Heineken Open’er 2008 – mini after report

Paryż wart był mszy, pierwszy Open’er w życiu relacji na blogu. Takiej mini, lecz bogato okraszonej zdjęciami. Ze względu na restrykcje wprowadzone przez organizatorów na samym festiwalu pojawiłem się z maleńkim gówienkiem – czyli aparatem kompaktowym. Był zakaz (przynajmniej oficjalny, jak się potem okazało) wnoszenia na teren festiwalowy lustrzanek. Szkoda, że tym kompakcikiem wiele zdjęć najzwyczajniej schrzaniłem. Wieczorem nijak nie dawało się sensownie fotografować, dlatego z niektórych koncertów zdjęć nie ma.

Ale zacznijmy od początku:

Namiot stoi (dwójka kompaktowa, w sam raz by wygodnie zmieścił się w niej jeden człowiek normalnych gabarytów :)). Godzina wczesna, nasz stan fizyczny… z grubsza dobry. Z pewnością jesteśmy pełni animuszu i werwy, a humory dopisują wybitnie, za co dziękować należy Heinekenowi i żołądkowej :). Plan więc szybko powstał: NAD MORZE!

Wejście na plażę w Babich Dołach. Hmmm po cholerę tę fotę trzasnąłem? Pewnie Toi-toie mi się spodobały :).

Plaża ozdobiona przeuroczą ruiną czegoś o nazwie TKACZ. Cholera wie, czym to było, po co nadal stoi, ale widok interesujący. Stawiam na dawne laboratorium badań nad torpedami, nazwane TKACZ dla niepoznaki.

Na plaży, jak to na plaży. Niebywale gorąco. Beczułka Heinekena akurat się skończyła. Gdyby nie Desperados wyschnęlibyśmy na wiór. Tak czy inaczej plażowanie i wpatrywanie się tępo w morski horyzont to wspaniały sposób na przygotowanie do ciągu dalszego, czyli…

… Day 01. Przybywamy około osiemnastej na teren festiwalowy. Po przejściu przez bramki z ochroniarzami (ci mili, ciekawscy panowie zaglądający do plecaków i klepiący nas po pupach, mrrrrr :)) dochodzimy do pierwszej i najważniejszej sceny – Main Stage. Muchy już koncertują.

You burn like a bouncing cigarette on the road. All sparks will burn out in the end…

Editors – dla mnie jeden z absolutnych faworytów festiwalu. Wspaniała muza gitarowa, charyzmatyczny lider o mocnym głosie, świetne teksty. Absolutne mistrzostwo świata. Piosenki takie jak „All Sparks” to uczta dla uszu i duszy.

Zmierzch zapadł nad Gdynią, a my udaliśmy się na spoczynek. Znaczy plan był inny, ot tylko zajrzeć do znajomych przy namiocie, ale skończyło się na tym, ze padliśmy jak pies Pluto. Podróż za długa, odżywek za wiele, zmęczenie dopadło na jak Godzilla Manhattan :). Nie zobaczyłem Roisin Murphy, pech.

Day 02. Nad wszystkim czuwa helikopter TVN24 – kurde, będziemy w TV. Trza butelki pochować.

W drodze na pole festiwalowe, tym razem dużo wcześniej. Przynajmniej kilka zespołów chcemy tego dnia zobaczyć.

Ludzi jeszcze niewielu, oczywiście jak na warunki openerowe. Uwaleni na trawce oczekujemy w spokoju duszy i ciała na mające się rozpocząć granie. Wreszcie ruszamy zady, by rzucić okiem, co się dzieje na innych scenach.

W Tent Stage gra m.in. Rotofobia. Nie powiem, ciekawa muza, mocne riffy gitarowe, choć wokal niezbyt mi pasuje. Swoja drogą jakiś czas potem w tym samym namiocie można było podziwiać Cocorosie. Siostrzyczki dały wspaniały popis. Namiot wypchany po brzegi, brezent napięty jak skóra na baranich jajach.

Jeden z obszarów kluczowych dla powodzenia festiwalu. Od horyzontu po horyzont ciągnęły się toi-toie :).

