Defenders of San Antonio de Béxar [raport gościnny]

Ani nie prowadziłem poniższej sesji, ani w nią nie grałem. Szczególnie nad tym drugim ubolewam.

MG był Grzegorz, z którym od dłuższego czasu mailowo dyskutuję o RPG i nie tylko. O ile tylko jest czas :). Zapraszam do przeczytania, jak potoczyły się losy San Antonio de Bexar, które pewnie większość zna pod zupełnie inną nazwą.

Oddaję mikrofon, pióro, głos przestrzeń blogową Grzegorzowi. Sesja na mechanice BRP.

„Niech każdy, kto umie strzelać, przybędzie do Teksasu

z jak najlepszą strzelbą i setką sztuk amunicji”

Samuel Houston, Prezydent Republiki Teksas

Bohaterowie

Marquis Jean Sebastian de Fointainblauch (Karol) – dowódca grupy, bardzo pewny siebie. Dobry jeździec, dobry strzelec, dobry szermierz. Wspaniałe te umiejętności nikną w porównaniu z wysokością jego ego. Miał wredny zwyczaj przekształcania imion członków grupy na francuską modłę.

Rącza Łapa (Kuba) – dzielny tropiciel, Indianin, oczy i uszy oddziału. Kuba tłumaczył, że imię bohatera ma związek z jego niesamowitą zwinnością i szybkością uderzenia pięścią, ale my i tak wiedzieliśmy, że to regularnie uprawiany samogwałt spowodował, że plemię nadało mu właśnie takie imię…

Rhod Ragnar (Romek) potomek Skandynawów, prawdziwy Wiking na dzikim Zachodzie; dość słaby fizycznie, ale zwinny i wytrzymały, kilkukrotnie nawiązywał w swoich tekstach do Rangerów z Teksasu i jakiegoś Chucka Norrisa.

John Goodman (Piotrek) nieśmiały chłopak z bogatego domu z południa Stanów; ojciec zmusił go do wstąpienia do armii, bo wiadomo nie od dzisiaj, że wojsko kształtuje charaktery a wojna jest jedyną prawdziwie męską przygodą; zwinny i sprytny.

Mapa teatru działa bohaterów

Rozgrywka

Przygoda rozpoczęła się od odprawy wojskowej z generałem Duncanem Lamontem Clinchem, który przedstawił drużynie zarys obecnej sytuacji politycznej Teksasu w szerszym kontekście trudności USA i Meksyku oraz wyznaczył zadania do realizacji.

Generał opowiedział, że Coalucila y Tejas – kraina nazywana przez Amerykanów Teksasem – to ziemie należące do Meksyku, który raptem kilkanaście lat wcześniej uzyskał niepodległość od Hiszpanii. Ziemie żyzne i prawie niezamieszkane. Rdzenni Teksańczycy, nazywani z hiszpańska Tejanos, to zaledwie około 4000 ludzi. Natomiast w ostatnich latach miał miejsce wielki napływ ludności amerykańskiej. W roku 1834 Teksas liczył sobie już 20000 mieszkańców, a w roku 1936 (obecnie) 35000, mimo zakazu kolonizacji wydanego przez meksykańskiego prezydenta-generała Santa Anę.

Zakaz ciągle łamano i do Teksasu przybywali kolejni osadnicy. Dodatkowo amerykańskim kolonistom przestała wystarczać duża autonomia, którą się cieszyli. Sytuacja zrobiła się nerwowa, padły głosy o oderwaniu Teksasu od Meksyku. W tych warunkach w roku 1835 do Teksasu wkroczył meksykański dowódca, Martin Perfecto de Cos, zięć prezydenta Meksyku, prowadząc z sobą 800 żołnierzy, w tym kawalerię. Po początkowych sukcesach jego wojska zostały przez wojowniczych osadników pokonane i wyparte.

Gubernator Teksasu, Samuel Houston wydał orędzie o utworzeniu oddzielnego bytu państwowego i został wybrany pierwszym prezydentem, miały miejsce słynne mityngi teksańskie, sytuacja z Meksykiem wciąż jest trudna. Niektórzy przewidują kolejny konflikt zbrojny. Większość nie sądzi, żeby miało do tego dojść.

Widok na klasztor w San Antonio.

