszarpane zostały. Dech smoczy zadusił lub spalił z sześć osób, zaś ranił kilka tuzinów. Przestraszonych niemal na śmierć nikt nie liczył. Szczęśliwie sługi miłosiernie nam panującej Wielce Miłościwej i Wielmożnej Baronowej Sophie von Walden smoka ubiły lub przepędziły na powrót w lochy podmiejskie”.

Taki zapis może odnaleźć pierwszy lepszy student historii w „Kronikach Sylvańskich”, które pozostają jedną z nieobowiązkowych lektur bodaj na pierwszym roku studiów. Dzieło to, uważane przez większość autorytetów za zbiór legend preimperialnych, apokryfów sigmaryckich czy wreszcie zwykłych konfabulacji braci frederykan z klasztoru waldenhofskiego, wbrew pozorom zawiera wiele ważnych ustępów, które może nie wprost, lecz jednak znacząco sugerują, jak potoczyły się losy uczestników Wyprawy Sylvańskiej.

Kolejne daty następujące po kronikarskim zapisie dotyczącym smoka są niezwykle chaotyczne, enigmatyczne i mało zrozumiałe. Mowa jest o wielkiej, sądowej rozprawie, której o dziwo nie przewodziła baronowa, a prawdopodobnie lektor sigmariański, bowiem przywołuje się postać „wielkiego kapłana”. Pojawia się jednozdaniowa wzmianka o spaleniu Sigisoary i wymordowaniu jej mieszkańców. Gdzieś przewijają się kolejne wieści, anegdoty czy ponure przypowieści, w których nieodmiennie zjawiają się czarne upiory, na równie czarnych koniach. W tym całym galimatiasie nie brakuje nekromancji czy potężnego fenomenu magicznego, którego świadkami ponoć mieli być wszyscy mieszkańcy stolicy Sylvanii.

I wspomina się również o bohaterach naszej historii. Pozostają oni co prawda bezimienni, jakby komuś (mnichom-kopistom od frederykan?) zależało na ukryciu ich tożsamości. Mimo tego autor „Kronik” niestarannie, kilkoma wyrazami zarysował sylwetki „intruzów”  czy też „wagabundów”, którzy stali za większością wydarzeń, które wstrząsnęły Waldenhof. Mowa jest zwinnej, wojowniczej dziewce, zadufanym magiku od siedmiu boleści czy ponurym, młodym wojaku jeszcze  bardziej aroganckim niźli magik. Wreszcie kronikarz wspomina o elfie i jego zielonym, goblinopodobnym potomku.

Szczególnie ostatnia wzmianka zakrawa na absurd, jednakże pamiętajmy, iż stan nauki w początkach XXVI wieku nie był zbyt znaczący. Rządy Heinricha X dopiero miały rozpocząć w Imperium epokę tzw. Złotego Wieku, która zaowocowała na przełomie XXVII/XXVIII wieku znaczącym rozwojem naukowym i technicznym. Współcześni Kyllanowi ludzie nie bardzo wiedzieli, w jaki sposób elfy się rozmnażają, jak wyglądają potomkowie Starszego Ludu etc. Niektórzy wierzyli starymphysiologusom, iż elfy rodzą się jako rośliny, kaczany kapusty, a po kilku miesiącach wypełzają z wnętrza warzywa jako małe, z grubsza humanoidalne, pomarszczone zielone stwory. Stąd pewnie się wzięło powiedzenie: „Człek za młodu jest smykiem, elf głąbem”. Dopiero po kilkudziesięciu latach elfie dzieci miały osiągać dorosłą postać. W ciągu tego czasu ich skóra wygładzała się, a zielonkawy odcień skóry zanikał.

Osobiście uważam, iż Kyllan dzieci nie posiadał, a już z pewnością nie brał ich ze sobą na tak niebezpieczną wyprawę. Jego syn, to nikt inny jak często wspominany Goblin – tajemniczy towarzysz naszych bohaterów. Najprawdopodobniej coś na kształt, maskotki lub zwierzątka, które miało zabawiać bohaterów podczas podróży…

G.D.A. Vies, Wojaże po krainie bogów, nekromantów i demonów, Nuova Imperia,Talabheim 3217, s. 89-90.

08
lis
09

Sylvania cz. XII – Baronowa, smok i malarz

Gracze:

Madzia – Maja, kotołak, zwiadowca, skrytobójczyni.

Jaro – Kyllan Thaured, elfi weteran.

Grześ - porucznik von Usingen, dzielny dowódca.

Kamil – Konrad Teub, początkujący czarodziej, ale już z fajerbolem

Damian - dzielny lecz marudny Jorgul, medyk, woj i jeździec.

Maro – jako snotling Bulgo (łącze video).

 

Paweł był niestety nieobecny, czyli rycerz von Haman nie znalazł tym razem roli dla siebie.

Wraz z nadejściem ranka, krótko po spotkaniu z kapłanami Morra BG rozdzielili się i poczęli realizować własne cele. Niektórzy ruszyli na zakupy, wszak następnego dnia miała się odbyć audiencja u baronowej Sophie von Walden, a ciuchy większości postaci po ponadmiesięcznej wędrówce przez Sylvanię prezentowały się nader żałośnie. Inni zostali w karczmie, lecząc rany z nocnej eskapady.

Po południu cała drużyna ruszyła poszwendać się po karczmach miejskich i wsłuchać się w plotki. W mieście mówiono o czarnych upiorach, o chorobie córki baronowej – Adeli von Walden. Wspominano o goblinach, dzielono się wieściami dotyczącymi jeszcze kilku innych spraw. M.in. BG usłyszeli, iż najbogatszy kupiec z Waldenhof – Virgiliu Taunescu, poszukuje śmiałków, którzy odnaleźliby jego zaginioną córkę. Dowiedziano się także, że Sigisoarę spaliły czarne upiory a wszystkich mieszkańców wymordowano.