Światła już w nas nie ma. Zgasło kiedyś tam. Nie rzucamy się już w oczy, to jest miejska partyzantka…

I powrót pod główną scenę. Coolki zaczynają koncert. Jest ostro, rockowo, ściana dźwięku jak się patrzy. Ostrowski w manierze ni to cynicznej, ni charyzmatycznej. Dość szybko nawiązuje dialog z publicznością, ale mimo wszystko czegoś mi tu brakuje. Chyba jednak ich wolę na studyjnych płytach. No ale megafonik miał śliczny i fajnie przez niego darł się. Przydałby mi się taki w robocie :).

Gitarzysta Coolek na zbliżeniu w telebimie. twarz niczym James Dean. Prawdziwy buntownik – obowiązkowo z olewatorskim wyrazem twarzy. Za te miny zespół miał już u mnie plusa na wstępie. Pięknie trzymali się w poetyce buntu i olewactwa współczesnego świata :).

Oh we’re so pretty. Oh so pretty we’re vacant…

To, na co czekaliśmy, miało się wydarzyć w Tent Stage. Odpowiednio wcześniej zajęliśmy pozycje blisko sceny. A potem przyszli ludzie. więcej ludzi. Chyba cała pieprzona ludność Trójmiasta, okolic plus goście z Anglii i innych dziwnych krajów. Najpierw zaczęło być ciasno, potem ciaśniej, a potem człowiek czuł się jak w prasie hydraulicznej. Ktoś, kto wpierniczył legendę punkrocka do namiotu miał danego dnia spadek biorytmu intelektualnego, albo dostał czymś w głowę, albo z natury jest głupim debilem. Wreszcie zespół wyszedł do wtóru przepięknej brytyjskiej pieśni. Rotten rzucił kilka słów do publiki i zaczął śpiewać. A tłum najzwyczajniej oszalał. Przy tym poziomie zatłoczenia aż dziwne, ze nikogo nie zdeptano. Tutaj organizacja zawiodła na całej linii. Odpowiedzialnym kazałbym się wcisnąć do pudełka po pizzy i tam zacząć podskakiwać do wtóru muzy Sex Pistols. nie wytrzymaliśmy długo w namiocie. Paradoksalnie, by lepiej odebrać muzykę, należało stać na zewnątrz. Paranoja. A sam koncert świetny. Mniej buntowniczy, bardziej ironiczny. tak jakby Rotten z ferajną doskonale wiedział, że jego czas przeminął i zasadniczo powinien siedzieć na wygodnym fotelu, pierdzieć i liczyć kasę. Co niewątpliwie pewnie robi w chwilach wolnych od jeżdżenia po heinekenach :).

Wejście Sex Pistols na scenę.

Po Pistolsach udaliśmy się grzecznie na spoczynek,. zwłaszcza że Badu i Jay Z to zdecydowanie nie nasze klimaty.

Day 03. Jak zwykle zaczęliśmy od obchodu terenu. Przy limuzynie humvee hostessy Axe cieszyły się, jak to mawiano w kabarecie Ani Mru Mru, największą popularnością :). Nic dziwnego. Panie podchodziły do przedstawicieli płci brzydkiej, opadały, unosiły ofierze koszulkę i nanosiły dezodorant na ciało. Chren z dezodorantem (gówno wartym), czy nanoszeniem, ale zbrodniarki warte były poświęcenia :).

Tego dnia nad terenem festiwalowym nie było śmigłowca TVNu, ale motolotnia (cholera wie, z czyjego namaszczenia). Dopiero z bliska można było dostrzec, iż…

… załogantów jest dwu, z czego jeden filmuje cały teren z lotu ptaka. Eeeeech ile to pomysłów przychodzi… a gdyby tak koleś miał miniguna? 🙂

Wykończeni po dwu dniach przejść, zdecydowaliśmy się, podobnie jak wielu z uczestników, na model emerytalny podziwiania wykonawców. Pod dupę kocyk, piwko obok i pełen relaks.

Jeśli masz w tym frajdę aby rzeczy gmatwać, to mi teraz za tę moją krzywdę zapłać! Bóg zapłać!…

Choć wyjątkiem było Lao Che. Po prostu musiałem się znaleźć pod sceną. Chłopaki zaczęli od kawałków z płyty „Gospel”, ale nie mogło zabraknąć „Powstania”. Nie było niestety „Przebicia do Śródmieścia”, ale „Barykada” i „Stare Miasto” to był majstersztyk, zwłaszcza, że LC po raz pierwszy wystąpili z sekcją dętą.

