Czterej pancerni i szczur (i baba) – raport cz. I

No i pierwsze koty za płoty. Kamil poprowadził pierwszą sesję w warhammerowym Starym Świecie ogarniętym odpowiednikiem II wojny światowej.

MG: Kamil

Gracze:

Madzia – Hanna Rautsch, naukowiec, technik, ale i sprawny strzelec

Ja – porucznik Klaus Tratter, dowódca działa szturmowego „Szczęśliwy Diabeł”

Jaro – kapral Doon Schielbung, krasnoludzki działonowy i celowniczy „Szczęśliwego Diabła”, spec od uzbrojenia

Pablo – szeregowy Manfred Rohleder, młodziutki, entuzjastyczny kierowca „Szczęśliwego Diabła”

Grzegorz – szeregowy (ex-porucznik) Golradir Mithrandir, elfi snajper z elitarnych spadochroniarzy „Czarnych Słońc”, w dziale pancernym radiooperator i początkujący ładowniczy

Damian – szeregowy Stitz Gruggbroder, skaven, urlopowany piechociarz z 405 DP, w drodze do Bernau, do rodziny.

Kapral Doon Schielbung, już po dozbrojeniu.

Wiosna 2923 roku. Zrujnowany Altdorf staje do swej ostatniej walki. Miliony zielonych z gwardyjskich armii otoczyło stolicę Wiecznego Imperium. Miasta broni kilkaset tysięcy żołnierzy. Niedobitków z różnych formacji połączonych w rozmaite grupy bojowe, zbiorcze brygady i dywizje, alarmowe bataliony. Co prawda wróg jest jeszcze ok. 120 km od centrum miasta, lecz wiadomo, iż to raczej koniec. Oczywiście nie mówi się tego głośno. Za szerzenie defetyzmu żandarmeria wiesza na latarniach z odpowiednią tabliczką na szyi.

Chaos pogłębiają bombardowania. Niemal co noc ulthuańskie i albiońskie bombowce nadlatują nad Altdorf i systematycznie obracają miasto w ruiny. Czasem jeno eksperymentalny, spaczeniowy system „ReikTohter”, włączany raz na kilka dni sprawia, że samoloty w panice zawracają znad stolicy, porzucając gdzie bądź ładunek. Część maszyn spada w płomieniach na domy i ulice.

Każdej nocy i dnia z okolic Dunkelbergu, Bernau czy innych miast zewnętrznego pierścienia obrony dochodzi głuchy pomruk artylerii. Ruszyła ostatnia ofensywa Armii Zielonej wspartej przez kislevskie formacje posiłkowe.

Damian (zapoznając się z postacią, wyliczając całą ósemkę dzieci Stitza): Witzi, Rudolf, Skreek, Annie, Hagrid… Hagrid?! Pewnie jest ogroszczurem!

Sesja rozpoczęła się od zadania przydzielonego Hannie Rautsch. Co prawda większość rozmowy przebiegła z dala od oczu i uszu pozostałych graczy, ale ze znanej mi części wywnioskowałem, iż nasza pani naukowiec dostałą zadanie przyprowadzenia porzuconego pod Bernau prototypu czołgu. Jednocześnie pani Rautsch została przydzielona do formującej się Kampfgruppe „Werner” pułkownika Wernera Hallervordena.

Damian (wciąż zapoznając się ze swoją postacią): 22 lata tylko mam!? Ile żyją skaveni?

Ja: 22 lata.

Hanna Trautsch

Ten sam przydział otrzymał Tratter ze swoim krasnoludzkim przyjacielem Doonem Schielbungiem. Dwaj towarzysze, weterani z trzema latami frontowych doświadczeń, właśnie popijali cienkie piwo w kantynie ulokowanej w piwnicy zburzonego hotelu, kiedy młody szeregowiec Landwehry z ostatniego poboru przyniósł rozkazy. O 19.30 mieli stawić się na odprawie KG „Werner”.

To samo usłyszał Golradir przebywający w celi śmierci więzienia wojskowego. Oto jego wyrok za dezercję z pola walki został cofnięty, miał szansę się zrehabilitować. W KG „Werner”.

