Pies, Gajowy i Łapiduch vs Damy

To kontynuacja przygody, którą rozpoczęliśmy na początku czerwca i mieliśmy skończyć na drugiej sesji. Mieliśmy hehe.

Strażnik Tajemnic – Madzia, nieoceniona, przerażająca emanacja samego Nyarlathotepa. Okrutna Macka w Macce Inkrustowana Macką (MMIM).

Gracze:

Wilbur Varney – Damian, wielki, biały myśliwy, który przybył do Greenville w poszukiwaniu zaginionego brata. TEN ZRĘCZNY.

Eugene Ponsonby – Jaro, młody i ponoć utalentowany policjant posługujący się niebanalnymi i nowoczesnymi metodami śledczymi. TEN BRZYDKI (hehe, Wygląd 7).

Arthur Boyle – Ja, też młody, niziutki, korpulentny lekarz z prowincji, racjonalny i raczej niewierzący w siły nadprzyrodzone. TEN PRZYSTOJNY, MĄDRY i W OGÓLE NAJ (hehe, Wygląd 14).

Piękna mapka Madzi ukazująca scenerię gry

Ostatnio po strasznej, ciężkiej, obfitującej w dramatyczne momenty walce z ogarem, udaliśmy się uratowanym (choć ciężko rannym) Bauernem do posiadłości profesora Cravena, gdzie mieliśmy przyjemność poznać dużo młodszą od swego uczonego męża żonę – panią Victorię Craven. Kobieta nie wywarła na Boyle’u zbyt dobrego wrażenia. Wydawała się być jedyną osobą, której nie poruszyły liczne, śmiertelne wypadki w Greenville.

Co prawda cała trójka Badaczy Tajemnic została zaproszona na kolację w towarzystwie profesora i jego żony, jednakże nie zamierzali czasu, który pozostał do posiłku marnować. Eugene’a Ponsonby’ego wciąż męczył zaginiony klucz do dziwnego znaleziska w ruinach dawnego dworu miejscowych arystokratów. Tego samego znaleziska, które prawdopodobnie było przyczyną tyluż śmierci (w tym i brata Wilbura Varneya – Wilhelma).

Wpierw Badacze udali się (powozem, ale tym razem bez niemiłych przygód) do ruin. Na miejscu odnaleźli masywne, niedawno postawione wrota, w których Varney znalazł cwanie skrytą dziurkę od klucza.

Do wrót w ruinach prowadzi zawalisko

MG [do Varneya]: Schodzisz po zawale.

Znaczące uśmiechy dwu pozostałych graczy.

Klucz ponoć posiadał zmarły niedawno ksiądz, toteż z ruin Badacze wyruszyli do kaplicy. W świątyni znaleźli tylko stare ślady krwi na schodach i … masywne gasidło z zakrzepłą na końcu krwią. Ksiądz jednak nie zginął wypadku, lecz padł ofiarą morderstwa.

Klucza Badacze nie znaleźli także na plebani. Varney jednak odkrył księgi parafialne, z których można było wywnioskować, iż stary dwór (obecne ruiny) spłonął w 1694 roku. Arystokrata (cholera, zapomniałem nazwiska – jakieś szkockie, McKeen itp.) nie odbudował siedziby, lecz postawił nową – na klifie. Obecnie był to gmach, w którym mieszkali Cravenowie i znajdował się przytułek dla obłąkanych. Wedle zapisów lady Victoria była potomkinią tegoż szlachcica. Wszystko to tworzyło jakąś niepokojącą zagadkę z inskrypcją, jaką znaleźli na dzwonie w kaplicy (mniej więcej coś w stylu: Ufundowane 1694 roku – dla zmazania grzechów).

Mimo to trójka bohaterów wciąż nie odnalazła klucza. Jako że zbliżała się pora kolacji, to Badacze zdołali jeszcze tylko (mimo zapadających ciemności) odwiedzić miejscowy cmentarz i obejrzeć kryptę rodziny MacKeen. Dostępu do wnętrza budowli broniła masywna, zamknięta na klucz krata. W spowitym mrokiem wnętrzu można było dostrzec zaledwie prosty ołtarz.