Słychać krok, miarowy krok, szkopy w bok, to grupy szturmowe idą ławą…

Za poziom charyzmy, dialog z publiką, sam wokal oraz ilość emocji wlanych w muzykę Spięty wraz z ekipą zasługują na worek medali.

Jednoosobowa kapela Bajzel. Facet robi cuda z gitarą, łącząc ją z elektroniką, loopami i innym tałatajstwem. Gatunek? Po prostu bajzel. rock, trochę z industrialu, ale i punka, a może poezji i śpiewanej. Najlepiej samemu posłuchać.

A potem przyszedł czas na Goldfrapp. Ja wyżej wspomniałem, rozwaliliśmy się na trawce i spoglądaliśmy to na odległą scenę (taaaa, te małe ludziki to Alison i jej ekipa) to na telebim. Alison jak zwykle piękna, ponętna, i tym razem w kusej sukience. Głos nieziemski, magiczny, faktycznie można było odpłynąć.

Switch me on, turn me up, I want to touch you

Pole przed mian stage było coraz bardziej nabite, a była to dopiero przygrywka przed Massive Attack i Chemical Brothers. Masywnych obejrzeliśmy w całości (niesamowite widowisko wizualne, nastrój pełen tajemniczości, zimny, mroczny), a potem udaliśmy się na jedyny koncert na World Stage, który mieliśmy zobaczyć.

Cielsko lodowate stoi popod lasem. Łypie wokól okiem krwawo zezowatym. Nie zobaczy kochanek, biegnie jak koń rączy. Tego kto pieszczotami dzisiaj go uraczy…

Żywiołak! czyli co się dzieje, gdy chłop z dawnego Open Folk organizuje nowy zespół, łącząc klimaty słowiańskie z rockiem i oryginalnym instrumentarium. Muzyka to jedno, ale sami członkowie zespołu. Wulkan sceniczny, obie wokalistki i lider wchodzili miejscami w klimaty parateatralne. Godzina była późna, ale ludzie dali się porwać magii tej pseudosłowiańskości. Za muzykę, teksty, zachowanie na scenie – celujący z plusem.

Po Żywiołaku zdecydowaliśmy się wrócić na pole namiotowe. Była 2.00, a jak się okazało op piątej mieliśmy pociąg. W try miga złożyliśmy namiot i wykończeni powlekliśmy się na dworzec.

Oczywiście o alkoholu na festiwalu nie mogło być mowy. Nawet nie tknęliśmy palcem piwa 😀

I na koniec – heinekenowa brygada. Czyli to myśmy tam byli! 🙂

Reklamy

Komentarzy 29

  1. O prosze, fajno zes zrobil relacje Lisie Farbowany, choc ten Twoj brzuszek tam na poczatku moze zniechecic potencjalnego czytelnika. ;P

  2. U jednych brzuszek, u innych dupka, prawda? 🙂

    Pozdr

  3. Piwa nie dotykali…za to dziesiątki obłych, smukłych, zielonkawych obiektów przeszło przez ich mocne męskie ręce, dostarczając przyjemności, której nie da się z niczym porównać . Szczególnie, że była ona wzmacniana wieloma innymi bodźcami …
    Ehhh normalnie pozazdrościć :):D

  4. swietna relacja 😀 zaluje, ze zywiolaka nie zobaczylam :/

  5. No jest czego żałować. Niemcy mają swego Corvusa Coraxa, In Extremo i parę innych folkrockowych kapel, my przynajmniej Żywiołaka.

    Szkoda tylko, że byłem już tak przerażająco zrypany na Żywiołaku, a nogi to mi wchodziły już w tyłek.

    Pozdr

  6. Ciekawe. Ja również chętnie zobaczyłbym Żywiołaka na żywo. A poza tym pewnie ciekawie było na Lao Che.

    No a ostatnie zdjęcie to niczym Świdryga z Midrygą 🙂

    Pozdr Adr

  7. Świdrygi z Midryga nie zagrali niestety (chyba że w bisie, bo na nim nie byłem). Lao Che jak zwykle rządziło na scenie. Niesamowite emocje i to przy kawałkach z każdej płyty a nie tylko mego ukochanego Powstania. Spięty to urodzony lider i chyba naprawdę sympatyczny facet.

