Pies, Gajowy i Łapiduch vs OGAR – raport z sesji ZC

Tym razem rozegraliśmy jednostrzałówkę (a raczej zaczęliśmy rozgrywać) w „Zew Cthulhu”.

Strażnik Tajemnic – Madzia, nieoceniona, przerażająca emanacja samego Nyarlathotepa

Gracze:

Wilbur Varney – Damian, wielki, biały myśliwy, który przybył do Greenvill w poszukiwaniu zaginionego brata. TEN ZRĘCZNY.

Eugene Ponsonby – Jaro, młody i ponoć utalentowany policjant posługujący się niebanalnymi i nowoczesnymi metodami śledczymi. TEN BRZYDKI (hehe, Wygląd 7).

Arthur Boyle – Ja, też młody, niziutki, korpulentny lekarz z prowincji, racjonalny i raczej niewierzący w siły nadprzyrodzone. TEN PRZYSTOJNY, MĄDRY i W OGÓLE NAJ (hehe, Wygląd 14).

Zaczęliśmy od wyboru postaci oraz ich wzbogacenia za pomocą przyznanych przez Strażniczkę Tajemnic punktów umiejętności. Różne były plany wzmocnienia postaci :).

Ja: Hej, nie mam żadnej broni!

Damian: Wpisz sobie biegłość „lancet”.

Ja: Ok, ale zapomnę wpisać ostatnią literkę.

Jaro (do MG): To na ile  mogę sobie wpisać obsługę pałki?

Ja: A jak mi dobrze obsłuży, to wzrośnie mi Sanity?

MG: Raczej cię pogrąży.

Ja: Wiem, wezmę 60 * do skilla „Jump”. „Me Tarzan, you Jane!”

Greenville, kwiecień 1850, wieczór.

Małe miasteczko na południu Szkocji, otaczające ciemności potęgował ulewny deszcz. Potęgował od kilku ładnych dni, toteż uliczki Greenville zmieniły się w grzęzawisko. Mimo wiosny, było stosunkowo zimno, wyjątkowo mokro i ogólnie paskudnie (nie wiecie jak? spójrzcie za okno).

Tego wieczoru do jedynego, ale faktycznie zadbanego i przytulnego zajazdu pani Tobias przybyło trzech gości. Dość szybko okazało się, że sprowadza ich podobna sprawa. Dwa kilometry poza miasteczkiem na stromym klifie wznosiła się posiadłość profesora Cravena a obok masywny, kamienny budynek przytułku dla obłąkanych. Młody lekarz, Arthur Boyle, przybył na wezwanie swego starego nauczyciela z uniwersytetu. Miał pomóc w wyjaśnieniu tajemniczych zgonów wśród pacjentów przytułku.

Eugene Ponsonby został wysłany jako śledczy w tej samej sprawie, a myśliwy Wilbur Varney chciał wyjaśnić sprawę zaginięcia swojego brata – bogatego handlowca, który przebywał w gościnie u profesora.

Varney i Boyle dość szybko znaleźli wspólny język. Wyjaśnili cele swojego przybycia do Greenvill i na ranek zaplanowali (o ile ucichnie szalejąca na zewnątrz burza) wyjazd do profesora. Porozmawiali także z zapłakaną panią Tobias, właścicielką zajazdu, która opowiedziała im, co się wydarzyło w ciągu ostatniego miesiąca w miasteczku.

Badacze przedstawiają się sobie. Damian ma wyraźny problem z wymówieniem nazwiska swojej postaci.

Varney: Wilbur… Var… Varney… kurwa!

Boyle: A ja lekarz.

Ponsonby: Ja też jestem dumny ze swego zawodu.

