Posty otagowane ‘call of cthulhu

02
kwi
09

Orient Express dojechał do celu – koniec kampanii

Nadszedł oto ten dzień, gdy mroczne knowania Makryata w pełni objawiły swe (jakże inaczej) mroczne, złe i bluźniercze oblicze, by skończyć w gorejącym ogniu paleniska lokomotywy Simplon Orient Express.

Ale po kolei. 

cthulhu-1024

 

MG: Madzia

Postacie (przedstawienie pierwszych trzech w poprzednich wpisach):

Tyberiusz Wolfing 

Sebastian Schwartz

Angus McBride

Tamara Khalo

Custer (o bliżej nieznanym mi imieniu)

Ostatnio zakończyliśmy sesję z chwilą, gdy nasze postacie udawały się do wagonu bagażowego (położonego za tenderem i lokomotywą), licząc na odnalezienie tam naszego głównego antagonisty Mehmeda Makryata.

Było już sporo po drugiej, kiedy pociąg zaczął przyspieszać. Wkrótce pędził z prędkością bliską 120 km/h, co przy wjeździe w jakikolwiek zakręt mogło skończyć się tylko w jeden sposób. Katastrofą. Tym szybciej ruszyliśmy w kierunku lokomotywy. Pasażerów na korytarzu nie było zbyt wielu. Większość pozamykała się w przedziałach. Część przeczuwała niebezpieczeństwo, część była świadkiem dziwnych wydarzeń na pokładzie pociągu (że tylko przypomnę bieg mojej postaci po dachu pociągu w pościgu za jednym z najemników Makryata przebranym magicznie w skórę jednej z ofiar).  Mało tego po tym jak pociąg przyspieszył nadprzyrodzone wydarzenia zaczęły występować z postępującą częstotliwością. A to lokomotywa przeobraziła się w dziwną lśniącą rzecz z macką zamiast komina, co dostrzegła część z pasażerów. A to znów Tamara dostrzegła pomykającą nad pociągiem Baba Jagę na miotle (uwziął się babsztyl na nas!) Ale to nie koniec. W salonce,  w trakcie przedzierania się w kierunku “lokomotywy” napotkaliśmy kolejną z przeszkód. Miała około 150 cm wzrostu, rajtuzy, malowniczy biret z piórem na głowie, kolorowy kaftan i szpadę przy boku. Mówiąc w skrócie paź, który przedstawił się jako służący Pana Układanek, kolejnej z naszych Nemezis, które napotkaliśmy w trakcie naszych peregrynacji Orient Expressem (a konkretnie w Lozannie). Paź raczył nas zaprosić na audiencję do swojego pana, który, a jakże by inaczej, oferował pełne bezpieczeństwo, zrozumienie i pomoc. Jak PZU. Pamiętając przebieg naszego ostatniego spotkania a zwłaszcza ucieczkę po ulicach wyśnionej Lozanny przed krwiożerczym tłumem słuchającym rozkazów Pana Układanek zaufaliśmy paziowi jak PZU. Czyli wcale. Mimo to po dość zażartej dyskusji, w której szczególnie Tamara optowała za wysłuchaniem propozycji Pana. 

tyberiusznw1

Pan Układanek znajdował się w jednym z ostatnich wagonów. Co ciekawe wagon przypominał wnętrzem katedrę. Co prawda był wąski, natomiast jego sklepienie znajdowało się wiele metrów ponad naszymi głowami. Ściany miał zimne, kamienne, podzielone co i rusz przyporami i wysokimi, ciemnymi jak noc witrażami. Pan Układanek w swej właściwej postaci (“Rzućcie na poczytalność…”) siedział na tronie. Jego wielkie rozlewające się wielkie cielsko przypominało cielesne puzzle. Pozlepiane było z kawałków rozmaitych ciał. Widząc nas złożył konkretną propozycję. Pomoże nam odkryć Makryata, rozpoznać go w jednym z przyjętych przez siebie ciał, ale w zamian my przyniesiemy Simulakrum, czyli tę pieprzoną statuę, o którą chodziło w całej kampanii. Mimo wahania propozycję ostatecznie odrzuciliśmy. Mało tego Custer (ten niedobry Teksańczyk!) rzucił złośliwie tekst o tym, że “mu teraz pasuje ostatni element układanki” oraz że “nie będzie się układać z kimś takim”, co nieco rozzłościło Pana Układanek i naszą Tamarę (dziewczyna jakoś nie lubi naszych dyplomatycznych zagrań :D ). Nie było to jednak spotkanie jałowe. Nasz rozmówca zasugerował nam, jak rozwiązać jeden z naszych problemów,  czyli polującą na nas Babę Jagę. Tutaj zasługa Tamary, która jak zwykle przerastała nas umiejętnością dyskutowania, perswadowania i najzwyczajniejszym taktem (wedle niej byliśmy takimi burakami, którzy: “wpadli na chatę Pana Układanek, wychlali mu atrament, wysmarali się na dywan, obraziwszy wcześniej pana domu”:))

Rozwiązaniem okazał się być jeden z rytuałów, czarów posiadanych przez naszego drogiego Tyberiusza – “Przywołanie gwiezdnego czegoś” (czy jakoś tak), jako ex-glina i dość prosty człek, raczej nie przywiązywałem większej uwagi do tych hokus-pokus. Tak czy inaczej pomogliśmy Tyberiuszowi przygotować się do rzucenia rytuału, który miał przywołać istotę, dla której usunięcie babuszki (nota bene będącej jakimś zapomnianym bóstwem, Huldą, Behar etc.) nie miało być większym problemem. Tyberiusz wyrysował dziwaczne symbole kredą namoczoną we własnej krwi, a potem wydobył pergamin, by głośno odczytać inkantację, że pozwolę sobie zacytować naszego drogiego Damiana (odgrywającego Tyberiusza):

“TEI HO UI SHANTAKAI … [konsternacja] kurwa mać, co to za język…”

