Gracze:
Grześ - porucznik von Usingen, dzielny dowódca.
Pablo – Alfred von Haman, rycerz Białego Wilka, fanatyczny patriota imperialny.
Kamil – Konrad Teub, początkujący czarodziej, ale już z fajerbolem
Damian - dzielny lecz marudny Jorgul, medyk, woj i jeździec.
Maro – jako snotling Bulgo (łącze video).
Madzia i Jaro niestety byli nieobecni. Remont czy jakieś inne mroczne i bluźniercze powody.
Był grób zbiorowy i zbiorowy pogrzeb. Był Stir, mgła, mżawka i wyjątkowo podły nastrój. I grupa poszukiwaczy przygód, która zdecydowała się spędzić noc na tym odludziu.
Nocka była nieco niespokojna za sprawą jakiegoś wielkiego stwora, który przeleciał ponad ogniskiem bohaterów. Pospiesznie rzucona przez Konrada ognista kula oświetliła nieco istotę, ukazują coś o rozpiętości skrzydeł 8-10 metrów i masywny korpus z czterema łapami. Smok to raczej nie był, lecz prawdopodobnie gryf bądź hippogryf.
Rankiem ekipa ruszyła ponownie na południe, decydując się nie zmierzać póki co do Waldenhof (zasługa głównie Usingena). Celem stała się krasnoludzka warownia strzegąca wlotu do przełęczy przez Góry Krańca Świata – Khazad Egrim.
I bohaterowie ponownie ruszyli pod górę, przekroczyli bród na wąziutkim Stirze, który z pewnością gdzieś w pobliżu miał swe źródła. Deszcz zamienił się śnieg, mokry, nieprzyjemny. Wiatr miotał wędrowcami po graniach, zboczach i głazowiskach. Po drodze, podczas jednej z nocy zostali zaatakowani przez gigantyczne pająki. Stwory ubito, w czym zasługa ognistej kuli Konrada i faktycznie niezłych akcji (viva przerzutki!) Jorgula, który mało się nie przekręcił w tej walce (solidny krytyk i ratunek ze strony Usingena, poszedł trzeci napój leczniczy).
Wreszcie wkroczyli na rozległy płaskowyż, z którego Usingen dostrzegł przez swą nieocenioną, nieomylną i lansiarską lunetę dostrzegł dziwną budowlę wyrastającą jakiś kilometr od bohaterów wprost z pionowej ściany skalnej. Wydawał się opuszczony i poważnie uszkodzony. Zniszczony krenelaż, część zabudowań zawalonych. Mimo pewnych wahań bohaterowie zdecydowali się jednak nadal podążać w kierunku Khazad Egrim.

Pomyśleć, że wpływy krasnoludzkiej architektury można znaleźć w naszej Grecji
.
Na zaśnieżonym płaskowyżu doszło do spotkania z krasnoludami. Patrol małych wojaków obwieszonych bronią rozbroił BG i zaprowadził do fortecy. Tam też doszło do spotkania z dowódcą Khazad Egrim – Galondem Skallisonem.
Doświadczony setnik początkowo był nieufny wobec dziwnej zbieraniny, ale listy od Bofura oraz fakt, że setnik znał brata Usingena wyraźnie pomogły w nawiązaniu normalnych, pełnych ciepła relacji wzbogaconych stosownym trunkiem.
Rozmowa byłą dość długa, bohaterowie nie tylko pogadali z Galondem, ale także i miejscowym kapłanem Grungniego – Thorhadem. Oto czego się dowiedzieli (w dużym skrócie):
- Wojna z zielonym trwa, walki zażarte, na niektórych poziomach Zhufbaru walka nie ustaje.
- Mimo to włodarze fortecy za miesiąc mają otworzyć swoiste zawody krasnoludzkie, zgodne z wszelkimi tradycjami obyczajami. To jedyny czas, kiedy każdy może przybyć do Zhufbaru i zostanie wpuszczony, a nawet dopuszczony do udziału w tej “olimpiadzie”.
- Ruiny dziwnego klasztoru, to pozostałości po monastyrze Grungniego opuszczonym jakoś 100 lat temu. Wedle kapłana coś złego się wydostało i wybiło załogę. Wszystkie śmierci były na pozór przypadkowe, a to komuś cegła na łeb spadła, a to inny spadł ze schodów etc. Było tego jedna zbyt wiele. Klasztor nadal świeci pustkami, Thorhad wyraźnie odradzał bohaterom eksplorowanie ruin.
