Posty otagowane ‘medieval

22
lut
09

Muzyka na sesję

Jeden z wpisów na Krzemieniowym blogu zwrócił moją uwagę na fakt, jak wielką rolę w tym co i jak prowadzę gra (nomen omen :) ) muzyka. Raz, że faktycznie inspiruje do napisania przygód. Kiedy dany kawałek zapadnie mi w głowę i na tyle zacznie stymulować jakąś część mózgu, by powstał obraz, najczęściej widzę jakąś scenę, opowieść. Czasem jest nawet prościej, fraza z tekstu, skojarzenie i oś fabuły gotowa. Tak było z przygodą “Obława”,  w której trzy piosenki Kaczmarskiego pozwoliły mi ułożyć sobie w głowie historię uciekającego przez zaśnieżone wzgórza Nordlandu wilka – rycerza Ulryka, który musi ochronić trójkę dzieci przed watahą wojaków bretońskich. 

Nie ma też u mnie sesji bez muzyki. Układam ją sobie, dopasowując do scen lub miejsc. Więc, jest folder “Las”, “Karczma”, “Miasto”, ale także “Walka” czy “Bitwa”. Mało tego, jako że kampania u mnie, z racji osobistego świra dotyczącego historii militariów, dość często zbacza na tematy wojenne, to soundtrack pod bitwę potrafiłem mieć podzielony na foldery: “Szarża”, “Atak piechoty”, “Obrona” etc.

A jaka muzyka do WFRP?

Poniższa lista w żaden sposób ostateczna nie jest, ale zawiera wykonawców, których twórczość dość często gości na naszych sesjach:

Clannad – miłość do tej muzyki zaczęła się wraz z pierwszą emisją “Robina z Sherwood” i trwa do dzisiaj. Nie ma wspanialszej, bardziej tajemniczej muzyki pod las, elfy, Albion i inne “zielone” klimaty (poza gobbosami, ale o tym dalej)

Enya – słucham tej pani chyba od 18 lat jakoś, do dziś mi się kojarzy z NArnią, bo pamiętam, jak płyta “Shepherd Moons” leciała na okrągło, gdy pochłaniałem po raz pierwszy cykl Lewisa.

Capercaillie, Shannon, Open Folk, Bran,  Beltaine, Carrantuohill – szeroko rozumiana muzyka celtycka (szkocka, irlandzka, bretońska i pochodne). Wesołą i smutna, zadzierzysta i refleksyjna. Doskonale nadaje się na sesję, by czasem caś podkreślić ważnego, a czasem po prostu po to, by była i grała.

Loreena McKennitt, Moya Brennan, Blackmore’s Night – piękne kobiece wokalizy, wyśpiewane delikatnym głosem. Często aranżacje tradycyjnych pieśni sprzed wieków. Szukasz muzyki pod elfy, a zwałszcza elfki? Jak znalazł.

Gjallahorn, Wimme, Groupa, Hedningarna, Garmarna, Hoven Droven, Karelia Visa – folk skandynawski (szwedzki, fiński etc.), muzyka miejsca podobna do celtyckiej, miejcami zupełnie inna. Surowsza, mocniejsza, z silniejszymi wokalizami. Kojarzy się z górami, lodem, bezpardonową walką, ale czasem i prostą, lecz żywiołową zabawą. Norska i krasnoludy!

Dargaard, Arcana, Mortiis – muzyka wyrosła z tradycji folkowych, ale mroczna, trudna do przyporządkowania do konkretnej kultury. Tajemnicza, spokojna, ale przejmująca. Wykorzystuję ją w większości przygód, których akcja toczy się nocą,w opuszczonych zamczyskach etc.