Tak jak myślicie. Rytuał trzeba było powtórzyć. A wtedy, usłyszeliśmy szum skrzydeł, ściana wagonu wręcz eksplodowała a przez powstałą dziurę wcisnęła się do środka demoniczna sylwetka, bestia o szpetnym pysku i błoniastych skrzydłach. Nie bez pewnych problemów (RODEO! :) ) Tyberiusz z niewielką pomocą Angusa ujarzmił bestyjkę i wydał jej rozkaz, by zniszczył wiedźmę. 

sebastian-copy-1

 

To była ta jedna z uwielbianych przez graczy chwil satysfakcji. “Gwiezdne coś” wystrzeliło w powietrze a chwilę później z oddali usłyszeliśmy rozpaczliwy wrzask wiedźmy. Nie bardzo wiem, co tak konkretnie stało się z Babą Jagą, ale przynajmniej jeden problem mieliśmy z głowy. Co prawda ja bym raczej kazał bestii wywieźć babuszkę gdzieś na Proximę Centauri. Biorąc pod uwagę, że na miotle stara raszpla osiągała ma. 200 km/h, to przemierzenie dystansu ponad 4 lat świetlnych dałoby jej sporo czasu (prawie milion lat :) ) na zrozumienie faktu, że nie warto z nami zadzierać. O! 

Było już blisko czwartej, gdy udaliśmy się wreszcie w stronę bagażówki. Tym razem dotarliśmy do niej bez większych problemów. Pomieszczenia wagonu bagażowego przypominało wnętrzności jakiejś istoty. Ściany żyły, pulsowały plątaniną żył i ścięgien, falowały. Wszystko tonęło w ciemnościach rozświetlane jedynie snopem światła bijącym z latarki i jakiejś prowizorycznej pochodni. Ruszyliśmy naprzód tylko po to, by chwilę później zostać ostrzelanym przez kogoś w mundurze personelu pociągu. Powiem krótko. Nie chrzaniliśmy się. Angus i Custer zasypali ołowiem przeciwnika, który wreszcie zabarykadował się w którymś z pomieszczeń. Magazynek z Colta 45 wywalony przez drzwi zakończył walkę. Za drzwiami znaleźliśmy trup kolejnego z najemników Makryata, tym razem w skórze jednego z konduktorów. W tym samym czasie Sebastian zdołał odnaleźć skrzynię ze statuą – Simulakrum Sedefkara. Teraz pozostało odnaleźć Makryata oraz zrobić coś, by lokomotywa, a raczej to, czym się ona stała, zwolniło. 

Na tender oddzielający nas od celu weszły tylko dwie postacie. Custer i Tyberiusz. Ślizgając się po pulsującej masie tendera (zaiste lokomotywa, tender i bagażówka stały się jakąś niepojętą istotą, która z z ogromną prędkością, cudem trzymając się szyn, gnała naprzód, mijając kolejne miasta), dotarli do czoła pociągu. Tam rozgorzała ostatnia walka. Oto Tyberiusz i Teksańczyk ujrzeli Makryata, który obsługiwał dziwne, żywe urządzenia. Przed nim kipiało otwarte na oścież palenisko, a raczej przerażająca paszcza rzygająca płomieniami. Tyberiusz strzelił (nie trafiwszy) i zeskoczył na dół, co mało nie skończyło się dla niego śmiercią. Makryat był dużo silniejszy i mocowanie się z nim prawie zakończyło się dla naszego antykwariusza wypadnięciem z pociągu. Na szczęście pomógł mu Custer spadł na kebaba i wepchnął go prosto w palenisko (piękny rzut na K100).  

A potem nasza piękna i mądra MG zasugerowała nam, ze treść Rytuału Oczyszczenia Makryat miał ze sobą. Mówiąc w skrócie przez kolejne 30 minut wylewaliśmy żale, nieczystości i rzucaliśmy mięsem w naszego heroicznego Teksańczyka. :D

Swoją droga piękne zagrania MG. Cholera, nie wiem, czy celowe, czy przypadkowe, ale umiejętnie zasugerowała nam, że już po ptokach i za kilkadziesiąt godzin ostatecznie umrzemy w bolesnym, przyspieszonym procesie rozkładu ciała. Na tyle umiejętnie, że udaliśmy się wraz ze statuą do Pana Układanek, by spróbować z nim ubić deal. Statua za pomoc w przeprowadzeniu Rytuału Oczyszczenia. Jednak tym razem Pan Układanek nie bardzo chciał się układać. Zażądał nie tylko statuy, ale również naszej służby. Tego dla Angusa było za wiele (kurde, muszę przyznać, że byłem o krok od wsadzenia lufy strzelby pod brodę i pociągnięcia za spust. :) ). Do interesu nie doszło. Zdecydowaliśmy się dotrzeć do Londynu i dokładnie przeszukać antykwariat Makryata. Może jednak rytuał nie zaginął? 

Jak się okazało, czekała nas jeszcze jedna walka. Pan Układanek posłał przeciw nam swego pazia, a raczej to coś, w co sługa przekształcił się. Dziwną, zwierzęcą istotę na czterech długich nogach. Paź gnał na nas korytarzem. Angus i Sebastian wycelowali strzelby. Dwa strzały zlały się w jeden potężny huk. I… Bogini Losu w aspekcie K100 była po naszej stronie. Przebicie na kostkach! 8K6 obrażeń od śrutu. Tym razem cywilizacja poradziła sobie z Mitami ;) . Paź nie dobiegł. 

Pominę, co potem nastąpiło (dwa dni podróży, przesłuchania w sprawie dziwnych wydarzeń, śmierci, zaginięć etc.) i przejdę do ostatniego epizodu naszej sesji. Londyn.

angusaa

 

Miasto nie powitało nas mgłą, deszczem, lecz wieżą zegarową na Big Benie, bo dla nas tylko czas się już liczył. Wyglądaliśmy coraz gorzej, proces rozkładu postępował coraz szybciej. Dlatego czym prędzej odnaleźliśmy antykwariat Makryata, a potem, odczekawszy do wieczora, włamaliśmy się do środka. Jak się okazało, nie był opuszczony. Makryat zostawił w nim swoich pomagierów, którzy mieli przygotować wszystko do Rytuału. Wykorzystując przewagę zaskoczenia i znów niezłe rzuty (hehe moje rzuty na skradanie, wreszcie Moc była ze mną!), dość szybko uporaliśmy się z sekciarzami. A potem przeszukaliśmy dom. W piwnicy odnaleźliśmy coś na kształt pracowni, biblioteczki, a tam rytuał!!! :)

Pozostało odprawienie go, co akurat przebiegło bez żadnych problemów. Znów byliśmy zdrowi (choć raczej nie psychicznie). Kiedy nadeszli kolejni pomagierzy Makryata nie wdawaliśmy się w walkę, lecz zwialiśmy tylnymi drzwiami, podpaliwszy wcześniej dom. 

