Posty otagowane ‘Sigisoara

09
lis
09

Sylvania – preludium przed sesją odc. 7

“Roku pamiętnego dwa tysiące pięćset osiemnastego, licząc od narodzin Sigmara Młotodzierżcy, vorgeheima dnia bodaj dwudziestego wtórego smok wielki wyłonił się z czeluści pod Waldenhof i pożogę okrutną na starówce wzniecił. Choć smocza ekskursja trwała jeno ze dwa pacierze sigmariańskie (lub jak kto woli dwa tuziny ulrykańskich), to przecież trzy domy spłonęły, a dwa inne pazurami smoczymi na drzazgi poszarpane zostały. Dech smoczy zadusił lub spalił z sześć osób, zaś ranił kilka tuzinów. Przestraszonych niemal na śmierć nikt nie liczył. Szczęśliwie sługi miłosiernie nam panującej Wielce Miłościwej i Wielmożnej Baronowej Sophie von Walden smoka ubiły lub przepędziły na powrót w lochy podmiejskie”.

Taki zapis może odnaleźć pierwszy lepszy student historii w „Kronikach Sylvańskich”, które pozostają jedną z nieobowiązkowych lektur bodaj na pierwszym roku studiów. Dzieło to, uważane przez większość autorytetów za zbiór legend preimperialnych, apokryfów sigmaryckich czy wreszcie zwykłych konfabulacji braci frederykan z klasztoru waldenhofskiego, wbrew pozorom zawiera wiele ważnych ustępów, które może nie wprost, lecz jednak znacząco sugerują, jak potoczyły się losy uczestników Wyprawy Sylvańskiej.

Kolejne daty następujące po kronikarskim zapisie dotyczącym smoka są niezwykle chaotyczne, enigmatyczne i mało zrozumiałe. Mowa jest o wielkiej, sądowej rozprawie, której o dziwo nie przewodziła baronowa, a prawdopodobnie lektor sigmariański, bowiem przywołuje się postać „wielkiego kapłana”. Pojawia się jednozdaniowa wzmianka o spaleniu Sigisoary i wymordowaniu jej mieszkańców. Gdzieś przewijają się kolejne wieści, anegdoty czy ponure przypowieści, w których nieodmiennie zjawiają się czarne upiory, na równie czarnych koniach. W tym całym galimatiasie nie brakuje nekromancji czy potężnego fenomenu magicznego, którego świadkami ponoć mieli być wszyscy mieszkańcy stolicy Sylvanii.

I wspomina się również o bohaterach naszej historii. Pozostają oni co prawda bezimienni, jakby komuś (mnichom-kopistom od frederykan?) zależało na ukryciu ich tożsamości. Mimo tego autor „Kronik” niestarannie, kilkoma wyrazami zarysował sylwetki „intruzów”  czy też „wagabundów”, którzy stali za większością wydarzeń, które wstrząsnęły Waldenhof. Mowa jest zwinnej, wojowniczej dziewce, zadufanym magiku od siedmiu boleści czy ponurym, młodym wojaku jeszcze  bardziej aroganckim niźli magik. Wreszcie kronikarz wspomina o elfie i jego zielonym, goblinopodobnym potomku.

Szczególnie ostatnia wzmianka zakrawa na absurd, jednakże pamiętajmy, iż stan nauki w początkach XXVI wieku nie był zbyt znaczący. Rządy Heinricha X dopiero miały rozpocząć w Imperium epokę tzw. Złotego Wieku, która zaowocowała na przełomie XXVII/XXVIII wieku znaczącym rozwojem naukowym i technicznym. Współcześni Kyllanowi ludzie nie bardzo wiedzieli, w jaki sposób elfy się rozmnażają, jak wyglądają potomkowie Starszego Ludu etc. Niektórzy wierzyli starymphysiologusom, iż elfy rodzą się jako rośliny, kaczany kapusty, a po kilku miesiącach wypełzają z wnętrza warzywa jako małe, z grubsza humanoidalne, pomarszczone zielone stwory. Stąd pewnie się wzięło powiedzenie: „Człek za młodu jest smykiem, elf głąbem”. Dopiero po kilkudziesięciu latach elfie dzieci miały osiągać dorosłą postać. W ciągu tego czasu ich skóra wygładzała się, a zielonkawy odcień skóry zanikał.