Fintroll – specyficzny twór sam w sobie, o il ewiem zespół niemiecki, bądź mieszany ze Skandynawami. Kolesie uważają się za trolli, śpiewają o zjadaniu grubych księży, rycerzy i innych trollowych rozrywkach (ale nie o flejmowaniu na forach RPG :) )

Corvus Corax - legenda niemieckiego folk rocka (folk metalu? medieval rocka? jak ich nazwać? :) ). Doskonali muzycy, grający na replikach średniowiecznych instrumentów i przebrani za bandę wariackich kuglarzy z piekłą rodem. Plebejska muzyka średniowieczna, która kojarzy się z karczmami, bijatykami, życiem miejskim, ale czasem i morczniejszą stroną tamtych czasów jak np. Czarna Śmierć. Wedle mnie muzyka jakby stworzona po 40godzinnej sesji w Starym Świecie. 

Tanzwut – odprysk Corvus Corax, bardziej w klimatach elektronicznych, czasem metalowych. Muzyka brzmiąca miejscami mediewalnie, aleteksty współczesne. Żadnych aranżacji.

In Extremo – kolejny wspaniały niemiecki zespół, ewidentnie medievalmetalowy. Aranżuje pieśni średniowieczne w żywiołowym wykonaniu. Ostre brzmienie gitar, dudy i rytmiczna perksuja. Kilka kawałków jak znalazł pod sceny walki (chociażby “Spielmannsfluch”).

Moskote, Eichenschild, Saltatio Mortis, Subway to Sally, Schandmaul, Faun - wszystko niemiecki medieval metal, poza Faunem, który jakby bardziej pogański. Brzmieniowo wedle mnie zespoły słabsze od CC, ale też godne polecenia.

Manowar, Rhapsody, Blind Guardian, Running Wild – power metal w pełnej krasie. Epicki, majestatyczny, szybki i mocny jak uderzenie krasnoludzkiego toporzyska. Ostatnia kapela trzyma się tematyki pirackiej, więc jeśli ktoś szuka muzy na Morze Szponów, to jak znalazł :) .

Korpiklaani - fiński folk metal, piękne i oryginalne brzmienie, które przywodzi skojarzenia z ostępami Norski.

Tuatha de Danann – kto powiedział, że celtycki folk to domena Irlandczyków lub chociażby Europejczyków. Oto brazylijska kapela grająca jak rodowici Irlandczycy. 

Haggard - być może największa na świecie kapela metalowa, ponownie z Niemiec. Do 2000 roku w zespole grało 21 osób. Muzyka nawiązująca do średniowiecza, miejscami bardzo symfoniczna, zmienna, nieprzewidywalna. Szczególnie polecam album “Awaking the Centuries” z opowieścią o Czarnej Śmierci

Micrologus, Al Andaluz, Hortus Musicus, Estampie, pieśni Hildgardy z Bingen – wszystko to muzyka średniowieczna, czasem arańżowana w bardziej nowoczesny sposób, czasem zgodna z oryginałem. Zawsze pełna emocji. Al Andaluz to trzy śpiewające kobiety i hiszpańsko-arabskie brzmienie okresu rekonkwisty (Estalia?) Estampie to pieśni krzyżowców. Polecić, polecić.

Za frumi – dziwny projekt, albumy tej formacji (?) to concept albumy opowiadające w większości historię migracji bohaterskiego szczepu orków. Absolutnie polceam, chociażby ze względu na oryginalność.

Huun-Huur-Tu – tradycyjna muzyka z Tuwy (takie państewko nieopodal Mongolii, w tej chwili autonomiczna republika w Rosji), przede wszystki śpiew krtaniowy. Wyobraźcie sobie wokalistę, który potrafi na raz wyśpiewać do pięciu ścieżek. Ja to wykorzystuję jako muzę do Ungolów, ale też Hegemonii Hobgoblinów. Jeśli się spodoba to polecam także zespół Yat-Kha, także z Tuwy, grający mixa muzyki folkowej i punk rocka. Dynamit absolutny!