Można rzec, że to był koniec. Wróg pokonany, rytuał odprawiony. Tyle że wciąż mamy statuę, ale o tym pewnie już w innej historii usłyszymy. Wiem jedno, Angus ma dość pociągów!

Rozpisałem się, więc o samej kampanii w skrócie. “Horror w Orient Expressie” to z pewnością jeden z najlepszych fabularnych dodatków, w jakie grałem. Spójny, bardzo dopracowany, rzetelny. Pewnie miejscami trudny w prowadzeniu (ale tui już MG musiałby nam się wypowiedzieć), ale satysfakcjonujący. Przygody są różnorodne i ciekawe. Są lepsze, są gorsze. Niesamowity był dla mnie scenariusz w Jugosławii z Babą Jagą, świetnie grało się w Trieście (wędrówka po jaskiniach Postumi, klimatyczne, pełne napięcia, świetny punkt kulminacyjny). Niemal równie ciekawy był scenariusz wenecki, a zwłaszcza jego zakończenie z powszechną psychozą w mieście i dziwaczną wieżą zegarową, w której znaleźliśmy kolejną część simulakrum. Trudno natomiast wskazać słaby scenariusz. Jeśli już, to chyba wątki rozgrywające się w samym pociągu, ale być może to było już zmęczenie scenerią akcji. Ogromny plus dla naszej Mistrzyni za grzebanie za zdjęciami do sesji, opracowywanie rytuałów, dodatkowych pomocy, gazet etc. etc. 

Oczywiście nie brak w kampanii wad. Dla mnie najpoważniejszą było założenie, ze prawie wszystko, co robiliśmy okazało się być manipulacją ze strony Makryata. Frustrujące rozwiązanie. Twórcy kampanii nie dali graczom żadnych szans na odkrycie tożsamości wroga, przed kulminacją w Stambule, a przy tym z fabuły wyszło, że daliśmy się wodzić za nos jak ślepcy. Niefajne uczucie. 

Ale zdecydowanie zalet w “Horrorze” potencjalny cthulomaniak znajdzie więcej niż wad.

Podziękowania dla naszej kochanej Keeperess of Game za pomysłowość, świetne wizje, sceny snów, ogólne zakręceniem kobiecy punkt widzenia. No i oczywiście za wytrzymywanie z nami, bo idealnymi graczami to nie jesteśmy (głośne, wredne draby :) ). Madziu ja chcę więcej Kutulu:). 

Beatce za postać Tamary, która uporządkowała nasze głupie działania, za zmysł do dyskusji, wyczucie chwili i opierdalanie nas za każdą możliwą głupotę (te słynne teksty do Grzesia: “Nie bądź debilem!”, czy jakoś tak :) )

Jarowi za postać Sebastiana, starego zgryźliwca, z którym zgrałem się idealnie (hehe dwóch wrednych typów :)

Damianowi za Tyberiusza, jego talent do wdeptywania w każdą możliwą kabałą i ściągania kłopotów na nasze głowy. Za fajne pomysły, świetne dialogi i komentarze. I za scenę z łopatą Baby Jagi (ja do dziś nie mogę o niej myśleć bez rechotania :) )

I wreszcie Grzesiowi za nieopanowanego Custera, złośliwego Teksańczyka, który kłócił się prawie z każdym NPCem, którego napotkał. No i za teksty z ostatniej sesji :) .

DZIĘKI 

Ps. Ilustracje ukazujące niektóre z naszych postaci by Madzia. Cholernie klimatyczne. Angusik cały czas jest na pulpicie :) .

Wpis sponsorowany przez Carlsberg Denmark a także muzykę Lisy Gerard oraz projektu Rukkanor.
25
mar
09

Horror w Orient Expressie – po raz przedostatni, znów…

Coś trudno nam skończyć kampanię. Albo zapanowała zapaść intelektualna na sesji (niski biorytm czy co?), albo tak nam fajnie razem. 

venice-simplon-orient-express

MG: Madzia

Postacie (przedstawienie pierwszych trzech w poprzednim wpisie):

Tyberiusz Wolfing 

Sebastian Schwartz

Angus McBride

 

Na tej sesji pojawili się także, nieobecni ostatnio:

pania Tamara – Rosjanka, kusicielka i poprzedniczka dzisiejszych call-girls , w skrócie dama do towarzystwa. Spokojna, zrównoważona, lecz niekiedy wredna niczym stado wściekłych bizonów.

pan Custer – Amerykanin, ale Teksańczyk, czyli taka mieszanina nowobogactwa, machoizmu i zwykłęgo redneckostwa :) . Głośny, zadziorny pilot, bohater Wielkiej Wojny (bla bla bla…).

No i sprawdziły się moje podejrzenia. Im dalej pociąg jechał, tym bardziej Makryat był zaniepokojony naszą obecnością. On, a raczej jego poplecznicy, bo niestety nie był sam, uderzyli podczas tej sesji kilkukrotnie. Byli zawzięci i zdecydowani, ale niezbyt skuteczni. Dość rzec, ze owszem wokół nas zaczęli ginąć ludzie, lecz nam się jeszcze nic nie stało (póki co :) ).

Po słownym starciu z kierownikiem pociągu i przechwyceniu przez Sebka treści telegramu, który kierownik wysłał, zdecydowaliśmy dokłądnie obserwować wsiadających na stacji w Svilengradzie pasażerów. Wedle telegramu, to właśnie tam miał się ktoś dosiąść do SOE, czyli naszego drogiego Simplon Orient Expressu. 