- Khazad Egrim znajduje się tak naprawdę na tyłach toczącej się wojny krasnoludów z zielonymi i szczurakami. Główne walki toczą się wewnątrz gór, za Zhufbarem i w samej fortecy.
- Gdzieś w pobliżu Mrocznego Wrzosowiska znajduje się Sigisoara, kolejna wioska, której bohaterowie nie mieli zaznaczonej na mapie.
Następnego dnia drużyna opuściła Khazad Egrim i przełęczą zeszłą na równinę pomiędzy rzekami Stir i Templa. Jadąc wzdłuż Mrocznego Wrzosowiska, ponurego, bezkresnego bagna, na którym strumyki, stawy i rzeczki tworzyły swoisty labirynt, dotarli wreszcie do Sigisoary.
Wioska była przerażająco uboga, przypominając osady, które zapewne Fennonowie budowali wiele wieków temu. Kilkanaście ziemianek krytych darnią ułożonych w krąg, a w środku duży, lecz niski barak z grubych bali. Zapewne miejsce spotkań i zarazem swoiste schronienie dla mieszkańców.
Tam też zgromadzili się wszyscy wieśniacy, widząc wjeżdżających zbójów… znaczy bohaterów. Po krótkiej rozmowie BG udało się przekonać miejscową przywódczynię – mateczkę Lenutę, stareńką kobietę o ciemnej, pomarszczonej twarzy.
Tu również BG zasięgnęli języka. Oto okazało się, że trupy znalezione kilka dni wcześniej w zbiorowym grobie, to część mieszkańców Sigisoary, którzy zdecydowali się opuścić osadę. Oto co Lenuta opowiedziała bohaterom:
- Kilkanaście dni wcześniej do wioski zawitał czarny upiór na karym koniu. Chciał wiedzieć, gdzie dokładnie leży jakiś zamek na wschodzie, w lesie (Splątanym Lesie?) Żądał przewodnika, jednak wieśniakom udało się odpędzić demona (choć okazało się przy tym, że jest kompletnie niewrażliwy na strzały). Krótko potem Kilka rodzin zdecydowała się opuścić osadę, podążył z nimi druid z Mrocznego Wrzosowiska. Niestety wedle Lenuty uciekinierzy musieli zginąć, bo wioskę gnębi od lat klątwa. Nikt nie może opuścić Sigisoary, bo szybko jego żywot się zakończy.
- Sama klątwa ma swoje źródło w pewnej opowieści. Oto wiele lat temu, tak dawno, że nikt nie pamięta kiedy, nie było Mrocznego Wrzosowiska. Na pięknej, zielonej równinie, zaraz nad Templą, wówczas krystalicznie czysta rzeką stało miasto Fucuresti. Piękne, wyniosłe, zbudowane z białego kamienia, lśniącego z daleka. Mieszkańcy, bogaci ponad miarę, odwrócili się od Sigmara. Zaczęli oddawać cześć Panu Przyjemności. Pewnej nocy, kiedy na ulicach miasta trwała kolejna orgia, rozgniewany Sigmar rzucił swym mocarnym młotem – Ghal Marazem w miasto występku. Młot przeciął nieboskłon i z hukiem unicestwił Fucuresti. Z dziury powstałej po uderzeniu wypłynęło cuchnąca, czarna ciecz. Tak powstało Mroczne Wrzosowisko. Nie wszyscy zginęli. Część ocalała z zagłady. To byli ci, którzy nie odwrócili się od swego Boga. Ich ocalił Sigmar, lecz zarazem obdarzył klątwą. Ani oni, ani ich potomkowie nie mieli opuścić wioski, a jeśli ktokolwiek miał tak uczynić, spotkać go miała gwałtowna śmierć.
Ta ponura opowieść nie nastrajała optymistycznie bohaterów, ale nie wydawało się, by w nią uwierzyli.
W tym samym czasie szwendający się po wiosce Jorgul poznał urodziwą dziewczynę, o czarnych kosach i rumianych policzkach. Mihaela wydawała się bardzo zainteresowana młodym bohaterem, który nie okazał się mężem, lecz zwykłą pisią (sorry Damian
), bo na błaganie dziewczyny, by ją wywiózł z wiochy, odpowiedział:
Muszę zapytać kompanów.
