Lisia nora

Zlewnio-odsiewnia pomysłów?

Polacy, Niemcy i zjazd gnieźnieński

Niemieccy rycerze przekraczali bród na Odrze długim szeregiem. Piechota, w głównej mierze oddziały Wieletów oraz kontyngent doskonałych włóczników z Marchii wciąż czekała na swoją kolej. Wszystko przebiegało jak należy. Rycerstwo szybko i sprawnie rozpędziło hałastrę Mieszka, która śmiała stawić opór mężnym oddziałom Hodona. Awanturnicy von Walbecka jak jastrzębie spadli na drużynników polańskiego księcia, ponoć elitę nad elitami. A teraz elita zwiewała w kierunku pobliskiej warowni. Hrabia Hodon zaśmiał się ponuro. Jak trzeba będzie to puści z dymem tę cholerną ruderę. Ech jak by to było przywlec Mieszka na powrozie z powrotem na Łużyce!

Tymczasem zbrojni von Walbecka, w większości bitni i okrutni wojowie, lecz niezdyscyplinowani, gnali piaszczystą drogą ciągnącą się u podnóża zalesionego wzniesienia aż do Cedyni. Za nimi jechało rycerstwo Hodona. A piechota? Została daleko z tyłu.

Zdradzieccy Polanie! Nagle chmura strzał zasypała konnicę niemiecką. Jeźdźcy spadali z wierzchowców, pełnokrwiste rumaki konały naszpikowane strzałami. Łucznicy Mieszka, a raczej jak się potem okazało jego brata Czcibora, szyli strzałami, tchórzliwie kryjąc się pośród drzew. Za to tarczownicy z przeraźliwym wyciem rzucili się w dół zbocza i wpadli z impetem, potęgując chaos w szeregach wojsk Hodona. Sam Hodon zaklął szpetnie i dobył miecza. Polanie rozbili wąską, lecz długą kolumnę Niemców. Poszatkowali ją, a teraz z lubością masakrowali ciężkozbrojnych. Do hrabiego dopadł von Walbeck. Koń pod nim padł, jeden z ciosów strącił mu szłom z głowy, jasne włosy zlepiała krew:

- Panie, nasi.. ! Tam, panie, piechota!!!! - bełkotał zbielałymi ustami.

A tymczasem drużyna Mieszka zawróciła i uderzyła na Niemców, biorąc ich w kleszcze. To co wyglądało na klęskę, zamieniało się w katastrofę. Ledwie osiemnastoletni Willamar von Merseburg cudem uniknął śmierci podczas ostrzału. Kilka strzał utkwiło w jego doskonałej kolczudze lub odbiło się od wielkiej tarczy. Pobłogosławił dzień, w którym przyjął pancerz z rąk swego ojca, grafa merseburskiego, Lothara zwanego Surowym. Teraz zastanawiał się na ile przydomek starego przełoży się na potraktowanie syna po powrocie z tej wyprawy. Odbił szerokim mieczem kolejny cios włócznią i szybko wyprowadził kontratak. Kolejny tarczownik legł w piasek z rozrąbanym łbem. Intuicja bardziej niż zmysły kazały mu się uchylić. Świst przecinanego powietrza w miejscu, gdzie przed chwilą była jego głowa, przypomniał mu od tym, że na plecach ani tym bardziej w rzyci oczu nie ma. A właśnie od tamtej strony zaatakowała konnica Mieszka! Jeden z jego zdrajców po raz kolejny próbował swoim mieczem wywlec flaki z brzucha Willamara. Był w podobnym wieku, co młody Niemiec, a teraz w nienajgorszej niemczyźnie ciskał gromy na głowę rycerza:

- Psiajucho, zachciało ci się wypraw, złota, a może i naszych dziewek, bo wasze, jak wiadomo, tłuste i szpetne?

Widać należał do tych nielicznych, w miarę ułożonych wojów Mieszka. Może nawet umiał swoje imię zapisać?

- Polańska świnio, w plecy bijesz?

- W dupę nie w plecy szwabski knurze, bo u was gębę od rzyci trudno odróżnić!

Wymianie obelg towarzyszyła wymiana ciosów. Willamar był zmęczony, Polanin wypoczęty. Jeden z ciosów przełamał gardę rycerza i dosięgnął twarzy. Nagły ból, błysk, a potem ciemność.

W środku drużynnik polski, z lewej spieszony (hehe) rycerz niemiecki,
z prawej czeski piechur. Sojusznicy psia ich mać!

***

Willamar potarł w zamyśleniu krwawą bliznę na brodzie. Potarł na brodzie, choć równie dobrze mógł ją trzeć od czoła po obojczyk. Pamiątka sprzed kilku lat miała purpurową barwę i raczej nie dodawała zwalistemu jak niedźwiedź niemieckiemu rycerzowi urody. Willamar próbował zapuszczać brodę, by choć trochę przykryć ślad po polańskim mieczu, ale na czole przecież włosów nie wyhoduje:

- Czekać! – warknął do swoich podkomendnych, w większości tzw. ubogich rycerzy z pogranicznych grodów Marchii odzianych w miedziane kolczugi.

Noc była już głęboka, chmury przysłoniły gwiazdy. Było parno i duszno, jak przystało na czerwiec. Minął ledwie dzień lub dwa od przesilenia. Ci cholerni poganie pewnie znów tańczyli nago wokół ognisk, parzyli się w ich świetle i puszczali wianki z kwiatów na wodzie. Cholera wie, co bardziej przerażało tęgiego rębajłę z zachodu, parzenie się przy ognisku, czy wicie wianków z kwiatów przez facetów.

