Wolsung odc. 19 – w czasach Justusa

Izabela Kartier (Ata) – orcza spirytualistka z Alfheimu, lubi duchy nie spirytus (niestety), urodziwa, egzotyczna i dość dynamiczna.

Sebastien Mouton (Damian) – paromobilista, sportowiec i odważny Akwitańczyk. Dupcyngiel Uwodziciel ze specjalizacją „studentki”.

Theodore Skellbrooke, lord Kleinbautten (Ja) – trolli arystokrata z Alfheimu, birbant, który nocą zmienia się w zamaskowanego mściciela – Kawalera de la Fere.

Wyprawa profesora Fusco powróciła triumfalnie do domu. Profesor odzyskał należne mu miejsce w światku naukowym, Fergus szykował się do ślubu, a lord Skellbrooke znów nabrał ochoty na awanturnictwo najwyższego sortu. Nie wiedział, jak szybko przyjdzie mu wziąć udział w temporalnej eskapadzie.

Sebastien marudzi, że nie chce być rycerzem.

Skellbrooke: Przebierz się za sir Gejahada. Załóż tęczową zbroję.

Jaro [z offa]: Tzw. Zbroja Równości.

Zaczęło się jak zwykle niewinnie. Do „Różowej Kakadu” trafiły zaproszenia od pana Rufusa na noc rekonstrukcyjną w pubie „Pod Dżabersmokiem”. Pan Rufus, przystojny mężczyzna z kwiecie wieku, świetny historyk, dżentelmen a przy tym osoba niezwykle nieśmiała, wyjaśnił bohaterom, że każdy z uczestników spotkania powinien być przebrany w strój zgodny z epoką Justusa Sprawiedliwego, słynnego króla, który władał magicznym mieczem wydobytym z kamienia [nawiązania jasne? no pewnie!]W końcu to rekonstrukcja słynnych popijaw św. Galahada, podczas których wybierano Najcnotliwszą Damę i Najdzielniejszego Rycerza.

Pierwsze żarty ze stylizacji językowej epoki Justusa.

Jedna z dam [MG]: Ach cny rycerz, azaliż…

Skellbrooke [przerywając]: A chętnie.

Izabela wybrała sobie piękną suknię typową dla średniowiecznych dam, a by trochę dodać pikanterii założyła… pas cnoty! Mało tego, zdecydowała się odgrywać rolę damy serce sir Rufusa, co ten przyjął z wyraźną radością. Z dużo większym wstydem przyjął od Izabeli srebrny kluczyk do pasa orczycy :).

Sebastien przedstawia postać, za którą przebrała się Izabela:
A to królewna Piz… [przerywa, widząc wzrok przyjaciółki] pisała często do swego rycerza.

Panowie natomiast zdecydowali się przebrać za rycerzy. Sebastien trochę kombinował, chciał być łucznikiem, potem mnichem. Wreszcie dał się przekonać, że najlepiej będzie jednak przywdziać zbroję. Czarną. Tak oto stał się Czarnym Rycerzem lub jak kto woli Czarnym Księciem.

Natomiast lord Skellbrooke wpadł na pomysł, który później przysporzył mu nie lada kłopotów. Zachciało mu się stać Zielonym Rycerzem, postacią z legend justusowskich, która niegdyś pozwoliła sobie ściąć głowę, a potem wstała, chwyciła odcięty czerep w rękę i odjechała z zamku. W tym celu lord zamówił zbroję, która napierśnikiem i naramiennikami sięgała ponad głowę, zasłaniając ją zupełnie. W kirysie znajdował się wizjer, który umożliwiał noszącemu normalne obserwowanie otoczenie. Oczywiście był też hełm, nakładany na tak przygotowany pancerz. Dzięki temu lord uzyskał imponujący wzrost 230 cm i kupę kłopotów.

Zarówno lord jak i Sebastien wypożyczyli też solidne i potężne rumaki.