Ścieżki dźwiękowe – i tu by trzeba dłuuuugo wymieniać. Podam tylko te, które szczególnie sobie na sesji WFR umiłowałem. “Ostatni Mohikanin” za ostatnią scenę filmu, tego desperackiego biegu po góskim zboczu po ukochaną i późniejszej zemsty ojca. “Król Artur” i “Gladiator” za patos i majestat w odmalowaniu muzyką rozpaczliwych bitew. “Devil’s Own” (polski tytuł chyba”Zdrada”) za piosenkę Dolores O’Riordan, która stałą się u mnie niemalże hymnem elfich partyzantów. OST do gry “Bard’s Tale” za jajcarskie piosenki i złośliwe poczucie humoru (“A smok mocarny uniósł swą dupę i miastwo spalił na łajna kupę” :D ). Poza tym ścieżki dźwiękowe Johna Murphy’ego (“Sunshine”, “28 dni później”, “28 tygodni później”), nie ma chyba bardziej przejmującej muzyki w dziejach filmu SF. “1492″ za poczucie ogromu oceaniu. “Rob Roy” za Szkocję w muzyce. 

Hajdamaki, Ukrainians, Czeremszyna, Wierchowyna, Dzikie Pola – muzyka kozacka, ukraińska. Oczywiście Kislev.

Bardzo wielu z powyższych wykonawców poznałem, słuchając internetowego Radia Rivendell (na blogrollu, o tu obok, jest sznurek do stacji), które z całego serca polecam.

31
lip
08

Polacy, Niemcy i zjazd gnieźnieński

Niemieccy rycerze przekraczali bród na Odrze długim szeregiem. Piechota, w głównej mierze oddziały Wieletów oraz kontyngent doskonałych włóczników z Marchii wciąż czekała na swoją kolej. Wszystko przebiegało jak należy. Rycerstwo szybko i sprawnie rozpędziło hałastrę Mieszka, która śmiała stawić opór mężnym oddziałom Hodona. Awanturnicy von Walbecka jak jastrzębie spadli na drużynników polańskiego księcia, ponoć elitę nad elitami. A teraz elita zwiewała w kierunku pobliskiej warowni. Hrabia Hodon zaśmiał się ponuro. Jak trzeba będzie to puści z dymem tę cholerną ruderę. Ech jak by to było przywlec Mieszka na powrozie z powrotem na Łużyce!

Tymczasem zbrojni von Walbecka, w większości bitni i okrutni wojowie, lecz niezdyscyplinowani, gnali piaszczystą drogą ciągnącą się u podnóża zalesionego wzniesienia aż do Cedyni. Za nimi jechało rycerstwo Hodona. A piechota? Została daleko z tyłu.

Zdradzieccy Polanie! Nagle chmura strzał zasypała konnicę niemiecką. Jeźdźcy spadali z wierzchowców, pełnokrwiste rumaki konały naszpikowane strzałami. Łucznicy Mieszka, a raczej jak się potem okazało jego brata Czcibora, szyli strzałami, tchórzliwie kryjąc się pośród drzew. Za to tarczownicy z przeraźliwym wyciem rzucili się w dół zbocza i wpadli z impetem, potęgując chaos w szeregach wojsk Hodona. Sam Hodon zaklął szpetnie i dobył miecza. Polanie rozbili wąską, lecz długą kolumnę Niemców. Poszatkowali ją, a teraz z lubością masakrowali ciężkozbrojnych. Do hrabiego dopadł von Walbeck. Koń pod nim padł, jeden z ciosów strącił mu szłom z głowy, jasne włosy zlepiała krew:

- Panie, nasi.. ! Tam, panie, piechota!!!! - bełkotał zbielałymi ustami.