605a-06m

Niestety obserwacje niewiele przyniosły, mało tego zaginął sam kierownik pociągu. Szczególnie prawdopodobne wydały się dwie możliwości. Raz, że jednak był Bogu ducha winien i Makryat go sprzątnął. Albo… no właśnie ukrył się, by działać nadal na naszą szkodę. Krótko potem sytuacja zrobiła się krytyczna. Drugi pasażer, przedziału Tyberousza – tenor Luigi Martinelli został rankiem znaleziony martwy w swoim łóżku. Najprawdopodobniej uduszono go. Wszystko wskazywało na to, że Makryat zaczyna się denerwować. Czemu Martinelli? Dzień wcześniej Tyberiusz zamienił się z denatem łóżkami. Pytanie tylko, jakim cudem morderca pomylił Tyberiusza z Martinellim, który z pewnego dystansu i w nocy prędzej byłby pomyloy z wyrzuconym na brzeg wielorybem niż z chudym jak szczapa Tyberiuszkiem.

Dla mnie powód był jeden, Makruat uśmiercił Marinelliego na odległość, czarem, rytuałem, cholera wie czym i niestety doszło do fatalnej dla Włocha pomyłki.

Ale to nie koniec. Nasze nieporadne śledztwo co prawda nie wskazało nam, gdzie lub jako kto ukrywa się Makryat, lecz widać wystarczająco zaniepokoiło cholernego kebaba, by dalej próbował nam szkodzić. Dowodem tego mogła być interwencja policji, która przeszukała nasze bagaże, bowiem okazaliśmy się być “problematycznymi pasażerami” (no fakt, grzecznymi chłopcami po tylu przejściach to raczej nie jesteśmy).

Kolejnego dnia podróżowaliśmy już przez Jugosławię, która pozostała w naszych wspomnieniach jednymz wielu koszmarów. Jak się okazało koszmarów, które znów dały o sobie znać. Raz, że po raz kolejny dostrzegliśmy biegnącą daleko pod lasem chatkę na kurzych nóżkach (a raczej cholerny szałas na gigantycznych nogach zmutowanego drobiu!). Dwa, jej właścicielka wsiadła w Belgradzie do pociągu (w postaci dystyngowanej, starszej pani), wyraźnie się nami interesując. Tak, Baba Jaga ma do nas jakieś pretensje i chyba da nam jeszcze popalić. Widać nie lubi, jak jej obiad ucieka z pieca.

Jeśli dodamy do tego watahę wilków pędzącą przez kilka kilometrów wzdłuż pociągu, to wyjdzie, iż zaczyna się o nas upominać nasza bogata przeszłość.

205-02m

A przecież i to nie koniec. Oto Sebastian, śledząc pismaka,  z którym mieszkał w przedziale, dowiedział się o mającym się odbyć spotkaniu jednej z pięknych dam podróżujących w pociągu (La Donny del Gardy) z tymże właśnie dziennikarzyną, niejakim Gatlingiem. W czasie tegoż spoktania Gatling został ciężko raniony przez Donnę, a próbujący zatrzymać kobietę Sebastian mało nie zginął zagryziony przez jakąś małą bestyjkę na usługach kobiety.

Kiedy moja postać wpadłą do przedziału ujrzała już tylko, jak dziewczyna wyskakuje w sukni (!) przez okno i bardzo zwinnie wchodzi na dach pociągu. Kimże by był Angus, gdyby nie rzucił się w pościg. Podpity, ociężały wywlekł się na dach i ruszył za babą, która gnała niczym łania w kierunku lokomotywy. Chcąc ją zatrzymać Angus wystrzelił, trafiając kobietę z Colta .45. Potężny pocisk zaledwie zachwiał delikatną uciekinierką! Dopiero po czwartym trafieniu (bagatela, ok. 40 obrażeń!) spadła z pociągu martwa.

W tej chwili pragnę podziękować w imieniu Angusa Tyberiuszowi, który pociągnął za hamulec bezpieczeńśtwa, kiedy moja postać jeszcze byłą na dachu. Dzięki temu Angus mógł nauczyć się latać i w konsekwencji poważnie poobijać!!!

Oględziny zwłok Donny wykazały dość makabryczną rzecz, pod jej skórą (!) ukrywał się jakiś cholerny Turek, pewnikiem jeden z przydupasów Makryata!

W tym momencie skończyliśmy sesję nieco wcześniej na prośbę MG. Udajemy się właśnie do wagonów bagażowych, przypuszczając, iż tam może znajdziemy naszego Turka.

Ja na sesję nie narzekam. Bawiłem się jak zwykle dobrze. Offtopy poza grą jakby mniej obecne były, ale zdecydowanie przeszkadzało mi rozgrywanie przez niektóych (Tyberiusz i Custer) dziwacznych scen, które nic nie wnosiły do sesji (po cholerę Tyberiusz polazł do Gatlinga i groził mu bronią, nie wiem!), a tylko spowalniały bieg wydarzeń i utrudniały pracę nad głónym zadaniem. W ogóle współpraca i sklecenie wspólnej aklcji stało niemal niemożliwe. Jakby każdy grał na swoją stronę. Wieszczy to wyjątkowo widowiskowe zakończenie kampanii. I wyjątkowo bolesne dla nas.

21
mar
09

Horror w Orient Expressie po raz przedostatni – miniraporcik z sesji

W zasadzie na blogu wspominałem raz czy drugi, że równolegle do innych projektów ciągniemy Zew Cthulhu, a konkretnie “Horror w Orient Expressie”. Kampania zaczęta bagatela prawie dwa lata temu, choć przez jakiś czas wstrzymana ze względu na odwiedzanie innych światów RPG, wróciła do łask zaraz po tym, jak skończyliśmy “Nocturnum”.

1486

Orient Express w lipcu 2007, moje miasto

 

MG: Madzia

Postacie:

Tyberiusz Wolfing – archiwista, kancelista, onani… pardon, antykwariusz. Tajemniczy mężczyzna o mrocznej aparycji 30letniego Johnny’ego Deppa, okazujący wszędzie miłość do starożytnych książek, oprawionych w skórę (nierzadko ludzką) foliałów, ksiąg pełnych makabrycznych iluminacji i miniatur. Na co dzień swobodny i miły kompan, który znika znienacka po to tylko, by popaść w jakieś kłopoty, z których trzeba go potem wyciągać (mój punkt widzenia).