Do rycerza, dowodzącego przednią strażą wojsk samego cesarza niemieckiego Ottona II, podjechał łącznik:

- Zaczynać!

Willamar nawet nie spojrzał na posłańca, tylko po wilczemu wyszczerzył zęby do swoich zabijaków:

- Brać bród łotry! Tak by te psy nie zdążyły zareagować!

Wyprawa cesarza niemieckiego Anno Domini 979 weszła w fazę decydującą. Otton II wyjaśni Mieszkowi, dlaczego poparcie Henryka II Kłótnika z Bawarii było błędem, a Willamar pomści zniewagi spod Cedyni.

Wpadli jak burza w wody Odry, przekroczyli błyskawicznie rzekę i zaatakowali obóz oddziału osłonowego. Willamar w galopie ściął jednego z wartowników i zaryczał:

- Wybić wszystkich! Nie darować!

Jeśli zajmą bród, to armia cesarska przekroczy rzekę nim główne siły Polaków przygotują się do obrony. Willamar dostrzegł niewielki oddział drużynników Mieszka dosiadających konie i w pośpiechu opuszczających obóz. Spiął konia i pognał w ich stronę:

- Brać ich! Brać nim… – Wtedy rozpoznał jednego z rycerzy. To ten bydlak, który zdradziecko ranił go kilka lat wcześniej! Polski rycerz dostrzegł go w ostatniej chwili i dobył miecza. Willamar wyszczerzył się triumfalnie i chwycił mocniej dębowe drzewce włóczni. Polak rzucił do swoich:

- Jedźcie, zatrzymam go!

Jeden z podkomendnych zawahał się:

- Ale Jaksa, nie zdzierżysz im!

Dokładnie Jaksa, nie zdzierżysz! Willamar z impetem wjechał pomiędzy polskich drużynników i pchnął włócznią Jaksę. Ten cudem uniknął ciosu, odchyliwszy się w siodle. Mieczem odtrącił grot włóczni:

- Zdradą chcecie wygrać?!

- Od was się uczymy! – Willamar raz jeszcze pchnął, ale i tego ciosu polski rycerz uniknął.

- Czego? Bo chyba nie wojować! – Miecz Jaksy odbił się od tarczy Niemca.

- Willamar von Merseburg nie potrzebuje nauki od byle chłystka! – włócznia o włos minęła bok Polaka.

- Ale Jaksa ze Zgierza chętnie jej udzieli!

Ale to Willamara włócznia w tej samej chwili znalazła lukę w obronie Jaksy. Grot wbił się głęboko w bok Polaka. Jaksa wypuścił miecz i runął zakrwawiony z konia. Willamar przez chwilę upajał się swoim zwycięstwem, a potem splunął na trupa. Nagle nad pobojowiskiem poniósł się dźwięk rogu. Dawał Niemcom znak do odwrotu. Willamar z niedowierzaniem popatrzył na niemiecki brzeg Odry. Główne siły nie zdecydowały się przekroczyć rzeki!

W środku niemiecki rycerz, po lewej piechur z Werony, po prawej lotaryński woj.
Piesi niestety z nieco późniejszej epoki (XI/XII w.)

***

Seneszal księcia Mieszka gniewnym ruchem ręki odprawił posłańca, a potem napełnił róg najprzedniejszym goplańskim miodem i wychylił go jednym haustem, a potem czynności powtórzył. Przyzwyczaił się, że jeśli księciu się przekazuje złe wieści, to najlepiej po pijaku. Książę miłościwy, lecz nerwowy, zdarza mu się w pysk prasnąć. Nachlanego mniej boli. Potem z trudem podniósł się ze stolca, podtrzymując wielkie brzuszysko i poczłapał do komnaty księcia.

- Miłościwy książę?

- Czegóż Spytko? – Mieszko jowialnie się uśmiechnął. – A pódźże bliżej, co tak jak kuśka świtem będziesz stał po próżnicy? Są wieści z pogranicza?

A jakże były, Spytko przeklął w duchu. Szykowana od roku wspólna wyprawa retorsyjna cesarskiej Saksonii i księcia Polan na Wieletów być może wzięła w łeb, a spisane potajemnie umowy nazwane w przypływie dobrego humoru władcy Polski paktem Otton-Mieszko nadawały się do tego samego co wiecheć słomy – podtarcia dupska.

- No są panie. – Spytko westchnął zrezygnowany i podlazł do księcia. – No więc Sasi rzekli, że nie jadą.

- Coooo?! – Mieszko zerwał się na równe nogi. Odtrącony zydel z hukiem zatrzymał się na ścianie. – A co te kpy wymyśliły?!

Spytko poczochrał się w łeb, myśląc, jak przekazać nowiny swemu panu. Zdecydował się zrobić to w miarę delikatnie:

- Miłościwy książę pamięta Willamara z Merseburga?

- A juści, co mam nie pamiętać jednego z ich wodzów. Dzielny rycerz, wielki jak dąb, doskonały w rzemiośle wojennym. Co z nim? Sprzeciwia się wspólnej wyprawie?!

Spytko wił się jak piskorz, ale wreszcie wydukał:

- Nie bardzo może, dogorywa…

- Chory? – Mieszko zapytał zaskoczony.