A tymczasem drużyna Mieszka zawróciła i uderzyła na Niemców, biorąc ich w kleszcze. To co wyglądało na klęskę, zamieniało się w katastrofę. Ledwie osiemnastoletni Willamar von Merseburg cudem uniknął śmierci podczas ostrzału. Kilka strzał utkwiło w jego doskonałej kolczudze lub odbiło się od wielkiej tarczy. Pobłogosławił dzień, w którym przyjął pancerz z rąk swego ojca, grafa merseburskiego, Lothara zwanego Surowym. Teraz zastanawiał się na ile przydomek starego przełoży się na potraktowanie syna po powrocie z tej wyprawy. Odbił szerokim mieczem kolejny cios włócznią i szybko wyprowadził kontratak. Kolejny tarczownik legł w piasek z rozrąbanym łbem. Intuicja bardziej niż zmysły kazały mu się uchylić. Świst przecinanego powietrza w miejscu, gdzie przed chwilą była jego głowa, przypomniał mu od tym, że na plecach ani tym bardziej w rzyci oczu nie ma. A właśnie od tamtej strony zaatakowała konnica Mieszka! Jeden z jego zdrajców po raz kolejny próbował swoim mieczem wywlec flaki z brzucha Willamara. Był w podobnym wieku, co młody Niemiec, a teraz w nienajgorszej niemczyźnie ciskał gromy na głowę rycerza:

- Psiajucho, zachciało ci się wypraw, złota, a może i naszych dziewek, bo wasze, jak wiadomo, tłuste i szpetne?

Widać należał do tych nielicznych, w miarę ułożonych wojów Mieszka. Może nawet umiał swoje imię zapisać?

- Polańska świnio, w plecy bijesz?

- W dupę nie w plecy szwabski knurze, bo u was gębę od rzyci trudno odróżnić!

Wymianie obelg towarzyszyła wymiana ciosów. Willamar był zmęczony, Polanin wypoczęty. Jeden z ciosów przełamał gardę rycerza i dosięgnął twarzy. Nagły ból, błysk, a potem ciemność.

W środku drużynnik polski, z lewej spieszony (hehe) rycerz niemiecki,
z prawej czeski piechur. Sojusznicy psia ich mać!

***

Willamar potarł w zamyśleniu krwawą bliznę na brodzie. Potarł na brodzie, choć równie dobrze mógł ją trzeć od czoła po obojczyk. Pamiątka sprzed kilku lat miała purpurową barwę i raczej nie dodawała zwalistemu jak niedźwiedź niemieckiemu rycerzowi urody. Willamar próbował zapuszczać brodę, by choć trochę przykryć ślad po polańskim mieczu, ale na czole przecież włosów nie wyhoduje:

- Czekać! – warknął do swoich podkomendnych, w większości tzw. ubogich rycerzy z pogranicznych grodów Marchii odzianych w miedziane kolczugi.

Noc była już głęboka, chmury przysłoniły gwiazdy. Było parno i duszno, jak przystało na czerwiec. Minął ledwie dzień lub dwa od przesilenia. Ci cholerni poganie pewnie znów tańczyli nago wokół ognisk, parzyli się w ich świetle i puszczali wianki z kwiatów na wodzie. Cholera wie, co bardziej przerażało tęgiego rębajłę z zachodu, parzenie się przy ognisku, czy wicie wianków z kwiatów przez facetów.

Do rycerza, dowodzącego przednią strażą wojsk samego cesarza niemieckiego Ottona II, podjechał łącznik:

- Zaczynać!

Willamar nawet nie spojrzał na posłańca, tylko po wilczemu wyszczerzył zęby do swoich zabijaków:

- Brać bród łotry! Tak by te psy nie zdążyły zareagować!

Wyprawa cesarza niemieckiego Anno Domini 979 weszła w fazę decydującą. Otton II wyjaśni Mieszkowi, dlaczego poparcie Henryka II Kłótnika z Bawarii było błędem, a Willamar pomści zniewagi spod Cedyni.

Wpadli jak burza w wody Odry, przekroczyli błyskawicznie rzekę i zaatakowali obóz oddziału osłonowego. Willamar w galopie ściął jednego z wartowników i zaryczał:

- Wybić wszystkich! Nie darować!

Jeśli zajmą bród, to armia cesarska przekroczy rzekę nim główne siły Polaków przygotują się do obrony. Willamar dostrzegł niewielki oddział drużynników Mieszka dosiadających konie i w pośpiechu opuszczających obóz. Spiął konia i pognał w ich stronę:

- Brać ich! Brać nim… – Wtedy rozpoznał jednego z rycerzy. To ten bydlak, który zdradziecko ranił go kilka lat wcześniej! Polski rycerz dostrzegł go w ostatniej chwili i dobył miecza. Willamar wyszczerzył się triumfalnie i chwycił mocniej dębowe drzewce włóczni. Polak rzucił do swoich:

- Jedźcie, zatrzymam go!