Jak się okazało zgony miały miejsce także w samym miasteczku, nie tylko z przytułku profesora. Wszystko zaczęło się z chwilą odkopania „czegoś” przez przyjezdnego malarza, brata Wilbura – Wilhelma Varneya i kilku miejscowych. Choć znalezisko zostało szybko zapieczętowane, to los i tak się upomniał o nierozsądnych śmiałków. Część znaleziono zagryzionych przez wilki (w okolicy od lat wilków nie widziano), inni sami sobie odebrali życie, w tym mąż pani Tobias.

Tego wieczoru jeszcze Boyle i Varney pomogli w znalezieniu 10-letniego syna pani Tobias, który z niewiadomych powodów wybiegł z domu. Szczęśliwie, mimo burzy, malec został znaleziony, a bohaterowie przemoczeni, lecz dumni powrócili do zajazdu. Krótko potem udali się na spoczynek do swojego pokoju.

Ponsonby, jak widać typ podejrzliwy i niegodzien zaufania samotnik, noc wykorzystał do sprawdzenia pokoju w zajeździe, gdzie mieszkał tajemniczy malarz (wspomniany wcześniej), a następnie, nie bacząc na burzę, udał się na przeszpiegi po miasteczku. Tu należy wspomnieć o dwu wydarzeniach:

1. Idąc nocą dostrzegł dziwne zwierze, przerośniętego psa lub wilka, który dość szybko zniknął w ciemnościach.

2. Ponsonby, jak przystało na młodego i utalentowanego gliniarza, zdecydował się sprawdzić zamknięty na cztery spusty kościół (ksiądz również zmarł po odkopaniu „czegoś” przez grupę domorosłych archeologów). Czy to zbieg okoliczności, czy też kara z Niebios, ale został porażony piorunem i świadomość odzyskał dopiero kilka godzin później.

Boyle (o Ponsonbym): On chce do Scotland Yardu, ale na razie to nawet w calu nie jest.

Zrozumiał sugestię Strażnika Tajemnic losu i wrócił do zajazdu na spoczynek.

Rankiem Boyle dostrzegł zły stan Ponsonby’ego i mimo iż ten nie był skłonny nawet się przedstawić, a co dopiero powiedzieć, co mu się stało, udzielił mu fachowej pomocy lekarskiej. Krótko potem Varney z Boyle’em wynajęli za pośrednictwem pani Tobias dwukółkę i konia, a następnie wraz z Ponsonby’ym, który nagle doczepił się do nich, ruszyli w stronę posiadłości pana Cravena. Szczęśliwie burza się skończyła, a i deszcze zelżał.

Varney, stwierdziwszy, iż jest dobrym woźnicą, zajął miejsce na koźle. Niestety deklaracje miały niewiele wspólnego ze stanem rzeczywistym, bowiem myśliwy nie opanował konia na błotnistej, stromej drodze i dwukółka się wywróciła ze szczególną szkodą dla Boyle’a, który wylądował w błotnistej brei.

Po tym może mało ważnym dla śledztwa, ale jakże nieprzyjemnym dla młodego, aspirującego lekarza incydencie, podróż przebiegła już bez zakłóceń. Trójka badaczy postawiła powóz na koła, uspokoiła konia i pół godziny później dojechała do celu.

Profesor Craven okazał się niezwykle miłym człowiekiem, takim go zresztą zapamiętał Boyle. Uprzejmym, kompetentnym i przerażająco wyniszczonym ostatnimi problemami. Jak się okazało już bodaj ośmiu obłąkanych zakończyło swój żywot, niektórzy nawet rozdarli żyły własnymi zębami, no bo jak wyjaśnić obecność szarpanych ran charakterystycznych dla zębów w zamkniętej celi?

Rozmowa u profesora Cravena, nie znamy co prawda jeszcze tożsamości Ponsonby’ego, ale to nie przeszkadza nam w nabijaniu się z policji.

Boyle: Rozumiem, że kto wyjdzie w nocy, jest atakowany? A gdzie jest policja?

Varney: Jak trzeba to ich nie ma.

Boyle: Albo wysyłają do śledztwa głupków.