- Eeeee nie, nasz Jaksa rozszczepił mu hełm toporem, łeb pękł, krew poszła, aż mozgi…

- Co, kurwa żesz mać!!!!??? – Gdyby Mieszko miał kronikarza, to być może dzięki temu dziś mielibyśmy dowód, że współczesne wulgaryzmy w tym samym znaczeniu używane były aż tysiąc lat temu. Spytka nie bardzo to obchodziło pewnie, bowiem próbował się pozbierać po ciosie Mieszka. W duchu przyznał, ze wypił za mało miodu. – A co temu durniowi do łba przyszło?!!!

- No bo oni się od Cedyni znają i nie bardzo lubią. – Żałośnie tłumaczył Spytko. – Ale ja tam panie pojadę, znajdziemy ten… no… consensus.

- I Jaksę mi ściąć. Nie! Przywieźć mi go, sam go zetnę!!!

- Jaksa też dogorywa. Nachylił się nad udającym nieżywego Willamarem, a ten go zdradziecko pchnął nożem.

Mieszko pokręcił głową ze złością:

- A to niemiecka swołocz!

Już na marginesie mogę wspomnieć, ze chyba Spytko wykazał się, skoro my dziś wiemy, że AD 985 doszło do wspólnej polsko-niemieckiej wyprawy na Wieletów. Ale przyjaźni tam się nie doszukujmy.

***

Anno Domini 990. Kończyła się druga wojna polsko-czeska. Kończyła się definitywnie. Książę czeski Bolesław, drugi tego imienia, pokątnie zwany Pobożnym, bo modlić to się umiał, ale wojować nie bardzo, w pośpiechu opuścił stolicę, a wojowie Mieszka wsparci przez kontyngent cesarski parokrotnie wybili już Czechom z głowy pomysł a jakimkolwiek zorganizowanym oporze. Komes Jaksa ze Zgierza przechadzał się po obozowisku. Tu wyzywał ciurę, tam ustawił do pionu jakiegoś drużynnika, a potem oblazł wysunięte wokół obozu warty. U niego nie było miejsca dla nierobów. Nie na darmo był jednym z ulubionych dowódców księcia, który wybaczył mu już porywcze zachowanie sprzed kilku lat. Co prawda miał już na karku prawie cztery krzyżyki i emocje lepiej trzymał na wodzy, mimo to wolał nie zbliżać się do obozu sojuszników. Zastanawiał się, co porabiał teraz jego „przyjaciel” i zarazem dowódca niemieckiego rycerstwa – hrabia Willamar von Merseburg. Pewnie siedzi tłuścioch jeden na zydlu, chleje piwsko i myśli o rabowaniu. Albo szwenda się po obozie, sprawdzając straże. Albo…

Jaksa z niedowierzaniem przetarł oczy. Przed nim stał sam Willamar z dwoma przybocznymi:

- Jaksa… Sam Jaksa… Obóz swój sprawdzasz? Brzuch ci nie przeszkadza? Co, piwska za dużo? Pilnuj tej swojej psiarni…

Jaksa rozejrzał się wokół. Nieopatrznie wyszedł poza warty i akurat pech chciał, ze napatoczył się na Willamara:

- Psiarni powiadasz? A ty po psy przyszedłeś, bo się twoim rycerzom mali chłopcy skończyli? – zarechotał w twarz Niemcowi.

- Verfluchte polnische schweine! – Willamar w biegu dobył miecza i runął na Jaksę.

***

Bolesław Chrobry osobiście doglądał przygotować do zjazdu. Gród gnieźnieński był przystrojony jak nigdy dotąd. Wysprzątano obejścia chat, zamieciono dziedziniec kasztelu, powieszono kwiaty, więźniów z lochy przeniesiono do pobliskiego Poznania, co by jękami i wrzaskami nie niepokoili cesarza Ottona III, który słynął nie tylko z młodego wieku, ale dość delikatnego usposobienia. Obok Bolesława kroczył potężny woj. W pysznej duńskiej kolczudze, toporem za pasem i wielkim wikińskim mieczyskiem w pochwie. Książę polski przystanął, a jego ochroniarz zaraz obok. Przez bramę kasztelu wjeżdżał właśnie kolejny wóz z dobrami przygotowanymi na mającą się już wkrótce odbyć ucztę. Pogodny poranek marcowy dobrze nastrajał księcia. Przez chwilę podziwiał wnoszone srebra do kasztelu, a potem rzucił do swego towarzysza:

- Srebrne i złote kubki, czary, miski… Prawdziwy skarb… Wszystko pójdzie dla Ottona, ale ma mi to wyglądać na spontaniczny gest! Eeeech, ja mu daję majątek a on co mi? Wywiad donosi, że podróbę włóczni św. Maurycego. Szwabskie skąpstwo.

Olbrzym skinął głową i założył ręce na piersi. Bolesław, niższy bodaj o dwie głowy spojrzał na niego z wyższością:

- Aha, Jaksa…

- Tak panie?

- Nie mam lepszego woja od ciebie, prawda? – zawiesił głos.

- Nie masz panie. – Pewność biła ze słów Jaksy ze Zgierza.

- Dlatego ty dowodzisz moją osobistą ochroną. Wybrałeś sobie ludzi, wyszkoliłeś ich. Ba, machnąłem ręką na twoje kumanie się z Jomsborczykami i nająłem też ich, na twoją osobistą prośbę. Wiele jestem w stanie ci wybaczyć, ale zetnę cię, jeśli komuś z Niemców coś zrobisz.