Jeden z podkomendnych zawahał się:

- Ale Jaksa, nie zdzierżysz im!

Dokładnie Jaksa, nie zdzierżysz! Willamar z impetem wjechał pomiędzy polskich drużynników i pchnął włócznią Jaksę. Ten cudem uniknął ciosu, odchyliwszy się w siodle. Mieczem odtrącił grot włóczni:

- Zdradą chcecie wygrać?!

- Od was się uczymy! – Willamar raz jeszcze pchnął, ale i tego ciosu polski rycerz uniknął.

- Czego? Bo chyba nie wojować! – Miecz Jaksy odbił się od tarczy Niemca.

- Willamar von Merseburg nie potrzebuje nauki od byle chłystka! – włócznia o włos minęła bok Polaka.

- Ale Jaksa ze Zgierza chętnie jej udzieli!

Ale to Willamara włócznia w tej samej chwili znalazła lukę w obronie Jaksy. Grot wbił się głęboko w bok Polaka. Jaksa wypuścił miecz i runął zakrwawiony z konia. Willamar przez chwilę upajał się swoim zwycięstwem, a potem splunął na trupa. Nagle nad pobojowiskiem poniósł się dźwięk rogu. Dawał Niemcom znak do odwrotu. Willamar z niedowierzaniem popatrzył na niemiecki brzeg Odry. Główne siły nie zdecydowały się przekroczyć rzeki!

W środku niemiecki rycerz, po lewej piechur z Werony, po prawej lotaryński woj.
Piesi niestety z nieco późniejszej epoki (XI/XII w.)

***

Seneszal księcia Mieszka gniewnym ruchem ręki odprawił posłańca, a potem napełnił róg najprzedniejszym goplańskim miodem i wychylił go jednym haustem, a potem czynności powtórzył. Przyzwyczaił się, że jeśli księciu się przekazuje złe wieści, to najlepiej po pijaku. Książę miłościwy, lecz nerwowy, zdarza mu się w pysk prasnąć. Nachlanego mniej boli. Potem z trudem podniósł się ze stolca, podtrzymując wielkie brzuszysko i poczłapał do komnaty księcia.

- Miłościwy książę?

- Czegóż Spytko? – Mieszko jowialnie się uśmiechnął. – A pódźże bliżej, co tak jak kuśka świtem będziesz stał po próżnicy? Są wieści z pogranicza?

A jakże były, Spytko przeklął w duchu. Szykowana od roku wspólna wyprawa retorsyjna cesarskiej Saksonii i księcia Polan na Wieletów być może wzięła w łeb, a spisane potajemnie umowy nazwane w przypływie dobrego humoru władcy Polski paktem Otton-Mieszko nadawały się do tego samego co wiecheć słomy – podtarcia dupska.

- No są panie. – Spytko westchnął zrezygnowany i podlazł do księcia. – No więc Sasi rzekli, że nie jadą.

- Coooo?! – Mieszko zerwał się na równe nogi. Odtrącony zydel z hukiem zatrzymał się na ścianie. – A co te kpy wymyśliły?!

Spytko poczochrał się w łeb, myśląc, jak przekazać nowiny swemu panu. Zdecydował się zrobić to w miarę delikatnie:

- Miłościwy książę pamięta Willamara z Merseburga?

- A juści, co mam nie pamiętać jednego z ich wodzów. Dzielny rycerz, wielki jak dąb, doskonały w rzemiośle wojennym. Co z nim? Sprzeciwia się wspólnej wyprawie?!

Spytko wił się jak piskorz, ale wreszcie wydukał:

- Nie bardzo może, dogorywa…

- Chory? – Mieszko zapytał zaskoczony.

