Conan BRP odc. 10 – w pogoni za rubinową czaszką

Aegea (Madzia) – argosańska piratka pozbawiona okrętu i chwackiej załogi, w chwili obecnej zbiera na statek.

Ronja (Ata) – hyperborejska prostytutka porwana przez Thora, poza tym kartograf drużyny.

Sekcja karków:

Gerardo Suarez (Jaro) – herbowa śmierć w tabardzie. Poitaiński, zubożały rycerz, posiadacz czarnoskórego niewolnika o imieniu Umba, potwornego nieudacznika z Kush czy Zembabwei.

Korgoth (Maro) – barbarzyńca cymmeryjski, góra mięśni zakończona mieczem dwuręcznym (lub takowym toporem)

Thorr  (Grzegorz) – aesirski kolos z wielką pawężą i obitą stalą wekierą.

I złowróżbna reszta:

Guri Aziz (Damian) – hyrkański nomad i pogranicznik, łucznik i mistrz konnej jazdy.

Zhuge Liang (Pablo) – khitajski czarownik specjalizujący się w tumanach, wydmach i plaży.

Po śmierci Valerii i feralnym starciu z demonem-czarownikiem herosi umknęli z podkulonymi ogonami do Coyagi, gdzie po raz trzeci przystało im spędzić ponad miesiąc, liżąc rany, szkoląc się, ćwicząc i ogólnie marnując ciężko zarobione luny. W tym też czasie do ekipy przyłączyła się Aegea, argosańska bukanierka, która utraciła statek i teraz szukała podobnej jak ona bandy nieudaczników, w towarzystwie których mogłaby się dorobić. Znalazła, mało tego przyniosła wieści o dziwnej rubinowej czaszce (a jak!:)), w zniknięcie której zamieszany był kupiec i płatnerz Gandavus ze Scandagi. Jako że z Gandavusem BG mieli na pieńku (to on ich wrobił w kradzież figurki Czarnej Derketo), chętnie podjęli się zadania wytropienia zarówno czaszki jak i pokarania chciwego płatnerza ze Scandagi.

Krótko po spotkaniu opuścili miasto. Ba! Nie obyło się jednak bez eskapady, brawurowej ucieczki, a potem powrotu do miasta po kompana, który wpadł w łapska żołdaków z Coyagi.

Ale po kolei.

Kiedy drużyna spędzała kolejny wieczór w karczmie, omawiając szczegóły nadchodzącej wyprawy, a Guri (jak to Guri, hyrkański brat wolności, syn wiatru i ojciec głupoty) samotnie szwendał się po najgorszych zakamarkach Scandagi, w coyagańskim garnizonie zapadła decyzja o aresztowaniu i przesłuchaniu Ronji. Hyperborejka bowiem dzień lub dwa wcześniej wygadała się, że była ostatnią osobą, która widziała kupca zamordowanego przez demona-czarownika [patrz poprzedni raport]. Herosi kończyli już dyskusję, gdy do karczmy weszła szóstka Gunderów w kolczugach i uzbrojonych w krótkie, szerokie miecze ciężkiej piechoty. Przewodził im pobliźniony dziesiętnik, wiarus dziesiątek walk na pograniczu. Wojacy podeszli do drużyny i zażądali, by Ronja udała się wraz z nimi. To sprowokowało Thorra do zażartej, emocjonalnej i serdecznej obrony towarzyszki. Padły niełatwe i bolesne słowa, padły groźby i ostentacyjne wyrazy niechęci, wreszcie dobyto broni. Wydawało się, że krew obficie poleje się na drewnianą podłogę karczmy, ale wtedy z kolei uaktywnili się pozostali intelektualiści drużyny. Gerardo i Korgoth oderwali ciężki stół od desek podłogi i rzucili nim w żołnierzy. Kilku przewróciło się, dwu stół przewrócił, a BG jak na komendę wyrwali z karczmy i rzucili się do ucieczki. Jako że Coyaga żadną tam metropolią nie jest, to do bramy, gdzie byś nie był, zawsze masz blisko. Blisko, ale to nie znaczy, że łatwo. Wąskie uliczki osady były zatłoczone, ludzie, osły, konie, a nawet pojedyncze wielbłądy z egzotycznych karawan utrudniały przebicie się na wolność. Kupcy, przekupnie, osadnicy wydzierali się wniebogłosy, zwierzęta rżały, wyły, szczekały, kwiczały, … a bohaterowie konsekwentnie darli naprzód aż się za nimi kurzyło. Podobnie wściekli żołnierze.

Przy samej bramie doszło do niewielkiego starcia na pięści, bowiem BG nie chcieli przelewać krwi heroicznych obrońców pogranicza (i słusznie). Aegea odtrąciła jednego ze strażników, który pechowo wysypał z pobliskiego kosza gorejące węgle i poparzył kompanów. Korgoth spłoszył wóz z koniem i zatrzymał pościg. Wreszcie wszyscy przebiegli przez bramę i zaszyli się w leśnej gęstwinie pobliskiej puszczy.

Wszyscy? Ależ nie!

Guri spacerował po Coyadze. Ot, zamierzał zebrać informacje a to w sprawie zaginionych kupców, a to dziwnego demona, a to wreszcie innych spraw. Mało brakowało a zebrałby co najwyżej wpierdol. Coyaga, jak wspominałem, jest mała. Siłą rzeczy nie ma osobnej dzielnicy slumsowej, w zasadzie tylko jeden stosunkowo niewielki zakątek na północno-wschodnim krańców miast. Kwartał ruder i szop. Oczywiście przez przypadek tam wlazł nasz bohaterski Hyrkańczyk. Dla miejscowych oprychów musiał wydawać się nie lada kąskiem. Jakie było zdziwienie napastników, kiedy syn stepów umiejętnie obił i ciężko ranił trzech z nich, pozostałych zmuszając do ucieczki.