Kolacja okazała się być nie tyle przerywnikiem w śledztwie co jego clou. Poza państwem Craven oraz Badaczami przy stole pojawiła się tajemnicza piękność na wózku inwalidzkim strzeżona przez wielkiego lokaju o twarzy pozbawionej jakichkolwiek emocji – Lady Eleonora. Badaczom od razu przypomniała się opowieść Adeli – jednej z obłąkanych kobiet, która chodziła nago, obawiając się, iż ubrania ją pożrą. Wariatka mówiła, iż jednej nocy dostrzegła na korytarzu dwie kobieta. Obie piękne, jedną w gigantycznej sukni, co idealnie pasowało do lady Eleonory odzianej w suknię, której fałdy kryły nie tylko nogi kobiety, ale i cały fotel.

Podczas kolacji Varney ewidentnie flirtował z otwartą i uśmiechniętą lady Victorią. Boyle zajmował się czarującą i tajemniczą lady Eleonorą, a Ponsonby dyskutował z Cravenem. Eleonora była nie tylko tajemnicza, ale i niezwykle inteligentna oraz przenikliwa. Boyle tylko na chwilę przerwał rozmowę. Oto dostrzegł przerażoną twarz młodej pokojówki – Sary. Pod lada pretekstem odszedł od stołu i zdołał chwilkę porozmawiać sam na sam z dziewczyną. Sara była roztrzęsiona. Wedle pokojówki lady Eleonora została po prostu bez zapowiedzi (w angielskim społeczeństwie?! Szok!) przyprowadzona przez lady Victorię i przedstawiona jako kuzynka z Francji. Krótko potem ludzie zaczęli ginąć, a żona profesora wyraźnie się zmieniła. Co ciekawe lady Eleonora przybyła krótko po tym, jak grupa ludzi (w tym brat Wilbura) odkopali „coś” w ruinach. Po krótkiej rozmowie Sara uciekła, lecz powiedziała Arthurowi, iż przyjdzie wieczorem i wszystko wyjaśni.

Po kolacji Badacze zrobili to, co ma miejsce w każdym horrorze (co nie oglądaliście Scooby Doo?) – rozdzielili się.

Pan Boyle – udał się wraz z Eleonorą i jej służącym do jej pokoju, gdzie dość długo rozmawiał z kaleką pięknością. Arthur coraz bardziej zafascynowany lady Eleonorą w pewnym momencie niemal poczuł, iż jest w stanie zrobić dla kobiety wszystko. Otrzeźwiło go dopiero dziwne poczucie, że Eleonorze zależy tylko na kluczu, który bronił dostępu do znaleziska w ruinach. Mało tego kobieta, choć Francuzka, mówiła z dziwnym, nieeuropejskim akcentem – śpiewnym, melodyjnym i hipnotycznym. Zapytana o imię lokaja, odpowiedziała dopiero po chwili, jakby musiała to sobie przypomnieć: Fryderyk.

Boyle [do MG, pyta o lokaja Eleonory]: Ma broń?

Ponsonby: Taa, ręce. Alfred Dusiciel!

Po wszystkim Boyle spotkał się jeszcze w swoim pokoju z Sarą. Dziewczyna niewiele nowego powiedziała. Wciąż tylko powtarzała, że pani Victoria ją przeraża etc. Raz wspomniała o jakichś książkach, które są ważne dla lady Eleonory i Victorii. Chwilę potem, zawołana, uciekła z pokoju Arthura.

Pan Varney – udał się wraz z lady Victorią. Żona profesora była niezwykle uwodzicielska, a i Wilbur wiedział do czego służy strzelba. Wszak myśliwy! Po rozmowie przyszedł czas na niewielkie tete-a-tete, którego tu nie opiszę, wszak to opowieść o dżentelmenach.

Rozmowa Varneya z Victorią. Lady zachwyca się bohaterem.

Varney [naturalnie]: Jestem zwykłym facetem. Męskie, prężne ciało…

Po scenie łóżkowej Varney się zbiera. Lady Victoria przeciąga się leniwie na łóżku:

MG [jako Lady Victoria]: Szkoda, że twój brat nie był taki wylewny.