- Eeeee nie, nasz Jaksa rozszczepił mu hełm toporem, łeb pękł, krew poszła, aż mozgi…

- Co, kurwa żesz mać!!!!??? – Gdyby Mieszko miał kronikarza, to być może dzięki temu dziś mielibyśmy dowód, że współczesne wulgaryzmy w tym samym znaczeniu używane były aż tysiąc lat temu. Spytka nie bardzo to obchodziło pewnie, bowiem próbował się pozbierać po ciosie Mieszka. W duchu przyznał, ze wypił za mało miodu. – A co temu durniowi do łba przyszło?!!!

- No bo oni się od Cedyni znają i nie bardzo lubią. – Żałośnie tłumaczył Spytko. – Ale ja tam panie pojadę, znajdziemy ten… no… consensus.

- I Jaksę mi ściąć. Nie! Przywieźć mi go, sam go zetnę!!!

- Jaksa też dogorywa. Nachylił się nad udającym nieżywego Willamarem, a ten go zdradziecko pchnął nożem.

Mieszko pokręcił głową ze złością:

- A to niemiecka swołocz!

Już na marginesie mogę wspomnieć, ze chyba Spytko wykazał się, skoro my dziś wiemy, że AD 985 doszło do wspólnej polsko-niemieckiej wyprawy na Wieletów. Ale przyjaźni tam się nie doszukujmy.

***

Anno Domini 990. Kończyła się druga wojna polsko-czeska. Kończyła się definitywnie. Książę czeski Bolesław, drugi tego imienia, pokątnie zwany Pobożnym, bo modlić to się umiał, ale wojować nie bardzo, w pośpiechu opuścił stolicę, a wojowie Mieszka wsparci przez kontyngent cesarski parokrotnie wybili już Czechom z głowy pomysł a jakimkolwiek zorganizowanym oporze. Komes Jaksa ze Zgierza przechadzał się po obozowisku. Tu wyzywał ciurę, tam ustawił do pionu jakiegoś drużynnika, a potem oblazł wysunięte wokół obozu warty. U niego nie było miejsca dla nierobów. Nie na darmo był jednym z ulubionych dowódców księcia, który wybaczył mu już porywcze zachowanie sprzed kilku lat. Co prawda miał już na karku prawie cztery krzyżyki i emocje lepiej trzymał na wodzy, mimo to wolał nie zbliżać się do obozu sojuszników. Zastanawiał się, co porabiał teraz jego „przyjaciel” i zarazem dowódca niemieckiego rycerstwa – hrabia Willamar von Merseburg. Pewnie siedzi tłuścioch jeden na zydlu, chleje piwsko i myśli o rabowaniu. Albo szwenda się po obozie, sprawdzając straże. Albo…

Jaksa z niedowierzaniem przetarł oczy. Przed nim stał sam Willamar z dwoma przybocznymi:

- Jaksa… Sam Jaksa… Obóz swój sprawdzasz? Brzuch ci nie przeszkadza? Co, piwska za dużo? Pilnuj tej swojej psiarni…

Jaksa rozejrzał się wokół. Nieopatrznie wyszedł poza warty i akurat pech chciał, ze napatoczył się na Willamara:

- Psiarni powiadasz? A ty po psy przyszedłeś, bo się twoim rycerzom mali chłopcy skończyli? – zarechotał w twarz Niemcowi.

- Verfluchte polnische schweine! – Willamar w biegu dobył miecza i runął na Jaksę.