Jaksa spojrzał z wielkim wyrzutem na księcia Bolesława:

- Ależ panie…

- A co?! Owieczka z ciebie?! AD 990, pocięliście się z Willamarem z Merseburga, i to pod sam koniec wojny z Czechami, mało drugiej nie zaczynając. Wybaczyłem ci. Rok potem znów poszliśmy z Niemcami na Wieletów, a ty znów się pociąłeś i znów z Willamarem. Nie wybaczyłem ci, ale przeszło mi nim się wylizałeś z ran. Willamar trafił na rok do ciemnicy wtedy, więc widzisz jak miłosierny jestem! Ale żeby to był koniec. 5 lat temu co było?!!

Jaksa spojrzał pod nogi i wybąkał:

- No wyprawa na Obodrytów. Wspólna. Z cesarskimi…

- Taaaaaa, i podczas bitwy z Obodrytami, komu wraziłeś włócznię w rzyć?

Jaksa wzruszył ramionami:

- Willamarowi… Ale wtedy ja dostałem rok ciemnicy, a on nie, choć mi oddał toporzyskiem!

Chrobry spurpurowiał:

- Ty nie nadużywaj mojej cierpliwości Jaksa! Ty lepiej trzymaj nerwy na wodzy, jak tu Niemcy będą!

Jaksa wyprostował się i przemówił z pewnością w głosie:

- Ale ja do Niemców nic nie mam, znaczy niewiele. Ja tylko wobec Willamara z Merseburga.

Bolesław Chrobry westchnął:

- A ty myślisz, że kto jest szefem ochrony Ottona?

*****

No i cóż to jest? Wstęp do nowego scenariusza. Call of Cthulhu: Dark Ages w konwencji pulpowej nieco (co po dialogach mam nadzieję, że widać:)). czyli jak Polak i Niemiec poszli zaciukać Przedwiecznego, starając się przy tym samemu nie zaciukać, a to wszystko podczas zjazdu gnieźnieńskiego.

31 lipiec, 2008 Opublikował/a smartfox | RPG, Zew Cthulhu | , , , , , | 12 komentarzy

Mi-go, Niemcy i Słowianie

Minął miesiąc, a jako że był paskudny i pracowity, to trudno było się zebrać, by dokończyć przygodę w “Call of Cthulhu: Dark Ages”. Na szczęście ludzie wynaleźli długi, majowy weekend, toteż we wczorajszym dniu udało nam się sfinalizować dzieje grupki średniowiecznych Badaczy zamieszanych w iście “cthulthystyczną” intrygę na pograniczu Cesarstwa Niemieckiego.

Poprzednia sesja skończyła się w chwili, gdy nasi bohaterzy odkryli rankiem na słowiańskim cmentarzu trupy dwu psów powieszone wysoko ponad ziemią. Z tą chwilą można rzec, iż zakończyło się fantasy a zaczęło “Archiwum X”. Lubawa, Pakosz oraz brat Eberharhardt, tak odmienni, a tak zjednoczeni wspólnym celem zdecydowali się udać do pustelni, z której przybył brat Kirył, który zaginął w nocy, podobnie jak i mały słowiański chłopiec – Dragan.

Pustelnia okazała się być dwoma, kamiennymi, przysadzistymi budowlami wzniesionymi z niezwykle starego, poczerniałego kamienia. Niewątpliwie za budulec posłużyły pozostałości jakiejś antycznej świątyni, może fortecy. Całość otaczał niski, kamienny mur. Przełożony pustelni, brat Chrystian, przyjął bohaterów w okazalszej budowli – kościele o wąskich oknach-strzelnicach i kopule krytej gontem. Tam też opowiedział im sporo o wierzeniach miejscowego ludu, ale i najeźdźców ze wschodu znanych jako Madziarowie. Opowiedział o swoich podróżach do Samarkandy, Kabulu i Bagdadu. I wreszcie opowiedział o tym, że Laa nie jest wyjątkiem, że na świecie są też miejsca, gdzie w maju i listopadzie dochodzi do strasznych wydarzeń, w których znikają ludzie, a nieznane zło budzi się do życia. Na sam koniec poprosił Badaczy, by ci udali się do żyjących w lesie niemieckich kolonistow – smolarzy. Być może to u nich zatrzymał się Brat Kirył.

Tak też bohaterowie uczynili. Wędrówka przez las nie była zbyt miła. Dziwne wizje wyraźnie spowolniły marsz. Mimo to dotarli krótko przed świtem w miejsce, gdzie powinni obozować smolarze. Zastali tam jednak Słowian z pobliskich wiosek, wyraźnie wzburzonych i w morderczych nastrojach. Nic dziwnego. Ktoś rozkrzyżował na drzewie nagie ciało Dragana i pozbawił je wnętrzności. Rzecz jasna podejrzenia padły na smolarzy, toteż Badacze czym prędzej udali się do smolarzy, chcąc ich ostrzec przed nadchodzącym atakiem Słowian.

Smolarze, czyli niemieccy koloniści, jak to ludzie mieszkający w lesie, nie mieli może najmilszej aparycji. Zarośnięci, odziani w niewyprawione skóry, przypominali bardziej dzikusów niż niosących kaganek cywilizacji, co zresztą zauważył Pakosz:

Pakosz: To ci słynni cywilizowani Niemcy?