Zadanie, które otrzymała drużyna, było natury ściśle politycznej. Teksas, zbyt mały, by mógł istnieć jako samodzielne państwo, powinien zostać dołączony do USA, jako kolejny stan. Aby zdobyć (czy raczej powiększyć) sympatię Teksańczyków, drużyna miała się udać na teren zbuntowanej meksykańskiej prowincji i zrobić, co będzie w jej mocy, aby swoimi działaniami chronić Teksas przed wpływami meksykańskimi i zachęcić do przyłączenia do USA. W tym celu, oprócz swojego wyposażenia i koni, dostali zaprzężony w szóstkę koni dyliżans, na którym było 50 nowiutkich karabinów z fabryki w Springfield z nowoczesnymi zamkami kapiszonowymi i 300 dolarów w złocie. Najważniejszym jednak atutem bohaterów była ich wiedza wojskowa i patriotyczne nastawienie. Dzięki nim byli w stanie przygotować zbuntowanych Teksańczyków do obrony przed ewentualnym atakiem i podtrzymać ich morale w narastającym konflikcie. Mieli dostarczyć broń i złoto Samuelowi Houstonowi lub któremuś z jego dowódców oraz służyć wszelką pomocą, poradami, szkoleniem.

Żeby dodać jeszcze trochę problemów do i tak trudnego zadania, wszystko należało wykonać dyskretnie. Oczywiście, czterech jeźdźców zaangażowanych politycznie z transportem nowiutkich amerykańskich karabinów jasno wskazuje na to, dla kogo pracują, jednak w miarę możliwości mieli działać dyskretnie, incognito (bez mundurów) i z wyczuciem sytuacji, tak aby nie skompromitować USA.

Plan misji katolickiej w San Antonio.

Dodatkowo generał, mający pełne zaufanie do wypróbowanych, używanych obecnie ładowanych przez lufę jednostrzałowych pistoletów, pełen dystansu do nowoczesnych wynalazków, przekazał im egzemplarz pięciostrzałowego rewolweru (Colt Paterson) do wypróbowania w warunkach bojowych, z prośbą o opinię na temat walorów takiej broni i ewentualnego zastosowania przez armię Stanów Zjednoczonych. Pudełkiem z bronią i akcesoriami do niej z uśmiechem zaopiekował się John Goodman…

Tekas. Dzika, żyzna i piękna kraina. Bohaterowie podróżowali konno, każdy z nich miał wierzchowca a jeden zawsze powoził dyliżansem. Roślinność okazała się bujniejsza, niż sobie wyobrażali. Spotkali małe stado dzikich koni – wymizerowanych, ale wolnych. Ze wzgórza ujrzeli rzekę. Zgodnie z mapą był to rzeka San Antonio, czyli byli niedaleko miasta San Antonio de Bexar, o którym wiedzieli, że gromadzą się tam siły rebeliantów. Ale był już wieczór, postanowili się przygotować do nocy.

Meksykańscy piechociarze.

Po wyprzęgnięciu i rozkulbaczeniu oraz nakarmieniu koni, przygotowaniu małego ogniska, kolacji i chwili odpoczynku bohaterowie zaczęli się rozglądać po okolicy. Zwiad poprowadził Rącza Łapa. W odległości kilkuset metrów odnaleźli dziwną jaskinię, z wejściem obramowanym kamieniami z dziwnymi inskrypcjami. Zawrócili jednak do obozowiska, by przygotować się do noclegu. Dopiero wtedy Ragnar i Goodamn wrócili obejrzeć jaskinię. W środku, zaraz po wejściu w korytarz, odnaleźli rozkładające się zwłoki meksykańskiego chłopa. Nie od razu weszli głębiej w korytarz, dopiero po konsultacji z resztą grupy. Ale w środku niczego specjalnego (czyli wartościowego, co da się dobrze sprzedać) nie znaleźli. Ot – prosty, dość krótki korytarz prowadzący do kamiennej salki, a wewnątrz coś jakby ołtarz i kolejne inskrypcje. I kilka, ale niewiele, napisów na ścianach. Wychodząc przystanęli jeszcze nad trupem, podumali a potem pod wpływem sugestii Ragnara szybko zabezpieczyli nieboszczyka przed powstaniem z martwych jako żywy trup, dekapitując rozkładającego się biedaka.

Obrońcy.

Poranna warta okazała się natomiast hmmm… interesująca. W okolice groty podjechał duży oddział około 50 meksykańskich kawalerzystów! Było z nimi dodatkowo trzech Indian, ale nie wyglądali jak miejscowi Czirokezi – raczej jak azteccy kapłani! Przyprowadzili ze sobą szamocącą się dziewczynę, która wyglądała jak młoda meksykańska wieśniaczka, Indianka.