Ponsonby (do MG, wyniośle): Jako że pracuję nowatorsko, to wciąż się nie ujawniam. Będę tajniakiem!

Wtedy też Ponsonby ujawnił swoją tożsamość i poinformował, że to jego zadaniem jest przeprowadzenie śledztwa. Razem (na prośbę profesora zaczęliśmy współpracować) zdecydowaliśmy się najpierw sprawdzić sam przytułek (profesor miał nas oprowadzić), a następnie udać się do niejakiego pana Bauerna zamieszkałego w Greenville. Wedle pani Tobias i profesora był on ostatnim żyjącym spośród tych, którzy odkopali „coś”, od czego prawdopodobnie zaczęła się seria zgonów w miasteczku i szpitalu dla obłąkanych. Przy okazji Wilbur dowiedział się jeszcze, iż jego brat przybył do profesora z powodu jego żony, ale dlaczego dokładnie? Cóż, sprawa byłą widać zbyt intymna tudzież wstydliwa dla profesora, by chciał nam on to wyjaśnić. Profesor Craven wyraźnie zasmucił się, słysząc o zaginięciu Wilhelma. Wszak był pewien, że handlowiec powrócił w swoje rodzinne strony.

Zwiedzanie przytułku pod kierunkiem profesora dostarczyło badaczom nieco informacji, choć bardziej chyba dodało kolorytu całej historii. Oto poznaliśmy Adelę, piękną, lecz szaloną kobietę odzianą tylko w prześcieradło (albo i bez niego:)), która twierdziła, że suknie próbują ją pożreć. Badaczy przedstawiono także Louisowi Dogowi, który uważał, że jest psem (był plan, by sprawdzić za pomocą kota, czy to szaleństwo, czy coś więcej.).

Dyskusja na temat chorego, który uważa się za psa oraz sposobu, w jaki się go terapeutyzuje:

Boyle: Chcecie powiedzieć, że gościa, który uważa się za psa, przykuli do ściany łańcuchem za szyję?

Ponsonby: No co? Niech pilnuje.

Boyle: A jak go puszczą, to się na nogę nam wespnie?

Ponsonby: Zły pies! Zły pies!

MG (zrezygnowana): Wiedziałam, że przy nim będziecie się nabijać.

Wreszcie trójka śledczych spotkała się z kobietą, która pozornie zachowywała się normalnie, ale wedle profesora miała różne wizje. Opowiedziała badaczom, że za wydarzeniami w Greenville stoi osoba, która przywołała coś zza kotary, by się zemścić za (o ile dobrze pamiętam) zawód miłosny.

Wreszcie profesor za namowami bohaterów udał się na spoczynek. Ponsonby, Boyle oraz Varney zdecydowali się jeszcze sprawdzić w kostnicy ciało ostatniego z wariatów, który odebrał sobie życie, skacząc z klifu. Arthur przeprowadził sekcję, która wykazała, iż prawdopodobnie coś o długich, prostych pazurach ściągnęło mężczyznę z klifu! Nie było mowy o samobójstwie. Oględziny celi „samobójcy” nie przyniosły niestety żadnych ważnych informacji (poza rekonstrukcją ataku nieznanego sprawcy na obłąkanego).

Po tym wszystkim badacze opuścili przytułek i posiadłość profesora, udając się dwukółką do pana Bauerna. Nie obyło się bez ponownych problemów z pojazdem i utrzymaniem kontroli nad nim. Pod wieczór bohaterowie dotarli na gospodarstwo Bauerna. Mężczyzna przyjął nas nieufnie, z dubeltówką w dłoniach. Wyraźnie czegoś się bał. Wedle niego czekał go taki sam los co pozostałych, a wszystko z winy Wilhelma Varneya. Ponoć to brat Wilbura najbardziej naciskał na odkrycie znaleziska.