Eberhard: Oni są już tak cywilizowani, że mogą sobie pozwolić na wakacje w naturze, a nie jak wy – dzikusy.

Resztę nocy i część dnia zajęło BG przeprowadzenie smolarzy do ufortyfikowanej osady Laa, gdzie smolarze schronili się przed gniewem autochtonów. Jak się okazało nie tylko oni. Wraz z nimi do Laa wkradł się pod przebraniem ktoś jeszcze. Prawdopodobnie brat Kirył, który stał zapewne za powieszeniem na drzewie ciała Dragana. A może niekoniecznie sam Kirył, lecz coś, co wedle Lubawy, zagnieździło się w nim i przejęło kontrolę nad jego ciałem. To miał wyjaśniać, dlaczego Badacza znajdowali ostatnio ciała pozbawione wnętrzności i byli świadkami dziwnych zachowań Dragana.

Zbyt długo Badacze w samym Laa nie zostali. Po spotkaniu z lordem Brantem, Burgolfem i Brun, wyraźnie zauroczoną Pakoszem, wyruszyli z powrotem do pustelni, by opowiedzieć bratu Chrystianowi, co najprawdopodobniej stało się z Kiryłem. Na próżno. Po drodze stali się ofiarą ataku owych dziwnych stworów, o których opowiadali i Niemcy, i Słowianie. Leśnych kobiet, upirów, wampyrów. Nagły błysk oślepił bohaterów, a potem istoty odziane w dziwne opończe z kapturami rzuciły się na nich. Mimo to Pakosz zdołał ubić dwie bestie, a i Eberhardt ukatrupił jedną.

Lubawa natomiast została porwana. Stwory uniosły ją w powietrze, a potem jeden z upirów wbił jej kolec jadowy w kark i słowiańska tropicielka zapadła w niespokojny sen pełen majaków i koszmarów. Co rusz się budziła. Widziała daleko pod nogami lasy i wzgórza, Czarne Wzgórze najeżone palami, na których gniły ludzkie szczątki, ruiny po dawno wymarłych ludach kryjące się wśród leśnych ostępów. W pewnej chwili poczuła, jak jeden ze stworów zabiera jej Czarny Kamien, który kilka dni wcześniej wyjęła z dłoni martwego mnicha-wojownika z orszaku brata Gudmana. A potem stwory wypuściły ją, by roztrzaskała się o ziemię.

Upadek zamortyzowały gałęzie drzew i leśna darń. Lubawa legła na ziemi, bliska obłędu i śmierci. Straciła przytomność nie wiadomo na jak długo.

Tymczasem Pakosz i Eberhardt ruszyli czym prędzej w stronę pustelni. Za późno. Stwory wyrżnęły braci i podpaliły kościół. Pakosz dojrzał jeszcze w kościelnej bibliotece jednego ze stworów, chwycił opończę i, nim stwór odleciał, zerwał ją. Dojrzawszy bluźnierczą (nieodmiennie:)) zawartość, po prostu zemdlał. Stwór, dziwny insekt, z którego korpusu wyrastało kilkanaście cienkich odnóży zakończonych szczypcami, zaszeleścił łuskowatymi skrzydłami i zniknął w dymie.

Mi-go, czyli dziwne, latające stwory.

Mi-go, czyli mieszkańcy Czarnego Wzgórza.

Tymczasem Lubawa, wciąż pod wpływem jadu, ruszyła w drogę powrotną do Laa. Towarzyszące wizje ożywających trupów, poruszających się drzew etc. nie pozwalały jej zapomnieć o przeżytym koszmarze.

Rozmowa dzielnych Badaczy o Laa (osadzie o średnicy może 100 metrów):

Pakosz: To naprawdę duże miasto.

Eberhardt: O tak, bo do większych nie wchodziłeś. U was takich nie ma, a do naszych cię nie wpuszczali.

Pakosz: A jakże, wchodziłem i do waszych, ale przez mury najczęściej, po drabinie.

Eberhardt: Chyba przez rury ściekowe.

Pakosz: Rurami to wasi uciekali przed nami.

Wszyscy spotkali się w Laa, lecz nie dane im było odpocząć zbyt długo. Oto brat Kirył, a raczej coś, co się w nim zalęgło zajęło się piękną Brun, zamieszkało w jej ciele. Nocą Brun przyszła do Pakosza, który spodziewał się zwykłych igraszek, a skończyło się tragicznie. Stwór wydostał się z ciała Brun, która umarła, cierpiąc katusze, a Burgolf oskarżyl Pakosza o zabójstwo córki. Do tego wszystkiego dołożył się nocny atak Słowian na Laa i ucieczka jeńca lorda Branta, który okazał się być synem madziarskiego księcia. Tylko dzięki temu Badaczom udało się zbiec z osady. Los Brun szczególnie poruszył Pakosza, któremu dziewczyna była dość bliska. Nawet istotom z Mitów Cthulhu nie polecam wkurzanie drużynnika piastowskiego. Pakosz krótko ujął swoje plany względem wampyra:

- Ja mu kurwa do domu wejdę!

Madziarski wojownik.

Uciekając przez las przed pościgiem odnaleźli Zoltana – madziarskiego uciekiniera, który zaprowadził ich do obozu Madziarów, gdzie spędzili kilka dni, wypoczywając i przygotowując się do wyprawy na Czarne Wzgórze, na którym wedle Madziarów miały mieszkać upiry odpowiedzialne za śmierć Dragana, Kiryla, Brun i ludzi z orszaku brata Gudmana. Bo jak rzekł szaman Madziarów: “Wampyry są wokół nas. Są jak robaki, wchodzą w ludzi, pożerają ich od środka, by nosić ich skóry niczym odzienia”.

