Kto chce dotknąć smoczego jaja?

No i stało się. Dzielni „ratowacze świata” przebyli Syberię koleją, następnie Mongolię, Chiny na przełaj i przybyli do malowniczej Lhasy, gdzie obok zabytkowych świątyń stoją chińskie blokowiska, a przechodniom odzianym w trtadycyjne tybetańskie szaty przyglądają się chińscy gieroje z Ludowej Armii Chin trzymający w rękach chińskie podróbki kałachów i oparci o chińskie podróbki ruskich BTRów.

Świat ma się skończyć w ciągu kilku dni. Kometa jest już widoczna nawet w dzień, świecąc coraz mocniej i jaśniej. A w Chinach spokój. No ale co się dziwić skoro oni potrafili nawet Google ocenzurować. Dla typowego Chińczyka A.D. 2012 koniec świata nie nastąpi, wszak Partia już rozwiązała problem z kometą. A co się świeci na niebie? To dopalają się resztki komety zniszczonej atomowym uderzeniem mocarnej pięści chińskich wojsk strategicznych!

Paradoksalnie to tylko ułatwiło podróż do Tybetu. Nasi bohaterowie jako najzwyklejsi turyści przekupili po drodze, kogo się dało i bezpiecznie dotarli do Lhasy wraz ze swoimi 5 pistoletami, 6 peemami, 2 shotgunami i 3 karabinami (plus niezliczona ilość amunicji i granatów ogłuszających). I pomyśleć, ze to wszystko zdobyczne od Kopenhagi począwszy :).

Ciąg dalszy podróży wymagał opłacenia kierowcy jednego z wielu konwojów ciężarówek przemierzających góskie szlaki Dachu Świata. A czasu zostało niewiele. Ledwie pięć dni! Na nocnym niebie kometa lśni mocniej od pozostałych gwiazd, stając się swoistym memento mori

Dwudniowa podróż ciężarówką nie obfitowała w przygody. Ot, Alex dał upust swym męskim mocom (erotoman!), opłacając jakąś Chinkę w mijanych osadach. Pozostali odsypiali ostatnie wydarzenia i leczyli rany po bitwie z TemCo w Kolei Transsyberyjskiej. Aha, no i coś porwało i pewnie pożarło jednego z kierowców. Żarty bohaterów, że to pewnie yeti jakoś nie rozśmieszyły kierowcy, który najwidoczniej (i nie tylko on) obawiał się człowieka śniegu. Nie bez przyczyny.

Dwa dni bohaterowie dotarli do Khun Li, kilkutysięcznej osady u podnóża góry Makalu, jednego z ośmiotysięczników. Osadę od kilkudziesięciu dni trapiła plaga porwań, które przebiegały w podobny sposób jak zniknięcie kierowcy ciężarówki. Poza osadą znajdowałą się tu wielka baza TemCo obsadzona przez ponad dwustu najemników, typów spod ciemnej gwiazdy (i jasnej komety :)). Miejscowy przyówdca czegoś na kształ ruchu oporu, niejaki Kai okazał się znać przyjaciela bohateró, Timotthy’ego Ekloffa. Z jednej strony bez problemu zgodził się zorganizować przewodników, ktrórzy zaprowadzą ekipę do tunelu prowadzącego w głąb góry Makalu, gdzie kryć się ma starożytne miasto Tyrr Nemai oraz machina zagłady TemCo przyciągająca kometę w stronę Ziemi. Znowuż z innej Ekloff miał poważny dług wobec Kaia i jego pobratymców, którzy niegdyś uratowali mu życie. Miał im pomóc w przegonieniu najemników. Dziewięciu przeci 250-ciu. Po szybkim przeliczeniu bohaterowie uznali, że szanse mają spore :), ale czasu zbyt mało (zostały już tylko trzy dni do impaktu!.). Szczęśliwie Kai zgodził się, by swoją część umowy wypełnili już po tym, jak załatwią swoje sprawy wewnątrz Makalu.