Rechot pozostałych graczy

Inspektor Gadżet Ponsonby – po kolacji towarzyszył profesorowi Cravenowi. Dość szybko zraził uczonego, pytając się, czy może przeszukać jego pokój. Nic nie znalazł. Natomiast o wiele więcej szczęścia miał w jednym z apartamentów, w którym raz na jakiś czas pomieszkiwał ksiądz. Zmarły kapłan ukrył w pomieszczeniu klucz do krypty MacKeenów!

Po tych epizodach całą trójka bohaterów spotkała się w jednym z pokojów, gdzie wymienili się wiadomościami. Rozmowę przerwało dziwne zjawisko, które za oknem dostrzegł inspektor Ponsonby. Po raz kolejny zauważył czarną, humanoidalną istotę o nietoperzowatych, błoniastych skrzydłach. Paskudztwo wyleciało ponad dach, a niewiele potem w posiadłości rozległ się dziewczęcy krzyk krańcowego strachu.

Rozmowa po wszystkim w pokoju. Varney niewiele mówi o spotkaniu z Victorią.

Boyle: Coś się chyba dowiedziałeś?

Ponsonby: Taaa, że brat miał większego.

Badacze wybiegli na korytarz, potem z posiadłości i na nocnym niebie dostrzegli dziwaczną istotę trzymającą jakąś dziewczynę w łapach – prawdopodobnie Sarę. Bestyjka leciała w stronę klifu. Jak łatwo się domyśleć,  bohaterowie niczego tam nie znaleźli.

Ponsonby widzi skrzydlatą bestię.

Ponsonby: Chłopaki mamy gościa!

Boyle [wesoło]: To zaproś!

Ponsonby: Eee, wylądował na dachu.

Boyle: Nie podoba mi się słowo „wylądował”, wskazuje, że gość nie jest człowiekiem.

Ponsonby: Takie ptaszysko… Dwa metry w kłębie.

Dość szybko podjęli decyzję, by nie wracać do dworu, lecz udać się na cmentarz i sprawdzić kryptę.

Ponure wnętrze grobowca ledwie rozświetlała mała latarnia zdjęta z powozu. Za ołtarzem znajdowało się wejście do wąskiego korytarza, który łagodnie opadał. Po jego bokach znajdowały się nisze, a w nich trumny członków rodu.

Korytarz kończył się ścianą. Ktoś zamurował przejście, które zapewne prowadziło w dalsze części rodowej nekropolii. Co ciekawe najstarsza trumna należała do tegoż człowieka, który wybudował nowy dwór i ufundował kaplicę. Prawdopodobnie starsze znajdowały się w zamurowanych niszach, z których w dodatku ktoś pozrywał tabliczki z nazwiskami.

Już Badacze mieli opuścić kryptę, ale Boyle przekonał ich, by sprawdzić trumnę fundatora kaplicy. Po odsunięciu wieka ukazała się mumia dzierżąca dziwny klucz będący dokładnym odwzorowaniem godła Watykanu.

Ogólny nastrój sprawił, że Varney po nieudanym teście na Poczytalność w panice wybiegł z krypty. Po chwili z grobowca wyszli spokojnie Boyle i Ponsonby.

Boyle [do Varneya]: Ooo, jakim cudem tak szybko się tu znalazłeś?

Varney [dumnie]: Szedłem.

Ponsonby: Gdzie szedł, tam biegł.

Nie pozostało nic innego, jak prosto z krypty podążyć do ruin. To chyba Ponsonby dostrzegł ponownie na tle nocnego nieba dziwnego lotnika o błoniastych skrzydłach. Istota ewidentnie kogoś szukała.

MG niewinnie do Jara: rzuć sobie na spostrzegawczość.

Jaro: 04!

MG [uśmiechnięta]: To teraz rzuć sobie na Poczytalność.

Badaczom niemal udało się dotrzeć do ruin, jednakże czarny diabeł wypatrzył ich na 200 metrów przed ścianą dawnego dworu. Zapikował w ich kierunku, wystawiwszy pierwej sękate łapy o długich szponach. Twarz bestii była gładką maską. Nie było oczu, ust, nozdrzy.

Varney drżącymi dłońmi wycelował strzelbę i wypalił prosto w pysk bestii, lekko tylko ją raniąc. Myśliwy zebrał w sobie wszystkie siły i czekał aż diabeł podleci na bezpośrednią odległość. Kiedy skrzydlaty demon chwycił go w łapy, chcąc go unieść w niebo, Wilbur nacisnął po raz drugi spust, niemal odrywając maszkarze łeb. Ta jednak niemal już uniosła się z bohaterem w powietrze, lecz Ponsonby po prostu przystawił rewolwer do jej łba i dobił istotę jednym strzałem.