I stało się. Wielki finał na Czarnym Wzgórzu, którego centrum opasywał niewysoki czarnym, kamienny mur, od wewnątrz pokryty celtyckimi runami. To one trzymały bestie z na Wzgórzu. Do czasu aż Burgolf rozebrał część muru i ostatecznie uwolnił wampyra.

Bohaterowie weszli na szczyt wzgórza, gdzie odnaleźli pod obeliskiem zejście do starego grobowca. Zanurzyli się w jego otchłań, schodząc coraz głębiej i głębiej. Wreszcie dotarli do starej komory świątynnej, gdzie odmienność i bluźnierczość owych istot zamieszkujących wzgórze objawiła się w pełnej okazałości. Ciało brata Gudmana, rozłożone na czynniki pierwsze, wciąż żyło. Sieć żył pompowała krew do zawieszonych w powietrzu organów, płuca spazmatycznie poruszały się, dostarczając tlen cierpiącemu kapłanowi, a raczej czemuś, co zeń zrobiono. A głowa? umieszczono ją w metalowym pudle, podłączając do dziwnych urządzeń, dzięki którym mogla słyszeć, mówić. Żyć w koszmarnym cierpieniu. Tego było już dla Badaczy zbyt wiele, po krótkiej rozmowie, Pakosz dobił Gudmana, a potem zeszli w głąb kilkusetmetrowej studni, gdzie uśmiercili kolejną z latających bestii.

Na dole czekała na nich brama do świata latających istot. Dziwnej, czerwonej krainy, w której na niebie lśniło kilka księżyców, a na horyzoncie wznosiły się monstrualne miasta, niczym wielkie kopce termitów. Wszędzie roiło się od skrzydlatych stworów. Badacze zrobili to, co podpowiadała im natura i typowa dla ich narodu kultura:

- Eberhardt zapragnął wbić flagę cesarską i objąć tę ziemię dla Cesarza

- Pakosz po prostu wysikał się na wrogiej ziemi

- Lubawa starała się z godnością zignorować poczynania towarzyszy.

Ostateczne starcie z wampyrem, pod postacią Brun ( a jakże!) potoczyło się w osobistym, stworzonym przez mroczną istotę, piekle badaczy. Dziwnej komnacie, której podłoga pokryta była zimnym, rzadkim błotem, starymi kośćmi i tysiącami kilkunastocentymetrowych czerwi, dokładnie takich istot, które infekowały ludzi – wampyrami. Brun-wampyr przejęła kontrolę nad ciałami bohaterów. Na krótko jednak. Pakosz, z pomocą swoich przyjaciół zdołał przebić się własnym sztyletem i wyrwać spod władzy wampyra, któremu chwilę później uciął jednym ciosem łeb.

Druga część przygody o wiele bardziej przypominała Zew Cthuhlu, choć przyznaję, że trudno jest prowadzić ludzi średniowiecza w kompleksie wydobywczym mi-go, a nawet przenieść ich na chwilę na Yuggoth. Jak opisać świat przez nich widziany? Dla mnie dość trudne. Mimo to “Dark Ages” ma dość fajny potencjał, zwłaszcza, gdyby grać w systemie kampanijnym. Możliwości jest co niemiara: celtycko-normańska Anglia, okres krucjat, walki w Hiszpanii w Maurami, starcia Waregów z Pieczyngami na terenie Rusi. Rodzące się kulty i herezje. W zasadzie siłą napędową zagranej przygody była interakcja pomiędzy Pakoszem i Eberhardtem, ciągłe dogryzanie i dogadywanie dodawało z pewnością uroku i życia rozgrywce :) .

2 maj, 2008 Opublikował/a smartfox | RPG, Zew Cthulhu | , , , , , | 5 komentarzy

Upiry, Niemcy, Słowianie i Cthulhu

Sesja z wczoraj. Pierwsza próba z niedawno nabytym “Call of Cthulhu: Dark Ages”

Czas: A.D. 998

Miejsce: Cesarstwo Niemieckie, Bawaria, Marchia Wschodnia, niewielka, pograniczna osada Laa nad rzeką Thaya.

Stało się. Po raz pierwszy prowadziłem Zew Cthulhu w czasach (dużo) wcześniejszych niż zwyczajowy XX wiek. Jakie wrażenia? Graczy było troje. Jako, że tworzenie postaci się przeciągnęło, zaczęliśmy dość późno, toteż efektywnej gry było niewiele ponad 3 godziny. Kto zdecydował sie zmierzyć z obowiązkowo nieopisanym i bluźnierczym zagrożeniem?

Lubawa (Madzia) – Szesnastoletnia Słowianka (cholera wie, jakie plemię, chyba Łużyczanka, tak czy inaczej dzikus). W roli przewodnika po gęstej puszczy Wschodniej Marchii. Zadziorna, pyskata i wyjątkowo dociekliwa. Na tropieniu zna się doskonale.

Brat Eberhardt (Jaro) – Osiemnastoletni kleryk z możnej rodziny. Protegowany biskupa Ratyzbony (albo innej szychy kościelnej). Przyjął rolę naukowca w drużynie. Nic dziwnego, skoro tylko on potrafił czytać :) . Ale jakie czasy, taki naukowiec. Wiedzy ledwie liznął, czytać od biedy potrafi w niemieckim i łacinie. Poza tym karierowicz, cynik i chyba większy bezbożnik niźli poganie :) .