Wreszcie nadszedł dzień popijawy. Trójka bohaterów, przebrani w stroje epoki, ruszyli przez Lyonesse do pubu „Pod Dżabersmokiem”. Mijani ludzie albo wybałuszali na nich oczy, albo ochoczo pozdrawiali. Cała trójka przejechała obok portu, w okolicy stoczni, gdzie mogli podziwiać zwodowany niedawno wielki liniowiec pasażerski i już mieli wjechać w Bridgebank, gdy po raz kolejny musieli zmierzyć się z Mgłą. 
Kłęby mlecznej, gęstej pary spłynęły ulicami, burząc się i rozdymając. Objęły w posiadanie całe miasto, kryjąc je białym całunem. Dzielnice opustoszały, mieszkańcy skryli się w domach. Zapadła cisza. Bohaterowie słyszeli stłumiony stukot podków ich koni na bruku. Nagle ich uszu doszedł nowy, niepokojący dźwięk. Starszy, szalony chichot! Z mgły wyłoniła się postać starej elfki odzianej w łachmany. Hettie!

Starowinka podeszła do bohaterów i zamieniła z nimi kilka słów. Pytała o to, czy czytali historię Justusa (no cóż, jedynie Izabela :)) oraz przepowiedziała im wielką przygodę, a potem odeszła, niknąc we Mgle. Dama i dwaj dżentelmeni podjęli podróż i niedługo potem dotarli do pubu „Pod Dżabersmokiem”, który faktycznie wyglądał jak prawdziwy szynk z czasów Justusa.

Sir Galahad pięknie i dwornie odzywa się do Izabeli.

Izabela [zdziwiona]: On mnie uwodzi? To ja mu się troszeczkę opieram.

Kiedy herosi otworzyli drzwi ujrzeli grupę rycerzy i kilka pięknych, odzianych w olśniewające suknie dam. Przywitali się u siedli do stołu, który uginał się od trunków i wszelakich mięsiw. Rycerze przedstawili się. Kogo tam nie było! Sir Galahad – wielki i przystojny mężczyzna. Delikatny sir Bodwyn z Akwitanii, potężny ogr – Sir Dagonet, krępy sir Gawein z rodu krasnoludów, elf sir Kay, troll sir Godryk i kolejny krasnolud – łysy i ogolony (!) sir Lamark. Był sir Lancelot – młody, lecz wspaniale zbudowany ogr, sir Tristan zwany Młodym – delikatny i naiwny młodzieniec, sir Perceval oraz znany już sir Rufus. Dam było cztery: lady Izolda, o którą zabiegał sir Trista; Lady Vivien, wróżka i żona sir Percevala, lady Olwen, przepiękna orczyca z łobuzerskim błyskiem w oku i wreszcie lady Ginewra. Lord Skellbrooke podszedł do jednej z damy i rozpoczął delikatny i finezyjny podryw („Wierzy pani w miłość od pierwszego wejrzenia, czy mam jeszcze raz obok przejść?”), jak się okazało w stosunku do lady Ginewry, która przyjęła awanse trolla z niejakim zadowolenie co rusz atakując i wyśmiewając się z sir Lancelota.

W tym czasie Izabela próbowała odzyskać kluczyk od swego pasa, który przechowywał sir Rufus. Jakie było jej zdziwienie, kiedy Rufus zaprzeczył, by miał ów przedmiot. Ba! Zaprzeczył, by kiedykolwiek widział Izabelę. Wtedy to bohaterka poczuła, że dzieje się coś niedobrego. Kolejne poszlaki (zachowanie miejscowych, wystrój, potrawy etc.) wskazywały, że Mgła w jakiś sposób przeniosła ich w czasie! Prosto w lata rządów Justusa Sprawiedliwego! Lord Skellbrooke zrozumiał to dopiero wtedy, gdy zdjął hełm i pokazał, że nic pod nim nie ma. Rycerze dobyli broni i oskarżając lorda o paranie się czarną magią, prawie go rozsiekali. Być może tylko dlatego nie rzucili się na niego, że nie widzieli głowy, którą mogliby ściąć. Lord zaczął się głowić, jak wybrnąć z sytuacji i opowiedział wymyśloną na podorędziu historię, jakoby był dzieckiem bogatego barona z Gwindolii, któremu 11 wróżek przepowiedziało wielkie czyny, gdy był jeszcze w kołysce. Dwunasta jednak, będąca okrutną wiedźmą, rzuciła na niemowlaka klątwą, za sprawą której stracił głowę. W ten sposób jako bezgłowy rycerz – Zielony rycerz, przemierzał świat, walcząc ze złem. Klątwę mogła zdjąć tylko kobieta, koniecznie piękna, która nie znając Zielonego Rycerza ofiaruje mu szczerze swą duszę i ciało (z naciskiem na cielesny aspekt problemu :)). Być może rycerze i damy nie łyknęliby tej historyjki, ale Izabela i Sebastien potwierdzili opowieść kompana [thanks God za mechanikę wsparcia z drugiej linii:)].