Sebastian Schwartz – dziennikarz w średnim wieku poczytnego i szanowanego periodyku “Boston Globe”, w którym odpowiada za dział rozrywki i sensacji (tak, układa krzyżówki :) ), czasem fotografuje. Zwykle istoty z Mitów. Ciągle grozi, że zdjęcia pokaże przygodnym pasażerom. Czasem groźby realizuje. Wredny, cyniczny, złośliwy, okrutnie natrząsający się z poczynan innych ;) . Aha od ostatniej sesji psychopata z fetyszystycznym podejściem do broni palnej (z naciskiem na strzelby).

Angus McBride – postać piszącego te słowa, dawniej bokser, ex-glina z Bostonu, obecnie prywatny detektyw. Wielki chłop z lekką nadwagą, ukierunkowany raczej na fizyczne aspekty interakcji, od tych intelektualnych raczej stroniący. Czasem nerwowy, na co dzień miły i ujmujący, o sympatycznej aparycji zlanego boksera lub szeregowego członka bandy Dillingera. Od ostatnich, strasznych przejść w Czerwonym Meczecie zmaga się z alkoholizmem. 

 

Poprzednia sesja zakończyła się drugim już pochwyceniem przez Turków z sekty Bezskórego całej naszej ferajny. Trza przyznać, że na własną prośbę daliśmy się załatwić. Za pierwszym razem, podczas odwiedzin pewnego cmentarza po azjtayckiej stronie Konstantynopola, doskonale wiedzieliśmy, że leziemy w pułapkę. I poszliśmy. Jak idioci. Za drugim razem jak wyżej wymienieni idioci daliśmy się podejść, tej świni Mehmedowi Makryatowi (oby nasi przodkowie i potomkowie naszczali w jego łoże, bo my osobiście urwiemy mu łeb i zasadzimy w inną część ciała).

Sesja rozpoczęła się z chwilą, gdy zostaliśmy sami w celi z profesorem Smithem pozbawionym bagatela nóg, rąk i oczu (odpowiedź naszej MG na sugestię, że jest konający: “Nie jest umierający, on tylko nie ma nóg, rąk i oczu”). 

Uciekliśmy dzięki mojemu paskowi od spodni (prowizoryczny wytrych z klamry) i szczątkowym “ślusarskim” umiejętnościom Sebastiana. Krótko potem wybuchło zamieszanie. Z zewnątrz meczet zaczęły szturmować oddziały policji sprowadzone przez ambasadora Rutheforda, od środka tajemnciza zjawa, zwana Łopoczącym Człowiekiem wywołała panikę wśród kebabów. Tę samą zjawę zaczął udawać nasz kochany Tyberiusz zarzuciwszy na siebie wygarbowane ludzkie skóry! No comments :) .

Uratowani od niechybnej śmierci (wraz z nieobecnymi postaciami Grześka i Beaty, czyli rosyjską prost… damą do towarzystwa oraz teksańskim pilotem) zostaliśmy przetransportowani do ambasady brytyjskiej, gdzie Rutheford zaopatrzył nas w broń i dokumenty stwierdzające, iż jesteśmy wiernymi przyjaciółmi Imperium Brytyjskiego (he he!)

Tego samego dnia wieczorem weszliśmy na pokład Orient Expressu, którym Mehmed Makryat miał się udać do Londynu, by odprawić jakowyś mroczny i nieodzownie bluźnierczy rytuał. I my temu mieliśmy zapobiec. Sprawa nie była prosta. Z masakry w Meczecie wydostało się kilku kebabów z sekty, więc Makryat z pewnością został ostrzeżony, że idziemy jego tropem. Mając swoje umiejętności przybierania (dosłownie) skóry innych ludzi, miał nad nami przewagę. My musieliśmy go wpierw wykryć, on z marszu mógł sabotować nasze działanie, do czego zresztą szybko przystąpił.

Kolejnym problemem okazał się brak wolnych przedziałów. Toteż zajęliśmy miejsca w tych, w któych byli już pasażerowie. Moja postać zamieszkała z jakimś angielskim wymoczkiem o urodzie Clarka Gable’a, który dość szybko zaczął udawać wielkiego wojaka, awanturnika i myśliwego. Sebastian dostał do pokoju sępa dziennikarskiego rodem z jakiegoś brukowca, a biedny Tyberiusz włoskiego tenora z przerostem brzucha i ego. Zapowiadała się ciężka podróż.

Początek naszej podróży spędziliśmy na interakcji z pasażerami. Nasi “współspacze”, baron z małżonką, dama zimna jak lód, przerażony konduktor czy posepny kierownik pociągu. Każdy może być Makryatem. Cholerny kebab już raz zaatakował, zatruwając wodę mineralną Sebastiana. Szczęśliwie zatruł się nią pismak (niestety nie zszedł :) ). Wnioski z tego wydarzenia płyną dwa: trzeba być czujnym, od wody mienaralnej lepsza jest whisky. Dzielny Angus McBride oba wprawadza  życie.

 

Orient Express w lipcu 2007, moje miasto

Orient Express w lipcu 2007, moje miasto

 

 

Sesja jak zwykle sympatyczna. Kameralna, we wspaniałym towarzystwie, na luzie. Odpowiednio podniesiony poziom napięcia i, co dużo mówić, agresji (niech ja dorwę tego cholernego kebaba!!!) Coś co lubię. Nie rozegraliśmy zbyt wiele, gdyż mieliśmy przerwę (Damian odwoził żonę, która po raz pierwszy w życiu widziała RPGi w akcji i pewnie wpadła w panikę, widząc bandę psychopatów w akcji :) )

Poza tym mamy z Damianem tendencję do offtopowania. Staram się walczyć z tym niecnym procederem w sobie. Dlatego prośba Madziu, jak coś to sygnalizuj, że Ci przegadujemy za dużo.