Swoją eskapadę BG zakończyli karczemną bójką, z której BG wyszli zwycięsko. Przynajmniej do momentu przybycia straży miejskiej. Co prawda Kyllan dorobił się rozległego siniaka pod okiem, a Mai spuchł policzek, co rzutowało na jej możliwości werbalnego wyrażania emocji, lecz w ogólnym rozrachunku “tamci” wyglądali jeszcze gorzej.

 

lindwurm

Lindwurm

 

 

W kolei innej karczmie zabłysnął Usingen, który rzucił w  towarzystwie naprędce wymyśloną (a raczej wyssaną z palca) plotką, iż choroba młodej, trzynastoletniej córki baronowej, to tak naprawdę syf złapany podczas upojnej nocy z baronem von Fennwartem (taaaa, jednym z wrogów BG). Rzecz jasna słuchacze zaczęli traktować BG jak trędowatych.

Konrad (do Usingena w reakcji na jego “rewelacje” dotyczące choroby córki baronowej): Rzadko się odzywasz, ale jak już coś pierdolniesz…

Pod wieczór nasza dzielna ekipa się rozdzieliła. Usingen (mając w pamięci swój “wybryk” w karczmie) zdecydował się zmienić nieco wygląd, czyli ogolić łeb i resztę zarostu u golibrody. Jorgul i Konrad udali się od świątyni Morra, rozpytać o nekromantę. Maja, Kyllan i Bulgo poszwendali się jeszcze po mieście, a potem ruszyli w kierunku Wiatracznego Wzgórza, skąd chcieli poobserwować tonące w ciemnościach miasto.

Usingen do golibrody, owszem, trafił, lecz o tej porze znalazł takowego tylko w zamtuzie. Mimo to skorzystał z jego usług (heh! “Goli pan na łyso czy w irokezika?” ;) ), a potem udał się kierunku karczmy. Pech chciał, że trafił prosto na znajomego nekromantę, który na pobliskim cmentarzu dokonywał jakiegoś rytuału (błyskało zewsząd, a zygzaki wyładowań uderzały z grobów w jego ciało). Skończyło się na ucieczce dzielnego porucznika przed hordą przywołanych ożywieńców.

Konrad (poklepując po ramieniu Maję): Wiesz, co robię?

Maja: Nie.

Konrad (z wrednym uśmiechem): Klepię biedę.

Pozostali bez większych przygód powrócili do karczmy. Konradowi przy tym udało  się przekonać kapłanów Morra do ewentualnej pomocy, jeśli bohaterom uda się odnaleźć kryjówkę nekromanty.

Następny dzień upłynął pod znakiem przygotowań do audiencji. BG spotkali się z Ulfem von Nordenem, który wyłożył im zasady funkcjonowania dworu baronowej. Przybliżył postać samej władczyni oraz zarysował z grubsza realia pałacowe. Dyskusja przy tym nieraz zbaczała w kierunku interesujących BG problemów: wojny w Górach, problemów z krasnoludami etc. BG otrzymali przy tym glejt, który uprawnia ich do podróży prosto do krasnoludzkiego Zhufbaru.

Drużyna odwiedziła też bogatego kupca, Virgiliu Taunescu i zdecydowała się przyjąć zlecenie odnalezienia córki – kilkuletniej Daciany. Taunescu nie wierzył co prawda w to, że Daciana żyje, ale nawet jeśli, to zażądał głowy mordercy. Okoliczości porwania dziewczynki, rany służby (dziewczynkę porwano w mieście, z powozu) ewidentnie wskazywały, iż za zaginięciem  dziecka stoi znany już BG nekromanta.

Kiedy nadeszła pora, całą ekipa wraz z Nordenem ruszyła do zamku baronowej. Bogato odziani, z paradną bronią (co okaże się później niezwykle ważne) weszli do Wielkiego Hallu zaanonsowani przez herolda. Tam też posadzono ich przy długim stole, przy którym ucztowało kilkudziesięciu przedstawicieli miejscowej arystokracji. Nie obyło się bez problemów niektórych z etykietą dworską, facecji, anegdot. Największym dziwem okazał się być Bulgo, który odziany w białą perukę, szamerowany złotem szustokor, obcisłe spodnie do kolan i pończoszki prezentował się niczym ropucha z bajek La Fontaine’a. Bogato, widowiskowo i kompletnie żałośnie :) . Oliwy do ognia dodał Konrad, który dla zwykłych, plebejskich i ordynarnych jaj zasugerował naiwnej, niedouczonej i pewnej siebie arystokracji, iż mały Bulgo to synek Kyllana.

Ja (jako jedna z głupiutkich arystokratek, patrząc na Bulga): To on jest małym elfiątkiem?

Konrad (wśród salw śmiechu): Tak, potem jeszcze urośnie.

Kyllan (do Konrada): W końcu będziesz musiał wyjść z tego balu, a wtedy…

Po posiłku przyszedł czas na dworskie tańce, muzykę i przechadzki. A sami BG zostali zaprowadzeni przed oblicze Sophie von Walden, ok. 40letniej kobiety, obcesowej i zimnej władczyni, która wyniosłością i pewnością siebie nadrabiała brak umiejętności rządzenia. niezobowiązująca rozmowa zakończyła się, bohaterowie rozpełzli się po sali i pewnie na tym by się skończyło, gdyby nie Konrad. Raz jeszcze poprosił baronową o rozmowę, a kiedy przedstawił się jako mag usłyszał propozycję, by przyjrzał się chorej córce. Konrad ochoczo na to przystał i wraz z pozostałymi BG udał się za baronową w kierunku komnaty chorej, leżącej w śpiączce Adeli von Walden.