Zadowolony Guri, pewny siebie, raźny, ostatecznie skierował się z powrotem w stronę karczmy. A tu zdziwienie. Kompanów nie ma, stół wyrwany z podłogi, ludzie jacyś cisi. Co mógł sobie pomyśleć mistrz łuku i dowcipu? Cytuję: „Znowu pochlali?!”

„Taaak, pochlali” usłużnie odpowiedział karczmarz, a potem poinformował, że drużyna obecnie miło chrapie w jednej z komnat na piętrze. Tam też zaprowadził Guriego. I tu kolejne zaskoczenie. Pokój okazał się pusty, a karczmarz niekoniecznie miło nastawiony. Wsparty autorytetem dwu solidnie zbudowanych ochroniarzy, zażądał, by Hyrkańczyk wlazł do pokoju i tam czekał na przybycie żołnierzy aquilońskich, bowiem jest o coś oskarżony(a może tylko podejrzany?)

Guri posłusznie wszedł, usiadł i poczekał. Nieważne, że okno było wielkie, a na dole żadnego strażnika. Nieważne, że karczmarz w żaden sposób nie udowodnił swoich słów, jakoby pozostali BG zostali już aresztowani. Guri po prostu siedział. Nie myślał o ucieczce i tak doczekał przybycia patrolu wojskowego. Związany, obity i zakneblowany trafił do garnizony, gdzie błyskawicznie przywiązano go do stołu w katowni  pokoju przesłuchań i zaczęto z werwą i zaangażowaniem bić i kaleczyć, by wymusić określone zeznania (Guri winien, Ronja winna… i inne takie).

Po kilku godzinach BG zaczęli się niepokoić o Hyrkańczyka, dopiero dzielny Wyrwiflak – pies Guriego, zwrócił ich uwagę. Skamląc i popiskując to podbiegał w stronę miasta, to wracał po herosów. Drużyna z chóralnym westchnieniem, obrzucając wszelkimi „k”, „” i „ch” Guriego, powlokła się do Coyagi, wlazła przez rurę spustową i, niemiłosiernie cuchnąc, dotarła do faktorii Zarraneo. Zaprzyjaźniony kupiec dowiedział się przez swoje kontakty, co się stało z Gurim. Początkowo BG myśleli o zbrojnym odbiciu gamoniowatego nomada, jednak ostatecznie rozsądek przeważył. Za pośrednictwem Zarraneo przekupili żołnierzy i uwolnili Hyrkańczyka. Guri był cały (mniej więcej, bo solidnie obity), ale łącznie 700 złotych lun poszło się cmokać w tyłek.

Wreszcie herosi opuścili Coyagę i dotarli do Verrilun, niewielkiej osady położonej kilka kilometrów od miasta. Typowa osada służebna dostarczająca żywność miasteczku, była położona w głębi puszczy. Drzewa podchodziły pod samą palisadę, a sam las był niezwykle gęsty, mroczny i nieprzenikniony.

Bohaterów przywitał Quintus (nazywany Grotem), starszy wioskowy, a niegdyś setnik gunderski, pamiętający zagładę Venarium. Widząc Korgotha, zażądał pozostawienia broni na czas pobytu w wiosce. Thorr się postawił, próbował negocjować, tak skutecznie (krytyczny pech), że Grot i jemu zechciał odebrać broń. Tak oto cała grupa przemaszerowała przez wioskę (rozpytując w niej o jednego z kupców, który prawdopodobnie uciekł z Coyagi, jak tylko ujawnił się demon-czarownik, biorąc ze sobą czaszkę), a Thorr wokół niej, przedzierając się z mozołem przez zarośla i krzewy. Jeszcze tego samego dnia, wieczorem ekipa spotkała kuriera, który pomylił Gerarda z renegatem poitaińskim dowodzącym najemnym rycerstwem z doborowej Wolnej Kompanii Teodoryka. W wyniku pomyłki Gerardo wziął listy przeznaczone dla kogo innego, a kurier jeszcze poinformował, że Teodoryk jest wściekły, bo nie zaginął kupiec, z którym miał się spotkać.

Tego samego ekipa dotarła do Rzeki Gromu oraz opuszczonej wieży strażniczej, masywnej i wysokiej budowli obronnej. Okazała się być ona gniazdem ożywionych szkieletów, zapewne dawnych żołnierzy obsadzających budowlę. Walka była krótka i zażarta, ale nie sprawiła większej trudności herosom.

Korzystając ze schronienia (towarzyszący wędrowcom od Coyagi deszcze zaczął się nasilać), przenocowali, by rankiem ruszyć dalej. Kilka godzin później dotarli do miejsca po obozowisku Kompanii Teodoryka. Tam tez znaleźli dwu powieszonych najemników i trzeciego, który ze związanymi rękoma i pętlą na szyi stał na chybotliwym kawałku drewna. Oskarżony o kradzież przez oficera z Kompani został skazany na karę śmierci. Choć Gerard i Korgoth nie chcieli go uwolnić, a Cymmeryjczyk nawet próbował go powiesić, pozostali uwolnili najemnika, a ten odwdzięczył się informacjami o zaginionym kupcu.

Reklamy

komentarze 2

  1. Czy wiadomo co się dzieje z szanownym autorem bloga? Nie ma co czytać przy porannej kawie… 😉

  2. Te, Fan, prowokator:). IP się wyświetla :).

    Od kilku dni się biorę za wpis i mizeria zupełna. Mam nadzieję, że dziś jeden wpadnie, a jutro drugi.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s