Orient Express dojechał do celu – koniec kampanii

Nadszedł oto ten dzień, gdy mroczne knowania Makryata w pełni objawiły swe (jakże inaczej) mroczne, złe i bluźniercze oblicze, by skończyć w gorejącym ogniu paleniska lokomotywy Simplon Orient Express.

Ale po kolei. 

cthulhu-1024

 

MG: Madzia

Postacie (przedstawienie pierwszych trzech w poprzednich wpisach):

Tyberiusz Wolfing 

Sebastian Schwartz

Angus McBride

Tamara Khalo

Custer (o bliżej nieznanym mi imieniu)

Ostatnio zakończyliśmy sesję z chwilą, gdy nasze postacie udawały się do wagonu bagażowego (położonego za tenderem i lokomotywą), licząc na odnalezienie tam naszego głównego antagonisty Mehmeda Makryata.

Było już sporo po drugiej, kiedy pociąg zaczął przyspieszać. Wkrótce pędził z prędkością bliską 120 km/h, co przy wjeździe w jakikolwiek zakręt mogło skończyć się tylko w jeden sposób. Katastrofą. Tym szybciej ruszyliśmy w kierunku lokomotywy. Pasażerów na korytarzu nie było zbyt wielu. Większość pozamykała się w przedziałach. Część przeczuwała niebezpieczeństwo, część była świadkiem dziwnych wydarzeń na pokładzie pociągu (że tylko przypomnę bieg mojej postaci po dachu pociągu w pościgu za jednym z najemników Makryata przebranym magicznie w skórę jednej z ofiar).  Mało tego po tym jak pociąg przyspieszył nadprzyrodzone wydarzenia zaczęły występować z postępującą częstotliwością. A to lokomotywa przeobraziła się w dziwną lśniącą rzecz z macką zamiast komina, co dostrzegła część z pasażerów. A to znów Tamara dostrzegła pomykającą nad pociągiem Baba Jagę na miotle (uwziął się babsztyl na nas!) Ale to nie koniec. W salonce,  w trakcie przedzierania się w kierunku „lokomotywy” napotkaliśmy kolejną z przeszkód. Miała około 150 cm wzrostu, rajtuzy, malowniczy biret z piórem na głowie, kolorowy kaftan i szpadę przy boku. Mówiąc w skrócie paź, który przedstawił się jako służący Pana Układanek, kolejnej z naszych Nemezis, które napotkaliśmy w trakcie naszych peregrynacji Orient Expressem (a konkretnie w Lozannie). Paź raczył nas zaprosić na audiencję do swojego pana, który, a jakże by inaczej, oferował pełne bezpieczeństwo, zrozumienie i pomoc. Jak PZU. Pamiętając przebieg naszego ostatniego spotkania a zwłaszcza ucieczkę po ulicach wyśnionej Lozanny przed krwiożerczym tłumem słuchającym rozkazów Pana Układanek zaufaliśmy paziowi jak PZU. Czyli wcale. Mimo to po dość zażartej dyskusji, w której szczególnie Tamara optowała za wysłuchaniem propozycji Pana. 

tyberiusznw1

Pan Układanek znajdował się w jednym z ostatnich wagonów. Co ciekawe wagon przypominał wnętrzem katedrę. Co prawda był wąski, natomiast jego sklepienie znajdowało się wiele metrów ponad naszymi głowami. Ściany miał zimne, kamienne, podzielone co i rusz przyporami i wysokimi, ciemnymi jak noc witrażami. Pan Układanek w swej właściwej postaci („Rzućcie na poczytalność…”) siedział na tronie. Jego wielkie rozlewające się wielkie cielsko przypominało cielesne puzzle. Pozlepiane było z kawałków rozmaitych ciał. Widząc nas złożył konkretną propozycję. Pomoże nam odkryć Makryata, rozpoznać go w jednym z przyjętych przez siebie ciał, ale w zamian my przyniesiemy Simulakrum, czyli tę pieprzoną statuę, o którą chodziło w całej kampanii. Mimo wahania propozycję ostatecznie odrzuciliśmy. Mało tego Custer (ten niedobry Teksańczyk!) rzucił złośliwie tekst o tym, że „mu teraz pasuje ostatni element układanki” oraz że „nie będzie się układać z kimś takim”, co nieco rozzłościło Pana Układanek i naszą Tamarę (dziewczyna jakoś nie lubi naszych dyplomatycznych zagrań :D). Nie było to jednak spotkanie jałowe. Nasz rozmówca zasugerował nam, jak rozwiązać jeden z naszych problemów,  czyli polującą na nas Babę Jagę. Tutaj zasługa Tamary, która jak zwykle przerastała nas umiejętnością dyskutowania, perswadowania i najzwyczajniejszym taktem (wedle niej byliśmy takimi burakami, którzy: „wpadli na chatę Pana Układanek, wychlali mu atrament, wysmarali się na dywan, obraziwszy wcześniej pana domu”:))