Oględziny córki nic nie dały, lecz część bohaterów (z pewnością Maję) zainteresowały przepiękne obrazy ukazujące mityczne i magiczne istoty. Maja spoglądnęła na nie przez zdobyte niegdyś magiczne szkiełko, które ma tę moc, że pozwala przejrzeć iluzje i okazało się, że płótna tak naprawdę były całkiem zwyczajne, jeno ktoś lub coś tchnęło w nie magię. Co ciekawe Maja wcześniej, jeszcze na sali balowej wyczuła magię bijącą od jednego z gości, którym okazał się być nadworny malarz baronowej – Reynard Caravaggia.

Teraz Maja połączyła oba fakty i po krótkiej naradzie bohaterowie zdecydowali się wynieść wszystkie obrazy do innego pomieszczenia. Jeden z nich, przedstawiający minotaura Kyllan wyniósł do stajni, co zauważył Caravaggia i opuścił pospiesznie zamek baronowej. Kyllan i Maja widząc to, ruszyli za nim. Malarz gnał jak szaleniec na swoim rumaku, toteż z ledwością za nim nadążali. Wreszcie podejrzany dotarł do swojego domu w centrum miasta. Domek był co prawda niewysoki, ale kamienny i zbudowany z gustem. Co ciekawe każdą z jego ścian pokrywał skomplikowany malunek przedstawiający sploty wielkiego smoka.

Tymczasem pozostali w zamku zajmowali się wynoszeniem płócien z pokoju dziecka.

Krótko po wejściu malarza do domu zaczęło się dziać coś dziwnego… i przerażającego. Smok pokrywający elewację zaczął się poruszać a następnie zszedł ze ściany i już jako w pełni materialna, trzydziestometrowa bestia zaatakował Maję i Kyllana.

W zamku również ożyły bestie na płótnach. Usingenowi udało się uniknąć ataku utopca, który wylazł z niesionego obrazu. Mało tego, porucznik sprawnie zmylił stwora i wepchnął go do komnaty, w której znajdowało się już kilka wyniesionych magicznych dzieł Caravaggiego. W komnacie dziewczynki Jorgul, Konrad i Bulgo stanęli do rozpaczliwej walki o przetrwanie swoje, baronowej i jej córki. Z wiszących jeszcze płócien wyłoniła się wielka mantikora i rzuciła na młodego czarodzieja. Bulga zaatakował lindwurm, a na baronową rzucił się wielki, masywny demon żywcem wyjęty z kitajskiej bajki. Cudem tylko Jorgul zasłonił władczynię, wiążąc walką nieludzkiego przeciwnika. Przypomnę, że wszyscy mieli tylko paradną broń – sztylety, delikatne szpady etc. Kluczem okazała się improwizacja.

Bulgo postawił na zwinność, co i rusz myląc pokracznego lindwurma i uniemożliwiając mu zabicie śpiącej dziewczynki. Konrad oślepił mantikorę posiadanym srebrnym proszkiem. Jorgul konwencjonalnie walczył wręcz (taaa, na pięści :) ) z demonem i, cholera, miał nawet szczęście w kostkach.

Natomiast w centrum miasta Kyllan rzucił się w stronę domu malarza, licząc, że Maja odciągnie magiczną bestię. Smok zaatakował, ział ogniem, podpalając okoliczne domy, miotał pancernym ogonem. raz nawet trafił elfa, poważnie go raniąc. Mimo to Kyllanowi udało się dostać do pracowni Caravaggia, głównie dzięki temu, ze Mai udało się odwrócić uwagę smoka od Kyllana. Skacząc i kryjąc się na dachach kamienic, unikała ataków gada. Elf tymczasem uzbroił się w to, co znalazł pod ręką (wszedł do domu przez kuchnię) i ruszył na poszukiwanie malarza:

Ja: Rzuć K100, im więcej, tym większa szansa, że znalazłeś w kuchni coś na kształt przydatnej broni

Jaro: 05

Ja: Srebrna łyżeczka!

W zamku zrobiło się nieciekawie. Jorgul został poważnie ranny, demon prawie zabił baronową. Co prawda Usingen nadbiegł z pomocą, ale tylko cud mógł uratować BG.

I nastąpił. Za szóstym razem. Ile razy może nie wyjść test, przy którym jest ok. 65 % szans powodzenia (tyle wynosi WW Kyllana)? Pięć razy! Dopiero za szóstym razem Kyllan trafił niemal bezbronnego malarza (niemal, bo nim Kyllan wszedł Caravaggiemu udało się ożywić namalowanego trolla) cholerną, złamaną  srebrną łyżeczką! Jaro zmień kości!

W tej samej chwili wszystkie istoty, zarówno te w zamku, jak i troll w pracowni, czy smok na zewnątrz budynku, rozwiały się, zniknęły bez śladu. Baronowa była uratowana, jej córka błyskawicznie ozdrowiała, przebudziwszy się ze śpiączki. Kilka domów spłonęło, kilka koni padło (minotaur w stajni:)), ale mimo to był to kolejny, wielki sukces wspaniałych Pogromców Zła ;) .

Sesje zakończyliśmy w tym momencie.

Kamil (już po sesji): Ale teraz to jesteśmy VIPy w Waldenhof, nie?

Uwagi:

1. No tak, VIPami jesteście. Iluż arystokratów was znienawidzi :) .

2. Pedeki za uleczenie małej dałem?

3. Dzięki za sesję. Obśmiałem się setnie (zwłaszcza bal był pełen wdzięcznych scen).

4. Nie odwiedziliście w końcu lektora Sigmara. A fe! :)

5. Motyw z córeczką i malarzem inspirowana jedną z historii z Usagim Yojimbo. Sam malarz… wiadomo, skąd nazwisko.

 

01
lis
09

Waldenhof – od leśnego dworu do miejskiego monstrum

Poniżej w linku (i obok do ściągnięcia “Z Lisiej Nory”) kilkustronicowy opis Waldenhof wykonany na potrzeby kampanii w Sylvanii. Jeśli komuś innemu się przyda, ucieszę się. Jeśli komuś się nie spodoba, trudno, aczkolwiek z przyjemnością wysłucham sensownej krytyki. Może dzięki temu wzbogacę kiedyś ten króciutki zarys największego miasta Sylvanii.