Osobiście uważam, iż Kyllan dzieci nie posiadał, a już z pewnością nie brał ich ze sobą na tak niebezpieczną wyprawę. Jego syn, to nikt inny jak często wspominany Goblin – tajemniczy towarzysz naszych bohaterów. Najprawdopodobniej coś na kształt, maskotki lub zwierzątka, które miało zabawiać bohaterów podczas podróży…

G.D.A. Vies, Wojaże po krainie bogów, nekromantów i demonów, Nuova Imperia,Talabheim 3217, s. 89-90.

19
paź
09

Sylvania – preludium przed sesją odc. 6

W Sylvanii do dziś popularna jest pewna dziecięca wyliczanka:

Poprzez lasy, poprzez bory

Galopują trzy upiory.

Galopują, pokrzykują

Będziem męczyć, będziem dręczyć.

Zmęczym babcię, zmęczym dziadka,

Dorwiem mamę, dorwiem tatka.

Ciebie rzucim na kolana,

Tam gdzie jest SI-GI-SO-A-RA!

Sigisoary nie ma. Niemal wszystkie roczniki podają, że została spalona a mieszkańcy wymordowani w 2518 lub 2519 roku Kalendarza Imperialnego. Kto to zrobił? Tylko jedna z kronik: „Rocznik Waldenghofski” wspomina coś o okrutnych wojownikach odzianych w czerń, z płomieniami w oczach.

To były ciężkie czasy: wojny domowe, najazdy orków i goblinów, Wielka Wojna Staroświatowa, zarazy, głód i ciągłe inkursje Chaosu. Nie dziwią takie noty, w których sprawcy zła obdarzani są ponadnaturalnymi atrybutami. Należy jednak za każdym razem zastanowić się, co się stało i czy aby na pewno bluźniercze moce miały coś wspólnego z wydarzeniem. Niestety najczęściej wielkie zło nie jest domeną Mrocznych Sił, lecz zwykłej ludzkiej zawiści, nienawiści i braku tolerancji.

Sigisoarę starła z map świata pewnie któraś z band rozpasanych najemników. Może siepacze barona von Rumsfelda, choć raczej i to jest mało możliwe, biorąc pod uwagę, jak daleko leży Leicheberg od Mrocznego Wrzosowiska. Prędzej to była sprawka którejś z hord goblinów, które z takim zapałem i skutecznością przedzierały się przez Góry Krańca Świata obsadzone przez nieliczne wojska krasnoludów.

Ale czegóż to interesować miałaby nas jakaś mała, niewiele znacząca osada? Legendy głosiły, że mieszkańcy Sigisoary wywodzą się wprost z Fucuresti, przeklętego miasta zniszczonego przez Sigmara za odstępstwo od Jedynej Wiary i złożenie hołdu Mrocznym Siłom. To wtedy miało powstać Mroczne Wrzosowisko, niegdyś chorobotwórcze, cuchnące bagnisko, dziś jeden z najpiękniejszych zakątków Sylvanii. Ocaleli zamieszkali w niewielkiej wioseczce, lękając się wciąż, że dopadnie ich klątwa Sigmara. Stąd byli niezwykle nieufni dla przyjezdnych, obawiając się niemal każdego intruza.

A przecież to z interesujących nas czasów pochodzi opowieść rozpowszechniona w landzie Berger położonym na południe od Waldenhof, iż do przeklętej Sigisoary zawitała dziwaczna grupa podróżnych, wśród których był i elf, i dwu rycerzy, goblina oraz czarodziej, którzy zostali przyjęci przez podejrzliwych chłopów z rewerencją, szacunkiem i sympatią! Opis nieścisły, niezgodny z moimi wyliczeniami (bo i skąd drugi rycerz?!), ale z pewnością mówiący o bohaterach naszego opracowania.

Czy na długo zatrzymali się w Sigisoarza? Czy mieli coś wspólnego ze spaleniem osady? To drugie jest raczej mało prawdopodobne, zwłaszcza w świetle późniejszych dokonań członków Sylvańskiej Wyprawy.

G.D.A. Vies, Wojaże po krainie bogów, nekromantów i demonów, Nuova Imperia,Talabheim 3217, s. 67-68.

Aha, punktów obłędu przybywa. Szykujcie się!:)

19
paź
09

Sylvania cz. X – narodziny kapłana Zamolxisa

Raport dopiero dzisiaj, poprzedni tydzień grzebałem się nad artykułem, to i czasu nie było na podsumowanie ostatniej sesji.