Manfred Rohleder, wciąż w galowym mundurze, prężył się przed Kwaterą Główną Sztabu Generalnego. Wokół morze ruin, obdarci i wynędzniali cywile, niewielkie oddziałki pospiesznie maszerujące na nowe pozycje. I młodziutki żołnierzyk na galowo. On także otrzymał przydział do KG „Werner”.

Na wieczornej odprawie stawili się żołnierze i oficerowie z rozmaitych formacji. Kilku spadochroniarzy, wojacy w mundurach artylerii i wojsk pancernych. Zwykli piechociarze i grenadierzy ludowi. Pod ścianą siedział nawet skaven zawinięty w za duży, szary płaszcz Landwehry.

Pułkownik Hallervorden szybko przeszedł do rzeczy. Przedstawił skład grupy (wzmocniona kompania pancerna złożona z rozmaitych czołgów i dział samobieżnych oraz kilku transporterów opancerzonych, alarmowy batalion piechoty, kompania zwiadowcza), która liczyła być może z ośmiuset żołnierzy. Zadanie było proste: przebić się do okrążonego Dunkelbergu, gdzie 4 Armia (ledwie 20 000 żołnierzy) wciąż toczyła walki z 4 i 7 Armią Gwardyjską. Utworzyć korytarz, którym zostaną wywiezieni ranni, a w drugą stronę popłynie zaopatrzenie. Zadanie samobójcze. Jak każde od ponad roku.

Po odprawie pułkownik wezwał do siebie całą szóstkę „bohaterów”. Tam Klaus i jego załoga (dwie osoby: Golradira i Manfreda, dopiero teraz poznał) dowiedzieli się, że ich zadanie jest nieco inne. Do pewnego momentu podróżować będą wraz z całą KG, ale w połowie drogi skręcą w kierunku Bernau. Tam w rejonie umocnionym Katzenkopf złożonym z kilku panzerwerków – ciężkich kopuł artyleryjskich znajduje się uszkodzony prototyp ciężkiego czołgu. Należy dowieść tam Hannę, która zajmie się naprawą pojazdu. Następnie Klaus i jego załoga zmieni poprzedników i powróci do Gustavhafen, czyli jednego z przedmieść Altdorfu. Skaven Stitz zabiera się z nimi przy okazji, bowiem powraca do swojej rodziny w Bernau.

MG (opisując Bernau i okolice): Katzenkopf, czyli Kocia Głowa góruje nad miastem. Swoją nazwę wzięło na pamiątkę legendy sylvańskiej o Kocie, który chodził w butach.

(Heh, Maja stała się sławna)

Swój pojazd, działo szturmowe typu III Klaus ma odebrać z warsztatu remontowego.

Tam też po odprawie się udaliśmy. Wędrówka przez Gustavhafen ukazała ogrom zniszczeń, jakich doświadczył Altdorf. Choć ulice były przejezdne, to większość domów nosiło przynajmniej znaki bombardowań, niektóre były po prostu zrównane z ziemią.

MG: Na fasadzie niemal kompletnie zniszczonej kamienicy widzicie wielki napis „Dajcie mi 5 lat, a nie poznacie Imperium. Kanclerz Edgar Hentz”.

Klaus (rozglądając się wokół po otaczającym go gruzowisku): Ty, faktycznie mu się udało!

Apokalipsa dotknęła nie tylko budynki, ale i ludzi. Snujących się smętnych, wymizerowanych cywilów. Gdzieś grupa jeńców goblinich sprzątało gruzy, gdzieś inni rozmieszczali w ruinach małe flagi Imperium. Wszak tego dnia było narodowe Święto Czarnego Orła.

Działo pancere typ III - "Szczęśliwy Diabeł". W tle płonący wrak gobliniego czołgu typu Koba

W warsztacie remontowym odebraliśmy naszego „Szczęśliwego Diabła”, działo pancerne typu III, naprawione po ostatnich walkach. Poprzednia załoga widać nie miała szczęścia. Wrogi pocisk przestrzelił pojazd na wylot!