Wszystkim krytykom, którzy mieliby ochotę rzucić, iż ów opis jakiś taki niewarhammerowy i niezgodny z kanonem dodatków etc. dedykuję pewien wiersz Tuwima, co to się od słowa “Absztyfikanci” zaczyna.

Za mapę Waldenhof posłużył plan Brauna i Hogenberga przedstawiający Awinion (po niewielkich zmianach).

Przy opisywaniu Waldenhof inspirację znalazłem w pewnym biblijnym motywie, opisie bitwy pod Lutzen (cholerne Wiatraczne Wzgórze!)

 

Waldenhof – plik w PDF

Waldenhof

Mapa Waldenhof

 

 

29
paź
09

W kasztelańskiej drużynie – raport z sesji

Tak się zdarzyło, iż w ramach odskoczni od łażenia po Sylvanii, zagraliśmy w jednostrzałówkę na mechanice WFRP. Tym razem występowałem w roli gracza, a prowadziła Madzia.

MG: Madzia

Gracze:

Jaro - Budrys Innowierca. Niby nasz drużynnik, niby nasz kumpel, ale jakiś dziwny. Biega rano i wieczorek z kocykiem, pada na niego, kłania się i wyznaje jakiegoś “Ale Lacha”:D. Okowitę grzeje razem z resztą drużyny, ale mimo wszystko jakiś dziwny element napływowy z jakiejś “pustyni”, gdzie są ponoć duże “miasta”. Aha, ma wyszkolonego sokoła, którego puszcza na zwiady.

Pablo - Derek syn Dereka. Zwiadowca, myśliwy a do tego gładysz, żadna baba mu się nie oprze, a jak już oprze, to i tak kiedyś się podda jego wrodzonemu urokowi.

Kamil - Siemko Młodszy. Jeszcze niedawno gołowąs, młodzik, który przerósł posturą swego ojca, Siemka Starszego. Zapowiada się z niego świetny woj, ale niestety cholernie szlachetny, dobrotliwy, co nie przelicza się niestety na długotrwałość życia (martwo to ojca Siemka Młodszego). Wielce ojca szanuje, dba o niego, choć czasem pod nosem utyskuje.

Maro (na łączu video) – Dragomir Mały. Dragomir ma nieco mylny przydomek. Nie jest mały, jest przerażająco małym konusem, mikroskopijnym kurduplem, a przy tym niesamowitym paranoicznym sukinsynem, który nie rozstaje się ze swoim buzdyganem (ulubione wykorzystanie – łamanie nóg). Nerwus, raptus, ot taki diabeł tasm… słowiański.

Ja - Siemko Starszy, starszy bo niemal sześćdziesięcioletni woj. Doświadczony, zawzięty, nie żaden najlepszy wojownik, ale człek, który wiele widział i, co najważniejsze, przeżył. A przeżył, bo nie był zanadto gierojem :) . Cynik, realista, uważający, że kasztelan za mało mu płaci (co się przekłada na zachowania “prozbójnicze”). Teoretycznie wódz drużyny i kochający ojciec Siemka Młodszego.

Semko

Semko Starszy

No i się zaczęło. Gród słowiański ukryty pośród lasów. Kolejny neverland bez zobowiązań historycznych, geograficznych czy kulturowych. Nie rekonstrukcja i symulacja słowiańszczyzny, lecz nasze popularne wyobrażenie o niej. Wiecznie zielona kraina, nieprzebyty bór, a w nim rozsiane z rzadka osady ludzkie.

Drużyna dzielnych wojów zostaje wezwana przed oblicze kasztelana Wasilija Białego, który przydomek nosi raczej po koloru stroju niźli poprzez metaforyczną ocenę moralności i charakteru. Kasztelan w skrócie przedstawia sprawę. Jego ukochana córka zachorowała i z dnia na dzień słabnie, jednakże jest nadzieja. Myśliwy z pobliskiej osady przyniósł wieść, iż w wiosce oddalonej o 15 dni konnej jazdy i położonej na ziemiach kasztelana Ziemka Mocnego żyje znachor, który potrafi uwarzyć lek dla córy Wasilija. Zadanie jest proste: przywieźć lek, ewentualnie samego znachora.

Rady a raczej zastrzeżenia Wasilija są proste:

1. Jeśli nie dostarczycie leku lub znachora, urżnę wam łeb.

2. Jeśli zginą konie, które wam dałem jako wierzchowce, urżnę wam łeb.

3. Jeśli zmarnujecie złoto, które dostaliście ode mnie na drogę… urżnę wam łeb.

Czym prędzej zmyliśmy się sprzed oblicza naszego “miłosiernego” kasztelana i wyruszyliśmy w drogę. Nie obyło się od małej sprzeczki między Siemkami i Dragomirem, który dość nerwowo zareagował na żarty a propos swojego wzrostu. Jak się miało okazać sesja była zdominowana przez naśmiewanie się  ze wzrostu Dragomira.

Początek podróży upłynął miło na odparzaniu tyłka  w siodle, obserwacji lasu, kąpielom w promieniach letniego słoneczka. Ot, sielanka. Odpoczęliśmy w jednej z wiosek i po kilku kolejnych dniach przekroczyliśmy rzekę graniczną z wbitym w nurt słupem z herbem naszej kasztelanii – łbem tura. Choć były plany, by słup nieco przesunąć, to jednakże strach przed granicznym incydentem nas powstrzymał.