Pierwsze spotkanie z dziwnym stworem o błoniastych skrzydłach. Ponsonby na odwrocie recepty (jest lekarzem) naszkicował jego wizerunek i pokazuje Varneyowi, który stwora uważa za sowę.

Boyle: Czy to wygląda na sowę?

Varney [wymijająco]: Ja tam ornitologiem nie jestem.

Boyle: Wiesz, na drugiej stronie jest recepta…

Ponsonby: Przepisz mu coś na oczy.

Badacze obejrzeli truchło istoty, upewniając się, że nie mieli do czynienia ze zwierzęciem (np. gigantyczną sową, jak to insynuował ciągle Varney :)), a potem wbiegli do ruin. Wiedzieli, że odgłosy strzałów poniosły się daleko po okolicy.

Brama otworzyła się bez problemu, ukazując Badaczom wielkie czarne jezioro i schodzące do wody schody. Na swoje nieszczęście  Arthur i Wilbur spojrzeli na taflę jeziora. Pierwszy ujrzał Eleonorą, piękność, której nagle oblicze spłynęło niczym wosk, odsłaniając potężną, tłustą demonicę o sześciorgu oczu, która zalotnie spoglądała wprost na bohatera.

Tymczasem Varney miał więcej pecha, dostrzegł śmierć swego brata (nie pamiętam teraz szczegółów) i jego osłabiony wydarzeniami umysł po prostu się wyłączył. Myśliwy odskoczył od wody, zabełkotał, stracił przytomność, a gdy ją odzyskał, niczego nie pamiętał.

Jeziorko dało się ominąć bokiem, dzięki czemu Badacze dotarli do rozwidlenia. Pierwszy korytarz był pusty, lecz bohaterowie znaleźli w nim dziwaczne laboratorium alchemiczno-medyczne sprzed 200-300 lat i kilka ksiąg, w których ryciny ukazywały ogrom bezeceństw i okrucieństw dokonywanych ponoć w imię nauki. Ta odnoga kończyła się zawaliskiem, zza którego można było usłyszeć przybój morza. Prawdopodobnie po odrzuceniu kamieni wyszłoby się w okolicach klifu.

Druga odnoga była zamieszkana przez kolejnego potwora. Badacze wpierw usłyszeli czyjś charczący głos, który pytał, kiedy przybędzie jego panienka Adelaida, a potem oczom bohaterów ukazał się wielki żywy trup, który z okrzykiem pełnym złości rzucił się na bohaterów.

Tym razem Varney nie czekał. Dwa strzały ze strzelby i zombie padło prawdziwie bez życia. Nieco dalej Badacze znaleźli salę tortur, a kilkaset metrów w głąb korytarza znajomą ścianę. Jako że wcześniej Ponsonby i Boyle zaopatrzyli się w kilof i młot znaleziony w korytarzu, to przebicie się przez ścianę nie było problemem. Po przejściu przez wykutą dziurę bohaterowie znaleźli się w krypcie.

Sesję zakończyliśmy, nie chcąc iść na pałę do dworu i dać się zeżreć Eleonorze czy jak tam naprawdę na imię ma ów opasły potwór.

Po kolejnym głupim tekście.

Damian: Co ty tam znowu piszesz?

Ja: Dowiesz się z bloga!

UWAGI:

1. Mimo że nie udało się skończyć sesji, bawiłem się lepiej niż za pierwszym razem. Kolacja i sceny po niej były chyba najfajniej zagrane.

Reklamy

komentarze 2

  1. ‚Schodzisz po zawale’ wycisnęło ze mnie łzy śmiechu. Boże, aż się bardziej spociłem 😀

  2. […] Pies, Gajowy i Łapiduch kontratakują – raport z sesji ZC Posted on 23 Wrzesień, 2010 by smartfox Wreszcie udało nam się spotkać w naszym małym cthulhowatym składzie i dokończyć przygodę w Greenville AD 1850. Dwa pierwsze raporty tutaj i tutaj. […]

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s