Sylvania cz. XIX – od herosa do olimpijczyka

Gracze:

Madzia – Maja, kotołak, zwiadowca, skrytobójczyni.

Jaro – Volker Tillmans, nowicjusz Morra,

Grześ – porucznik von Usingen, dzielny dowódca.

Pablo – bezimienny obwoźny handlarz garnkami i gołębiami, postać nadal nieprzyłączona

Maro – Bulgo, snotling, mały szwendacz, notoryczny łupozdzierca

Damian – Anton Bykow, kislevicki kozak abstynent

Tym razem graliśmy bez Kamila, niestety.

Po tym jak dziecko (Daciana) kupca Taunescu została oddana hierarchii Morra, a kupiec zapowiedział swoją straszną i okrutną zemstę, bohaterowie powlekli się do maga Welrada Hagenau, tam też nie tylko zdołali zakupić kolejne eliksiry leczące (oddali za nie m.in. magiczną kolczugę Lodu, zdobytą niegdyś na szamanie goblinów), ale i poufnie porozmawiać z czarodziejem. Hagenau zlecił im wykradzenie ze skarbca Baronowej Złotego Jajka, tajemniczego przedmiotu z litego złota. BG mieli podłożyć idealnie wykonaną fałszywkę … też ze złota, lecz nieco cięższą. Wedle czarodzieja Złote Jajo, choć lite, było lżejsze niźli powinno. Dlaczego? Któż to wie. W zamian zaoferował kilka kolejnych eliksirów leczących oraz magiczną linę dla Bulga. BG podjęli się zadania, nim jednak, korzystając z otrzymanych planów zamku, wdarli się na zamek Baronowej, powrócili do karczmy w porcie.

Maro (marudzący, że oddano czarodziejowi kolczugę lodową): Oddaliście ją? Czemu nic o niej nie wiedziałem?!

Pablo (jako postać: handlarz garnków i gołębi): Ona była demoniczna! Chaosu!

Maro: Won do garów!

Tam też karczmarka, wielka herod-baba, dowiedziawszy się, że to oni zabili nekromantę, wywołała ogólną zabawę, która wpierw ogarnęła karczmę, a z czasem rozciągnęła się na całe miasto. Hulankom, pijatyce i różnym innym breweriom granic nie było, a nasi gieroje oddali się im z chęcią i radością.

Jako MG opisuję zabawę oraz odpalenie przepięknych fajerwerków przez kogoś. Od razu pojawia się sugestia, że za fajerwerkami stoi pijany drużynowy mag – Konrad.

Maro: No, a Konrad zalany w trupa woła I ignis materia! I ignis materia! I ignis wszystko!!! [dopisek: to w naszym WFRP zaklęcie odpowiadające za rzucenie fajerbola]

Tymczasem przebywający w klasztorze morrytów Volker usłyszał od swego przełożonego, iż w ciągu dwu dni zostanie wyświęcony na kapłana, od czego rzecz jasna odwołania nie ma. Volkerowi, marzącemu o karierze rycerza Zakonu Zasłużonego Odpoczynku, nijak to nie odpowiadało. Zwłaszcza, iż jego umiejętności zostały ocenione dość krytycznie. Sam arcykapłan Severinus zdecydował się go przydzielić do skryptorium, w którym Volker miał po wsze czasy przebywać, przepisując foliały. Zamknięty w celi, gdzie, medytując, powinien  przygotować się do wyświęcenia, snuł smętne wyobrażenia na temat swej przyszłości. Świadomość, iż kolejne 40 lat spędzi pisząc i iluminując księgi,nie napawała go radością. Ale jak uciec, skoro okna w celi nie było, a drzwi zamknięto na cztery spusty?

Ja (jako arcykapłan Morra, Severinus do Volkera, przed jego wyświęceniem): Zostaniesz w celi przez dwa dni, które powinieneś spędzić na medytacjach. Oczyść swoją duszę i serce!

Maro (złośliwe komentujący): I jeszcze dupę umyj.