Gracze:

Madzia – Maja, kotołak, zwiadowca, skrytobójczyni.

Jaro – Kyllan Thaured, elfi weteran.

Grześ - porucznik von Usingen, dzielny dowódca.

Kamil – Konrad Teub, początkujący czarodziej, ale już z fajerbolem

Damian - dzielny lecz marudny Jorgul, medyk, woj i jeździec.

Maro – jako snotling Bulgo (łącze video).

Zabrakło tym razem Pabla, toteż znów potencjał szturmowy ekipy został mocno nadszarpnięty.

Po wyprawie na Mroczne Wrzosowisko i pierwszej wizycie w Fucuresti – widmowym, białym mieście, bohaterowie zdecydowali się odpocząć w Sigisoarze i wieczorem ponownie zmierzyć się z antyczną klątwą.

Jak zaplanowali, tak uczynili. W ciągu dnia podleczyli rany, porozmawiali ponownie z mieszkańcami wioski, którzy jednak niczego nowego im nie powiedzieli. Wieczorem bohaterowie ruszyli na bagna, gdzie ponownie dostrzegli w dali, pośród ciemności blask rozświetlający białe mury Fucuresti. Znów do ich uszu doszedł dźwięk zabawy. Miasto przywitało ich jak ostatnio otwartymi wrotami. Grupa weszła do środka i, ignorując zaczepki roznegliżowanych, otępiałych od zabawy mieszkańców, ruszyła prosto w kierunku centralnego placu, na którym uprzedniej nocy obserwowała wyjazd posągu Slaanesha – Pana Przyjemności.

Ponownie na placu roiło się od mieszkańców oddających cześć zakazanemu bóstwu. BG przebili się przed tłum i stanęli u stóp schodów prowadzących do świątynnych wrót, za którymi prawdopodobnie krył się posąg Pana Przyjemności. Tutaj mogę rzec, że sam plan był niegłupi, ale wykonanie chaotyczne, toteż nie obyło się bez ofiar.

Początkowo Bulgo (poprawcie mnie, jeśli się mylę) wycelował z łuku w tuzin strażników rozstawionych wzdłuż ściany świątyni. Strażnicy, odziani w pancerze z brązu, dzierżący wielkie tarcze i włócznie ze spiżowymi grotami, zwarli się w falangę i zasłonili tarczami. Padły ostre słowa w stronę bohaterów, toteż ci nie byli dłużni ( a konkretnie Jorgul) i od konfliktu werbalnego przeszliśmy szybko do niewerbalnego.

Strażnicy rzucili włóczniami, bodaj trzy z nich trafiły, raniąc poważnie Bulga i Jorgula. Chwilę potem straż zaszarżowała na bohaterów w dół schodów, a ci (konkretnie Jorgul, Maja i Kyllan) zrobili to samo. Huk, trzask oznajmił początek jatki na białych schodach. Usingen wycofał się na tyły, Konrad zwiał, kryjąc się w którejś z bocznych kolumnad, krwawiący Bulgo zaczął łuskać wrogów z łuku. Jasne, wielka trójca ma niezłe parametry, pancerze i łącznie siedem ataków. Strażnicy byli typowym mięsem armatnich, choć sfanatyzowanym, przeważali ilością ataków (12), lecz cechy mieli dużo gorsze.

Co z tego, skoro szybko otoczyli BG i zaczęli im zadawać ciosy w plecy. Walka przeciągnęła się, Jorgul niemal zginął, pozostali też oberwali. Ale to nie był koniec, jak się okazało. Wrota się otworzyły i posąg wyjechał. Tak jak ostatnio potężny urok przełamał siłę woli wybranych bohaterów. Tym razem Maja i Kyllan zostali opętani. Jorgul stojący między nimi znalazł się w nieciekawej sytuacji. Mówiąc poetycko:  znalazł się w głębokiej i cuchnącej dupie. Mało tego, samo posąg zbezczeszczony przez Bulgo ożył, udowadniając, że jeśli kiedykolwiek ktoś pozabija tych wariatów w służbie Imperium, to będzie to któraś z kolei ożywiona statua.

