Wyprawa z maską Ach Puch

Raport z przygody zapowiadanej wcześniej jako „Wyprawa profesora Mossberga”.

MG: TOHO

Gracze:

Ksenia Drohomirecka (Madzia) – wojownicza Polka, prawdziwa laska operująca laskami dynamitu. Lubująca się w luksusie femme fatale (w wersji polskiej: kobieta pechowa:))

Virginia Dare (Maro) – poszukiwaczka przygód i skarbów, beznadziejnie zakochana w Bucku, jednak równie uparta i wredna co on, co za bardzo nie sprzyja romansowi. Taki prototyp Lary Croft (biust lepszy, gorsza spluwa).

Kator (Damian) – Chłopiec-goryl, kilkunastolatek wychowany w dżungli przez małpy, z tego względu dość niekumaty. Niesamowicie przywiązany do swej dzidy i łuku.

Miguel Pedro Eduardo Fernandez (Pablo) – dociekliwy naukowiec, badacz i archeolog.

Buck Savage (Ja) – Poszukiwacz przygód i skarbów. Wredny i cyniczny tym z któregoś z południowych stanów Ju-Es-Ej. Zakochany w Virginii, czego oczywiście głośno nie powie, bo przecież trzeba dbać o „maczo-imidż”. Operator tommyguna.

Nowy Orlean, połowa lat trzydziestych, na uniwersytecie odbywa się spotkanie z profesorem Mossbergiem, w którym także biorą udział bohaterowie. Profesor zapoznaje ich z historią azteckiego boga Ach Pucha, wykopaliskami w Meksyku oraz odkryciami, które mogą wskazać drogą do kompleksu świątynnego Azteków. Rzecz jasno jako prawdziwi bohaterowie podjęliśmy się tego zadania, choć jak się okazało bez profesora Mossberga, który ze względu na stan zdrowia musiał pozostać w Luizjanie.

Nockę spędziliśmy na szwendactwie po jazzujących knajpkach, pochlaliśmy dobrej whisky i zmorzeni padliśmy na pysk w hotelu. Rankiem rzecz jasna nie było absolutnie żadnego problemu z powstaniem. Mityczne schorzenie bohaterów, kac, nie miał prawa nas dopaść, zwłaszcza, że trzeba było się zbierać. W porcie czekał na nas hydroplan, który w ciągu kilku godzin miał nas przetransportować do Meksyku. W samolocie oczywiście od razu Virginia zaczęła się przystawiać do pilotów, zdradliwa … Ale co tam, podróż przespałem na skrzyniach, choć pewne akrobacje mocno mną w pewnej chwili potrząsnęły. Przypuszczam, że to robota Virginii.

Podróż przebiegła bez zakłóceń, wylądowaliśmy przy nabrzeżu pewnej meksykańskiej mieściny, wyładowaliśmy sprzęt i wynajęliśmy rozklekotany samochód, który miał nas dowieść do celu. Co ciekawe na nabrzeżu przykolegował się do nas jakiś meks, który zanadto przyglądał się naszemu ekwipunkowi. Co prawda śledziliśmy tubylca, ale nie zachowywał się nijak podejrzanie.

Kilka godzin później dotarliśmy do celu, niewielkiego miasteczka, w którym profesor Angulon wystawiał eksponaty, jakie odnalazł wraz z Mossbergiem podczas wykopalisk. To właśnie na wystawie znajdować się miała maska Ach Pucha, która miała wedle profesora Mossberga zawierać informacje wskazujące drogę do świątyni.