Jakiś czas potem kilku jego przyjaciół z nowicjatu – braciszkowie Silvester, Franz et consortes przybyli pogratulować swemu koledze. Ckliwe gratulacje i wyrazy szacunku („Oooocch, jakże musisz Volkerze być szczęśliwy!”, „Ojeju! Ojeju! Nasz Volkerek będzie kapłanem! Przyjmij całusy od Silvestra!” :)) szybko przeszły w toasty spełnione cieniutkim winem (ci ucztujący mniszkowie, hi hi), a potem we wspólną modlitwę („Volkerze pomódlmy się! Litania do św. Olma składająca się z 47 strofek będzie w sam raz!”), co napełniło przyszłego rycerza wyjątkową niechęcią do kompanów.

Usingen (komentujący pobożność Volkera w kompleksie Nekromanty): On się modlił?! Jedyne modlitwy, jakie wypowiadał to: „Spierdalamy!” albo „Napierdalamy!”

Braciszkowie wreszcie sobie poszli, a Volker zaczął w akcie desperacji pisać list do miejscowego komtura Zakonu Zasłużonego Odpoczynku – Wenceslausa von Himmela z prośbą o wstawiennictwo i przyjęcie w szeregi bractwa wojowników Morra. Pewnikiem byłaby to próba daremna, lecz ponownie los uśmiechnął się do Volkera. Zabawa na cześć Zabójców Nekromanty ogarnęła całe miasto. Jak się okazało nawet mnisi otworzyli magazynek z winem i, popiwszy sobie tęgo, zaczęli się bawić na całego. Jeden z nich otworzył nawet celę Volkera, co ten oczywiście wykorzystał.

Ja (jako MG, do Jara o losie, jaki czeka jego postać – Volkera): Jak nic nie zrobisz, to będziesz kapłanem-iluminatorem. A potem dawaj do rysowania komiksów!

Maro: Do ksero!

Wykradnąwszy się z celi, wyszedł kuchennymi drzwiami i pewnie bez problemu dotarłby do pobliskich koszar Zakonu Zasłony, gdyby nie napatoczył się na jednego z mnichów. Co prawda udało mu się go spłoszyć dziwnymi dźwiękami, lecz to tylko pogłębiło chaos. Mnich wpadł w panikę i z okrzykiem „łooożywieńcyyy!!!” pognał po schodach do klasztoru, ino furkotały za nim mnisie klapki. Rezydenci klasztorni, którzy chwilę wcześniej bawili się na całego, teraz błyskawicznie przygotowali się do odparcia inwazji z zaświatów. Chwiejnie, pijackim truchtem chwycili za broń (przynajmniej część z nich), panika narastała a cały klasztor rozbrzmiewał wrzaskami co strachliwszych braciszków.

Volker, człek amoralny, ponownie wykorzystał zastaną sytuację, przedostał się w pobliże koszar Zakonu Zasłużonego Odpoczynku, przechytrzył straż, która wszczęła alarm („Ożywieńcy atakują! Do broni!”) i wszedł do budynku komandorii wprost pomiędzy szykujących się do walki rycerzy, którym przewodził sam komtur von Himmel. Ów wyłuszczał właśnie plan kontrataku, gdy Volker, nieco stremowany, wyjaśnił, iż cały atak „łożywieńców” to hucpa i ogólnie konfabulacja wynikła z nieporozumień oraz działań pewnego nowicjusza co to nie chce być kapłanem.

Wenceslaus wpierw westchnął (cóż, bijatyk z martwiakami mu się marzyła), a potem wysłuchał historii bohatera. Początkowo nieufny i sceptyczny, zmienił zdanie, gdy Volker, chcąc udowodnić, iż potrafi walczyć mieczem, podszedł do broni wiszącej na ścianie, a jeden z mieczy cudownie spadł mu prosto w ręce. Ostatecznie Wenceslaus dał mu kolczugę i ów miecz, a następnie zdecydował, by póki sytuacja się nie uspokoi, Volker opuścił miasto. Raz, że ani Severinus (arcykapłan Morra) ani Pankraz Kopista (opat klasztoru) z pewnością będą chcieli „odwdzięczyć” mu się za ucieczkę i zamieszanie w klasztorze. Dwa, iż wędrówka pozwoli mu dokonać czynu, dzięki któremu stanie się godny miana wojownika Morra.