Tutaj po raz kolejny okazało się, że Konrad potrafi świetnie rozpalić płomień wiary. Jeden fajerbol za drugim uderzał w kolumny świątyni i ta wreszcie zawaliła się na statuę Slaanesha. W tym samym czasie Jorgulowi udało się uciec (a nawet zranić z kuszy Maję), a pozostali ogłuszyli opętańców. Aha, Maja mało się w walce ze strażnikami nie wykopyrtnęła, obrywając krytyka. Cóż, ostatnio Kostucha jest bez przerwy gilgotana i kuszona:). Obyło się bez rzutu w tabeli śmierci, bowiem Kyllan uleczył Maję eliksirem leczenia. Ostatnim posiadanym przez bohaterów.

Walka trwała na tyle długo, iż znów niebo poczerwieniało, pękło, ukazując tym razem o wiele dokładniej jakąś potężną postać i to raczej nie Sigmara (jak to się poprzednio wydawało bohaterom). Bulgo zdążył jeszcze przeszukać ruiny świątyni, znaleźć w niej podest, na którym niegdyś stał inny posąg oraz fragment tegoż.

A rozgniewane bóstwo pośród niebios ponownie uniosło rękę i cisnęło coś (młot? kamień? meteoryt? kometę?) w miasto przeklętych. Niektórym z bohaterów udało się uciec, niektórzy zostali pochłonięci przez ogień sprzed setek lat. Choć była to iluzja, to jednak na tyle prawdziwa, że nie pozostawiło to BG bez szwanku. Kolejne Punkty Obłędu wpadły na kartę postaci.

Wszyscy ocknęli się na bagnach, rozmyślając co dalej. Wiadome było, że nie chodzi tu o zniszczenie posągu Slaanesha. Pozostał jeden trop, posąg, który niegdyś stał w świątyni, prawdopodobnie jednego z pogańskich bóstw Sylvańczyków. Poszukiwania przyniosły raczej niespodziewany efekt. Oto poza BG na bagnach był inny człowiek. Młody, lecz rosły mężczyzna w zbroi ozdobionej barwami Zakonu Rycerzy Morra. Toczył właśnie walkę z jakimś paskudztwem o kilkunastu mackach, paszczękach i z pewnością ogromnym tułowiu skrytym w cuchnących błotach Mrocznego Wrzosowiska. Grupa pospieszyła na ratunek, ścinając kolejne macki. Kyllan bohatersko wyskoczył w powietrze i w iście conanowskim stylu (tak to jest jak da się graczowi miecz Conana:)) wylądował z ostrzem skierowanym w dół na paszczęce stwora. Bluznęło czarną krwią, zaskrzeczało, zabulgotało i zniknęło w bagnie.

Młody rycerz, Karsten szybko zaprzyjaźnił się z bohaterami. Stwierdził, iż na bagnisko przygnały go śluby rycerskie i chęć walki ze złem (kolejny pieprzony idealista). Prócz kilku ton szlachetności, ogromnych pokładów odwagi, miał także dziwny, pięknie wykonany miecz oraz raczej mało cierpliwości. No i wiedział, gdzie jest dziwny, kamienny posąg. Jak się okazało kilka kilometrów na północ od miejsca, gdzie leżało Fucuresti.

Tam też udali się bohaterowie. Posąg był ogromny (10 metrów), pochylony i w połowie zakryty ziemią. Niewątpliwie przedstawiał Zamolxisa. Z grubsza obrobiony korpus, na którym przedstawiona byłą z detalami twarz mądrego boga. Wokół niego, w promieniu kilkunastu metrów, ziemia byłą twarda, porośnięta gęstą, soczystą trawą i ziołami (co zaraz wykorzystał Jorgul, uzupełniając zapasy zielska). Nie czuć tu było smrodu bagniska. Bulgo padł przed posągiem, oddając się modlitwie (coś nam się zmistycyzował snotling:)). Właśnie wtedy otrzymał znak od bóstwa, które wskazało mu, co czynić dalej.

Narodziny powołania bywają zaskakujące. Oto Bulgo, jego wiara w moc Zamolxisa i reakcje na zwątpienie towarzyszy:

Bulgo (do Kyllana, odrzucającego Zamolxisa): Nie wiesz, co mówisz Kyllanie małej wiary!

Bulgo (ponownie do Kyllana, naśmiewającego się z wiary Bulga): Kyllan, nie neguj tego, czego nie rozumiesz!

Kopać u tam, gdzie pod ziemią ukryta była pierś posągu. Snotling posłuchał bóstwa (i pierwszej wizji w życiu otrzymanej bez pośrednictwa halucynogennych grzybów i pleśni:). Ziemia odkryła przed nim kolejną tajemnicę. Serce posągu, kamienne wielkie serce, które kryła się w pobliżu posągu. Dla każdego było nie lada ciężarem, jednakże Bulgo potrafił unieść je jedną ręką, nie czując jego ciężaru. Zaiste cud!