Pierwszym znaczącym wydarzeniem było spotkanie z nietypowymi mieszkańcami pewnej chatynki położonej nad urokliwym jeziorem z gatunku tych, nad którymi szwendał się Mickiewicz, składając wersy o wrednej Świteziance i biednym myśliwym. Otóż w chatce znaleźliśmy stare szaty kobiece i dziecięce, ale żadnego z mieszkańców. Coś mnie tknęło, by we wnętrzu nie nocować, toteż rozbiliśmy obozowisko tuż obok. Przy okazji Budrys znalazł mały, bezimienny grób dziecka.

Nocą, gdy czuwał Siemko Młodszy, coś się wydarzyło. Chłopak wpierw usłyszał szelest od szuwarów, a potem cichą rozmowę między kobietą a dzieckiem:

- Mamo, oni są w naszej chacie.

- Ćśśśś, bo nas usłyszą…

Siemko obudził ojca, a ten pozostałych a następnie zbliżył się do szuwarów, namawiając intruzów do wyjścia. Z gęstwiny wyłonił się mały, kilkuletni chłopiec (niemal wzrostu Dragomira:)) Blady, nieufny. Siemko rzucił mu kawałek suszonego mięsa, a chłopiec wbił w nie długie szpony (!), zagarnął i zaczął łapczywie jeść. Wszystko wskazywało, że mamy do czynienia z utopcami. W tym czasie Siemko Młodszy napotkał matkę chłopca, która poczęła go kusić. Jednakże młody gieroj nie dał się sprowadzić na manowce (wedle Dragomira po prostu nie wiedział, co z babami się robi:)), co wyraźnie rozwścieczyło topielicę. Siemko cudem uniknął odgryzienia twarzy, a być może i całej swej pustej głowy i zaczął nierówną walkę z potworą.

Madzia (do mnie): co dajesz chłopcu do jedzenia?

Ja (z namysłem): Mięso?

Maro: Chleb z pasztetową!

Jaro: Salceson!

Kamil: Paprykarz szczeciński!

Tymczasem Dragomir, słysząc wrzask Siemka Młodszego prasnął utopcowego pętaka buzdyganem w łeb, który rozpękł się. Mimo to dzieciak po wężowemu rzucił się w stronę jeziora. Drugi cios buzdyganem ostatecznie mu to wybił z rozbitej głowy.

Kamil (zamyślony, słysząc opis szponów “dziecka”): Nie obgryza paznokci… Dziwne… Dzieci zwykle tak robią…

Walka z topielicą ostatecznie skończyła się dobrze. Na pomoc synowi rzucił się Siemko Starszy i choć mało brakowało a uderzyły toporem syna (ot, pechowy rzut), to przecież dał mu wsparcie moralne, dzięki czemu stwór padł martwy.

Siemko Młodszy do ojca (po tym jak ojciec niemal trafił go toporem): Tato czemu? Przecież noszę jasne szatki i tornister z odblaskowymi światełkami.

Nie czekając ranka, spaliliśmy chatę a w niej trupy utopców.

Kilka dni później niemal już dojechaliśmy do docelowej wioski. Niemal oznaczało w zasadzie tyle, że udało nam się wpaść w sam środek napadu zbójców na kilku kmieci. Próba rozwiązania polubownego sprawy spaliła na panewce i mimo pewnego sukcesu (zastraszenie części bandy), skończyło się na zadymie, klepaniu się bronią białą po łbach.

Budrys Innowierca (spokojnie i sennie): Daleko w lesie ktoś krzyczy. Sądząc po tonacji, po raz ostatni.

Bandę rozbiliśmy, biorąc dwu jeńców, i wraz z Dragomirem sprawnie zabrałem się za przesłuchiwanie (dragomirowe “Połamać im buzdyganikiem nóżki?!” miało tutaj kluczowe znaczenie:)), w celu odnalezienie kryjówki. Niestety okazało się, że i my, i zbójcy mieli pecha. Oni, bo byli kompletnie początkujący i się na nas napatoczyli. My, bo oni byli początkujący, toteż na razie gówno nagrabili i niezbyt się dorobiliśmy na nich. Trudno. Życie drużynnika nie jest łatwe. Bandytów ubiliśmy. Ci którzy przed nami zwiali, też mieli nielekko, bo upolował ich jakiś dziwaczny, potężny człek, poruszający się boso i niemal nago, ale uzbrojony w miecz doskonałej jakości.

Do wioski dojechaliśmy w południu i dość szybko zaznajomiliśmy się z miejscowym znachorem, niejakim Kosmą, który obiecał z nami pogadać w sprawie uleczenia córki naszego kasztelana. Wpierw jednakże wzięliśmy udział w postrzyżynach Jontka (jednego z miejscowych), pochlaliśmy ich okowity, nażarliśmy się i poru… no to się nie udało. Mi się przynajmniej udało zachęcić jedną z młódek do masażu moich starczych pleców (he he). Reszta obeszła się ze smakiem. Miejscowe babeczki w większości zamężne były i mimo tego, że ich chłopy na wojnie siedzieli (przymusowy pobór przeprowadzony przez drużynników kasztelana Ziemka Mocnego), to pozostawały im wierne.  Postrzyżyny skończyły się na kolejnym zatargi Semka Młodszego z Dragomirem  i ogólnym pijaństwie.

Rankiem porozmawialiśmy z Kosmą, który i owszem zgodził się przygotować lek, lecz miało to ponoć trwać siedem dni. W tym czasie mieliśmy ochraniać wioskę, w której zostały same baby oraz świeżo inicjowany Jontek. Chcąc nie chcąc (widmo śmierci z rąk oprawców Wasilija miała swoje znaczenie), zostaliśmy, obiecując strzec bab przez zagrożeniami z zewnątrz.