Bohaterowie nie kusili losu: Fointainblauch i Ragnar przyszykowali konie i powóz do drogi, przegryzając w pośpiechu śniadanie a Rącza Łapa i Goodman podglądali Meksykanów przy jaskini. Niestety, zostali zauważeni. Kawalerzyści oddali kilka strzałów w ich stronę i zaczęli wskakiwać na konie, by ich złapać. Dzielni bohaterowie wpadli do obozu, wskoczyli na własne konie i zaczęli uciekać. Ragnar nie porzucił wozu, mimo że nie za dobrze potrafił nim powozić, tylko usadowił się na koźle i szarpnął lejcami. Ale już pierwsi kawalerzyści już zaczęli się pokazywać wśród drzew i krzewów.

Pościg był dziki, pełen niebezpieczeństw (zaskakująco dobre rzuty Romka na prowadzenie powozu) i pojedynków. Najpierw dwóch przeciwników dopadło Goodmana. John wypróbował wtedy powierzony mu rewolwer. Trudno jest strzelać w galopie, ale możliwość oddania pięciu strzałów pod rząd jest cenna. Paterson spisał się lepiej niż szabla jednego i jednostrzałowy pistolet drugiego z Meksykanów. Jeden przeciwnik spadł z konia ciężko ranny lub martwy a drugi, ranny, widząc co się dzieje, stracił zapał do walki i dał Goodmanowi uciec.

Crockett, Travis, Bowie i nóż Bowiego.

Rącza Łapa dzielnie sobie poczynał. Zjechał na bok, przyczaił się z koniem za krzakami, by ściągać z łuku kolejnych przejeżdżających Meksów i dać tym samym swoim czas na ucieczkę. Pierwszego wręcz zestrzelił z siodła. Wtedy następni ruszyli na niego. Łapa nie miał pięciostrzałowca… W bohaterskiej walce został ciężko ranny w nogę i przewalił się z koniem na glebę. Udało mu się jednak z poświęceniem ciężko zranić natarczywego Meksa, dzięki czemu mógł się wdrapać z powrotem na siodło, odskoczyć od pościgu i próbować dołączyć do reszty drużyny.

Na nic jednak by się zdała ta odwaga, poświęceni i dobre rzuty, gdyby nie udało się dotrzeć do San Antonio. Tymczasem przed bohaterami ukazała się mała wioska z klasztorem. Nie było w czym wybrzydzać, lepiej się było ukryć w niej niż walczyć na otwartej przestrzeni. Powóz jak huragan przemknął między malutkimi, pobielonym – dziwnie pustymi – chatami i dotarł do klasztoru. Meksykańska kawaleria zawróciła.

Na miejscu okazało się, że ta wiocha to jednak jest San Antonio. Istna dziura, z wyludnioną częścią mieszkalną i zamieszkaną byłą misją katolicką. Kogo tam w klasztorze nie było! Kobiety, dzieci, niewolnicy… Jedna armatka, przygotowana na usypanym i wzmocnionym stanowisku.

Klasztor był stary, rozsypujący się i odrapany, ale za to wzmocniony workami z piaskiem i ubraną pstrokato, ale dzielną załogą. Nad nimi dumnie powiewała flaga Teksasu. Bohaterowie zostali zaprowadzeni przed dowódców: Młodszy z nich, na oko przed trzydziestką, w wojskowym mundurze przedstawiony został jako pułkownik William Barret Travis. Był tam też naprawdę wielki facet ubrany w strój trapera z przypasanym ogromnym nożem traperskim. To był drugi dowódca, Jim Bowie. Miał na wyposażeniu długaśny karabin.

Bitwa, w której zabrakło BG.

Był też jeszcze jeden człowiek w stroju trapera. Mniejszy od Bowiego, z długim nosem, wielka gaduła. Spotkanie zaczął od głupiego żartu, że niby psy odgryzły mu palec. Żart słaby, ale atmosfera rozluźnienia pełnej napięcia sytuacji bezcenna. To był Davy Crockett, ze swoją nieodłączną bronią – Pensylvania rifle.