06
lut
09

Nocturnum Epilog

Xian uważał się za wspaniałomyślnego i uczciwego człowieka. Wśród ludu plemienia Kalkha znany był z tego, że dba o tych, którym mniej się poszczęściło od niego. Samemu nie mając rodziny, czuł się w obowiązku pomagać tym, którzy podróżowali samotnie przez tę niegościnną krainę. Dlatego nikt nie był zaskoczony, kiedy Xian zabrał ze sobą obcych, których odnalazł na pustyni po tym, jak kometa uderzyła w pustynię i zniknęła.

Podróżował właśnie na końskim grzbiecie do jurty swego wuja, kiedy spostrzegł przybyszów. Ich ubrania były w strzępach a ciała poranione, twarze albo zbyt jasne, albo zbyt ciemne, a rysy niemongolskie. Xian widząc z daleka ich białe włosy, spodziewał się starych ludzi, jednakże ich oblicza były może i umęczone, lecz młode.

Kiedy ujrzał ich otwarte, puste oczy, wiedział, co się wydarzyło. Te biedne dusze musiały widzieć, co się stało z kometą. Musiały ujrzeć dziwną magię uwalniającą się kamienia spadającego z nieba, co przywiodło ich do szaleństwa.

Xian próbował do nich mówić, lecz ich oczy pozostawały puste. Ich kończyny drżały niczym z ogromnego zmęczenia. Mongoł wiedział, że jeśli im nie pomoże, umrą.

Wróciwszy do jurty swojego wuja, Xian położył obcych na posłaniach z owczych skór, a potem przez całe dnie obserwował, kiedy spali. Budził ich, karmił, zmieniał bandaże, a potem znów czuwał. Dni upływały a ich oczy pozostawały zaszklone, nieobecne, tak jakby wciąż widzieli to, co przywiodło ich do takiego stanu.

Minęły dwa tygodnie i Xian zrozumiał, że choć zadbał o ciała obcych, to ich umysły pozostawały wciąż kalekie, ranne. Czuł smutek, lecz jednocześnie spokój, wiedząc, iż zrobił tyle, ile mógł.

Xian, jak większość z plemienia Kalkha znał ludzi pracujących w dziwnych budynkach oznaczonych napisami Parsec i TemCo. Jednak w przeciwieństwie do swoich pobratymców nie pracował nigdy dla nich, wolał przemierzać pustynię lub step niźli otrzymywać co miesiąc zapłatę. Nie chciał pracować wśród tych dziwnych budowli i anten, jednakże często przyjeżdżał tam, odwiedzał swojego wuja, przywożąc mu kozie mleko. Teraz miał nadzieję, że ci ludzie mają jakiegoś lekarza lub kogoś podobnego. I nie mylił się.

Ludzie TemCo byli bardzo wdzięczni. Wysłuchali historii Xiana traktującej o odnalezieniu obcych. Wylewnie podziękowali mu za ocalenie swoich “cennych pracowników”. Lekarz mieszkający w kompleksie, dr Wessler ukłonił się Xianowi:

- Nie wiemy, jak ci dziękować. Teraz zajmiemy się tymi nieszczęśnikami najlepiej jak potrafimy.

Ty wszystko wydarzyło się 3 miesiące temu. Życie wróciło do normalności na stepie, chociaż kompleks TemCo został całkowicie opuszczony, a budowle zniszczone. Xian nadal mógł przemierzać swój świat, choć tak naprawdę zmienił się on całkowicie.

Tysiące kilometrów dalej niewysoka, drobna blodnynka stała przed ekranami monitoringu, obserwując ludzi umieszczonych pojedynczo w niewielkich celach. Ogoleni na łyso, wychudli, leżeli nieruchomo na pryczach, wpatrując się pustym wzrokiem w sufit. Dr Hall, ordynator i główny psychiatra Gibson Mental Hospital zacisnęła wargi, a jej oczy pociemniały. Jeśli miała być uwięziona na tej cuchnącej, brudnej planecie, to przynajmniej miała w swoich rękach tych, którzy byli temu winni. A jutro… A jutro znów się nimi zajmie.

712cb063f4e9a16b6ca11f5778f85cb9

06
lut
09

Armageddon nadszedł…

To była ostatnia sesja w świecie kampanii Nocturnum do Call of Cthulhu D20 (na mechanice D20 Modern). Tego dnia, tak czy inaczej, miał nastąpić koniec.

Po spenetrowaniu Tyrr Nemai a następnie brawurowym ataku na obóz TemCo pod Makalu nasi bohaterowie zdobyli ciężki śmigłowiec transportowy, w któym ruszyli  w swój już ostatni wyścig z czasem. Rajd lotniczy w poprzek Chin na mongolską część pustyni Gobi. Ponad 12 godzin nocnego lotu.

Chiny przywitały ich nadzwyczajnym spokojem. Łagodne równiny, na których gdzieniegdzie rozpostarły się malownicze wioski. Lśniąca na niebie kometa zalewała srebrzystym światłem malowniczy krajobraz, czyniąc go zarazem tajemniczym. Większość ekipy po prostu rozwaliła się na luksusowych fotelach, starając się wyrwać choć trochę snu przed nadchodzącą konfrontacją. Allegra i Jarod pilotowali maszynę na przemian, niewiele mówiąc i wpatrując się w milczeniu w wyświetlacze instrumentów pokładowych. 

Podróż nie obyła się bez perturbacji. W dziewiątej godzin lotu ciszę panującą w kabinie pilotów przerwał potok chińczyzny wylewający się z głośnika komunikatora. Ekloff, znający chiński, szybko przetłumaczył, że chińska obrona powietrzna żąda, by śmigłowiec bohaterów natychmiast wylądował w bazie lotniczej. Dla poparcia swoich żądań chwilę później dwa myśliwce przemknęły obok Sikorsky’ego. Sytacja była napięta, ale kunsztem wykazał się tutaj Andre, negocjator ekipy, który w przedłużającej się dyskusji zdołał przekonać oficera chińskich sił powietrznych, iż ma do czynienia z maszyną TemCo, która z rannym personelem próbuje się przedostać do macierzystych instalacji na pustyni Gobi. Mało tego chińskie myśliwce bezpiecznie odeskortowały śmigłowiec do granicy, a potem zawróciły do swojej bazy.