Przypasał więc liną serce do pleców, dzięki czemu zaczął przypominać obrzydliwą parodię pierwszoklasisty z tornistrem na plecach i z resztą bohaterów oraz Karstenem ruszył tam, gdzie w nocy znów miało się objawić Fucuresti.

I się objawiło. Tym razem bohaterowie po prostu weszli do widmowego miasta, dotarli do placu i wbiegli po schodach, zaskakując strażników. nim ci zdążyli zareagować, Bulgo umieścił serce na pustym postumencie. Z serca wytrysnęło światło, układając się hologram wielkiego posągu Zamolxisa.

Wszystko się rozwiało, zniknęło bez śladu. Klątwa została zdjęta.

W południe bohaterowie wrócili do Sigisoary, gdzie matce Lenucie zreferowali efekty swej wyprawy. Niestety, nie bardzo uwierzono bohaterom. Setki lat w cieniu klątwy uczyniły mieszkańców osady wyjątkowo nieufnymi fatalistami.

Następnego dnia po pożegnaniu bohaterowie ( wraz z Karstenem, który zdecydował się zmienić plany i na razie odpuścić sobie kurhany, do których zmierzał oraz Mihaelą, którą zabrał Jorgul) wyruszyli ponownie na południe. Cel: opuszczony monastyr krasnoludzki.

Po dniu marszu dzielni śmiałkowie opuścili równiny i zaczęli mozolnie wspinać się po zboczach podgórza Gór Krańca Świata. Ze szczytu jednego ze wzniesień dostrzegli kilku dziwnych, całkiem ubranych na czarno jeźdźców, których uznano za słynne upiory poszukujące miecza.

Jak to zwykle bywa, wybuchła kłótnia. Jechać za upiorami? Ruszyć do monastyru? Od słowa do słowa, a skończyło się na kolejnej awanturze. Usingne wpierw wygarnął ekipie,że lezie znów w jakieś paskudne miejsc,e że ludzie są ranni, a Konradowi została jedna kulka siarki. Potem, jak przyznali mu rację, wydarł się na Jorgula, że zabrał Mihaelę. Ogólnie wyglądało na to, że Usingen tym razem opierdziela pozostałych bez względu na to, co oni zrobią (sorry, Grześ, tak to widziałem:)).

Ostatecznie ekipa zrezygnowała z penetracji monastyru, Karsten się uraził i ruszył na kurhany, a pozostali wrócili na północ, by dojechać do Waldenhof.

Następnego dnia ominęli ruiny zamku Drakenhof jak i samego miasta, a potem spotkali na trakcie orszak kapłana Morra (rzecz jasna z solidną obstawą), od którego się dowiedzieli, że ich niedawny towarzysz – Karsten, chyba nie tyle wyruszył z misją, ale coś w zakonie przeskrobał i raczej nie ma po co wracać do swoich. Samo spotkanie nie było zbyt owocne. Zachowanie bohaterów, ich kiepski stan (obszarpani, brudni, pokrwawieni) oraz zwyczajnie głupie odzywki nie nastawiło kapłana pozytywnie.

Kapłan Morra (wskazują na Mihaelę): A co to za kobieta, wygląda na Sylvankę, może to jakaś czarownica? Przeklęta wiedźma?

Konrad: To nasza markietanka… Pierze nam, gotuje…

Po odjeździe kapłana zakończyliśmy sesję.

1. Coraz więcej wskazuje na Wasz paskudny los. Eliksirów brak, Punkty Przeznaczenia lecą… No to macie muzyczkę, brzmi jak Wasze podzwonne :)

hopes_die_in_winter-cd

08
paź
09

Sylvania cz. IX – Miasto na jedną noc

Gracze:
Grześ - porucznik von Usingen, dzielny dowódca.

Pablo – Alfred von Haman, rycerz Białego Wilka, fanatyczny patriota imperialny.

Kamil – Konrad Teub, początkujący czarodziej, ale już z fajerbolem

Damian - dzielny lecz marudny Jorgul, medyk, woj i jeździec.

Maro – jako snotling Bulgo (łącze video).

Madzia i Jaro niestety byli nieobecni. Remont czy jakieś inne mroczne i bluźniercze powody.