Travis, trzymając dwulufowego shotguna wytłumaczył bohaterom, że bardzo się cieszy z ich przybycia, gdyż wedle jego informacji armia meksykańska pod wodzą samego prezydenta generała Antonio Lopeza de Santa Any weszła na teren Teksasu. W tej sytuacji spodziewa się, że przyjdą tutaj. Dlatego kilkadziesiąt dodatkowych karabinów a zwłaszcza kilku prawdziwych żołnierzy to jak dar z nieba, to coś co potrafi przeważyć i pozwolić utrzymać tą starą misję katolicką, nazywaną San Antonio de Valero a przez Tejanos po prostu „Alamo”.

Na dźwięk tego słowa Marquis Jean Sebastian de Fointainblauch wyprostował się jak struna, po czym stwierdził, że na nich już czas, że karabiny przywieźli, swoje zrobili, co złego to nie oni i że czas wracać do USA. Konie nawet nie były w pełni rozsiodłane i napojone, kiedy kazał je ponownie osiodłać i szykować się do ucieczki.

A sytuacja była coraz trudniejsza. Pod misję, oprócz kawalerzystów, którzy pokazali się pierwsi, zaczęli nadciągać także meksykańscy piechociarze. Nie byle kto, słynna lekka piechota, tak zwani Cazadores. Trzeba było poprowadzić wycieczkę, żeby spalić chaty – aby armia meksykańska nie mogła ich wykorzystać dla swoich potrzeb logistycznych i jako kryjówki dla strzelców ostrzeliwujących klasztor.

Odważna wycieczka dla odważnych ludzi. Dla naszych bohaterów? Nie. De Fointainblauch już postanowił, że uciekają. Bohaterowie nie dali się przekonać ani prośbie Bowiego, ani żartom Crocketta, który chciał ich najpierw podpuścić, a potem wziąć na rzewną (choć prawdziwą) historię o prezydencie Samie Houstonie, sierocie wychowanym przez Czirokezów, który kiedyś w bitwie odniósł trzy rany ale pokonał wojowników ze szczepu Cree i zdobył poważanie. A teraz jest prezydentem!

Ostatecznie bohaterowie (???) wsiedli na konie, zostawili rodaków w potrzebie i uciekli z Alamo.

Meksykanie widząc uciekających z miasta czterech jeźdźców oddali w ich kierunku kilka niecelnych strzałów, ale nie podjęli pościgu. Dobrze wiedzieli, że czeka ich tutaj ciężka przeprawa z obrońcami i woleli nie tracić żołnierzy na pościgi i zbędne strzelaniny. Zwłaszcza, że czterej obrońców mniej to było coś, co było im na rękę.

Stopniowo, w ciągu kilku dni dotarła reszta wojska a wśród nich także trzech indiańskich kapłanów…

Smaczny tekst na sesji, podczas pościgu za dyliżansem:

– Rącza Łapo, bij konia ile wlezie!

 

Jeszcze jedna, bardziej Cthulhowa wizja bitwy.

Komentarz MG:

Przygoda miała być jednostrzałówką, mającą pozwolić graczom uczestniczyć w chyba najsłynniejszej amerykańskiej bitwie. Bitwie trudnej, która historycznie miała smutne zakończenie, ale w końcu to jednostrzałówka, rozgrywana postaciami, do których gracze nie są przywiązani.

Bohaterowie mieli faktycznie być bohaterami, dlatego od razu powiedziałem graczom, żeby robili postacie z doświadczeniem militarnym, a w dodatku wprowadziłem zasadę opcjonalną, że Wytrzymałość bohaterów to nie średnia arytmetyczna z Budowy Ciała i Kondycji, tylko ich suma (a więc epicka Wytrzymałość bliska 30 punktom, pozwalająca przyjąć na klatę postrzał z karabinu i jeszcze kopać Meksom tyłki).

Jak widać z opisu przygody, nie poszło tak, jak miało pójść. Gracze wycofali się z przygody zanim się na dobre zaczęła, mijając 2/3 przygotowanego scenariusza. Uciekli z Alamo, łamiąc wydane im rozkazy, ale takie jest już prawo graczy, że mogą grać jak lubią.

Oczywiście, że mogłem ich na silę zatrzymać. Wystarczy, że ustrzelono by konie pod dwoma z nich w czasie ucieczki z fortu – musieliby wracać, żeby nie dać się podejść nadciągającym Cazadores. Ale po pierwsze jako MG bardzo sobie cenię wolne wybory graczy i ich prawo do kształtowania przygody (takie sandboksowe skrzywienie) i lubię też być przez nich zaskakiwany, a po drugie byłem zarażony przez Karola (teoria Stasia, bardzo prawdopodobna) jakimś bólem brzucha, który powodował że ledwo się na nogach trzymałem mimo prowadzenia wewnętrznej wysokoprocentowej dezynfekcji i przedwczesne zakończenie grania przyjąłem jak dar niebios, bo nie wiem, czy dałbym radę poprowadzić do końca.