Klaus (patrząc sceptycznie na ślady zniszczeń na burtach działa): Przestrzelone na wylot?

Mechanik (z entuzjastycznym uśmiechem): Tak!

Klaus (ponuro): Zeskrobaliście poprzednią załogę ze ścian?

Mechanik (wciąż wesoło): Tak!

Doon: Szlauchem.

W pojeździe dość szybko się ulokowaliśmy. Doon znalazł pamiątkę po poprzednikach. Urwany palec z czarnym sygnetem. Sygnet, z podobizną gryfa, dość szybko znalazł się na palcu krasnoluda. Dopiero Hanna (na magii też się zna dziewczyna) rozpoznała, iż to magiczny artefakt podnoszący odporność noszącego na obrażenia.

Ja: Poprzedniemu sygnet chyba nie pomógł.

Kamil: O co ci chodzi, palec ocalał w idealnym stanie.

(Oczywiście, od razu pojawiły się pomysł, na co należy założyć sygnet :))

Wreszcie po dozbrojeniu się (granaty, dwa peemy etc.) i ulokowaniu Stitza na pancerzu, wyruszyliśmy na miejsce zbiórki. Cholerny skaven skołował skądś szelki, takie do spodni, i się przymocował do naszego „czołgu”. Co chwilę kusiło nas, by rozpędzić się i nagle zahamować, aby ujrzeć efekt szczurzego yo-yo na gumowych szelkach :).

Na miejscy okazało się, że do KG przyłączyła się grupa „Czarnych Słońc” z elitarnej dywizji „Schilde”, która znana była ze stosowania eksperymentalnych, prototypowych, często opartych na spaczeniu broni etc.

„Czarni” posiadali kilka transporterów półgąsienicowych zabudowanych dziwnymi reflektorami (później okazało się, że to prototypowe noktowizory, odpowiednik „Uhu” z naszego świata). Ale to nie wszystko, kilkunastu komandosów było „odzianych” w ciężkie pancerze, wspomagane przez ogniwa zasilane spaczeniem. Po prosty gigantyczne zbroje z saladami czy łebkami. Pieprzeni „rycerze”.

MG (opisując Doonowi, krasnoludzkiemu maniakowi broni pancerze): Szok! Zdziwienie! Podziw! Masturbacja!

Kampfgruppe "Werner" w drodze na front

Cała kolumna wyruszyła nocą. Początkowo trzeba się było przebijać przez rzeszę uchodźców. Wtedy też doszło do nieprzyjemnego incydentu. Kilku żołnierzy, starców, z batalionu alarmowego zdezerterowało. Jeden schlał się i w takim stanie został znaleziony przez „pancernika” z Czarnych Słońc. Fanatyk zażądał rozstrzelania pijaka, ale pułkownik Hallervorden odmówił. Doszło do kłótni i na oczach wszystkich podoficer Czarnych Słońc odpiął kaburę, grożąc pułkownikowi. Klausowi taka eskalacja się nie podobała i chwilę później lufa 75-milimetrowego działa była wycelowana w odzianego w stal komandosa. To „rozładowało” napięcie. 🙂

Do pierwszej bitwy doszło w środku nocy. Zwiadowcy donieśli, iż za grzbietem wzgórza widziano goblińskie pojazdy pancerne. Pułkownik wydał rozkaz, by czołgi i samobieżne działa zajęły pozycje w zasadzce na błotnistym grzbiecie. Piechota miała obsadzić pozycje między pojazdami, a także w piętrowym samotnym domku, na szczycie wzgórza. „Szczęśliwy Diabeł” skrył się między stogiem przegniłego siana a budynkiem. Niedługo trzeba było czekać na wroga.

Z północy, klucząc miedzy skałami, nadjechało ok. dwudziestu czołgów Zielonej Armii. Średnie typu Koba oraz kilka ciężkich dział samobieżnych Zwieroboj. Padł rozkaz włączenia się do walki.