Skellbrooke, nie zdając sobie sprawy, że przeniósł się w czasie, wciąż myśli, że wszyscy są tylko przebrani za rycerzy, wyzywa jednego z nich na pojedynek.
W tym czasie Olwena i Izabela wracają do karczmy.

Olwena [MG]: Oho, mężczyźni się kłócą. Mam nadzieję, że to nie sir Lancelot…

Skellbrooke: A więc sir Lancelocie! Pojedynek!

Olwena: [facepalm]

Problem rozwiązała lady Olwena. W zasadzie dwa problemy. Zaopiekowała się Izabelą. Dzięki pięknej, lecz jak widać dość nietypowej dla tamtych czasów damy, bohaterka otworzyła swój paskudny pas z metalu (wytrychem! :)) Ta sama lady Olwena wyraziła zainteresowanie Zielonym Rycerzem, choć mówiła, że ma dość tego romantyzmu, delikatności etc. Skellbrooke wyszedł na zewnątrz i rozmyślał przez chwilkę, a potem wrócił do karczmy, chwycił Olwenę pod pachę i zwyczajnie uprowadził. Niedaleko. Do pobliskiej stodoły. Na siano.

To, co się później wydarzyło, jako dżentelmen nie opiszę, lecz wystarczy rzec, że Zielony Rycerz nagle magicznie odzyskał głowę dzięki poświęceniu Olweny, która zdjęła z niego klątwę. W ten sposób Skellbrooke mógł się pokazać jako prawdziwy człowiek.

W tym czasie Sebastien rozmawiał z Tristanem, który żalił się, że Izolda nie zwraca na niego uwagi. Nie dość, że nie działa na nią romantyzm młodego rycerza, to jeszcze mierzi ją jego delikatność (w skrócie – nie rycerz, a pizda).l Poza tym oczekuje nikogo innego jak króla. Sebastien próbował poradzić Tristanowi, by był bardziej stanowczy, lecz młody, słysząc dość dosadne rady bohatera, wybiegł z karczmy. Pechowo, bo spotkał tam lorda Skellbrooke’a, który dorzucił swoje porady.

Sebastien po tym wszystkim zdecydował się uwolnić od mięczaka Izoldę, oferując swe towarzystwo. Trzeba powiedzieć, że faktycznie skutecznie. W tym czasie Izabela udała się na romantyczny spacer z sir Galahadem, który wyznał jej miłość przy świetle zachodzącego słońca.

I pewnie wszystko skończyłoby się jak w telenoweli, gdyby nie był to średniowieczny romans. A jak to w dworskiej literaturze – najpierw jest miłość, potem pokładziny, a następnie trzeba komuś obić mordę. Okazja sama się przytrafiła, bo sir Galahad nagle dostrzegł na niebie kilka czarnych punkcików. Wielkie, żywe wiwerny z rycerzami na grzbiecie. A na ziemi setki wojowników podchodzących pod królewski zamek w Lyonesse! To Morgana, zła do szpiku kości czarodziejka wraz ze swym zepsutym synalkiem – Mordredem, zdecydowała się ponownie zaatakować znienawidzonego Justusa.

Jeden z rycerzy (Galahad) po wysłuchaniu smutnej historii Skellbrooke’a-Zielonego Rycerza: Przystojny to rycerz, gdyby tylko jeszcze głowę miał.

Króla w zamku nie było, więc obroną dowodził sir Galahad. Rycerze (w tym i bohaterowie) ustawili się na murach wśród żołnierzy. Damy co prawda nie miały brać udziału w walkach, lecz stanęły zaraz za murami, stosownie uzbrojone. Poza Izabelą, która nie dała się przekonać Galahadowi i zajęła pozycję na blankach.