Tak czy owak, drużynę minęły takie wydarzenia, jak odpieranie kolejnych fal atakujących Meksykanów, dywersyjne wycieczki, przetrzymanie intensywnego ostrzału artyleryjskiego, tropienie działającego dla Meksów dywersanta, odparcie czarnej azteckiej magii i sprzymierzonych (w pewnym sensie) z czarownikami grzybów Mi Go, czy obrona klasztoru ramię w ramię z legendami Ameryki: Travisem, Bowiem (tak, tym od noża Bowie) i Crockettem. I oczywiście, skoro to gra, Alamo było do obronienia.

 

Miejsce akcji – Teksas Anno Domini 1836 

Reklamy

Komentarze 22

  1. No to chłopaki stracili swoje pięć minut… i to w tak legendarnej bitwie.

    Trochę mnie to zdziwiło, bo to przecież i tak jednostrzałówka była, a nie ma nic piękniejszego od bohaterskiej śmierci na koniec. 🙂
    Ale może chłopaki nie lubią przegrywać 😀

  2. no tak to tylko jedna przygada i to zc to trzeba było iśc w paszcze szaleństwa

  3. Tym bardziej, że to RPG. Przygotowując przygodę wcale nie zakładałem, że Alamo padnie… Na sesji wszystko się może przecież zdarzyć, prawda? A mieć świadomość, że uratowało się Alamo od zagłady… No chyba fajne… Zresztą, inaczej się patrzy na sprawę w trakcie grania a inaczej z dystansu. Trzech z czterech graczy powiedziało mi po przeczytaniu raportu, że żałują, że nie podjęli wyzwania. Czwarty zaś twardo obstaje przy opinii, że najważniejsze, że przeżyli. He, he. Dzięki Tomku za udzielenie miejsca na swoim blogu, który bardzo lubię odwiedzać.

  4. Nie ma sprawy, Grzegorzu.Słuchaj, niech zgadnę, obstaje ten, który dowodził ekipą (grał Francuzem)? To normalne, zdaje się, że dość mocno zdominował pod koniec sesję, wszak był dowódcą. Pozostali przyjęli to jako rozkaz. Dlatego ta trójka może jasno powiedzieć, że żałuje. Czwarty musiałby uznać swój błąd :).

  5. Krótko mówiąc: właśnie tak. Zgadłeś. 😛

  6. Tu Francuz… Ten czwarty gracz. W I wojnie francuscy dowódcy nie szanowali życia swoich żołnierzy… Tutaj chciałem zagrac inaczej – wykonać powierzony rozkaz przy jak najmniejszych stratach własnych. Udało się. A pola bitew są pełne martwych bohaterów.

  7. No cóż… „ciuś ciuś ciuś” 🙂 A mogło być bohatersko… Ze swojego doświadczenia powiem, że w naszych jednostrzałach chyba żadna z moich postaci nie przeżyła. Ale takie są prawa jednosesjówek. Wykorzystujesz postać na maxa albo jeszcze bardziej… a potem np. wysadzasz się na kadłubie startującej rakiety 😉

  8. @ Gervaz
    Heh, rozumiem, choć tam coś o ego Twojej postaci było sporo (no offence). A nie było tak, że zadziałała magia słowa „Alamo” i wspomnienia z świetnego filmu z Wayne’em?

    @ Maro
    Maro, my, grający z Tobą, wiemy, że masz sklonności autodestrukcyjne i wciągasz w to innych. To na rakiecie, to cyberpunk? Operator elitarnych Leopardów Petrochemu? 🙂

    A tak w ogóle to aż tak często nie ginąłeś chyba. „Wasiawiak” z „Hollow Earth Expedition” przeżył. Komandos krasnoludzki z Warhammer 1960 przeżył.