W miasteczku rozładowaliśmy ekwipunek i zajęliśmy pokoje w hotelu, a że był już wieczór, a na parterze znajdowało się kasyno, to padła decyzja, by się zabawić. Ksenia porozmawiała z miejscowymi, ja trochę pograłem w karty, lecz największa przygoda spotkała Virginię. Rozpoznała ona w jednym z tubylców tego samego meksa, który przyglądał się nam na nabrzeżu. Niewiele myśląc (dość typowe dla niej:)), uwiodła biednego Pedra (bo tak się zwał ów mieszkaniec zapyziałego Mexico Village) i zaprowadziła na pięterko. A tam odpaliła taki show (striptease, polewanie tequili po nodze wprost do ust ogłupiałego Pedra etc.), iż jej wybranek, napalony, nie dostrzegł niebezpiecznych błysków w oczach Virginii. Dość rzec, że skopała go jak psa, zlała jak dzieciaka, a potem związała i zabrała się za przesłuchanie. Facet wciąż twierdził, że przez przypadek się zaplątał w te okolice i w żadnym razie nas nie śledzi. Niestety wypuszczony przez Virginię, sprowadził do kasyna tuzin gliniarzy i nasza towarzyszka nockę spędziła w areszcie. Ksenia co prawda chciała za sprawą swoich „wybuchowych świeczek” uwolnić koleżankę, lecz skończyło się szczęśliwie tylko na propozycjach. Rankiem interwencja konsula zmusiła miejscowe władze do uwolnienia Virginii.

Śledztwo rozpoczęliśmy od zwiedzenia wystawy profesora Angulona. Profesor okazał się miłym facetem, który chętnie zgodził się na zbadanie maski Ach Pucha – pięknego artefaktu ze złota i jadeitu, którą umieszczono w zwykłej gablocie na wystawie. Byle tylko zrobić to wieczorem, po zamknięciu wystawy.

Na wszelki wypadek zostawiliśmy przy masce Katora i udaliśmy się na zakupy (konkretnie broni) do jednego z miejscowych „biznesmenów”. Po marszu w spiekocie i pyle odnaleźliśmy „sklep” i po nabyciu obrzyna oraz niewielkiego, lecz skutecznego pistoletu systemu Bergmanna, wróciliśmy do profesora.

Kator sprawił co nieco problemów, jak to przystało na dzikusa, ale Angulon był dość tolerancyjny i wybaczył chłopcu-gorylowi jego zachowanie. Maskaopuściła gablotę i znalazła się w rękach Kseni, która nagle doświadczyła dziwnej wizji. Dla nas to wyglądało jakby na długi kwadrans zamarła w bezruchu, obserwując niewidzącymi oczyma jakieś niepojęte krajobrazy.

Ocknąwszy się, Polka opowiedziała nam o swojej duchowej podróży. Stała się ponoć bezcielesnym ptakiem, który przemierzał niebiosa ponad Meksykiem kilkaset lat temu. Podróżował wzdłuż rzeki, by w końcu dotrzeć do imponującej świątyni azteckiej – naszego celu.

Do wieczora zajęliśmy się organizacją statku, który miał nas zawieźć w górę rzeki. Nim jednak wyruszyliśmy, okazało się, że ktoś faktycznie też ostrzy sobie zęby na skarby skryte w azteckiej budowli. Ów ktoś skradł maskę z muzeum Angulona. Szczęśliwie udało nam się odkryć ślady, które doprowadziły nas do opuszczonego i częściowo zawalonego budynku na skraju miasteczka. Błyskawiczna akcja sprawiła, że złodziej maski, nieznany nam Meksykanin, nie zdołał uciec. Choć stawił opór, siejąc pestkami z hiszpańskiego peema, to oberwał z łuku od Katora, a potem dwie kule z mojego wiernego Colta, co go ostatecznie położyło. Żył jeszcze, kiedy za przesłuchanie zabrała się Ksenia. Niestety krewka Polka tylko pogorszyła stan zdrowia naszego jeńca, który ostatecznie nie wyjawił nam, dla kogo pracował.

Nasz środek transportu okazał się płaskodenną łodzią z napędem parowym, napędzaną tylnym kołem. Poza kapitanem na pokładzie znajdowało się jeszcze dwu metysów i dwu czarnych. Ci ostatni, palacze, praktycznie nie wychodzili spod pokładu.