Rozwiązaniem okazał się być jeden z rytuałów, czarów posiadanych przez naszego drogiego Tyberiusza – „Przywołanie gwiezdnego czegoś” (czy jakoś tak), jako ex-glina i dość prosty człek, raczej nie przywiązywałem większej uwagi do tych hokus-pokus. Tak czy inaczej pomogliśmy Tyberiuszowi przygotować się do rzucenia rytuału, który miał przywołać istotę, dla której usunięcie babuszki (nota bene będącej jakimś zapomnianym bóstwem, Huldą, Behar etc.) nie miało być większym problemem. Tyberiusz wyrysował dziwaczne symbole kredą namoczoną we własnej krwi, a potem wydobył pergamin, by głośno odczytać inkantację, że pozwolę sobie zacytować naszego drogiego Damiana (odgrywającego Tyberiusza):

„TEI HO UI SHANTAKAI … [konsternacja] kurwa mać, co to za język…”

Tak jak myślicie. Rytuał trzeba było powtórzyć. A wtedy, usłyszeliśmy szum skrzydeł, ściana wagonu wręcz eksplodowała a przez powstałą dziurę wcisnęła się do środka demoniczna sylwetka, bestia o szpetnym pysku i błoniastych skrzydłach. Nie bez pewnych problemów (RODEO! :)) Tyberiusz z niewielką pomocą Angusa ujarzmił bestyjkę i wydał jej rozkaz, by zniszczył wiedźmę. 

sebastian-copy-1

 

To była ta jedna z uwielbianych przez graczy chwil satysfakcji. „Gwiezdne coś” wystrzeliło w powietrze a chwilę później z oddali usłyszeliśmy rozpaczliwy wrzask wiedźmy. Nie bardzo wiem, co tak konkretnie stało się z Babą Jagą, ale przynajmniej jeden problem mieliśmy z głowy. Co prawda ja bym raczej kazał bestii wywieźć babuszkę gdzieś na Proximę Centauri. Biorąc pod uwagę, że na miotle stara raszpla osiągała ma. 200 km/h, to przemierzenie dystansu ponad 4 lat świetlnych dałoby jej sporo czasu (prawie milion lat :)) na zrozumienie faktu, że nie warto z nami zadzierać. O! 

Było już blisko czwartej, gdy udaliśmy się wreszcie w stronę bagażówki. Tym razem dotarliśmy do niej bez większych problemów. Pomieszczenia wagonu bagażowego przypominało wnętrzności jakiejś istoty. Ściany żyły, pulsowały plątaniną żył i ścięgien, falowały. Wszystko tonęło w ciemnościach rozświetlane jedynie snopem światła bijącym z latarki i jakiejś prowizorycznej pochodni. Ruszyliśmy naprzód tylko po to, by chwilę później zostać ostrzelanym przez kogoś w mundurze personelu pociągu. Powiem krótko. Nie chrzaniliśmy się. Angus i Custer zasypali ołowiem przeciwnika, który wreszcie zabarykadował się w którymś z pomieszczeń. Magazynek z Colta 45 wywalony przez drzwi zakończył walkę. Za drzwiami znaleźliśmy trup kolejnego z najemników Makryata, tym razem w skórze jednego z konduktorów. W tym samym czasie Sebastian zdołał odnaleźć skrzynię ze statuą – Simulakrum Sedefkara. Teraz pozostało odnaleźć Makryata oraz zrobić coś, by lokomotywa, a raczej to, czym się ona stała, zwolniło. 

Na tender oddzielający nas od celu weszły tylko dwie postacie. Custer i Tyberiusz. Ślizgając się po pulsującej masie tendera (zaiste lokomotywa, tender i bagażówka stały się jakąś niepojętą istotą, która z z ogromną prędkością, cudem trzymając się szyn, gnała naprzód, mijając kolejne miasta), dotarli do czoła pociągu. Tam rozgorzała ostatnia walka. Oto Tyberiusz i Teksańczyk ujrzeli Makryata, który obsługiwał dziwne, żywe urządzenia. Przed nim kipiało otwarte na oścież palenisko, a raczej przerażająca paszcza rzygająca płomieniami. Tyberiusz strzelił (nie trafiwszy) i zeskoczył na dół, co mało nie skończyło się dla niego śmiercią. Makryat był dużo silniejszy i mocowanie się z nim prawie zakończyło się dla naszego antykwariusza wypadnięciem z pociągu. Na szczęście pomógł mu Custer spadł na kebaba i wepchnął go prosto w palenisko (piękny rzut na K100).  