    • Komandos krasnoludzki z Warhammer 1960 przeżył… może i tak bo ja nim nie grałem 🙂

  9. A w ryja chcesz? Kto tworzył team z halflińską operatorką AT (Beatą) He? https://smartfox.wordpress.com/2010/07/19/pozytywka-z-norski-preludium-2/ Thorgrim Thorgrimsson X

    EDYTA:
    Aaaa, i jeszcze przeżył „Granit” (https://smartfox.wordpress.com/2010/01/04/nalibocki-batalion-smierci-postacie/), fakt, że końcową sceną przygody było, jak się broni z peemu przed podchodzącymi z każdej strony żołnierzami KBW, ale wciąż żył 🙂

    EDYTA 2:
    A nie. Pardon. Sprawdziłem w raporcie. Poderżnąłeś bratu gardło jego bagnetem i władowali w Twoją postać kilkadziesiąt kul :).

  10. No raczej jednosesjówki po to są, przynajmniej nas tak nasz niezastąpiony MG nauczył (bezczelny podliz 😀 ), że raczej przypadkową śmiercią się nie ginie, tylko bohaterską… albo inną równie efektowną. O ile się w ogóle ginie.
    Więc warto porywać się na z pozoru przegrane sprawy.
    Dlatego to są jednosesjówki, żeby nie było żal poświęcać postaci.

  11. Podliz mile przyjęty.

    A co do reszty, to to mi tylko zaostrza apetyt na coś jednosesjowego.

  12. No to na co czekasz? 😀 Zarzuć nam jakieś bohaterskie ratowanie świata albo co 😀 😀

  13. raczek bohaterskie rotowanie kota 😛
    wiec ruszaj do przodu wodzu

  14. Moim zdaniem chłopaki trochę dali ciała. Najlepsza zabawa jest wtedy gdy ktoś kogoś strzeli przez przypadek nie w czas, albo gdzieś się zapodzieje, lub coś przyniesie do obozowiska.
    tak dziś sobie pomyślałem, że u nas już dawno nie gra się tak zachowawczo. zawsze ktoś coś wykręci, że zaczyna się dziać nieprzewidziane i to lawinowo. nie ukrywam, że często gęsto jam to jest, ale i innym się zdarza.

    jeśli zaś chodzi o jednosesjówkę to może coś z sf-a, albo może „sensacja i przygoda”?

  15. Jak juz padła co być grami i jakie klimaty to ja rzucą swoje trzy grosze. wiec moje propozycje to cyberpunk (wilka ciągnie do las) , historii alternatywnej i może cos o samurajach

  16. […] Po raz kolejny goszczę u siebie wpis Masha (Grzegorza), który kilka tygodni temu opublikował na Lisiej Norze raport o tym, jak gracze spierdolili bronili Alamo.  […]

  17. Przygoda super. Jak to u Grzeska. Ale szkoda że bg wzieli nogi za pas. Nawet w regularnych sesjach, jak ma się do wyboru ucieczkę lub epickość to nalezy wybrac epickośc:-) Epickie były sesje Grześka w Gurps WW2 które poprowadzał nam w Warszawie i epicka była bitwa o przełęcz Undagara (czy jak jej tam, kiedy to trójka cybernajemników i sidekick zatrzymali batalion złych rebeliantów:-)

  18. Gutek, ja nie robię epickich przygód. Wręcz się ich wystrzegam! Mój ideał to w Warhammerze „po kolana w błocie za dwie korony” a w cyberze to będzie pewnie „zadrzeć z Arasaką za 100 baksów i skrzynkę syntbrowca”.
    To Wy epicko gracie. Przecież do głowy by mi nie przyszło, że będziecie chcieli w trójkę zatrzymać na przełęczy cały konwój rebeliantów! No i że Wam się uda! Ale skoro kości mieliście po swojej stronie… To tak wyszło.
    Może by tak wrzucić na bloga Twój raport (pamiętnik) z tamtego grania sprzed lat? Mam go na dysku, jakby coś.

    • Poziom epickości w kampanii WW2 i w DDkach też był raczej wysoki jak na ciebie:-) W WW2 też miało nie byc epicko ale zachciało nam sie skakac na tych spadochronach?:-) Epicka też była postapokalipsa z hibernatorami (KOKO!) 🙂 Ale dla postaci z 50 punktów nawet sznurowanie butów może być epickim wyzwaniem:-)

  19. Ja tam jestem za. Rebelianci, cyborgi? Star Wars?

  20. […] I chciałem też zauważyć, że Gerwazy, Senek i Hum mają po kilkanaście lat doświadczenia w fabkach, ale autor tekstu, Romek, swoją pierwsza przygodę rpg rozegrał raptem rok temu. Raporcik z niej jest tutaj. […]

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s