Teraz stary gospodarz czekał na to, co spotkało pozostałych. I się doczekał. W pewnej chwili w rogu pokoju pojawił się czerwonawy dym. Arthur, dziecko racjonalizmu, odrzucający romantyczne zamiłowanie do świata nadprzyrodzonego, zgarnął z łóżka koc i rzucił się, by rozwiać dziwną mgłę.

MG (triumfalnie): A więc podchodzisz do tego?!

Boyle (z kocykiem w ręku): No nie… Tak z boczku… No dobra, podchodzę! Wiem! Wiem! Nie chcę umierać!!!

I ujrzał bezkresne pola spowite błękitnym światłem wyładowań atmosferycznych, i przestrzeń, która nijak nie odpowiadała geometrii euklidesowej, czarne planety wirujące w mroku ponad ostrymi, przeklętymi graniami wielobarwnych skał… I inne dziwactwa, jakie może dojrzeć zwyczajny opiumista.

Był jeden problem. Boyle był chemicznie czysty. W dodatku z mgły zaczęła formować się istota rodem z najgorszych koszmarów o oślinionej paszczęce przeładowanej ostrymi kłami i gibkim, błękitnawym ciele, po którym przeskakiwały niebieskie iskry. Lekarz wrzasnął, rzucił kocyk i stał jak zamurowany (mimo udanego testu na Poczytalność :)), a bestia spokojnie wylazła z rogu pokoju i kocim truchtem zbliżyła się do starego Bauerna. Dziadek zerwał się z fotela, rzucił dubeltówkę na podłogę i wybiegł przerażony z chaty. To samo wilkokotopies, oblizując się przy tym długim, oślizgłym jęzorem. Bladzi Ponsonby i Varney odskoczyli, lecz po chwili, słysząc krzyki przerażonego Bauerna ściganego przez potwora, ruszyli z odsieczą. Podobnie Boyle, choć nieco z tyłu. Wszak był jedynie lekarzem, za broń mając ledwie mały, niepozorny lancet.

Trwa walka z „wilkiem”. Boyle przygląda się z bezpiecznego dystansu.

MG (do Boyle’a): A ty co?

Boyle: Ja podnoszę kocyk.

Ponsonby: Nie możesz, ja go mam. Przyda mi się

MG (z wrednym uśmiechem): Taaa, przytulisz się do niego w nocy, zapłakany!

Boyle: Charlie Brown!

Wciąż trwa walka z bestią:

Ponsonby: Zarzucam mu kocyk na głowę!

Boyle: Komu? Dziadkowi?

Ponsonby: Dziadka nie dogoniłem. Dziadek zawodowiec.

Wilk dopadł Bauerna, chwycił w paszczękę, badacze usłyszeli trzask pękającego kręgosłupa i starzec stracił przytomność. Myśliwy i policjant wystrzelili do potwora, lekko go raniąc. Nie pomogła dubeltówka, nie pomogły rewolwery. Wilk co był wrażliwy na broń, lecz szybko regenerował swe rany. Zdesperowany Eugene dopadł stwora i zdzielił go policyjną pałką przez łeb. Podobnie Wilbur, używając jak maczugi dubeltówki Bauerna. Sami krwawili z ran zadanych kłami i pazurami przeciwnika. Wreszcie Ponsonby’ego odrzucił szczególnie skuteczny cios pazurami. Krew trysnęła z ran, a policjant padł nieprzytomny. Boyle z krzykiem rozpaczy dobył lancetu i wbił go głęboko w trzewia bestii, która zadrżała, padła, a potem rozwiała się w taki sam dym, z którego się wyłoniła.

Wciąż walka z „wilkiem”

Boyle: Bijesz go pałą policyjną?!

Ponsonby: A jak!

Boyle: Ogara z Tindalos?

Ponsonby (dumny): Pokaż mi inną postać, która to zrobiła!

Jaro jak zwykle ma „zajebiste” rzuty na trafienie. Kolejne pudło.