Był grób zbiorowy i zbiorowy pogrzeb. Był Stir, mgła, mżawka i wyjątkowo podły nastrój. I grupa poszukiwaczy przygód, która zdecydowała się spędzić noc na tym odludziu.

Nocka była nieco niespokojna za sprawą jakiegoś wielkiego stwora, który przeleciał ponad ogniskiem bohaterów. Pospiesznie rzucona przez Konrada ognista kula oświetliła nieco istotę, ukazują coś o rozpiętości skrzydeł 8-10 metrów i masywny korpus z czterema łapami. Smok to raczej nie był, lecz prawdopodobnie gryf bądź hippogryf.

Rankiem ekipa ruszyła ponownie na południe, decydując się nie zmierzać póki co do Waldenhof (zasługa głównie Usingena). Celem stała się krasnoludzka warownia strzegąca wlotu do przełęczy przez Góry Krańca Świata – Khazad Egrim.

I bohaterowie ponownie ruszyli pod górę, przekroczyli bród na wąziutkim Stirze, który z pewnością gdzieś w pobliżu miał swe źródła. Deszcz zamienił się śnieg, mokry, nieprzyjemny. Wiatr miotał wędrowcami po graniach, zboczach i głazowiskach. Po drodze, podczas jednej z nocy zostali zaatakowani przez gigantyczne pająki. Stwory ubito, w czym zasługa ognistej kuli Konrada i faktycznie niezłych akcji (viva przerzutki!) Jorgula, który mało się nie przekręcił w tej walce (solidny krytyk i ratunek ze strony Usingena, poszedł trzeci napój leczniczy).

Wreszcie wkroczyli na rozległy płaskowyż, z którego Usingen dostrzegł przez swą nieocenioną, nieomylną i lansiarską lunetę dostrzegł dziwną budowlę wyrastającą jakiś kilometr od bohaterów wprost z pionowej ściany skalnej. Wydawał się opuszczony i poważnie uszkodzony. Zniszczony krenelaż, część zabudowań zawalonych. Mimo pewnych wahań bohaterowie zdecydowali się jednak nadal podążać w kierunku Khazad Egrim.

Pomyśleć, że wpływy krasnoludzkiej architektury można znaleźć w naszej Grecji :).

Pomyśleć, że wpływy krasnoludzkiej architektury można znaleźć w naszej Grecji :) .

Na zaśnieżonym płaskowyżu doszło do spotkania z krasnoludami. Patrol małych wojaków obwieszonych bronią rozbroił BG i zaprowadził do fortecy. Tam też doszło do spotkania z dowódcą Khazad Egrim – Galondem Skallisonem.

Doświadczony setnik początkowo był nieufny wobec dziwnej zbieraniny, ale listy od Bofura oraz fakt, że setnik znał brata Usingena wyraźnie pomogły w nawiązaniu normalnych, pełnych ciepła relacji wzbogaconych stosownym trunkiem.

Rozmowa byłą dość długa, bohaterowie nie tylko pogadali z Galondem, ale także i miejscowym kapłanem Grungniego – Thorhadem. Oto czego się dowiedzieli (w dużym skrócie):

- Wojna z zielonym trwa, walki zażarte, na niektórych poziomach Zhufbaru walka nie ustaje.

- Mimo to włodarze fortecy za miesiąc mają otworzyć swoiste zawody krasnoludzkie, zgodne z wszelkimi tradycjami  obyczajami. To jedyny czas, kiedy każdy może przybyć do Zhufbaru i zostanie wpuszczony, a nawet dopuszczony do udziału w tej “olimpiadzie”.

- Ruiny dziwnego klasztoru, to pozostałości po monastyrze Grungniego opuszczonym jakoś 100 lat temu. Wedle kapłana coś złego się wydostało i wybiło załogę. Wszystkie śmierci były na pozór przypadkowe, a to komuś cegła na łeb spadła, a to inny spadł ze schodów etc. Było tego jedna zbyt wiele. Klasztor nadal świeci pustkami, Thorhad wyraźnie odradzał bohaterom eksplorowanie ruin.

- Khazad Egrim znajduje się tak naprawdę na tyłach toczącej się wojny krasnoludów z zielonymi i szczurakami. Główne walki toczą się wewnątrz gór, za Zhufbarem i w samej fortecy.

- Gdzieś w pobliżu Mrocznego Wrzosowiska znajduje się Sigisoara, kolejna wioska, której bohaterowie nie mieli zaznaczonej na mapie.

