Pies, Gajowy i Łapiduch kontratakują – raport z sesji ZC

Wreszcie udało nam się spotkać w naszym małym cthulhowatym składzie i dokończyć przygodę w Greenville AD 1850. Dwa pierwsze raporty tutaj i tutaj.

Strażnik Tajemnic – Madzia, nieoceniona, przerażająca emanacja samego Nyarlathotepa

Gracze:

Wilbur Varney – Damian, wielki, biały myśliwy, który przybył do Greenvill w poszukiwaniu zaginionego brata. TEN ZRĘCZNY.

Eugene Ponsonby – Jaro, młody i ponoć utalentowany policjant posługujący się niebanalnymi i nowoczesnymi metodami śledczymi. TEN BRZYDKI.

Arthur Boyle – Ja, też młody, niziutki, korpulentny lekarz z prowincji, racjonalny i raczej niewierzący w siły nadprzyrodzone. TEN PRZYSTOJNY.

Po eksploracji podziemi zdecydowaliśmy się powrócić do dworu Profesora (i zarazem szpitala psychiatrycznego), po drodze zabrawszy z podziemi solidne zapasy znalezionego w beczkach prochu, które w „kiełbaskach” zrobionych z rękawów (okaże się to kluczowe w finale). Już na miejscu okazało się, że zniknęła cała służba. Korzystając z okazji, Eugene i ja włamaliśmy się do pokoju lady Eleonory. W tym czasie Wilbur zagadywał spotkaną Lady Victorię, by nie złapała nas na gorącym uczynku.

Pokój Lady Eleonory okazał się w rzeczywistości być czymś zupełnie innym niż buduar wysoko urodzonej damy, który odwiedziłem dzień wcześniej. Miast ciężkich kotar w oknach wisiały krwawe strzępy ludzkiej skóry, Łóżko było groteskową konstrukcją z kości i mięsa, wszędzie unosił się trupi, zgniły zaduch. Oczywiście odbiło się to na naszym, już i tak nadszarpniętym, zdrowiu psychicznym.

Po kolejnym nieudanym teście na Poczytalność Wilbura.

Boyle: Biorąc pod uwagę jego permanentny dupościsk, ze strachu teraz srał makaronem.

Spotkanie Wilbura z Victorią skończyło się jak ostatnio, bowiem nasz myśliwy wylądował w łóżku z żoną profesora Cravena.

Już po powrocie Wilbura sprawdziliśmy jeszcze pokój naszego gospodarza. Jak się okazało, profesor został porwany prosto z łóżka. Co prawda niektórzy wierzyli, że Craven po prostu poszedł na spacer lub do pacjentów (nasz naiwny Wilbur), ale prawda była dużo bardziej nieprzyjemna.

Po odpoczynku (przypominam, ze od doby nie spaliśmy praktycznie) okazało się, że zostaliśmy już sami w domu profesora, a z prawego skrzydła dochodzą dzikie wrzaski i śpiewy, tak jakby przetrzymywani tam wariaci po raz kolejny oszaleli.

Poranne przebudzenie, w szpitalu dzieje się coś niedobrego. Dżentelmeni szykują się do akcji.

Boyle: Tylko narzucę szlafrok…

Varney: Tylko narzucę sztucer…

Ponsonby: … i kiełbaski!

Czym prędzej udaliśmy się do szpitala, w którym ktoś pootwierał wszystkie cele z szaleńcami. Mimo problemów udało nam się dotrzeć do krańca korytarza. Na ścianie wisiał roznegliżowany, pokrwawiony profesor Craven, a przed nim jego zona – lady Victoria, zabierająca się za jakiś krwawy rytuał. W walce, która się wywiązała, udało nam się pokonać opętaną przez złowrogą Eleonorę kobietę i kierowanych przez nią szaleńców (m.in. mężczyznę, który czuł, że jest psem). Profesor, uwolniony z więzów, przeżył, ale był bardzo osłabiony. Przy Victorii i innym z szaleńców znaleźliśmy notatki mówiące o tym ,że za wszystkim stoi Eleonora tzw. Macabra przywołana prawdopodobnie przez Victorię.

Postępującą apokalipsę oznajmiły dzwony dobiegające z Greenville. Czym prędzej udaliśmy się do miasteczka, tocząc po drodze walki z latającymi bestiami Eleonory. Sztucer Wilbura, pistolet Eugene’a czy też mój (a raczej pożyczony od Varneya) Colt skutecznie powstrzymywały bestie. Wreszcie Wilbur odgonił je jedną z posiadanych bomb prochowych.

Eleonorę znaleźliśmy przy ruinach posiadłości i kościoła. Była już w pełni sobą, wielkie cielsko wyjątkowo otyłej kobiety, trzy pary oczu, czerwone, ohydne usta. Wykręcona parodia dawnej, przepięknej damy, którą poznaliśmy w domu profesora. Potworność zaatakowała nas ostrym jak brzytwa sierpem dzierżonym w długiej macce. My mieliśmy proch… i inkantacje znalezione przy szaleńcu.

Po romansie z żoną profesora Cravena Wilbur bez wyrzutów sumienia przeszukuje osobiste rzeczy naszego gospodarza.

Boyle: Dymasz mu żonę i przeglądasz majtki. Jesteś toksycznym przyjacielem.

Pierwsza z nich wygłoszona przeze mnie co prawda zdezorientowała potworność, lecz nie uczyniła jej krzywdy. Toteż sięgnąłem po drugie zaklęcie, przeklęty urok pozwalający wyrwać ofierze z piersi serce. Z każda kolejną inkantacją zapadałem w otchłań szaleństwa, lecz czułem, jak na mej dłoni materializuje się zgniłofioletowe serce. W tym czasie Wilbur i Eugene toczyli desperacką walkę. Choć poważnie ranili Macabrę improwizowanymi bombami prochowymi (czyli prochowymi „kiełbaskami” z doczepionym lontem:)), to za każdym razem ostry sierp znajdował drogę do ich piersi i wydzierał z nich życie.

Ostatnie, co zapamiętałem to leżące bez życia ciała przyjaciół, krzyk agonii Macabry i wielkie serce, które ostatecznie wydarło się jej z piersi i trafiło do mej dłoni. Wpadłszy w otchłań szaleństwa, wbiłem w nie swoje zęby…

UWAGI:

1.  Prawdziwa groza Mitów: dwie postacie nie żyją, jedna całkiem oszalała.

2. Czekam na kolejną odsłonę ZC.

Reklamy

komentarzy 5

  1. to jest zc

  2. Noo… koniec raportu to Ci nieźle wyszedł.. ;D Horrorowato, jak miało być…

    Przy okazji chciałabym podziękować wszystkim za grę i dobrą zabawę. :]

  3. Szaleństwo i ofiary, mroczni, bluźnierczy (obowiązkowo) i źli przedwieczni… Jak zawsze czekamy na więcej.

  4. @ Madzia
    Dziękuj! DZIĘKUJ!

    No końcówka odpowiednio szalona była 🙂

    @ Jaro
    Pewnie, znowu będziesz chciał się poszwendać!:)

  5. dziekuje. gra warta swieczki i poswiecenia. poswiecenia naszych dusz. ha ha haha

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s