Przewodnikami okazało się być dwoje Szerpów. Starzec i jego córka. Dzięki nim podróż przez Himalaje nie była aż tak ciężka dla bohaterów, choć nie obyło się bez przygód. Dość szybko niektórzy (uważne indiańskie oko Alice :)) zauważyli, że oddalają się od swego celu podróży. Stary Szerp zapytany o to, odrzekł, ze do Makau w końcu dojdą, ale wpierw bohaterowie muszą zdobyć starożytne smocze jajo, któe będzie doskonałą bronią przeciw TemCo, wcześniej jednak muszą przebyć próbę intelektu i wytrwałości. Jak sam rzekł:

– W jaju jest dziecko smoka. Dziecko smoka pluje ogniem, a ogień niszczy TemCo!

Na co Jarod odrzekł, poklepując wielkokalibrowego Beowulfa:

– On też pluje ogniem!

Prawdziwy Badacz Tajemnic, ale balistyki chyba.

Podróż zapisała się w pamięci niektórych jeszcze jednym wydarzeniem. Spotkaniem z wyśmiewanym yeti. Nocą ponadpięciometrowa bestia, pod osłoną ciemności podeszła do obozu,  jednak na szczęście były wystawione warty, choć wartownicy pewnie się ze mną nie zgodzą, zobaczywszy posiadającego sześć łap i wielki róg giganta („no to rzucać na Poczytalność!”) Obudzony stary Szerp czym prędzej odprawił krókie modły i ofiarował yeti trochę jedzenia i wody. Wedle legendy obdarowany yeti miał pomagać ludziom. Co jak co, ale tym razem jakoś bohaterowie w legendy uwierzyli i kilku znich dało to, co uważali dla siebie cenne: magazynek do peema (Jarod), obrazek od dziewczynki (jedna z dawniejszych przygód – Simon) no i wreszcie puszkę śledzi w pomidorach (nieoceniony Alex :)).

Następnego dnia wreszcie dotarli do krętego wąwozu, za którym miała się kryć świątynia buddyjska. Lodowy kanion stał się areną kolejnej walki. Nagle z śnieżych urwisk zeskoczyły na ziemię człekokształtne bestie, te same, które porywały ludzi w Khun Li. Walka nie trwała jednak długo. Simon jednym ciosem swojej Husqvarny (krytyk, 36 obrażeń piłą łańcuchową :)) przepołowił jedną z bestii. Pozostali też radzili sobie niezgorzej, ale i potwory raniły kilku z bohaterów, nasz drogi afro-samuraj Andre oberwał szponami i mało nie zakończył swojej przygody Zasadą Nagłej Śmierci.

Wtedy okazało się, że yeti za śledzie w pomidorach zrobi wszystko. Nowy przyjaciel drużyny pojawił się znienacka i w kilka sekund rozerwał na strzępy pozostałe przy życiu bestie, a potem zamruczał i odszedł w nieznane. Nic już nie mogło przeszkodzić bohaterom w zdobyciu smoczego jaja… poza próbami intelektu i wytrwałości.

Świątynia buddyjska okazała się być cudowną budowlą wiszącą wprost na ścianie. Wewnątrz mieszkało już tylko cztyerech wiekowych mnichów. Po wreszcie dobrze przespanej nocy bohaterowie stanęli przed swoją próbą. Najstarszy mnich rozpoczął ją słowami:

– Dziś dotkniecie smoczego jaja! (Od MG: Swoją drogą jesteście bandą zboczeńców, wiecie? Tylko jedno Wam się kojarzy!)

Bohaterowie zeszli krętym, wąziutkim korytarzem w głąb świątyni. W ogromnej sali podtrzymywanej przez kamienne kolumny zdobne w starożytne buddyjskie inskrypcje kryło się ono! Smocze jajo! Okryte wielką płachtą materiału. Mnich podszedł i z namaszczeniem odsłonił je…

Dziesiątki skrzyń z napisem US Army!