A potem nasza piękna i mądra MG zasugerowała nam, ze treść Rytuału Oczyszczenia Makryat miał ze sobą. Mówiąc w skrócie przez kolejne 30 minut wylewaliśmy żale, nieczystości i rzucaliśmy mięsem w naszego heroicznego Teksańczyka. 😀

Swoją droga piękne zagrania MG. Cholera, nie wiem, czy celowe, czy przypadkowe, ale umiejętnie zasugerowała nam, że już po ptokach i za kilkadziesiąt godzin ostatecznie umrzemy w bolesnym, przyspieszonym procesie rozkładu ciała. Na tyle umiejętnie, że udaliśmy się wraz ze statuą do Pana Układanek, by spróbować z nim ubić deal. Statua za pomoc w przeprowadzeniu Rytuału Oczyszczenia. Jednak tym razem Pan Układanek nie bardzo chciał się układać. Zażądał nie tylko statuy, ale również naszej służby. Tego dla Angusa było za wiele (kurde, muszę przyznać, że byłem o krok od wsadzenia lufy strzelby pod brodę i pociągnięcia za spust. :)). Do interesu nie doszło. Zdecydowaliśmy się dotrzeć do Londynu i dokładnie przeszukać antykwariat Makryata. Może jednak rytuał nie zaginął? 

Jak się okazało, czekała nas jeszcze jedna walka. Pan Układanek posłał przeciw nam swego pazia, a raczej to coś, w co sługa przekształcił się. Dziwną, zwierzęcą istotę na czterech długich nogach. Paź gnał na nas korytarzem. Angus i Sebastian wycelowali strzelby. Dwa strzały zlały się w jeden potężny huk. I… Bogini Losu w aspekcie K100 była po naszej stronie. Przebicie na kostkach! 8K6 obrażeń od śrutu. Tym razem cywilizacja poradziła sobie z Mitami ;). Paź nie dobiegł. 

Pominę, co potem nastąpiło (dwa dni podróży, przesłuchania w sprawie dziwnych wydarzeń, śmierci, zaginięć etc.) i przejdę do ostatniego epizodu naszej sesji. Londyn.

angusaa

 

Miasto nie powitało nas mgłą, deszczem, lecz wieżą zegarową na Big Benie, bo dla nas tylko czas się już liczył. Wyglądaliśmy coraz gorzej, proces rozkładu postępował coraz szybciej. Dlatego czym prędzej odnaleźliśmy antykwariat Makryata, a potem, odczekawszy do wieczora, włamaliśmy się do środka. Jak się okazało, nie był opuszczony. Makryat zostawił w nim swoich pomagierów, którzy mieli przygotować wszystko do Rytuału. Wykorzystując przewagę zaskoczenia i znów niezłe rzuty (hehe moje rzuty na skradanie, wreszcie Moc była ze mną!), dość szybko uporaliśmy się z sekciarzami. A potem przeszukaliśmy dom. W piwnicy odnaleźliśmy coś na kształt pracowni, biblioteczki, a tam rytuał!!! 🙂

Pozostało odprawienie go, co akurat przebiegło bez żadnych problemów. Znów byliśmy zdrowi (choć raczej nie psychicznie). Kiedy nadeszli kolejni pomagierzy Makryata nie wdawaliśmy się w walkę, lecz zwialiśmy tylnymi drzwiami, podpaliwszy wcześniej dom. 

Można rzec, że to był koniec. Wróg pokonany, rytuał odprawiony. Tyle że wciąż mamy statuę, ale o tym pewnie już w innej historii usłyszymy. Wiem jedno, Angus ma dość pociągów!