Pakosz (Kamil) – Dwudziestodwuletni klejnot drużyny, prawdziwy Polanin, który opuścił młode państwo polskie w poszukiwaniu chleba, złota no i po prostu kogoś, komu mógłby dać w mordę. Woj, drużynnik, brygant i włóczęga. Antenat naszych dzielnych chłopcach w ich malowniczych dresikach. Gabaryty niedźwiedzia. Hobby: wypruwanie flaków ostrymi narzędziami. Może nie jest zbyt edukowany (25 % na języku ojczystym!), ale jak coś odciąć się potrafi:

Eberhardt: Ty w swoim języku mówić nie umiesz, znasz co czwarty wyraz! Ktoś zada ci pytanie i nie zrozumiesz.

Pakosz: Chcesz, zadam ci pytanie z boksu?

Eberhardt, Lubawa i Pakosz byli częścią niewielkiej wyprawy misyjnej, która wyruszyła z Ratyzbony wraz z błogosławieństwem biskupa i pod dowództwem brata Gudmana. By w rejonie osady Laa nawrócić pogańskich Madziarów. W skład wyprawy poza Badaczami i bratem Gudmanem wchodzili: brat Drogo, pięciu mnichów-wojowników oraz trzy osoby służby.

Przygody naszej drużyny rozpoczęły się 1 listopada 998 roku. Właśnie po kilku dniach wędrówki rozbiła obozowisko nieopodal brzegu leśnej rzeki. Od kilku dni bohaterowie próbowali dogonić pozostałą część wyprawy, z którą się rozdzielili podczas przeprawy przez Dunaj w mieście Hainburg. Tego dnia znużeni zasnęli snem sprawiedliwego przy ognisku. Czuwał jak zwykle Pakosz. raz z powodu kompetencji, dwa, że jak przystało na Słowianina poddał się germańskiemu wyzyskowi (Eberhardt po prostu położył się spać). Ledwie godzina minęła, a woj usłyszał jak coś przedziera się przez las. Ledwie zdążył obudzić pozostałych, gdy z gęstwiny wypadł zakrwawiony brat Drogo ścigany przez konnego wojownika. Obaj zniknęli w ciemnościach. Badacze pobieli za nimi. Jakie było ich zdziwienie, gdy w rzece znaleźli konającego wojownika ze złamanym karkiem i ani śladu po bracie Drogo. Przed śmiercią wojownik zdołał tylko wyrzec słowa:

- Wszyscy martwi… ale nie Gudman.

Pakosz jako pierwszy dostrzegł, że w dłoni woj zaciskał dziwny, czarny kamień, jednak nie zainteresował on zanadto naszego błyskotliwego drużynnika. jednak Lubawa, widząc, iż kamień dziwnie lśni się w świetle pochodni, schowała go za pazuchę (cecha wspólna kobiet i srok – zamiłowane do świecidełek).

Jeszcze tej nocy badacze zwinęli obozowisko i ruszyli w kierunku, skąd nadjechali obaj mężczyźni. Ledwie po godzinie marszu znaleźli ślady po obozowisku Gudmana. I kilka trupów, w tym jeden nadmiarowy. Wszystkie bezgłowe, a nadmiarowy w dodatku wypatroszony, nadgniły no i nagi. Po Gudmanie ani śladu. Samo obozowisku rozbito wśród ruin wioski. Kilkanaście rozpadających się chat, stara studnia, a w niej ludzkie kości.

Po prawdzie brat Eberhardt, jak przystało na “pobożnego” i “szlachetnego ” mnicha, rzuci, by ciała po prostu spalić (typowa germańska metoda chrystianizacyjna – ogniem i sporadycznie mieczem), to zdanie Pakosza przeważyło. Do rana pochowali martwych, a potem ruszyli w stronę Laa.

 Osada Laa - Anno Domini 988.

O zmierzchu dotarli do osady położonej nad rzeką Thaya. Odgłosy dzwonów z pobliskiego klasztoru oznajmiły nieszpory, ale mimo panujących ciemności przy jednej z bram do Laa zgromadził się całkiem spory tłum. Dwu zbrojnych wydobywało z fosy jakiegoś trupa. Z bliska nasi Badacze rozpoznali, ze to nie kto inny, a brat Drogo! Wypatroszony. Czym prędzej udali się do miejscowego władyki – Branta, który przywitał ich serdecznie, przyjął w gościnę i obiecał wesprzeć wysiłki zmierzające ku wyjaśnieniu, co się stało z bratem Gudmanem. Bohaterowie zatrzymali się u ojca Zutto, miejscowego księdza i kancelisty Branta. Zutto, stary już człek, opowiedział o tym, że w maju i listopadzie regularnie zdarzają się zaginięcia ludzi w Laa, lecz wyraźnie przestraszony nie chciał nic więcej wyjawić. Ot, bał się owych czarcich spraw.