Świt wstał piękny, słoneczny. Na bezchmurnym niebie królowały dwa słońca. Maszyna graczy przemykała ponmad ziemią, niemal muskając brzuchem pomarańczowe zbocza wzgórz. Wreszcie kompleks Podstacji B stał się widoczny gołym okiem z iluminatorów śmigłowca. Gigantyczna, ponadstumetrowa antena, niewielki bunkier centrum kontroli, przysypane piachem lądowisko i kilkupiętrowy betonowy blok generatora. Jarod posadził Sikorsky’ego 300 metrów od kompleksu za jednym ze wzgórz i b0haterowie wyładowali się wraz z całym ciężkim sprzętem. Krótka obserwacja wykazała brak jakichkolwiek patroli, toteż grupa ostrożnie i w rozproszeniu podeszła pod kompleks, gdzie Alice wprowadziła na klawiaturze zdobyty w Moskwie alfanumeryczny kod. Drzwi cicho otworzyły się, ukazując klimatyzowane wnętrze centrum kontroli. Personel bojowy stacji był nieliczny, jednak stawił zażarty opór. Mimo ranienia Andre, Simona oraz Alexa krótki szturm pozostawił w kompleksie tylko jedną żywą osobę. Ogłuszonego i zmaltretowanego wybuchem LAWa Juliana Levitza, głowę zespołu naukowego TemCo. 

Spanikowany Levitz błyskawicznie wyłożył do czego zmierzają s’kryythowie.  Otóż kometa ma uderzyć we włączone chwilę wcześnie gigantyczne pole energetyczne, utworzone przez trzy wierzchołki trójkąta kompleksu TemCo na pustyni Gobi. Energia z impaktu miała rozedrzeć przestrzeń i utworzyć przejście do paralelnego wymiaru. Wszechświata, z którego przed tysiącami lat przybyły na Ziemię obce istoty kierujące TemCo. Dzięki temu miały wrócić do domu, chociaż dla Ziemii oznaczało to zniszczenie. Jednakże wyliczenia Levitza wskazywały, iż ogrom energii wydatkowany w impakcie nie tyle stworzy przejście, co doprowadzi wręcz do zapadnięcia się naszego uniwersum. Dla Układu Słonecznego mogło to oznaczać błyskawiczną anihilację, dla Wszechświata katastrofę, w wyniku której przestanie istnieć w ciągu zaledwie kilku milionów lat :)

Wedle Levitza wyjście było jedno: przedostać się do centrum trójkąta, w miejsce uderzenia SH01. Tam znajduje się antena Magnetronu, licząca ok 120 metrów betonowa wieża nafaszerowana elektroniką. Serce bramy. Gdyby manualnie przestawić niektóre z przełączników kometa nie tyle uderzy w bramę, przekacując jej energię, co przeleci przez nią do drugiego wymiaru. Ziemia dzięki temu miała być przetrwać. 

W tym samym czasie, kiedy Levitz dawał bohaterom przyspieszony wykład fizyki, Andre z Alexem infiltrowali system bezpieczeństwa TemCo, obserwując jak przy Głównym Generatorze przynajmniej setka komandosów TemCo szykuje się do akcji. Centralną postacią był Gerard Moore, koordynujący akcję. M.in. grupa agentów Trybanału metamorfowało w wilcze bestie i galopem ruszyło w stronę Podstacji B, kilkunastu żołnierzy załadowało się do śmigłowca, a pozostali do pustynnych łazików i półciężarówek. Rozpoczął się wyścig. Kto pierwszy dotrze do miejsca impaktu? Bohaterowie w Sikorskym brawurowo pilotowanym przez Allegrę czy żołnierze TemCo w swoim Black Hawku? Wyciskając, ile się da z maszyny, lecąc już niemal na oparach paliwa Allegra niemal wpadła na gigantyczną budowlę anteny Magnetronu, wyrwała śmigłowiec do góry i jednym manewrem posadziła na szczycie, wyrzucając desant. W tym czasie helikopter TemCo znajdował się już od nich ledwie 1,5 kilometra, waląc przy tym do Badaczy Tajemnic z pokładowego Browninga. Kilka kul trafiło maszynę, uszkadzając hydraulikę, lecz Allegra wystartowała obróciła ją bokiem i Zane pociągnął serią z wukaemu, a Ken wystrzelił jeden z dwu posiadanych Stingerowów, który po krókim locie znalazł swój cel. Śmigłowiec TemCo zmienił się w widowiskową kulę ognia, która jakby zapowiadając, co za chwilę miało nastąpić za sprawą komety w skali makro, w pełnym pędzie przypieprzyła w spękaną powierzchnię pustyni. 

Uszkodzony śmigłowiec bohaterów lądował obok budynku i cała dziesiątka (7 postaci graczy i czterech NPCów: niezmordowany Ekloff wraz z Zane’em, Leitz oraz tajemniczy ktchooma – Michael Graham, który ujawnił się w Podstacji B) rozpoczęła przygotowania do ostatniej walki. Do przybycia komety były niecałe dwie godziny. Levitz z Alice i Allegrą przestawili przełączniki w ciągu trzydziestu minut, a pozostali przygotowali gigantyczną wieżę do obrony. Simon, korzystając z wojskowego doświadczenia rozstawił na rogach cekaem M-60, którego sam obsługiwał oraz wymontowanego ze śmigłowca Browninga (Ekloff i Zane). Ken z granatnikiem i Stingerem zajął pozycję niedaleko od nich. Snajperzy (Jarod z Barrettem i Andre z M-24 na dachu). Wróg miał nadejść w ciągu godziny, co oznaczało, że musieli wytrzymać wystarczająco długo, by przeciwnik, nawet gdyby zdobył kompleks, nie zdołałby przestawić przełączników. 