Jak to zwykle bywa z obietnicami, trudno nam było tej dokonać. Żwawy, krewki i dupcyngielowaty Dragomir już pierwszej nocy poszedł do jednej z baby i jął ją podglądać przez okno, co przyuważyła Jaźwa – najstarsza baba i lokalny przywódca tego Koła Gospodyń Wiejskich. To, co rozpoczęło się od pyskówki, skończyło na tym, że najpierw Jaźwa, potem Jontek strzelili Dragomira w pysk, przez co Jontek rozpoczął swój męski żywot od utraty kilku zębów. Efektem mordobicia było wyrzucenie całej drużyny z wioski. Po kilku miłych słowach skierowanych do Jaźwy, zarządziłem opuszczenie wiochy i rozbicie obozowiska w lesie, zaraz obok wioski.

Następne dwa-trzy dni upłynęły raczej spokojnie. Nocą Dragomir zaobserwował, iż jakaś starowinka przynosi na cmentarz koszyk z wiktuałami, które później zabiera ktoś potężny, zwalisty, wręcz zdeformowany, uzbrojony w miecz. Jak się miało okazać, była to ta sama istota która kilka dni wcześniej polowała na zbójców.

Po trzech dniach w okolice wioski zawitał orszak wielmoży Hermana (poważnie chorego), który przybył tutaj ze swoim synowcem i dwoma tuzinami wojów.  Sytuacja już wówczas napięta (wszak baby nas wyrzuciły z wioski), to jeszcze dodatkowo pod bokiem mieliśmy liczną drużynę miejscowych wojaków. Plany mające na celu zdobycie leku lub Kosmy siłą, trzeba było zmodyfikować

Semko Młodszy (udowadniając, iż nasza napaść na wioskę może zaszkodzić naszej kasztelanii): Wiecie, oni mają nad granicą wioskę Nienacko i zdarza im się robić z niej ataki. Zwykle skuteczne.

Wieczorem synowiec Hermana z kilkoma wojakami udali się do wsi. Zaczęli zaczepiać baby, m.in. poznaną przez nas kilka dni wcześniej Alinę, piękną młódkę, która z jakiegoś powodu nie miała męża. Mimo iż nie czułem powinności względem bab, udaliśmy się do wioski, sprawdzić, czy młodzieńcowi jego zbrojnym nie należy się nauczka. Skończyło się na pogróżkach (tutaj autorytet i charyzma Samka Starszego bardzo pomogła). Już wtedy zaczął kształtować się plan dania nauczki synowcowi Hermana.

Następnego wieczoru synowiec ponownie zjawił się w karczmie. Czwórka z nas obserwowała karczmę, a Dragomir cmentarz. Będąc typowym paranoikiem, za wszelką cenę chciał się dowiedzieć, kim jest ogromny stwór, któremu starowinka przynosiła jedzenie na cmentarz.

Do północy nic się nie działo, potem jednakże podpity synowiec opuścił karczmę i ruszył w stronę chaty Aliny. Wiedząc, iż młody czuje miętę do pięknej wieśniaczki, zdecydowaliśmy się działać. Plan “Hermanowa Nauczka” został zainicjowany. Budrys, Semko Młodszy i ja przekradliśmy się do wioski, gdzie Budrys – doskonały zwiadowca, cichy niczym cień palnął sękatą gałęzia synowca w potylicę. Ogłuszonego zabraliśmy do lasu i,po rozebraniu i ukryciu odzienia, zostawiliśmy w lesie.

Semko Młodszy (do Budrysa, sugerując, iż jako zwiadowca, powinien iść przodem):Jesteś, kurwa, wichrem pustyni!? To wiej!

A tymczasem Dragomir wreszcie spotkał w pełnej okazałości stwora, który odwiedzał cmentarz. Okazał się nim ogromny, potężnie zbudowany ghoul uzbrojony w półtoraręczny miecz świetnej jakości. Ten również zobaczył naszego małego woja. Choć Dragomir w swej wredocie próbował napuścić ghoula na obozowisko wielmoży, to ghoul wpierw pędem ruszył w stronę wioski, a potem w las. Jak się okazało tropił synowca Hermana którego wtedy nieśliśmy do lasu. Dragomir podążał za stworem, co ostatecznie zaowocowało pojedynkiem naszego małego Dragomira i potężnego ghoula (ja nadal uważam, że ktoś tu się inspirował walką pięściarską z poprzedniego weekendu :) ). O dziwo Dragomir ostro poharatał ghoula i zmusił go do ucieczki, po czym wrócił do nas i o wszystkim opowiedział.

Dragomir (na wieść, że w lesie porzuciliśmy gołego synowca Hermana): Mógł jeszcze nogę złamać!

Ja: Aha, buzdyganem.

Rankiem wioskę i obozowisko zmroziła nowa wieść. Synowca Hermana odnaleziono w lesie, rozpłatanego mieczem niczym prosiaka. Podejrzenie padło na nas i mieszkańców wioski. Szef straży wielmoży wręcz zapowiedział, że jeśli do wieczora nie znajdzie się winny, to wioska zostanie spalona… wraz z mieszkańcami. Oczywiście do tego nie mogliśmy dopuścić. Chren z wiochą, ale powrót bez lekarstwa nie uśmiechał się nam.

Udaliśmy się do wioski, gdzie porozmawialiśmy z babami. Te od razu nas oskarżyły o zabójstwo synowca, ale pod ciężarem naszych argumentów ustąpiły. Wiedzą,c że ghoul ma coś wspólnego z Aliną i staruszką (jak się okazało babką Aliny!), rozpytaliśmy obiec wieśniaczki. Alina szybko przyznała, ze ghoul to jej ojciec, który ją ochrania. To wyjaśniało, dlaczego synowiec Hermana zginął. Babka jednak nie zamierzała wyjawić kryjówki syna. Chora z nienawiści i szalona niczym marcowy królik, wolała poświęcić wioskę.