Następnego dnia drużyna opuściła Khazad Egrim i przełęczą zeszłą na równinę pomiędzy rzekami Stir i Templa. Jadąc wzdłuż Mrocznego Wrzosowiska, ponurego, bezkresnego bagna, na którym strumyki, stawy i rzeczki tworzyły swoisty labirynt, dotarli wreszcie do Sigisoary.

Wioska była przerażająco uboga, przypominając osady, które zapewne Fennonowie budowali wiele wieków temu. Kilkanaście ziemianek krytych darnią ułożonych w krąg, a w środku duży, lecz niski barak z grubych bali. Zapewne miejsce spotkań i zarazem swoiste schronienie dla mieszkańców.

Tam też zgromadzili się wszyscy wieśniacy, widząc wjeżdżających zbójów… znaczy bohaterów. Po krótkiej rozmowie BG udało się przekonać miejscową przywódczynię – mateczkę Lenutę, stareńką kobietę o ciemnej, pomarszczonej twarzy.

Tu również BG zasięgnęli języka. Oto okazało się, że trupy znalezione kilka dni wcześniej w zbiorowym grobie, to część mieszkańców Sigisoary, którzy zdecydowali się opuścić osadę. Oto co Lenuta opowiedziała bohaterom:

- Kilkanaście dni wcześniej do wioski zawitał czarny upiór na karym koniu. Chciał wiedzieć, gdzie dokładnie leży jakiś zamek na wschodzie, w lesie (Splątanym Lesie?) Żądał przewodnika, jednak wieśniakom udało się odpędzić demona (choć okazało się przy tym, że jest kompletnie niewrażliwy na strzały). Krótko potem Kilka rodzin zdecydowała się opuścić osadę, podążył z nimi druid z Mrocznego Wrzosowiska. Niestety wedle Lenuty uciekinierzy musieli zginąć, bo wioskę gnębi od lat klątwa. Nikt nie może opuścić Sigisoary, bo szybko jego żywot się zakończy.

- Sama klątwa ma swoje źródło w pewnej opowieści. Oto wiele lat temu, tak dawno, że nikt nie pamięta kiedy, nie było Mrocznego Wrzosowiska. Na pięknej, zielonej równinie, zaraz nad Templą, wówczas krystalicznie czysta rzeką stało miasto Fucuresti. Piękne, wyniosłe, zbudowane z białego kamienia, lśniącego z daleka. Mieszkańcy, bogaci ponad miarę, odwrócili się od Sigmara. Zaczęli oddawać cześć Panu Przyjemności. Pewnej nocy, kiedy na ulicach miasta trwała kolejna orgia, rozgniewany Sigmar rzucił swym mocarnym młotem – Ghal Marazem w miasto występku. Młot przeciął nieboskłon i z hukiem unicestwił Fucuresti. Z dziury powstałej po uderzeniu wypłynęło cuchnąca, czarna ciecz. Tak powstało Mroczne Wrzosowisko. Nie wszyscy zginęli. Część ocalała z zagłady. To byli ci, którzy nie odwrócili się od swego Boga. Ich ocalił Sigmar, lecz zarazem obdarzył klątwą. Ani oni, ani ich potomkowie nie mieli opuścić wioski, a jeśli ktokolwiek miał tak uczynić, spotkać go miała gwałtowna śmierć.

Ta ponura opowieść nie nastrajała optymistycznie bohaterów, ale nie wydawało się, by w nią uwierzyli.

W tym samym czasie szwendający się po wiosce Jorgul poznał urodziwą dziewczynę, o czarnych kosach i rumianych policzkach. Mihaela wydawała się bardzo zainteresowana młodym bohaterem, który nie okazał się mężem, lecz zwykłą pisią (sorry Damian ;) ), bo na błaganie dziewczyny, by ją wywiózł z wiochy, odpowiedział:

Muszę zapytać kompanów.

Choć Kamil i tak podsumował starania Jorgula:

Jorgul to kawał chwata, Mihaela miała go za brata a on ją wziął na …  (przepraszam, jeśli przeinaczyłem, nie pamiętam dokładnie:))

Wieczorkiem drużyna zdecydowała się wejść na Wrzosowisko. Dlaczego? Znów z powodu Jorgula, który wcześniej przekroczył linię mgły, ostrożnie wchodząc w głąb bagna i… ujrzał w oddali białe mury miasta, a jego uszu doszedł dźwięk zabawy.