Doon od razu rozstrzelał z kilkuset metrów średni czołg. Wieża odleciała na kilkanaście metrów. Ale potem kilka razy fatalnie spudłował (Jaro, wreszcie zmień kostki!) Potem dostaliśmy pierwsze trafienie od Koby. Pocisk zrykoszetował. Wzięliśmy na cel ciężkiego Zwieroboja. Ponownie pudło.

MG (opisując nasz pojedynek ze Zwierobojem od strony wroga): Pod pancerzem Zwieroboja trwał wyścig z czasem. Snotling szeregowy Pietrucha w panice próbował załadować ciężki pocisk do działa.

152-milimetrowe działo goblińskiego pojazdu wpierw spudłowało, ale kiedy zmienialiśmy po raz kolejny pozycję, trafiło nas w przód. „Diabeł” cudem przetrwał, podobnie kierowca (Manfred wydał PP). Kolejnym strzał Doon trafił „Zwieroboja”, który zakręcił się w miejscu, zadymił i stanął. Goblinia załoga próbowała w panice wydostać się z płonącego pojazdu. Nasi cekaemiści jednak nie zawiedli.

W tym czasie Stitz rzecz jasna opuścił pancerz „Diabła” i skrył się ze swoim czterotaktowym hornblattem. Całe szczęście. Jeden z goblinich zwiadowców przeniknął na nasze tyły i próbował wysadzić „Diabła” wielką talerzową miną. Stitz trafił prosto w ciężki ładunek. Gigantyczna eksplozja rozerwała gobboska na atomy.

Ruiny Bernau

Wreszcie batalion gobbosów zaczął szturmować wzgórze. Taktyka gobliniej fali jak zwykle doprowadziła tylko do tego, że całe zbocze było chwilę później usiane krwawymi tłumokami w wojskowych szynelach. Stitz ponownie się wykazał, ciężko raniąc chorążego z wielkim sztandarem, na którym pyszniła się wielka, zielona gwiazda.

Klaus (patrząc z dumą na Stitza): W uznaniu zasług powinieneś dostać jakiś order. Krzyż Żelazny z listkami Goudy, czy coś w tym rodzaju.

Zdobyczny sztandar posłużył Stitzowi do wymoszczenia legowiska na pancerzu „Diabła”.

Po walce pułkownik Hallervorden wydał nam rozkaz odłączenia się. KG zmierzała do Dunkelbergu, my skręcaliśmy na BErnau. Zostało nam jeszcze 40-50 km.

Godzinę później, wciąż nocą, dość jasną bo rozświetloną łuną nad Altdorfem, dotarliśmy w okolice niewielkiego miasteczka. Pojedynczy goblini czołg (oddalony od nas o ok. 600 m) systematycznie niszczył z działa kolejne budynki. Szybkie rozpoznanie odkryło ledwie 100-200 metrów od nas kilka albiońskich samochodów pancernych z zieloną gwiazdą (pewnikiem z lend-lease’u) i grupę ok. 40stu piechociarzy. Stitz i Hanna opuścili „Diabła” i zajęli pozycje w pobliżu, celując z krauzerów (pistolety maszynowe) do piechoty.

I nastąpiło pandemonium. „Diabeł” odpalił w czołg na wzgórzu, trafiając w komorę amunicyjną. Potem Manfred obrócił nasz pojazd w kierunku samochodów pancernych. Chwilę później otrzymaliśmy trafienie w silnik od drugiego czołgu (krył się za samochodami pancernymi). Klaus walił z cekaemu dowódcy do piechoty, Golradir pruł z emgie sprzężonego z działem po samochodach. Stitz i Hanna szatkowlai piechotę, która dość szybko otrząsnęła się z zaskoczenia i otoczyła „Diabła”. Doon w tym czasie zniszczył drugi czołg. Silnik naszego działa kompletnie zdechł, toteż pozostałą obrona w okrążeniu. Klaus pechowo spudłował z emgie, a potem jeszcze dostał kulkę od zielonoarmisty. Manfred wypadł włazem kierowcy pod „Diabła” i otworzył ogień z pistoletu maszynowego, kładąc trupem kilku nieprzyjaciół.

Odezwał się talerzowy „dziekciar”, kaem zielonych, ale Stitzowi i Klausowi udało się go szybko uciszyć. Wreszcie niedobitki gobbosów wycofały się w panice.