    Fajnie że pamiętałeś o tym, że mam bloga (biorąc pod uwagę, jak długo nie pisałem).
    Pozdr

  8. W sumie to jakiś tydzień temu Arango mnie zagadnął czy znam twojego bloga i zerknąłem co nowego w lisiej norce 😉

  9. Początkowo też twierdziłem, że to Jay-Z powinien grać w namiocie a Pistolsi na głównej, ale w sumie nie sposób się z tym zgodzić — gdyby grali na głównej, koncert nie miałby tego klimatu. Było tłoczno i duszno, zupełnie jak w jakiejś podrzędnej spelunie — idealnym miejscu na pankowe koncerty 🙂 . Grali jakby dopiero zaczynali karierę — rzucali koszulki w publiczność i w ogóle 🙂 . Ekstra sprawa.

    A na Żywiołaku faktycznie musiałeś nie żyć, bo przecież „Świdrygę i Midrygę” zagrali 🙂 . Na bisie była „Psychoteka”, o ile dobrze pamiętam.

  10. No Lisie zazdroszczę, relacyja profesjonalna normalnie. Widać, że zabawa była przednia:)

  11. Eee tam był klimat. Widziałem oczy tych małych kobietek, które przypadkiem znalazły się w tłumie na Pistolsach. Najzwyczajniej w świecie było za ciasno i po prostu niebezpiecznie. Kumpel nurkował w tłumie za trampkiem, którego to mu z nogi zerwano :).

    A co do „Żywiołaka”. Hmmm a pod sam koniec grali, bo my się ewakuowaliśmy przed końcem koncertu, tak jakoś krotko przed bisami (które na pewno musiały nastąpić po tym, co zespół wyczyniał na scenie :)). Możliwe też, że ów nieszczęsny Świdryga z Midrygą wylecieli mi z głowy. Ja tam zapamiętałem Wandalów, oczywiście Dybuka i kilka kawałków, których wcześniej nie miałem okazji usłyszeć.

    Merrill: Profesjonalny to na pewno nie, ale dzięks :).

    Pozdr

  12. A tam niebezpiecznie. Koncert zaczynałem w głównym pogo, po kilku piosenkach uciekłem do tyłu. Cały raz się wywróciłem.

    Mówiąc o „małych kobietkach”, właśnie przed Pistolsami rozmawiałem z, jak mi się wydaje, Heini Rekola, która była w Open’erowej gazetce rozdawanej trzeciego dnia 😀 . Fakt, osoby jej pokroju mogły mieć pewien problem z przeżyciem 😉 .

    Szczerze mówiąc nie pamiętam, kiedy zagrali „Świdrygę…”. Za to pamiętam, że czułem się jak najwierniejszy fan — gdy Robert mówił o „żywiołakowych koszulkach w pierwszym rzędzie”, miał między innymi, a może zwłaszcza, mnie na myśli 😀 . Prawie wszystkie piosenki z nimi śpiewałem… przez następne dwa dni ledwo mówiłem 🙂 .

    Generalnie było megazajebiście pozytywnie — i to najlepsze podsumowanie festiwalu 🙂 . Kto nie był ten trąba.

  13. Heh z koszulkami pamiętam. Ktoś z publiczności na podziękowanie ze sceny, że owe zostały kupione rzucił coś w stylu: „Sam mi je sprzedałeś!”:D

    Pozdr

  14. Właśnie ja 😀 .
    Na poprzednim koncercie Żywiołaka, w Szczecinie, kupiłem od Roberta ;] .

  15. Hehehe, niezłe, z kumplem się z tego krzyku uśmialiśmy.

    Pozdr

  16. Sieeeemka!!!
    Noooo Foxik raport klasa :):):) Mam tylko pytanko do niejakiego „Minio” o to „główne pogo” na pistolsach…. ze gdzie ono niby sie znajdowało???? Bo chyba nie pod scena w zlepku mimowolnie sprasowanych ciał!!! Klapsior dla organizatora i niechaj żłopie majonez;););)

  17. Maro: ja stałem jakieś 8-10 metrów od sceny i ludzie przede mną naprawdę szaleli 🙂 . Nie wiem co działo się pod samą sceną, bo nie udało mi się dopchać.