Jaźwa (żaląc się na kasztelana): W wiosce nie ma chłopów. Kasztelan wszystkich powołał do armii, bo wojna jest. Potrzebuje chłopów na gwałt…

Budrys i ja (równocześnie): Dragomira weźcie!

Cóż, mieliśmy kilkanaście godzin na wytropienie ojca dziewczyny. Plan, by zagrozić Alinie, spełzł na niczym. Ojciec dziewczyny wyczuwał, iż nie zabijemy jego córki (choć przy Dragomirze to ja bym nie był pewien:): i nie zamierzał się do osady zbliżać, zwłaszcza, że coraz bardziej przejmowała nad nim kontrolę mroczna strona osobowości (tak jakoś jungowsko to zabrzmiała, to niech będzie, że ojcem zaczął rządzić Cień:)).

Ja (do szefa straży Hermana o naszym niebezpiecznym Dragomirze): Wiecie, on miły jest, o ile go nie zdenerwujecie. Nie mówcie do niego “kurduplu”, ani “niewyrośnięty konusie”. Odradzam mówienie “karle”, “mały gnojku” czy “mikroskopijny skunksie”. A już na Peruna nie mówcie nigdy per “mały, kurduplowaty sukinsynu!”.

Dragomir (wściekły): Teraz przegiąłeś, stary dziadu!

Po drodze jeszcze spotkaliśmy się z szefem straży Hermana, któremu wyraźnie zależało, by odnaleźć winnego śmierci synowca. Doszło (o ile pamiętam) do niewielkiego zatargu z naszym nerwowym kurdu… Dragomirem, ale udało się jakoś zapobiec jatce:

Budrys (do szefa straży o Dragomirze): Bo on jest zdziebko nieokrzesany.

Ja: Dragomir ma na drugie Zdziebko.

Dragomir (z dumą) Dragomir Zdziebko Nieokrzesany!

Umiejętności tropienia śladów zaprezentowane przez Budrysa zaprowadziły nas nad jezioro, gdzie na wyspie pyszniła się wysoka, opuszczona wieża. Przeprawiliśmy się na prowizorycznej tratwie i rozpoczęliśmy ostrożną penetrację budowli. Już wcześniej słyszeliśmy charkot i wrzaski, które sugerowały, iż w wieży faktycznie ukrywa się odmieniony ojciec Aliny.

Na jednym z pięter znaleźliśmy kilka prymitywnych, wydrapanych na ścianie rysunków opisujących historię Tadena, ojca Aliny. Niegdyś potężny wojownik udał się wraz z Kosmą i Tarekiem (karczmarz z wioski) na wyprawę wojenną. W starciu z potężnym szkieletem w koronie (liczem?), Tarek utracił nogę, Kosma uciekł, a pozostały na miejscu dzielny Taden został odmieniony.

Dragomir (ucinając dyskusję na temat odnalezionych rysunków w wieży): Panowie, powiem tak, gdzieś tam czeka na nas nasz kniaź, Wasilij Toporodzierżca. To wszystko mówi. Idziemy.

Na najwyższym piętrze stoczyliśmy walkę z Tadenem, ostatecznie uwalniając jego umęczoną duszę (czyt. ubijając potwora). Herman uwierzył w naszą opowieść, zwłaszcza, ze zobaczył łeb ghoula i miecz. Wioska ocalała, choć wcale jakoś nie była nam wdzięczna podobnie jak Kosma, który powrócił kilka dni później. Na szczęście jednak otrzymaliśmy lek i powróciliśmy do domu.

Córka Wasilija Toporo… znaczy Białego ozdrowiała, a my, tym razem, zachowaliśmy głowy na właściwym miejscu.

UWAGI:

1. Madzia, jak będziesz narzekać na siebie, swoje prowadzenie i inne takie, to skopię Ci tyłek albo poproszę Jara o to. Ja się świetnie bawiłem, Kamil sądzę też. Dowodem jest, że wróciłem o 23.30 do domu i musiałem po drodze wysłuchać od żony, co sądzi o moich spóźnionych powrotach :) .

2. Klimat słowiański zauważalny, ale bez przegięć.

3. Świetne gotowe postacie, różniące się od siebie, żywe. Fajnie przez to interakcja w drużynie wyszła.

4. Bardzo sympatycznie mi się grało w takiej ekipie. Przyjazne docinki, komentarze. Fajny wątek ojca i syna (dzięki Kamil). Sympatyczna postać wrednego kurdupla czy pseudomuzułmańskiego zwiadowcy (hehe, Jarkowe: “U nas są miasta, u was co najwyżej… gródki”) , który lubi się bawić ptakiem (znaczy sokołem:)

5. Postać zachowałem, można by kiedyś powrócić do opowieści o dzielnych drużynnikach okru… miłosiernego Wasilija:)

25
paź
09

Arish – Topór, buława, w tle zaś gałąź dębu…

logo tydzień małych formW ostatnie autorki, takie prawdziwe, z własną mechaniką, ilustracjami robionymi ołówkiem HB i mapą kolorowaną kredkami kilkanaście lat temu. W zasadzie, kiedy pojawiła się “Magia i Miecz” z  Kryształami Czasu, zarzuciliśmy granie we własne “niedoróbki”. Do dziś wolę przekładać wysiłek twórczy na tworzenie fabuł, historii i opowieści, unikając grzebania się w mechanice chociażby. A mimo to zdarzyło mi się zagrać, choć nie w klasyczne RPG (wiecie, przy stoliku, z kośćmi i kartami postaci), a konkretnie  w PBF.