Krótkie oględziny pozwoliły Hannie i Doonowi stwierdzić, że silnik „Diabła” do niczego się nie nadaje. Ostatnie kilka kilometrów dzielące nas od Bernau musieliśmy przebyć na piechotę.

Dozbroiliśmy się u zielonych, poważnie zwiększając siłę ognia posiadanej broni ręcznej (Doon wymontował emgie z „Diabła”, Stitz, Klaus i Manfred wzięli po pepeszce, Golradir pozostał przy swoim snajperskim hornbatcie). Po godzinie marszu przed nami ukazały się ruiny Bernau oraz górujący nad nim masyw Katrzenkopf z pancernymi wieżami umocnień.

Nalot na Bernau

Miasto wyglądało na kompletnie zniszczone, większość budynków płonęła. Ani śladu żywej duszy, na dojazdowej drodze dopalała się kolumna samochodów, w pobliżu dymił czołg i jakiś samochód pancerny. Prawdziwa apokalipsa. Wszystko wskazywało na to, że miasteczko stało się ofiarą nalotu albiońskich, ośmiosilnikowych bombowców. Co ciekawe nie było widać żadnych wojsk, naszych czy wrogich, a przecież znajdowaliśmy się niemal na linii frontu.

Najkrótsza droga prowadziła przez Bernau. Ruszyliśmy ze Stitzem, którego rodzina mieszkała w centrum Bernau, jako przewodnikiem orazGolradirem na czujce.

MG (o rodzinie Stitza): Twoja rodzina mieszkała zaraz obok katedry Sigmara. Wiesz, wy byliście takie biedne, myszy kościelne.

Marsz przez martwe miasto nie był niczym przyjemnym. Wpierw na jednym ze skrzyżowań dostrzegliśmy wrak wielkeigo bombowca albiońskiego. To tam mało nie zginął Golradir, wdeptując na wredną minę tzw. „Skaczącą Ranifrę”, która wybuchała na wysokości jaj człowieka czy elfa. Doon na szczęście unieszkodliwił ładunek.

Kilkaset metrów za wrakiem doszło do jeszcze dziwniejszego spotkania. Oto w płonącym, umierającym mieście dwu goblińskich maruderów ciągnęło ulicą nienaruszony fortepian. Dwu innych w pobliskim budynku wykręcało żarówki. Trzeci spał napruty w wannie. Akcja była dość krótka. Golradir skosił melomanów. Doon z kaemem Klaus z Manfredem wrzucili granaty przez frontowe okna i ruszyli na tyły. Po krótkim szturmie budynek był czysty, ale Manfred ranny (granat). Pepeszki rządzą.

Do świtu została może godzina, wciąż dzieliło nas kilka kilometrów od wzgórza. Wedle Stitza w pobliżu był tunel, którym dotrzemy w pobliże katedry.

To nie był koniec naszych przygód. Na jednym ze skwerów dostrzegliśmy uszkodzone działko plot 37 mm, Doon szybko doprowadził je do porządku, ale potem wymontował z niego zamki. Chwilę potem ściana pobliskiego domu rozpękła się, a zza niej wypadł ogromny, szturmowy troll dzierżący w łapach działko 20 mm z wielkim zębatym bagnetem.

Damian (jako Stitz, wycelowując pepeszkę w trolla): Dystans!?

MG (dobitnie): Tutaj!

Połowę drużyny (Klausa, Stitza i Hannę) zamurowało. Golradir trafił bestię pod brodę, Manfred wypruł długą serię w brzuch trolla. Bestia, lekko ranna nieomal rozwaliła na kawałki Doona, szczęśliwie krasnolud cudem uniknął trafienia z działka i skrył się za pelotką. Tam przyszykował cztery granaty.

W tym czasie pozostali otrząsnęli się ze strachu. Bestia wciąż próbowała dopaść Doona (po raz kolejny krasnoludowi wyszedł unik przy teście z 20-procentową szansą powodzenia), który odbezpieczył granaty i na oślep próbował je wyrzucić w kierunku trolla. Bestia jednak podbiegła do działka, więc Doon w zasadzie podał granaty trollowi. Durny stwór odruchowo chwycił „tłuczki”… i wybuchł.