Rozpisałem się, więc o samej kampanii w skrócie. „Horror w Orient Expressie” to z pewnością jeden z najlepszych fabularnych dodatków, w jakie grałem. Spójny, bardzo dopracowany, rzetelny. Pewnie miejscami trudny w prowadzeniu (ale tui już MG musiałby nam się wypowiedzieć), ale satysfakcjonujący. Przygody są różnorodne i ciekawe. Są lepsze, są gorsze. Niesamowity był dla mnie scenariusz w Jugosławii z Babą Jagą, świetnie grało się w Trieście (wędrówka po jaskiniach Postumi, klimatyczne, pełne napięcia, świetny punkt kulminacyjny). Niemal równie ciekawy był scenariusz wenecki, a zwłaszcza jego zakończenie z powszechną psychozą w mieście i dziwaczną wieżą zegarową, w której znaleźliśmy kolejną część simulakrum. Trudno natomiast wskazać słaby scenariusz. Jeśli już, to chyba wątki rozgrywające się w samym pociągu, ale być może to było już zmęczenie scenerią akcji. Ogromny plus dla naszej Mistrzyni za grzebanie za zdjęciami do sesji, opracowywanie rytuałów, dodatkowych pomocy, gazet etc. etc. 

Oczywiście nie brak w kampanii wad. Dla mnie najpoważniejszą było założenie, ze prawie wszystko, co robiliśmy okazało się być manipulacją ze strony Makryata. Frustrujące rozwiązanie. Twórcy kampanii nie dali graczom żadnych szans na odkrycie tożsamości wroga, przed kulminacją w Stambule, a przy tym z fabuły wyszło, że daliśmy się wodzić za nos jak ślepcy. Niefajne uczucie. 

Ale zdecydowanie zalet w „Horrorze” potencjalny cthulomaniak znajdzie więcej niż wad.

Podziękowania dla naszej kochanej Keeperess of Game za pomysłowość, świetne wizje, sceny snów, ogólne zakręceniem kobiecy punkt widzenia. No i oczywiście za wytrzymywanie z nami, bo idealnymi graczami to nie jesteśmy (głośne, wredne draby :)). Madziu ja chcę więcej Kutulu:). 

Beatce za postać Tamary, która uporządkowała nasze głupie działania, za zmysł do dyskusji, wyczucie chwili i opierdalanie nas za każdą możliwą głupotę (te słynne teksty do Grzesia: „Nie bądź debilem!”, czy jakoś tak :))

Jarowi za postać Sebastiana, starego zgryźliwca, z którym zgrałem się idealnie (hehe dwóch wrednych typów :). 

Damianowi za Tyberiusza, jego talent do wdeptywania w każdą możliwą kabałą i ściągania kłopotów na nasze głowy. Za fajne pomysły, świetne dialogi i komentarze. I za scenę z łopatą Baby Jagi (ja do dziś nie mogę o niej myśleć bez rechotania :))

I wreszcie Grzesiowi za nieopanowanego Custera, złośliwego Teksańczyka, który kłócił się prawie z każdym NPCem, którego napotkał. No i za teksty z ostatniej sesji :).

DZIĘKI 

Ps. Ilustracje ukazujące niektóre z naszych postaci by Madzia. Cholernie klimatyczne. Angusik cały czas jest na pulpicie :).

Wpis sponsorowany przez Carlsberg Denmark a także muzykę Lisy Gerard oraz projektu Rukkanor.
Reklamy

komentarzy 10

  1. No więc… i mnie wypadało by się wypowiedzieć.
    Po pierwsze to była moja pierwsza kampania jaką prowadziłam, wiec debiut, a debiuty bywają ciężkie. I czasami było ciężko, ale przeważnie śmiesznie i emocjonalnie. Sporo niezapomnianych akcji (jak Tyberiusz na łopacie, mowa obronna Sebastiana czy Angus w komórce na węgiel, ale szczoteczka do zębów rulez 😀 ) Moi Szlachetni Gracze wszyscy jak jeden mąż (i żona) byli doświadczonymi wyjadaczami, chętnie służyli pomocą i byli wyrozumiali dla nieszczęsnej nowicjuszki (tu dziękuję za pomoc przy mechanice – wstyd mi, ale mimo usilnych prób chyba nigdy jej dokładnie nie przyswoję – ciągle ją czytam i ciągle jestem nią zaskoczona, jak Policjant czytający słownik ortograficzny). Chociaż i nad nimi czasami było trudno zapanować i przekrzyczeć. Więc dziękuję i za wyrozumiałość, i za grę, i za wspólny śmiech i za pełne emocji dyskusje, za miłe słowa na temat sesji i podtrzymywanie na duchu, gdy już wątpiłam w swoje umiejętności. Za docenianie różnych moich pomysłów, za okazje do tworzenia różnych artykułów, pisania własnych rytuałów (kurczę, na fajny efekt przy „Przywołaniu Szczurzego Brata” też miałam pomysł, ale nikt nie chciał…) i tworzenia innych pomocy, bo lubię takowe tworzyć, a do szuflady to trochę głupio. Za uwagi, za wspominanie i za pytania „kiedy gramy w ZC?” – bo to znaczyło, że się podobało…
    Dziękuję.