***

Bolesław Chrobry osobiście doglądał przygotować do zjazdu. Gród gnieźnieński był przystrojony jak nigdy dotąd. Wysprzątano obejścia chat, zamieciono dziedziniec kasztelu, powieszono kwiaty, więźniów z lochy przeniesiono do pobliskiego Poznania, co by jękami i wrzaskami nie niepokoili cesarza Ottona III, który słynął nie tylko z młodego wieku, ale dość delikatnego usposobienia. Obok Bolesława kroczył potężny woj. W pysznej duńskiej kolczudze, toporem za pasem i wielkim wikińskim mieczyskiem w pochwie. Książę polski przystanął, a jego ochroniarz zaraz obok. Przez bramę kasztelu wjeżdżał właśnie kolejny wóz z dobrami przygotowanymi na mającą się już wkrótce odbyć ucztę. Pogodny poranek marcowy dobrze nastrajał księcia. Przez chwilę podziwiał wnoszone srebra do kasztelu, a potem rzucił do swego towarzysza:

- Srebrne i złote kubki, czary, miski… Prawdziwy skarb… Wszystko pójdzie dla Ottona, ale ma mi to wyglądać na spontaniczny gest! Eeeech, ja mu daję majątek a on co mi? Wywiad donosi, że podróbę włóczni św. Maurycego. Szwabskie skąpstwo.

Olbrzym skinął głową i założył ręce na piersi. Bolesław, niższy bodaj o dwie głowy spojrzał na niego z wyższością:

- Aha, Jaksa…

- Tak panie?

- Nie mam lepszego woja od ciebie, prawda? – zawiesił głos.

- Nie masz panie. – Pewność biła ze słów Jaksy ze Zgierza.

- Dlatego ty dowodzisz moją osobistą ochroną. Wybrałeś sobie ludzi, wyszkoliłeś ich. Ba, machnąłem ręką na twoje kumanie się z Jomsborczykami i nająłem też ich, na twoją osobistą prośbę. Wiele jestem w stanie ci wybaczyć, ale zetnę cię, jeśli komuś z Niemców coś zrobisz.

Jaksa spojrzał z wielkim wyrzutem na księcia Bolesława:

- Ależ panie…

- A co?! Owieczka z ciebie?! AD 990, pocięliście się z Willamarem z Merseburga, i to pod sam koniec wojny z Czechami, mało drugiej nie zaczynając. Wybaczyłem ci. Rok potem znów poszliśmy z Niemcami na Wieletów, a ty znów się pociąłeś i znów z Willamarem. Nie wybaczyłem ci, ale przeszło mi nim się wylizałeś z ran. Willamar trafił na rok do ciemnicy wtedy, więc widzisz jak miłosierny jestem! Ale żeby to był koniec. 5 lat temu co było?!!

Jaksa spojrzał pod nogi i wybąkał:

- No wyprawa na Obodrytów. Wspólna. Z cesarskimi…

- Taaaaaa, i podczas bitwy z Obodrytami, komu wraziłeś włócznię w rzyć?

Jaksa wzruszył ramionami:

- Willamarowi… Ale wtedy ja dostałem rok ciemnicy, a on nie, choć mi oddał toporzyskiem!

Chrobry spurpurowiał:

- Ty nie nadużywaj mojej cierpliwości Jaksa! Ty lepiej trzymaj nerwy na wodzy, jak tu Niemcy będą!

Jaksa wyprostował się i przemówił z pewnością w głosie:

- Ale ja do Niemców nic nie mam, znaczy niewiele. Ja tylko wobec Willamara z Merseburga.

Bolesław Chrobry westchnął:

- A ty myślisz, że kto jest szefem ochrony Ottona?

*****

No i cóż to jest? Wstęp do nowego scenariusza. Call of Cthulhu: Dark Ages w konwencji pulpowej nieco (co po dialogach mam nadzieję, że widać:)). czyli jak Polak i Niemiec poszli zaciukać Przedwiecznego, starając się przy tym samemu nie zaciukać, a to wszystko podczas zjazdu gnieźnieńskiego.




O mnie

Na co dzień belfer (yuck!), wykładowca (mniejsze yuck) no i erpegowiec. Miłośnik kultury popularnej we wszelkim wydaniu, domorosły badacz nowych mediów oraz zjawisk kulturowych z nimi związanych. Tutaj uwidzisz głównie moje rolplejowe wcielenie. Enjoy. GG 1823828

 

listopad 2009
P W Ś C P S N
« paź    
 1
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
30  

Archiwa

Kategorie

free counters