  18. Minio, my staliśmy z 3 metry o sceny, bo zajęliśmy pozycje odpowiednio wcześniej. A potem przyszli ludzie, dużo ludzi, bardzo dużo ludzi. Jak Johnny wszedł na scenę to jakieś bydlę wypieprzyło pokal w piwem w powietrze i sporo z tego spadło na nas. Chren z tym, bywałem na gorszych koncertach. Ale potem na muzie był już sajgon. Marowi spadł z trampek z nogi (a nabijałeś się Maro, byku jeden ze mnie, że swoje wiążę, hehehe:)), szukał go przez pół utworu, w tym tłumie prasowanym na maksa. Zero przyjemności z odbioru muzy. A naprawdę gabarytowo nie jesteśmy malutcy i nie boimy się pogo (zresztą w niejednym uczestniczyłem).
    Pozdr

  19. Heh, ja specjalnie na Pistolsów wziąłem trepy wojskowe 😉 .

    Cóż więcej mogę powiedzieć: nie podzielam waszych doświadczeń. Stałem w takim miejscu, że i muzyki dało się posłuchać, i poskakać, i odpocząć, jeżeli kto miał ochotę (znaczy niikt nikogo przymusowo w pogo nie włączał). Przyszedłem jakieś pół godziny przed koncertem i trochę się poprzepychałem.

  20. Taaa, a ja czytałem regulamin i nie wziąłem moich glanów, kurde. Potem żałowałem jak cholera. Te trampki warte są tyle ile kosztują czyli wielkie gówno:(

    Pozdr

  21. Z tego co pamiętam w regulaminie było tylko o butach z ostrymi rogami oraz blaszanymi/metalowymi wstawkami. Moje nie podpadały pod żaden z tych punktów 🙂 .

    Zresztą ja nie próbowałem wnosić niczego, co byłoby niedozwolone, pomijając batoniki 😉 .

  22. No moje mają wstawki metalowe. Ty mas zapewne (wnioskuję po określeniu wojskowe trepy:)) tzw. lubliny? Zresztą w cholerę ludzi miało normalne glany, o to akurat się ochrona nie czepiała, za to mi chciała zabrać cukierki z plecaka, a kumplowi kazali oddać do depozytu łańcuch jaki miał przy spodniach 🙂 i najlepszy paradoks: takie same łańcuchy sprzedawano w którymś z namiotów na terenie festiwalowym:D

    Pozdr

  23. Nie wiem, ja się tam na glanach nie znam 🙂 . Właściwie na Open’erze pierwszy raz je na nogach miałem. W każdym razie chodzi o buty w których chodzi wiekszość służb mundurowych (o ile nie wszystkie). Ojciec załatwił jak jeszcze był wojskowym.

    Ochroniarze tylko mnie rozbawiali gdy sprawdzali, czy czasem czegoś pod kapeluszem nie przemycam 😀 . No i trzeciego dnia kazali gumy do żucia wyrzucić… w piątek i sobotę nie mieli nic przeciwko, żebym je wniósł 🙂 .

    Słyszałem też o aferze, bo ktoś miał telefon z aparatem o rozdzielczości 5 Mpx. Na Mitchach stał za mną facet z lustrzanką 12 Mpx…

    Również pozdrawiam. Do zobaczenia na festiwalu za rok 🙂 .

  24. OOOO JEEEJKU!! Ze trampek wylata i wielkie mecyje :):):):) Ze dekiel wylata – to jest problem!!! :):):):)

  25. Bo dekiel do dupy :). Zamontujcie lepszy, to nie będzie wylatać. Zresztą Tobie wszystko wylatywa: trampek, dekiel, włosy 🙂

  26. Włosy???? kuuurna to nia ja łysieje :):):):):)

  27. Pfff to się Lisisko wyszalało 🙂 Teraz będzie 11 miesięcy odpoczywać i hodować bandzioszek co go podczas pląsów stracił 🙂

    Pozadzdrościc wyjazdu i zabawy 🙂

  28. nie moge!!ruina na morzu:)hehe rozbawilo mnie to do łez. To jest była TORPEDOWNIA!!!
    pozdrówka

  29. No jeśli ona była na chodzie, to super architektura :). A swoją droga w podpisie było napisane, że stawiam na laboratorium badań nad torpedami, natomiast zastanawiał mnie podpis TKACZ.

    Pozdr

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s