    Co do samej kampanii – była dla mnie trudna już z uwagi na to, że była pierwsza. Ogólnie spójna, logiczna, rozbudowana no i uzupełniona olbrzymią ilością informacji na temat historii, realiów każdego kraju i samego Orient Expresu, dzięki którym każdy „przystanek” mógł mieć swój specyficzny klimat. Przygody ciekawe, każda inna, sama z siebie dająca wiele możliwości. Ale oczywiście miała i wady – dla mnie najgorszymi momentami kampanii były takie, w których autorzy z góry zakładali, że Gracze coś zrobią – a moi Paranoicy ;D, zwłaszcza pod koniec kampanii, nie chcieli. Faktycznie kilka momentów było niesprawiedliwych, zwłaszcza Makryat w Istambule. Jednak przede wszystkim nie podobała mi się już w założeniu duża śmiertelność w kampanii – wg mnie lepiej się grało cały czas tą samą postacią, do której gracz się przyzwyczaił, z którą wszedł w „zażyłe” stosunki z innymi postaciami, niż pionkami, które zmieniają się co kilka sesji i istnieje możliwość, ze zginą lub zostaną w inny sposób wyłączone z gry tylko dla podniesienia dramatyzmu. A potem mi mówią, że mięczak jestem… ;D
    No i te nieszczęsne interakcje w pociągu – gdy bohaterowie są zestresowani, przestraszeni, nie ufają już nikomu i siedzą zamknięci w przedziale, naprawdę trudne są do przeprowadzenia. Przynajmniej dla mnie…
    Ale ogólnie… cóż, polecam, naprawdę polecam, „obowiązkowa pozycja dla każdego miłośnika Zewu Cthulhu”. ;D

    Ok, kończę, bo już mi Jaro zarzuca, ze robię konkurencje autorowi bloga.. ;D

  2. A mnie się tam dobrze grało i co najważniejsze dobrze się bawiłem. A o to głównie chodzi 🙂 Pozostaje czekać na następny raz.

  3. Gratuluję teamowi zakończonej sesji. Kurcze, przez Wasze pomysły i opisy Lisa aż człowieka żal za cztery litery ściska, że nie jest z Wałbrzycha. 😦

  4. zawsze możesz się pojawiać na sesje mira :D.

  5. @ MAdzia

    Hej z tą piwniczką to było wredne, wyszedłem w koszuli w listopadzie tylko na 5 minut, a zostałem całą noc w komórce na węgiel. Kuuuuuurrrrrrrw…… Poza tym ten Turek, w któego wpakowałem dwa magazynki z Colta .45, by go ch….olera wzięła.

    A wątek szczoteczki… szkoda, ze nie spotkaliśmy tego pana od Czarnych Koszul. Ciekawe, jaką by miał minę :).
    A mięczak jesteś. Za kilka numerów, jak sobie później analizowałem w domu, to powinnaś nas za jaja powiesić i to na zardzewiałym haku. 🙂

    Co do śmiertelności zgadzam się, ale na GG już dyskutowaliśmy na ten temat. W skrócie bezsensowne jest dla mnie założenie, wedle którego gracze co i rusz giną w wyniku pechowego rzutu kostkami (vide ucieczka przez tornadem w Postumi. Trudny test ZR, a jak nie wyjdzie to K100 obrażeń, biorąc pod uwagę, że się ma średnio 10-15 Wt, to jest zwykłe świństwo).

    Rób konkurencje, rób. Poza Pawłem to ostatnio nikt mi nie odpisuje, buuuuuu 😦

    @ Jaro

    Dokładnie Jaro. Czyli zadajmy sakramentalne pytanie: Kiedy gramy w ZC? 🙂

    @ Mira
    Żałuj, żałuj. Myśmy som grogniardy RyPyGy 🙂 i wogle kul lódzie. 🙂

    @ Pablo
    Rety, nie strasz Miry, bo się wyprowadzi do Nairobi 🙂

  6. O_o??

  7. Pfff kto kogo i kim straszy

  8. przecież Mira to żelazna dama 😀

  9. Ech, Pablo, Pablo…
    Ale racja, kto zaczepił Mirę, niech sam się broni 😀

  10. i tak się już boje ale jutro Sabaton chyba do jutro dożyje:D

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s