Z ranka Eberhardt siadł do rejestrów civitas Branta, starając się coś dowiedzieć o zaginięciach. Natomiast Lubawa i Pakosz udali się do miejscowej tawerny i składu handlowego prowadzonego przez Burgolfa. Tam poznali zarówno kupca jak i jego śliczną i rezolutną córkę Brun, która błyskawicznie skupiła swa uwagę na potężnym i męskim Pakoszu. Oboje bohaterów odkryli sprawy im bliskie. Pakosz doskonałej roboty miecze sprzedawane przez Burgolfa oraz stare pordzewiałe kajdany, wskazujące na pewien typ towaru, którym kupiec niegdyś handlował. Lubawa natomiast złotą, arabską monetę (błyskotki, jak zwykle błyskotki), którą Eberhardt później rozpoznał jako pochodzącą z odległe Samarkandy:

Eberhardt: To z Samarkandy, to takie miasto bardzo daleko stąd na południe. Miesiąc drogi. Konno. Bo pieszo to z dwa miechy!

Pakosz: Wiesz co? Gdyby tacy naukowcy jak ty wyliczali dystans pomiędzy Hamburgiem a Ratyzboną, to po miesiącach obliczeń, by im pewnie precyzyjnie wyszło, że to jest tak daleko, że “ja pierdolę”.

Po wizycie w tawernie Lubawa, Pakosz i córka Burgolfa – Brun poszli odwiedzić położoną nieopodal wioskę Słowian, gdzie mieszkał kilkuletni Dragan, który jako pierwszy znalazł zwłoki brata Drogo. Jak się okazało Dragan zdjęty dziwną gorączką w stanie widocznego szoku, ale wraz z nim była jego czteroletnia siostra Danika. Od niej badacze dowiedzieli się, że tak naprawdę ciało widzieli kilkaset metrów od Laa. Że Dragan zobaczył widać coś strasznego, po czym popadł w stupor. Oględziny brzegu wykazało, że ktoś próbował się wydostać z wody. Lubawa rzuciła, że być może był to jeszcze żywy Drogo. A potem splunęła przez lewe ramię i przeżegnała się, zastanawiając się kim był braciszek, skoro pozbawiony wnętrzności był w stanie jeszcze się poruszać. To by potwierdzało leki mieszkających tu Słowian, którzy każdemu zmarłemu gruchotali twarz, przebijali pierś kołkiem i przysypywali dokładnie kamieniami, bojąc się, że może zmarły może powrócić jako upir.

W tak zwanym międzyczasie brat Eberhardt przejrzał rejestry, gdzie spośród wielu różnych informacji wyciągnął kilka znaczących faktów:

- Laa położone jest na terenie dawnego słowiańskiego fortu i pogańskiej świątyni

- Brant jest tu od 976 roku, kiedy to nie tylko objął ziemie w posiadanie, ale i spalił ów fort i zbudował swój.

- Wioskę, zwaną Asparn, wybiła 20 lat temu zaraza.

- Handel niewolnikami jest zabroniony od 984 roku, natomiast mieszkańcy zaczęli znikać od 985 roku. Regularnie, w maju i listopadzie.

Po tym wszystkim Pakosz i Lubawa wrócili do Laa po Eberhardta i ruszyli z powrotem do wioski, co “pobożny” braciszek skomentował w sposób godzien kapłana:

- Kręcimy się jak gówno w przerębli!

W wiosce Brun zaprowadziła Badaczy do miejscowej zielarki Jagi. Jaga, klasyczna wiedźma szpetna niczym dupa Tatara, zdecydowała się opowiedzieć, co wie o dziwnych przesądach i wierzeniach słowiańskich, było jednak pewne “ale”:

Jaga: A jakże powiem wam kochanieńcy, ale co będę z tego miała?

Eberhardt (wskazawszy na Pakosza): On zostanie u ciebie na noc!

Pakosz na noc nie został, mimo wielu interesujących informacji uzyskanych od Jagi (o leśnych kobietach, upirach, dracach, ale i o stworze porywającym dzieci w maju i listopadzie zwanym przez niemieckich kolonistów Rasend Jaeger - Szalony Myśliwy.

Po tym wszystkim wrócili do ojca Zutto na spoczynek, który po raz kolejny nie był im dany. Nocą zbudziła ich przerażona Brun. Dragan zniknął. Cała wioska go poszukiwała. Wysłano nawet po brata Kiryła do klasztoru. Bohaterowie pospieszyli do wioski. Ślady wskazywały, że chłopiec udał się na pogański cmentarz. Tam tez wydarzył się ciąg dalszy dramatu, którego Badacze nie byli niestety świadkiem. Jan, ojciec Dragana i Kirył pognali za chłopcem. Wrócił tylko Jan. Odmieniony, oszalały. Kirył i Dragan zaginęli. Psy, które chłopca wytropiły znalazła Lubawa. Ktoś złamał ważącym 70 kilogramów mastiffom karki, a potem zawiesił trupy na drzewie, 8 metrów ponad ziemią. Ślady wskazywały, że chłopiec dźgnął ojca Kiryła, ale ten wstał, chwycił Dragana i uciekł z nim w las.

Na tym sesja się zakończyła. Ciężko rzec, jak ów “Zew Cthulhu” wygląda w X wieku. Póki co wychodzi klasyczne fantasy, może mroczne, ale mimo wszystko fantasy. Prowadziło się lekko i przyjemnie, choć początkowo trudno mi było uchwycić klimat właściwy średniowieczu (z pewnością ze względu na dość mało znany i nietypowy czas i miejsce akcji). Gracze jak zwykle kreatywni, zwłaszcza dialogowo :) .

30 marzec, 2008 Opublikował/a smartfox | RPG, Zew Cthulhu | , , , | 6 komentarzy