Nasz tylnokołowiec wesoło podróżował sobie rzeką z gigantyczną prędkością 7 km/h, Ksenia opalała się na dachu nadbudówki, ja spałem na rozklekotanym krześle, nasunąwszy wcześniej fedorę na nos. Virginia pindrzyła się do kapitana i metysów, Katopr szukał problemów na brzegu,  a Miguel gapił się wkoło. W sumie nic nowego. Z marazmu nie wydobyło mnie nawet ostrzelanie Katora przez jakichś tubylców z dmuchawkami.

Pierwsza i ostatnia przeszkoda przed odnalezieniem świątyni spotkała nas na dzień przed dotarciem do celu. Oto na rzec za nami ujrzeliśmy obcy statek, który wytrwale ścigał nas z imponującymi 15 km/h. Na pokładzie intruza znajdował się tuzin najemników ze strzelbami, obrzynami i pistoletami, a nadbudówkę zdobił wielki, grubonosy Maxim, za którego płytą krył się strzelec. Zdecydowanie obcy nie mieli dobrych zamiarów.

Nim wróg zbliżył się na wystarczającą odległość do ostrzału, udało nam się ufortyfikować rufę naszego stateczku, toteż choć cekaemista zaczął grzać do nas z całych sił, kule nieszkodliwie wbijały się w improwizowaną barykadę lub wesoło gwizdały nam ponad głowami. Kiedy oba statki znalazły się w dystansie kilkudziesięciu metrów, wdałem się w pojedynek z cekaemem, prując w jego kierunku długimi seriami z tommyguna. Wreszcie udało się kilkoma kulami przestrzelić pierś strzelca i kaem umilkł. Co ciekawe obcy stracili animusz do walki, zastopowali maszyny i w ten sposób skończyła się nasza walka z nieznanymi nam piratami, wśród których rozpoznaliśmy Pedra – „przyjaciela” Virginii.

Wreszcie dotarliśmy do celu. Kapitan wysadził nas na brzeg i pożegnał. Kilka godzin marszu przez dżunglę i znaleźliśmy się na miejscu. Wielka aztecka, schodkowa piramida wznosiła się wysoko ponad naszymi głowami. Co ciekawe nie byliśmy sami. Znani nam już najemnicy dowodzeni przez nieznanego nam białego właśnie wchodzili do budowli. Nam udało się odnaleźć (dzięki wizjom Kseni) inne wejście i pognaliśmy chłodnym, mrocznym korytarzem w głąb piramidy. Dzięki Miguelowi i Katorowi ominęliśmy pułapki i bez większych problemów dotarliśmy do wielkiej komory położonej w sercu świątyni.

Najemnicy dotarli tam przed nami. Ich przywódca właśnie szykował się do odprawienia z dziwnej, antycznej księgi jakiegoś rytuału. Ksenia przeszkodziła mu w tym, rzucając kilkoma laskami dynamitu, ja włączyłem się z tommym do walki, podobnie zresztą jak pozostali moi towarzysze. Pandemonium miało dopiero się rozpętać. Za sprawą rytuału (niedokończonego) w centrum komory zmaterializował się wielki szkielet i rzucił się na najemników, kalecząc ich długimi, kościanymi szponami. Przywódca, zaczął cofać się do wyjścia i mimo wysiłków Katora, zbiegł. Jego podkomendni nie mieli tyle szczęścia. Szkielet i ożywione przez niego cztery mumie dawały upust swym krwawym żądzom. Mało tego Ksenia zdziesiątkowała najemników dynamitem, w czym jej dzielnie sekundowałem, siekąc ołowiem kalibru 45 ACP. Szkielet dostrzegł nas i już miał się rzucić, by wydrzeć serca z naszych piersi, ale ponownie technologia przeważyła nad złowrogą magią. Moja dzielna Virginia wypaliła z obrzyna i łeb stwora rozpadł się na kawałki (36 obrażeń :)), a chwilę potem mumie rozpadły się w pył.