MG (do Ponsonby’ego): Masz wrażenie, że powinieneś był go trafić.

Ja: Jaro co sesję ma takie wrażenie.

Jaro: Taaa,że choć raz powinienem trafić.

Tak oto lekarz pokonał przerażającego wilka z zaświatów.

Ostatnia scena walki.

Boyle: Dziabię go lancetem!!! [rzut na obrażenia] 1!!!

MG: To był ten jeden punkt, który trzeba było…

Ponsonby [przerywając]: Znowu ten zabił, który nie powinien.

Po ocuceniu Eugene’a oraz opatrzeniu ran Bauerna oraz pozostałych badaczy całą trójka udałą się wraz ze starcem do profesora Cravena. Milczący tłum mieszkańców Greenville towarzyszył im podczas powrotu. Już na miejscu sparaliżowanym i rannym Bauernem zajęła się służba profesora, a badaczami jego piękna, dużo młodsza żona. Co ciekawe Victoria wydawało się być jedyną w Greenville osobą, która nie była przybita ostatnimi wydarzeniami. Dziwne.

Opatrywanie Ponsonby’ego.

Boyle: Ponoć świńskie organy są bliskie ludzkim. Nadałyby się do przeszczepu dla Eugene’a.

MG: Ponoć ludzkie są bliskie świńskim. Dałoby się dzięki niemu jakąś świnię uratować.

Uwagi na temat lady Craven.

Na tym zakończyliśmy sesję.

UWAGI:

1. Madziu wyjaśnij mi, jak to się dzieje w Zewie, że zawsze jak test nie wyjdzie Damianowi, to ja obrywam? Tym razem piękny test powożenia mało mnie nie zabił. Dobrze, że nie dostałem w twarz dwukółką.

2. Jaro ty paskudo! Przyczep się kiedyś Damiana, że sam się szwenda! O!

3. Fajniusia sesja, zresztą jak zwykle fajny pomysł. Zadeklaruj się, kiedy kończymy.

Reklamy

Komentarzy 9

  1. Fajna sesja 🙂

    Kiedy ja sobie ostatnio nazwałem postać Eugene, to moi paskudni współgracze zrobili z niej Azjatę (Yu-Jin).

    A tak poza tym, to:

    Ph’nglui mglw’nafh Cthulhu R’lyeh wgah’nagl fhtagn!

  2. Heh, za to tutaj gracz skojarzył z Eugenem Tuckelberrym z „Akademii Policyjnej” 🙂

  3. Też tamoj byłem, i miód i wino piłem.. i nieźle się ubawiłem 😀

  4. Smartfox, zauważyłeś, że rysunek Ogara Geiera podobny jest do Stworzenia Świata W. Blake’a?

    http://img367.imageshack.us/i/bgstwarzajcywiatstworzeniewiat.jpg/

  5. Nie wpadłbym, kurcze, jestem mocno Blake-twisted, o ile pamiętam. Pewnie dlatego Ci się w oczy rzuciło. Faktycznie układ ciała. Ciekawe czy celowe nawiązanie.

  6. Ja nie, ale miałem historię sztuki i ikonografię przez kilka semestrów. 😉 Dym układa się jak promienie na oryginale. Nawiązanie Geiera do Blake’a może być, facet świetnie rysuje, pewnie po szkole, etc.

  7. Cieszę się, że się podobało… 🙂

    Co do odcinka drugiego, to ja jestem do dyspozycji popołudniami (oprócz wtorków i czwartków)… Dajcie tylko znać.

  8. moja zona przygladajac sie nam pod koniec sesji byla dosc zmieszana. w domu powiedziala ze jestesmy niezle porabani. wszyscy. hymmm. jeszcze sie wciagnie. naprawimy ja. ha ha ha.

  9. […] małym cthulhowatym składzie i dokończyć przygodę w Greenville AD 1850. Dwa pierwsze raporty tutaj i […]

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s