A Doon ocalał. Znowu cudem. Jak to jest Jaro, że na trafienie to Ci testy nie wychodzą, a na uniki niemal zawsze?:)

Panorama Bernau. Górujące nad miastem ruiny katedry Sigmara.

Wreszcie zaczęło świtać. W pobliżu kościoła dostzegliśmy grupę goblinów, wielkeigo kislevskiego kucharza przy wielkim kotle i dwudziestkę dzieci prowadzonych do tegoż kotła. Co byście pomyśleli?

Już mieliśmy zacząć strzelać (szanse małe na przeżycie, ale dzieci żal), gdy się okazało, że kucharz nie gotuje dzieci, ale nalewa im zupy z kotła. Gobliny wokół cieszą się i skaczą. Po co? Zza kucharza wyłonił się nagle kamerzysta, wściekle filmujący całą scenę. Pieprzony film propagandowy.

Cichcem się wycofaliśmy.

Fotos z propagandowego filmu. Kucharz kislevski w biednym dzieckiem z Bernau

Stitz doprowadził nas do tunelu, którym przeszliśmy w pobliże katedry. Tam też został ranny przez snajpera, którego na szczęście szybko namierzył Golradir i wraz z Manfredem zabił.

Na tym skończyliśmy sesję.

Jest ranek, my w płonącym Bernau, a gdzieś niedaleko czołg, do którego musimy dotrzeć. I ósemka dzieciaków Stitza, ale czy przeżyły piekło w Bernau?

UWAGI:

1. Jak już mówiłem, świetnie się człowiek bawi, mając działo pancerne do dyspozycji :). Sesja przednia.

2. Ogromny atut: klimatyczne opisy Altdorfu i płonącego, apokaliptycznego Bernau. Mi osobiście skojarzył się od razu Wolfenburg za stareńkiej gry „Iron Storm”.

3. Fajne postacie i współpraca.

4. Koniec Imperium, walka z „zielonym zagrożeniem” przy wtórze Rukkanoru i Von Thronstahl to jest to :).

Reklamy

Komentarzy 10

  1. Dziekuje wszystkim za udział a Tomaszowi za klimatyczny raport 🙂 Dzieki graczom którzy jak zwykle nie zawiedli !
    Do zobaczenie podczas wielkiego finału 🙂

  2. miasto świetne.
    ale zapomniałeś dodać że ten bombowiec ma 8 silników :d

  3. Ja wiem, że ten obrazek nie do końca pasuje, ale ten czołg taki… taki… słodki…

    http://demotywatory.pl/514317/Przyjaciele

  4. Portret Kaprala Doona swietny 😀
    Podobnie tygrysek i kubuś !

  5. Dodam jeszcze iż warunki w Stugu były naprawdę ciężkie ze względu na przeludnienie co ilustruje poniższy filmik –
    od prawej widzimy naszego dzielnego kierowce w brylach – Manfreda a na środku dowódcę a z tyłu resztę załogi

  6. Nieco na tylnym planie widać też kawałek golrandira – blond włoski 😀

  7. Podoba mi się pomysł na sesję. Poza tym widać, że macie zgraną grupę i dzięki temu akcja posuwa się sprawnie do przodu 🙂

  8. Hmmmm znamy się jak łyse konie. Z niektórymi się przyjaźnię ponad 20 lat. Mimo to czasem dochodzi na sesji do jatek:)

    A pomysł na sesję świetny, zasługa Kamila.
    Pozdr

  9. […] Zdążyliśmy jeno skryć się w zrujnowanej kamienicy, gdy pełna brygada pancerna zielonych, bez ubezpieczenia piechoty, w ciasnym szyku pognała ulicą w stronę Altdorfu! MG (o tym, że nie możemy za długo chować się kamienicy): Znajdą ślady waszej bytności w Bernau, takie wielkie, zielone coś… [mowa o trupie zabitego przez nas trolla] […]

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s