Już mieliśmy się zaopiekować różnymi suwenirami (złota w komorze nie brakowało:)), gdy zatrzęsła się ziemia. Świątynia zadrżała w posadach, strop zaczął pękać. Rzuciliśmy się do ucieczki w głąb niezbadanych korytarzy. Za nami waliły się z hukiem głazy, zapadały się kolejne poziomy piramidy. Choć ocaleliśmy znaleźliśmy się w nieznanych nam podziemiach. Wiele godzin wędrówki później udało się nam wyjść na powierzchnię gdzieś w środku dżungli.

To nie był jednak koniec naszych perypetii. Po jakimś czasie usłyszeliśmy jakieś wrzaski. Po krótkim biegu dotarliśmy do polany, na której ujrzeliśmy odziane w pancerz i uzbrojone małpoludy (rodem z „Planety małp”), które zmuszały do posłuszeństwa tubylców przypominających starożytnych Azteków. Po krótkiej walce, gdy wszystkie małpoludy legły pokonane, dowiedzieliśmy się od miejscowych, że małpoludy służą jakimś „onym” (władcom?) Chwilę potem mieliśmy zresztą okazjępodziwiać technikę „onych” w akcji. Wpierw rozległ się jakiś opętańczy marsz rodem z Europy, a potem, łamiąc na swej drodze drzewa, spoza ściany lasu wyjechał największy czołg, jaki kiedykolwiek widzieliśmy. Wielki niczym góra. No dobra, pagórek, ale spory. Oczywiście nikt nie myślał o ataku (no chyba poza Ksenią, ale wiecie, od wybuchów dynamitu to się w głowie kiełbasi), chowaliśmy się za zwalone drzewo i poczekaliśmy aż wielki wehikuł zniknie w dżungli.

Tubylcy zaprowadzili nas do swojej osady położonej na drzewach, gdzie spotkaliśmy się z ich wodzem. Od niego dowiedzieliśmy się, że obcy przybyli wiele pokoleń wcześniej, wyganiając miejscowych z ich miast. Potme opowiedział nam pokrótce historię swej krainy, z której pierwotnie wywnioskowaliśmy, iż jakimś cudem przenieśliśmy się w przyszłość, do naszego świata spustoszonego przez jakiś kataklizm. Dopiero kilka faktów udowodniło nam, jak bardzo się myliliśmy.

Oto tu wiecznie panował dzień, słońce się nie poruszało po nieboskłonie, a ziemia się wznosiła miast opadać.

Znaleźliśmy się w mitycznej Pustej Ziemi!

Na tym odkryciu zakończyliśmy sesję.

UWAGI:

1. Kurcze, tekstów z sesji brak, bo gdzieś przesiałem kartkę z nimi. Madziu rzuć okiem, czy u Ciebie nie została po sesji.

2. Maro dzięki za interakcję Virginia – Buck. Już teraz wiem, iż nawet jak gralibyśmy w „Winnie the Pooh RPG”, to i tak wyszła by sesja „od lat 18” :D.

Reklamy

Komentarzy 5

  1. Przygoda bardzo podobna do Oko Kilquato. to przeróbka?

  2. teraz to sie dopiero zacznie. czekam na kontynuacje.

  3. @ Paladyn
    Nie wiem. Musiałby się nasz MG wypowiedzieć. Część postaci z Oka Kilquato faktycznie była.

  4. @ Paladyn
    Postacie, jak to wspomniał Snartfox, częściowo pochodziły z Oko Kilquato. Natomiast sama przygoda była inspirowana zupełnie czymś innym :). Póki co nie zdradzę czym, ponieważ mam nadzieję niedługo poprowadzić jej zakończenie.

  5. Mi przygoda niestety nieprzypadła do gustu. Lubie oblicze Marcina gracza i kompana do … różnych wydarzeń 😉 ale sposób prowadzenia mi się nie podoba. Odpadam wiec z kontynuacji… jako gracz. Jako widz wpadnę 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s