Choć Kamil i tak podsumował starania Jorgula:
Jorgul to kawał chwata, Mihaela miała go za brata a on ją wziął na … (przepraszam, jeśli przeinaczyłem, nie pamiętam dokładnie:))
Wieczorkiem drużyna zdecydowała się wejść na Wrzosowisko. Dlaczego? Znów z powodu Jorgula, który wcześniej przekroczył linię mgły, ostrożnie wchodząc w głąb bagna i… ujrzał w oddali białe mury miasta, a jego uszu doszedł dźwięk zabawy.
Tym razem cała ekipa ruszyła w kierunku majaczącego w oddali Fucuresti. Marsz trwał całą noc, wreszcie bohaterowie dotarli do szeroko otwartej, mosiężnej bramy Wewnątrz trwała w najlepsze zabawa. Ulice rozświetlały pochodnie, długie stoły zastawione były winem i wszelakim jadłem, a mieszkańcy tańczyli, bawili się i oddawali innym uciechom (tak, tym też:))
Bohaterowie weszli do środka, starając się dowiedzieć, co się tutaj dzieje, jednak mieszkańcy zachowywali się groteskowo. Interesowała ich tylko zabawa, nie odpowiadali na pytania lub odpowiadali nonsensownie. Konrad stał się przy tym ofiarą ataku pięknych, roznegliżowanych kobiet, które zaczęły go głaskać, pieścić, gładzić. Niestety, podobnie jak Jorgul, drużynowy mag choruje na paranoję a nie seksoholizm i zaczął się opędzać od prześlicznych dzierlatek:
- Nie! Nie! Nie dotykać mnie!… Powiedziałem nie! Kurwa! Jak mężczyzna mówi nie, to nie!!!
Wreszcie drużyna się podzieliła. Jorgul ruszyłz Bulgiem sprawdzić domy. A Konrad z Usingenem w kierunku pałacu położonego w centrum miasta (Hamana niestety już nie było, Pablo musiał opuścić sesję wcześniej).
Ci pierwsi zaczęli zbierać w domach (pardon! ratować od zapomnienia!) srebrne naczynia. A Konrad z porucznikiem obserwowali tłum zgromadzony przed pałacem, który wyraźnie na coś czekał. Wreszcie otworzyły się podwoje budowli i na platformie wyjechał biały posąg pięknego hermafrodyty. Tłum padł na kolana, wrzeszcząc coś o Panu Przyjemności. Usingen i Konrad odparli czar posągu, nie dając się opanować.
Bulgo i Jorgul, słysząc wrzaski z placu, wypadli z jednego z domów i niestety ulegli urokowi posągu. Już jako wyznawcy Pana Przyjemności padli na kolana.
Konrad odpalił ognistą kulę w posąg, a potem kolejną. Oszalały tłum rzucił się na świętokradcę. Usingen starał się ochronić kompana i nawet nienajgorzej mu to szło. Bulgo, wciąż pod wpływem czaru, wystrzelił z łuku i ranił Konrad. jak to zwykle bywa w przypadku przedsięwzięć BG, wybuchła panika, chaos (a a nawet Chaos) i ogólne rozpierducha.
Niebo nagle zasnuły chmury, uderzyły błyskawice i wreszcie nieboskłon pękł, a w pęknięciu coś zamigotało, błysnęło i w kierunku Fucuresti pomknęła ni to kometa, ni to meteoryt, ciągnąc za sobą pióropusz z dymu i ognia. Tłum wpadł w panikę bohaterowie też, choć nieco bardziej kontrolowaną.
Część z nich uciekła, ale niestety Jorgul i Usingen dopiero weszli na mury miejskie (brama zamknęła się), gdy miastem targnął potężny wstrząs, niebiosa ryknęły, a fala uderzeniowa pomknęła wzdłuż ulic, niszcząc wszystko na swej drodze…
A potem miasto zniknęło. Wszystko okazało się mirażem, iluzją, odtwarzaną po raz kolejny historią. Być może ostrzeżeniem Sigmara, by ludzie wiedzieli, co czeka heretyków.
Bohaterowie kilka godzin później powrócili do Sigisoary. Tak skończyliśmy sesję.
Uwagi:
1. Niech się wreszcie ta jesień skończy, bo kurde ciągle ospały jestem.
2. Coś tchórzyliście mości państwo
. Ani monastyr, ani miasto (bo chyba wątku nie zamierzacie ciągnąć)