Tak oto opuścił kompleks świątynny Morra i udał się do tych, z którymi wspólnie pokonał Nekromantę.

A bohaterowie jak to bohaterowie. Pochali, pożarli i … Cóż, pobawili się. Rankiem Maja zbudziła się z przerażającym kacem i poczuciem winy. Miasto wyglądało jak po przejściu tajfunu. Beczki po winie, potrzaskane stoły, wszędzie ludzie „odpoczywający” na świeżym powietrzu. Wreszcie można było nocą bawić się, a nie lękać o swe życie!

Bulgo zbudził się na stercie ubrań, przykryty szykowną suknią jakiejś szlachcianki. Wedle słów postronnych należała ona do żona rycerza von Chemnitz – człeka mściwego, popędliwego i dość bitnego. To wystarczyło, by snotling odrzucił sukienkę (swoją drogą, jak imć pani Chemnitz wróciła nago do swego dworu?:)) i ruszył na poszukiwanie porucznika von Usingena, odnajdując go w dość niedwuznacznej sytuacji. Chrapiącego w łożu z dwoma pulchnymi i krągłymi mieszczankami. Dopiero z czasem się okazało, iż były to dość znane dziewki wszeteczne – niejaka Gruba Julka i Anna Kuternoga (cóż, miała drewnianą nogę:)). Anton co prawda nie popił za wiele (jak się okazało, spożywać może tylko najgorszą berbeluchę w Sylvanii – wstrętne piwsko z jakiejś waldenhofskiej speluny – to nadal efekt wstrętnej klątwy Rzecznej Wiedźmy), ale przynajmniej pamiętał wszystko.

Ja (opisując rycerza von Chemnitza): To największy szermierz na dworze Baronowej, o ile szermierką można nazwać operowanie dwuręcznym toporem lub zweihanderem.

Maro: W jednej ręce!

Damian (jako Anton): Może pić nie mogę, ale dupcyć jeszcze tak.

Ja: Oj, coś żołnierzyk nie wstaje…

Madzia: Bo Anton to może tylko po pijaku.

Grześ: A na oparach nie pojedzie.

Maro: Za to kobyłka wydaje mu się jakaś taka ładna.

Nota bene Bulgo jeszcze przez kilka kolejnych dni naśmiewał się, z wyczynu pana porucznika.

Bulgo (do Usingena o jego wyczynie z Anną Kuternogą): Rany! To jak byś dymnął herszta piratów! Ten sam komfort! I zapach! Dobrze, że haka nie miała!

Kolejny dzień upłynął na leczeniu dolegliwości poimprezowych, a noc na wyprawie po Złote Jajo. Co ciekawe nie była ona zbyt wymagająca. Drużyna (już wraz z Volkerem, odzianym w kolczugę a nie habit morrycki:)) wdarła się do zamku jednym z piwnicznych korytarzy dotarła do lochów i ukradła ze skarbca (dość ubogiego, trzeba przyznać) Złote Jajo. Jako alibi wzięła ze sobą jakieś cenne fanty (bodaj zdobiony miecz etc.), co miało odwrócić uwagę Baronowej od właściwego celu akcji bohaterów.

Volker przekonuje Usingena, ze warto go wziąć na wyprawę do zamku Baronowej.

Volker: Mnie tu nie znają jako bohatera. Mogę od was ciekawskie dzieciaki przeganiać.

Bulgo: Chyba chować pod sutannę.