Swego czasu (lato 2007), działając dość mocno na LastInn, forum PBFowym wziąłem udział w sesji prowadzonej przez Kutaka. Pozornie zwykła sesja w kolejny neverlandzie fantasy wypadła nad podziw dobrze. Trwała ponad rok, czy jak kto woli kilkaset postów i zakończyła się epicką bitwą między tradycyjną, rycerską armią Arish a nowoczesnymi, wyposażonymi w muszkiety regimentami księstwa Geutrin wspartymi przez, bagatela, wielkiego smoka i avatar pewnego bóstwa.

Każdy z graczy otrzymał od autora opis hrabstwa Arish, miejsca akcji sesji, które z czasem nabrało swoistego charakteru, klimatu.

Opis nie jest długi, liczy ledwie 11 stron, mimo to zawiera wszystko (poza mechaniką), by uznać go za setting, w którym spokojnie można rozegrać kampanię. Jasne, nie ma w nim mechaniki, ale dla chcącego nic trudnego. Choć pierwotnie Arish powstało ściśle pod rozgrywkę “play-by-forum”, to jak napisał sam autor:

To setting jak setting – z zamysłem pod rozbudowę, ale w zasadzie to wszystko robi się w trakcie gry. Bez żadnej mechaniki, mechanicznie gram w niego teraz na czystym SWEXie z zasadami alchemii z Fantasy Companion i psioniką. Ale to też nie jest setting, w którym grywałbym z kimś na codzień, toteż nie mam wszystkich niuansów mechanicznych dobrze przygotowanych.

Kutak, 25.10.2009

Co w takim razie jest wartościowe w Arish? Nie jest to nowa, dziwna, egzotyczna kraina. Klasyczny dla fantasy okres odpowiadający późnemu średniowieczu (a nawet początkowi renesansu), państwo ze słabą władzą centralną (choć ambitnym i zdolnym władcą), zapóźnione cywilizacyjnie, ale z wysokim poziomem rozwoju kultury.

Topór i buława, w tle zaś gałąź dębu – herb całego hrabstwa – mówi o nim sporo. Dąb, drzewo bodaj najczęściej pojawiające się właśnie na tych ziemiach, mówi o latach trwania i potędze, nienaruszonej pozycji hrabiego. Topór przypomina o wywodzących się stąd rycerzach słynnych chyba na cały Znany Świat, zaś buława, tak popularna wśród wszelkich wojujących zakonów, pokazuje oddanie Arish wobec Odrodzonego. Czerwieo zaś, jak przypuszcza wielu mędrców, pokazuje dostojnośd, godnośd obywateli tego hrabstwa. Sam herb mówi nam naprawdę wiele o tej krainie…

Arish, s. 2

Przyznaję, nigdy nie grałem w Arish “na żywo”, mimo to widzę duży potencjał kryjący się w pozornie skromnym opisie krainy. Autor uniknął klasycznego dla wielkich podręczników (settingów) “lania wody” na tematy, które nie bardzo zainteresują większość graczy. Umieścił natomiast sporo informacji, które w wielu przypadkach mogą posłużyć jak fabularne “zahaczki” do przygód czy nawet kampanii. Mamy więc odwieczny konflikt z potężnym sąsiadem, tradycję rycerską, motyw “dzikich ziem” oraz niejednoznaczną scenę polityczną, która umożliwia przeprowadzenie sesji spod znaku sztyletu i trucizny.

Powtórzę, to klasyczny świat fantasy, ale z pewnością spójny, w którym trudno znaleźć zgrzytające elementy. Nie jest to równocześnie worek, do którego autor wrzucił wszelkie elementy świata przedstawionego charakterystyczne dla fantasy. Jako militarysta-amator i domorosły miłośnik rycerstwa widzę tutaj nieco urealnioną wersję legend arturiańskich. Myślę, że jako MG najchętniej poprowadziłbym w świecie stworzonym przez Kutaka ekipę rycerzy – klasycznych olbrzymów odzianych w stal i przywiązanych do tradycji. Szlachetnych wojów, którzy widzą, że ich świat powoli się kończy, a mimo to robią to, co do nich należy. Zawsze kręcił mnie swoisty zgorzkniały idealizm.

Moja podróż przez te pozornie niewielkie, bo możliwe do przejechania z jednej na drugą stronę w dwa i pół dnia, [hrabstwo], trwała ponad miesiąc. Zwiedziłem wiele ciekawych miejsc, poznałem także ciekawe obyczaje i wiele osób. Gdy moje kroki skierowały się na okrutne i pełne barbarzyoskich plemion, ciągle zresztą atakujących Arish, Ziemie Niczyje, niejednokrotnie zatęskniłem za widokiem z Wilczych Kłów czy pysznym piwem warzonym niedaleko kopalni. Jeżeli kiedyś będę miał okazje powrócid w tamte tereny- zrobię to bez wahania!

Arish, s. 10

Hrabstwo Arish - jedna z wersji mapy

Hrabstwo Arish - jedna z wersji mapy

Sam setting wrzuciłem za pozwoleniem autora, Michała “Kutaka” Suchońskiego do ściągnięcia (na listwie, dział “Z Lisiej Nory”) lub z poniższego linku.

HRABSTWO ARISH by Michał “Kutak” Suchoński

Wpis jest odzewem na akcję Borejki “Tydzień Małych Publikacji”. Enjoy, zapoznajcie się z innymi wpisami.




O mnie

Na co dzień belfer (yuck!), wykładowca (mniejsze yuck) no i erpegowiec. Miłośnik kultury popularnej we wszelkim wydaniu, domorosły badacz nowych mediów oraz zjawisk kulturowych z nimi związanych. Tutaj uwidzisz głównie moje rolplejowe wcielenie. Enjoy. GG 1823828

 

listopad 2009
P W Ś C P S N
« paź    
 1
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
30  

Archiwa

Kategorie

free counters