Tym razem cała ekipa ruszyła w kierunku majaczącego w oddali Fucuresti. Marsz trwał całą noc, wreszcie bohaterowie dotarli do szeroko otwartej, mosiężnej bramy Wewnątrz trwała w najlepsze zabawa. Ulice rozświetlały pochodnie, długie stoły zastawione były winem i wszelakim jadłem, a mieszkańcy tańczyli, bawili się i oddawali innym uciechom (tak, tym też:))

Bohaterowie weszli do środka, starając się dowiedzieć, co się tutaj dzieje, jednak mieszkańcy zachowywali się groteskowo. Interesowała ich tylko zabawa, nie odpowiadali na pytania lub odpowiadali nonsensownie. Konrad stał się przy tym ofiarą ataku pięknych, roznegliżowanych kobiet, które zaczęły go głaskać, pieścić, gładzić. Niestety, podobnie jak Jorgul, drużynowy mag choruje na paranoję a nie seksoholizm i zaczął się opędzać od prześlicznych dzierlatek:

- Nie! Nie! Nie dotykać mnie!… Powiedziałem nie! Kurwa! Jak mężczyzna mówi nie, to nie!!!

Wreszcie drużyna się podzieliła. Jorgul ruszyłz  Bulgiem sprawdzić domy. A Konrad z Usingenem w kierunku pałacu położonego w centrum miasta (Hamana niestety już nie było, Pablo musiał opuścić sesję wcześniej).

Ci pierwsi zaczęli zbierać w domach (pardon! ratować od zapomnienia!) srebrne naczynia. A Konrad z porucznikiem obserwowali tłum zgromadzony przed pałacem, który wyraźnie na coś czekał. Wreszcie otworzyły się podwoje budowli i na platformie wyjechał biały posąg pięknego hermafrodyty. Tłum padł na kolana, wrzeszcząc coś o Panu Przyjemności. Usingen i Konrad odparli czar posągu, nie dając się opanować.

Bulgo i Jorgul, słysząc wrzaski z placu, wypadli z jednego z domów i niestety ulegli urokowi posągu. Już jako wyznawcy Pana Przyjemności padli na kolana.

Konrad odpalił ognistą kulę w posąg, a potem kolejną. Oszalały tłum rzucił się na świętokradcę. Usingen starał się ochronić kompana i nawet nienajgorzej mu to szło. Bulgo, wciąż pod wpływem czaru, wystrzelił z łuku i ranił Konrad. jak to zwykle bywa w przypadku przedsięwzięć BG, wybuchła panika, chaos (a a nawet Chaos) i ogólne rozpierducha.

Niebo nagle zasnuły chmury, uderzyły błyskawice i wreszcie nieboskłon pękł, a w pęknięciu coś zamigotało, błysnęło i w kierunku Fucuresti pomknęła ni to kometa, ni to meteoryt, ciągnąc za sobą pióropusz z dymu i ognia. Tłum wpadł w panikę bohaterowie też, choć nieco bardziej kontrolowaną.

Część z nich uciekła, ale niestety Jorgul i Usingen dopiero weszli na mury miejskie (brama zamknęła się), gdy miastem targnął potężny wstrząs, niebiosa ryknęły, a fala uderzeniowa pomknęła wzdłuż ulic, niszcząc wszystko na swej drodze…

A potem miasto zniknęło. Wszystko okazało się mirażem, iluzją, odtwarzaną po raz kolejny historią. Być może ostrzeżeniem Sigmara, by ludzie wiedzieli, co czeka heretyków.

Bohaterowie kilka godzin później powrócili do Sigisoary. Tak skończyliśmy sesję.

Uwagi:

1. Niech się wreszcie ta jesień skończy, bo kurde ciągle ospały jestem.

2. Coś tchórzyliście mości państwo :) . Ani monastyr, ani miasto (bo chyba wątku nie zamierzacie ciągnąć)




O mnie

Na co dzień belfer (yuck!), wykładowca (mniejsze yuck) no i erpegowiec. Miłośnik kultury popularnej we wszelkim wydaniu, domorosły badacz nowych mediów oraz zjawisk kulturowych z nimi związanych. Tutaj uwidzisz głównie moje rolplejowe wcielenie. Enjoy. GG 1823828

 

listopad 2009
P W Ś C P S N
« paź    
 1
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
30  

Archiwa

Kategorie

free counters