– To jest ono. W latach 80tych nad tymi górami przelatywał wielki samolot, w jakiś sposób został zestrzelony i przymusowo lądował w górach. Nikt z załogi nie przeżył, ale ocalał ładunek. Broń dla powstańców afgańskich przemycana pewnie przez Amerykanów. Już dawno byśmy jej użyli przeciw TemCo, ale… ale ona jest rozłożona, nie umiemy jej złożyć, a instrukcje są napisane w dari i po angielsku. To wasza próba intelektu. A wytrwałości? Złóżcie karabiny, a przejdziecie próbę i zostaniecie zaprowadzeni do Tyrr Nemai.

Zostawmy tutaj naszych bohaterów składających mozolnie M16stki. Zostały dwa dni do uderzenia komety. Dzień spędzą w podróży, czyli po dotarciu do podziemnego miasta będą mieli ledwie 24 godziny na uratowanie świata.

Ps. Nie, Simon, nie można yeti przekonać puszką śledzi, by wziął po jednym M60 w każdą z łap i poszedł z wami do Tyrr Nemai!

 

Reklamy

Komentarzy 10

  1. A najlepsze jest to że to wciąż jest Zew Cthulhu. A ja Yeti lepiej by było ’50 zamontować i używać jako pojazdu ;p.
    Najemnicy też nie powinni się czuć bezpiecznie, tylko amunicji 9mm mamy około 1000 sztuk. A teraz dojdzie jeszcze 5,56 i 7,62 a pewnie i 20 mm się znajdzie. Przy dobrych wiatrach wyjdzie po ponad 4 kule na głowę 😀

  2. Kits bawisz się smoczymi jajami? To mi brzydko pachnie 🙂

    Mam tylko pytanka: czy to jajo jest świeże i jakie będą konsekwencje dotykania jaja?

    PS> Ciekawa przygoda czekam na dalsze relacje

    Pozdrawiam Adr

  3. Jaro, półcalówkę i moździerz na yeti i TemCo spierdoli w podskokach przed Wami:). Aha, pomyśl co będzie jak zabłąkana kula trafi w tę amunicję? Widowisko będzie lepsze i większe niźli wyłonienie się R’lyeh! 😀

    No i wtedy na pewno Stars będą OK.:)

    Adr, Ty też? Kurde, jaja mu brzydko pachną…. znaczy nie jemu a smokowi :).

    Ech, skojarzenia, skojarzenia.
    A następna relacja pewnie wkrótce.

    Pozdr

  4. Hehe kits warto było czekać na kolejny wpis:).Ciekawe co na koniec?:p

    I nie baw się jajami bo to nieładnie:D

  5. Na koniec? Megazagłada, wielka kometa przyleci i wszystko rozpirzy włącznie z bohaterami :). Pierwsze zginą czarnuchy i Indianka. Biali na końcu, bo wartościowsi ;).

    No ale wcześniej jak przystało na Zew Cthulhu będzie krwawa strzelanina. Kule będą furczeć w powietrzu, krew tryskać, kości pękać.

    Hej, każdy się bawi jajami, tylko ja nie mogę :(.

    Pozdr

  6. Wiesz co Lisie .. nie każdy. :):D:D Jaja to sprawa prywatna i delikatna .. a swoją drogą to się nam szacunek należy za to, że jeszcze się z czymś kojarzą…

  7. A jak mam to rozumieć z tym szacunkiem? Heh :). A że jaja to sprawa delikatna, wie każdy facet.

    Pozdr

  8. NO jak masz rozumieć, normalnie. Krew, flaki, więcej krwi i flaków, trupy. Kucyki, Yeti, potwory, K20 od poczytalności, Alex i jego erotomania galopująca( gawędząca Nawet bym rzekła…)a my ciągle kojarzymy jaja. Godne szacunku nie??

  9. Pewnie. To takie męskie… i ludzkie 🙂

  10. […] Kto chce dotknąć smoczego jaja? January 2009 9 comments […]

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s