Walka, która nastąpiła na sesji trwała ponad godzinę (klasyczny ZC :) ), toteż pominę szczegóły. Dość rzec, że BG odparli atak przekształconych agentów Trybunału, a potem i koncentryczny szturm komandosów TemCo, zadając duże straty. Ostatni akt zmagań nastąpił już przy akompaniamencie uruchamianej bramy, trzasków wyładowań etc. Agenci Trybunału zginęli, komandosi TemCo, przygnieceni stratami oraz niewytłumaczalnym zjawiskami (brama, nadciagająca kometa) zalegli na pustyni, przerywajac szturm. Moore zniknął. Do impaktu zostało kilka minut. Kometa zasłoniła tarczę słońca. Gigantyczny cień padł na całą Mongolię i fragment Chin, cały świat wstrzymał oddeech. SH01 z nieludzką precyzją wdarła się w ziemską atmosferę. Początkową ciemność zastąpiły szkarłatne chmury kłębiące się aż po horyzont. To atmosfera spalała się pod kosmicznym uderzeniem 30-kilometrowego jądra komety. BG zalegli na szczycie wieży, wpatrując się w ten fenomen (Jarod robił zdjęcia, Allegra też – komórką :) ). Wtedy Moore uderzył ujawnił się nagle i jednym ciosem powalił na dachu wieży Andre a potem Jaroda. Gdyby w tej chwili zniszczył którąś z wielu anten na dachu kompleksu brama, by się załamała a kometa uderzyła w powierzchnię. Armageddon.

Jednak Michael Graham, drugi ktchooma zaatakował pobratymcę. Obaj zwarli się w bratobójczej walce. Ten, który liczył się tylko ze sobą i ten, który zawierzył ludziom. Osłabiony Graham powstrzymał Moore’a i choć sam zginął, dał Simonowi na tyle czasu, iż ten zdążył wycelować w Moore’a artefakt otrzymany od Graham w Kopenhadze i zniszczyć go promieniem energetycznym. 

Kometa lada chwilę miała uderzyć. Brama rozpostarła się błękitnym polem na kilkudziesięciu milach pustyni i przestrzeń rozwarła się, ukazując sąsiedni wszechświat. Dziwne planety, pierścienie, odmienna, niezrozumiała fizyka i przerażająca groza Bogów Zewnętrznych, których bohaterowie ujrzeli w swej okazałości. Kosmiczny  Chaos. 

To był ten ostatni rzut na Poczytalność. Wóz alb przewóz. Większoś cgo zdała, tracą tylko K10 punktów. Niestety dzielny Andre stracił ponad 80 punktów i odszedł jak prawdziwy heros ZC: śliniąc się i robiąc pod siebie :) .

Prawdziwym szczęściarzem okazali się Jarod i Alice. Choć nie zdali testu i stracili K100 punktów, to u pierwszego rzut wskazał na 6, a drugiej na 18 :)

Chwilę potem kometa uderzyła w bramę i przeleciała na drugą stronę. To było lepsze od LAWów wystrzelonych przez bramę w poprzednim epizodzie. Co innego posłać wrogowi kilka rakiet, co innego Bogom Zewnętrznym przesłać kometę :) .

W tej samej chwili brama zapadła się w sobie, kometa zniknęła a nasi bohaterowie stracili przytomność. To był koniec.

UWAGI: Samo zakończenie, czyli co się stało z Badaczami Tajemnic w następnym poście (jutro lub za dwa dni). Pamietajcie – wymiar poświęcenia! Jak w “Sunshine” :) .

Sama kampania prowadziła mi się świetnie. Ciekawy pomysł mocno odbiegający od typowych kampanii ZC. Nacisk na akcję w mniejszym stopniu na śledztwo. Wyjście od zwykłych ludzi do bohaterów, którzy moga uratować świat, przemierzywszy wpierw Europę i Azję. Zróżnicowane miejsca akcji (ameryukańskie krajobrazy Zachodniego Wybrzeża, środkowego USA, bagien Georgii, platforma wietnicza, Kopenhaga, Moskwa, Ryga, Syberia, wreszcie Tybet i pustynia Gobi) podnosiły walor fabuły. Dodam do tego subtelne kotwiczenie niektórych wątków w Mitach (inwazja Istot z Głębin na platformę, Dagon, rozmowa z Nyarlathotepem etc.) i mamy naprawdę ciekawą koncepcję rozgrywki. Autorzy oddali klimat współczesności, głównym przeciwnikiem BG nie jest kult, lecz potężna korporacja, dzięki czemu pod pewnymi względami gracze mogli czuć się jak w cyberpunku. 

Nie był to dodatek bez wad. Kilka scenariuszy było zwyczajnie oklepanych i nudnych. Into the East (podróż koleją transsyberyjską) nie miało ciekawej fabuły, motyw z oszustami był na tyle nieciekawy, że tylko go zasygnalizowałem. Moscow Showdown (czyli penetracja Fabryki Traktorów pod Moskwą) musiałem rozbudować o kilka elementów, gdyż był dla BG mało interaktywny. Z mocnych scenariuszy, które faktycznie się sprawdziły, mogę wskazać Stilness (klasztor buddyjski w Kalifornii i pierwsze spotkanie z Kage), który był swoistym cliffhangerem kampanii. Revelations (posiadłość w Georgii  i starcie z dziwnymi istotami z bagien) za swoisty nastrój tajemnicy i klimat niczym z komiksu Kaznodzieja. Thor Anvil (moja ulubiona platforma wietnicza), za zmuszanie BG do działania, za pozorny brak szans, za zagrożenie etc. etc. 

Mechanika (nasze pierwsze podejście do D20 Modern) wedle mnie dobrze oddała nastrój i charakter kampanie, ukierunkowanie na akcję etc. 

W sumie tyle ode mnie, chętnie przyjmę wszelkie uwagi.

Parafrazując Adamsa:

Cześć i dzięki za ryby… to znaczy za grę!




O mnie

Na co dzień belfer (yuck!), wykładowca (mniejsze yuck) no i erpegowiec. Miłośnik kultury popularnej we wszelkim wydaniu, domorosły badacz nowych mediów oraz zjawisk kulturowych z nimi związanych. Tutaj uwidzisz głównie moje rolplejowe wcielenie. Enjoy. GG 1823828

 

listopad 2009
P W Ś C P S N
« paź    
 1
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
30  

Archiwa

Kategorie

free counters