Pierwsze zaatakowały wiwerny, zrzucając wielkie głazy na zamkowe mury. Zmiażdżyły one wielu obrońców, lecz nie uszkodziły poważnie murów. Dość szybko bohaterowie wdali się w walkę z wiwernami i dosiadającymi ich rycerzami. Sebastien i Izabela zdołali odskoczyć przed pikującymi potworami. Skellbrooke nawet nie próbował. Pierwszą wiwernę pokonał w dwu ciosach. Drugą w jednym [piękne, piękne rzuty + duży potencjał postaci, dość rzec, że dzięki różnym elementom miałem „Walkę” na podstawie 20-25, a do tego 7 żetonów, niezłe karty]. Drugiej wiwerny, większej i masywniejszej, dosiadał sam Mordred, który okazał się nie lada szermierzem. Zdołał nawet ranić Skellbrooke’a, ale został pokonany trzema ciosami i umknął upokorzony, cudem unikając śmierci [stawki: 1. wiwerna – Skellbrooke zyskał atencję i szacunek dam; 2. wiwerna – Skellbrooke wywarł wielkie wrażenie na rycerzach; Mordred – wrogi wódz został upokorzony przed swoimi żołnierzami]. W tym czasie Sebastien zdołał wskoczyć na szarżującą wiwernę, strącić rycerza i przejąć nad nią kontrolę. Następnie wszedł w walkę kołową z kolejnym potworem i skutecznie go wymanewrował (o ile pamiętam, wpakowała się w ziemię czy jakoś tak). Izabela dzięki pomocy przywołanych duchów swych antenatów pokonała inną wiwernę.

Skellbrooke: Sir Galahad dowodzi?

MG: Tak, sir Galahad dochodzi… Tfu!

Bitwa po pokonaniu wszystkich bestii zaczęła dogasać. Choć wraży wojownicy przebili się przez bramę, to zatrzymała ich Vivien i Olwena, a potem wsparli rycerze. Bitwa skończyła się wielkim triumfem, lecz zginęło przy tym kilku rycerzy. M.in. poległ sir Rufus (przodem Rufusa, którego znali bohaterowie) i sir Lamark.

Po tak wspaniałych wydarzeniach bohaterowie poczuli, że są w czasach, które wyjątkowo im odpowiadają. Czasach wielkich herosów, wspaniałych i pięknych heroin, czasach miłości i rycerskich czynów!

Ostatnie przygotowania przed bitwą:

Skellbrooke dobywa miecza. Oczywiście rękojeść mieczowa, ale ostrze z jego wspaniałego rapiera.

Galahad [spogląda z rezerwą]: Takie coś? Chyba żartujesz panie.

Skellbrooke: Oj zobaczysz panie, a ty czym władasz?

Galahad: [dobywa ogromnego, oburęcznego miecza]

Skkellbrooke: O! To broń zespołowa?

Ps.

1. Zaiste świetna sesja. Ubawiłem się w pierwszej połowie a i walka całkiem sympatyczna. Kupa fajnych scen i dialogów. Dzięki wszystkim.

2. Jak już powiedziałem, Skellbrooke nie wraca! Tu jest fajnie. Jest co wypić, co wyryćkać i komu w mordę dać :).

Advertisements

komentarze 3

  1. Izabela drugą wiwernę pokonała, bo się „dogadała” z gryfem na zamku i z jego pomocą wygrała pojedynek w powietrzu 🙂

    Czyli jakie plany na następną sesję? Rozumiem, że średniowiecze? Bo jak druga przygoda, to drugimi postaciami… 🙂 Żeby paradoksu nie było 🙂

  2. To fakt, ubawiłem się setnie. Dziękuję Madziu za przygodę. Tomaszu i Beato dziękuję za towarzystwo. Wszystkim dziękuję za megatonową dawkę humoru i śmiechu.
    Zapomniałeś Tomaszu napisać, że nie doszło do bliskich kontaktów między Sebastienem i Izoldą i że ów młodzieniec seksualnie sfrustrowany sam chciał biec naprzeciw wroga.

  3. Generalnie nic dodać nic ująć. Ubaw po pachy jak zawsze zresztą.Ja też zostaje , muszę poćwiczyć opieranie się 😀 bom nienawykła do takich ceregieli wszak Panowie z którymi się zadaje jacyś tacy bardziej obcesowi
    😀

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s