Jeszcze tej samej nocy Złote Jajo trafiło do Welrada Hagenau, który wyjaśnił, iż jest ono prawdopodobnie kluczem, który pozwala wejść do magicznego Zamku Cierni (Stachelschlosse) położonego w Zaklętym Lesie. W zamku tym spać ma księżniczka, która swego czasu (a było to kilkaset lat temu) ukłuła się wrzecionem i zapadła w dość długi sen. Tyle wiedział czarodziej, co oznaczało, że owszem ma klucz, ale za cholerę nie wie, jak go użyć.

Maja wścieka się na Bulga, że zabił strażników na zamku Baronowej. Bulgo tłumaczy, że zmienił profesję (przeszedł na zabójcę).

Maja: Ja też jestem zabójcą i nie morduję!!

Wszyscy: ?!

Maja: Bez powodu!!

Wszyscy: ??!!

Maja: WAŻNEGO!!!

Po rozmowie BG może i wyjechaliby z Waldenhof, udając się do Zhufbaru, gdzie już wkrótce miała się rozpocząć krasnoludzka Olimpiada – turniej konkurencji wszelakich. W czasie Olimpiady Zhufbar otwierał się dla gości, nawet ludzkich.

Niestety przed wyjazdem zdecydowali się jeszcze oddać do świątyni Sigmara zdobyty w kompleksie Nekromanty chaotyczny karwasz. Już w świątyni zostali zatrzymani i przesłuchani przez Wilfrieda Dampfa – inkwizytora Zakonu Srebrnego Młota, który wypytał ich o nieżyjącego Alfreda von Hamana, a przede wszystkim o jeden z mieczy Vaylanda, które ten posiadał a stracił na rzecz Czarnych Jeźdźców Khorne’a. Był przy tym uprzejmy i o dziwo nie aresztował BG, choć dość krytycznie ocenił ich działalność.

To nie był jednak koniec perturbacji bohaterów. Oto Dampf pod pretekstem podobnego kierunku dalszej podróży przyłączył się do nich wraz ze swoimi czterema wojownikami.

Wspólna podróż trwała ledwie dzień. Po drodze BG minęli Thyrnau (miejsce dwu walk z Czarnymi Jeźdźcami i śmierci Kyllana i Jorgula) oraz Regrakhof oraz doświadczyli dziwnego fenomenu pogodowego, kiedy to na kilkanaście minut temperatura spadła do ok. -5 st. Celsjusza. Latem!

Wieczorem Dampf, obrażony przez Antona Bykowa, opuścił drużynę, która, zadowolona, ruszyła z kopyta w kierunku Gór Krańca Świata. Następnego dnia przejechali przez posterunek rycerzy Morra nieopodal Drakenhof, gdzie Volker spotkał przyjaciela (a raczej opiekuna i przybranego starszego brata) – rycerza Emmericha, który opiekował się nim, gdy ten jeszcze był kilkuletnim dzieciakiem (Volker jako sierota trafił pod opiekę morrytów). Po kilku nostalgicznych wspominkach, wymianie plotek (m.in. o wciąż poszukiwanym Karstenie, jak się okazuje za kradzież miecza wysokopostawionego brata Zakonu Zasłużonego Odpoczynku oraz udawanie rycerza) oraz wspólnym noclegu BG pojechali dalej.

Emmerich (wyraźnie wzruszony spotkaniem z Volkerem): Volker, Volker, pamiętasz, jak byłeś dzieckiem? A gdzie masz misia, którego ci uszyłem?

Volker (uśmiechnięty, wyciąga z torby szmacianą zabawkę): Tego?

Bulgo: Chyba zwymiotuję.

Kolejnego dnia minęli zniszczoną Sigisoarę (po drodze wzięli ze sobą napotkano stado wychudłych krów i jałówek), a nocą Bulgo i Volker dokonali rekonesansu w innej zrujnowanej wiosce. Tam też spotkali duchy poprzednich mieszkańców, które bezgłośnie prosiły ich o pomoc. Bulgo zwiał, lecz Volkerowi (morrycie duchy niestraszne, ha!) udało się znaleźć dziwną, odpieczętowaną kawernę, z której prawdopodobnie mieszkańcy wioski wypuścili coś złego, okropecznego i pewnikiem demonicznego.

Bulgo (po ucieczce z wioski duchów): Duchy tam są! Zawsze mówiliście, żeby z duchami nie zaczynać bez magicznej broni.

Maja (o Volkerze): I zostawiłeś tam tę sierotę?

Bulgo: On powiedział, że rytuały będzie tam robił. Ja się tam nie znam na tej morryckiej paplaninie.

W ciągu następnych dwu dni bohaterowie dotarli do Przełęczy Krasnoludzkiej  i, przebywszy ją, dotarli do bram Zhufbaru, po drodze zresztą napotkawszy Karstena (pseudo-rycerz Morra, z którym zdjęli klątwę z widmowego miasta  Fucuresti), który rozpoznał Volkera jako kopistę z Waldenhof.

Karsten (patrząc z niechęcią na Volkera): Volker? Volker Tillmans?! Zwany Zwiędłym Piórem?!

(Perlisty śmiech Mai)

Inna rozmowa z Karstenem:

Volker: Pokonaliśmy Nekromantę!

Karsten: Pierdolisz?

Bulgo: On?! Nieeee.

Volker: Ale… Ja już…

Maja: Taa? A z którym braciszkiem?

W tej chwili przebywają przed bramami krasnoludzkiej fortecy, czekając na ich otwarcie. Dokonują przy tym zakupów (zbroje i broń krasnoludzka!), piją ale oraz plotkują z miejscowymi brodaczami.

Drużyna wśród krasnoludów przed Zhufbarem.

Volker (dumnie): A ja znam krasnoludzki!

Maja: I co z tego? A ja elfi.

Volker (wrednie uśmiechnięty): Dawaj, pochwal się tym tutaj!

Następnym razem – OLIMPIADA! A w niej nasi bohaterowie!

Maro: Jak się nazwiemy? Wiem! ROZPIERDALACZE!

Krasnoludy patrzą na Bulga – wszak snotlinga i komentują zdziwione: Kurcze, będzie jedenasta dyscyplina? Snotball?!

Maja (do Bulga): I jak?! PIŁECZKO!?

Uwagi:

1. Sesja w zasadzie bez walki i kostkowania. Dużo społecznych manewrów, dialogów i śmiechu.

2. Po tej sesji wyszło, że zakon braci-kopistów Morra to siedlisko grzechu i innych sodomii. Kurde, nienawidzę was za te żarty! 😉

Reklamy

Komentarze 4

  1. Fajna sesja 🙂
    Komentarze dotyczące zakonników/kapłanów u nas na sesjach są bardzo podobne. Ten stereotyp najwyraźniej mocno się zakorzenił. A zazwyczaj etatowym kapłanem jestem ja.

  2. Tiaa komenty o zakonie (jakimkolwiek) to normalka… ale najpiękniejszy jest w tym stoicki spokój Jara 😀 A jeśli chodzi o olimpiadę, może jednak nie będzie tak źle jak przegramy. Krasnale jakieś takie nadpobudliwe są i jak się okaże, że im wklepaliśmy w jakiejś dyscyplinie, to fakt ten znacznie obniży komfort przebywania w twierdzy 😉

  3. Nie możemy zagrać w snotbolla, bo piłka będzie stronnicza, i niekoniecznie będzie po naszej stronie ;D
    Poza tym sesyjka fajna, urechotałam się jak norka ;D BTW, do tej wiochy z duchami nie zapomnijmy wrócić ;D

  4. choc nielicho po robocie bylem zmeczony, to bralo mi sie fajnie.
    Pawle, czy Ty z tymi garnkami idziesz za nami? probowalem CIe zachecic do podlaczenia sie do grupy, ale i Ty musisz sie wykazac choc kilkoma zdaniami.
    Tomaszu chyba mi sie wydaje, ale zapomniales, ze spotkalismy po drodze tredowatych. wazne chyba tez jest to ze jeden odezwal sie imieniem Mai do niej.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s