Zabójcy Króli [Kryształy Czasu]

Po raz kolejny goszczę u siebie wpis Masha (Grzegorza), który kilka tygodni temu opublikował na Lisiej Norze raport o tym, jak gracze spierdolili bronili Alamo. 

Tym razem tradycyjnie, wręcz wspominkowo – Kryształy Czasu. Kurczę, zagrałbym krótką kampanię na Orchii.

„Jeden ślepy, drugi chory – pojechali łapać stwory”

Podczas któregoś kolejnego spotkania z Łukaszem i Wojtkiem wymyśliliśmy, że warto by znowu zagrać w Kryształy Czasu. Jest to system, który nie leży u nas odłogiem, ale że ogólnie nie grywamy często – to i w KC-ty ostatni raz graliśmy ze dwa lata temu. Wtedy Wojtek prowadził a ja z Łukaszem (oraz raz gościnnie Krzyśkiem) dostawaliśmy bęcki od BN-ów. Nie spasowaliśmy się charakterami postaci, moja była dobra, Łukaszowa wręcz przeciwnie – więc współpraca się słabo ułożyła i ostatnia sesja, jaką wtedy zagraliśmy skończyła się rozbiciem drużyny i jakoś tak samo z siebie wyniknęło zawieszenie grania… No i brak czasu – wiecie, dorosłość.

Koniec końców udało nam się zebrać i rozegrać kolejną sesję. Zanim jednak zdam raporcik z samej sesji, opiszę także przygotowania – bo w Kryształach robienie postaci to przygoda sama w sobie.

 

Postacie

Gramy według zasad drukowanych w MiM.

Niby wiadomo, że w KC można postać zrobić w pół godziny. Kompletną. Dwuprofesyjną, z pełnymi charakterystykami, dwoma odpornościami podstawowymi i dziesięcioma pochodnymi, zawodami, biegłościami, czarami i całym wyposażeniem.

Tylko tak jakoś… Przez te kilkanaście lat grania… Nigdy nam się tak nie udało…

Wojtek (MG) dał znać, że jest umówiony u Łukasza na robienie dla niego nowej postaci, bardziej zgodnej charakterem z moją dobrą wojowniczką / magiczką (he, he), żeby na kolejnych sesjach złemu światu przeciwstawić małą, ale zwartą i zjednoczoną drużynę.

Podjechałem i ja, otwarliśmy piweczko i zaczęło się robienie postaci. Łowcy. Współczynniki wyszły ładnie a Łukasz zaczął się zastanawiać nad dodaniem drugiej profesji. Łowca / Iluzjonista, klasa mieszczańska (z „el” przed imieniem), zapasik gotówki po sprzedaniu rodzinnego majątku… No ładnie. A Kryształy mają jakąś tajemniczą magię w robieniu postaci. To jest jak rytuał magiczny. Wciąga, fascynuje, inspiruje. Podczas wpisywania liczb na kartę postaci już się czuje powiew przygody, smak piwa w gospodzie (oraz polewki z agawy i pieczeni z bawoła opasa). No i Wojtek się wkręcił. Delikatnie zasugerował, że może on też zrobiłby postać, tak na wszelki wypadek, na przyszłość, bo teraz wprawdzie prowadzi, ale kiedyś przecież zagra… No czemu by nie. A potem jeszcze dodał, że dawno nie grał… I że może ja bym zrobił przygodę dla niego i Łukasza. No to w sumie też ok.

Wojtek też zdecydował się na Łowcę. Biedny jak mysz kościelna, najniższa warstwa chłopstwa, na wstępie -15 do Charyzmy. Ale miał ładny rzut na zawody – dużo mu ich wyszło. Między innymi rzeźnik. Więc sobie to zgrał: łowca z własnym kramem z mięsem, sprzedający dziczyznę.

Podgoniliśmy drugą postać do tego samego etapu tworzenia, w którym była pierwsza i dotarliśmy do rodzynków. Ułomności i zdolności nadnaturalnych.

Szansa na ułomność jest mała: 20%. 15% na kolejną, 10% na jeszcze jedną, a potem już do końca 5%. Łukasz rzuca. Wypada 19. Losuje debila. 1/10 wylosowanej INT, poza tym INT nie może wzrosnąć powyżej 30. Dla niego oznacza to INT poniżej 20. Mądry koń ma tyle. Łukasz przeżywa załamkę. Jest adnotacja w regułach, że MG ma prawo nie dopuścić takiej postaci do gry. Wspólnie uradzamy, że Łukasz nie będzie robił nowej postaci, a raz jeszcze zalosuje ułomność. Wychodzi jednooki. Też słabo: mniejsza szybkość postaci, większe opóźnienie jej działań. Dodatkowy rzut: 11. Kolejna ułomność! Turla samotnika – postać unikającą każdego skupiska ludzi większego niż trzy osoby. Łącznie z nią. Jest kryzys. Przekonujemy Łukasza, że to fajnie, że smacznie, że jednooka postać ma klimat, że samotnik to taki filmowy mściciel… No i trochę nam żal czasu włożonego w zrobienie postaci do tego momentu. Łukasz się zastanawia a Wojtek losuje. Jest i u niego ułomność! Alergik. Ale Wojtek bierze to na klatę – zagra alergika i już. Liczy na dobre rzuty, bo alergik ma w każdym tygodniu tylko 10% na wystąpienie objawów choroby.

Dobra. Jedziemy dalej. Nie ma żadnych nadnaturalnych. Są fajne odporności. Potem biegłości – i tutaj klops. Łowca Wojtka za Chiny Ludowe nie może wyrzucić żadnej przyzwoitej biegłości. Pierwsze cztery cieniuteńkie. Trzy poniżej 40, czyli podciągnięte na 40 (minimum dla Łowcy) i jedna 43 +10 (za Łowcę). Piąty rzut też parszywy. Wojtek ma depresję. Zostaje jedna niewykorzystana biegłość. Można zalosować, ale wtedy dodatkowa wolna biegłość dopiero za dwa poziomy i nie będzie jak robić ewentualnych specjalizacji w broni! Decyduje się, rzuca, wreszcie przyzwoicie. Bez szału, ale przyzwoicie.

Ale tylko jedna przyzwoita biegłość? Bez widoków na szybką specjalizację? No i co wybrać – broń dystansową, dobrą dla łowcy? Ale wtedy będzie siuśkiem w zwarciu! Wojtek myśli nad losowaniem postaci od nowa. Teraz czas na jego załamkę. Teraz jemu tłumaczymy, że to taki flavourek postaci, klimacik do odgrywania. Daje się przekonać. Jedyną porządną biegłość bierze na sztylety.

Kończymy ludziki. Ponad cztery godziny minęły. Cztery godziny śmiechu, emocji, dogadywania sobie, załamań i rezygnacji. To z tego spotkania pochodzi przezabawny kuplet o obu łowcach: „Jeden ślepy, drugi chory – pojechali łapać stwory”. Ale wbrew pozorom to nie było tylko suche przygotowanie postaci – robiąc je byliśmy już w Orchii, już przeżywaliśmy przygody. Było bardzo sympatycznie (jak za dawnych, dobrych czasów) i bardzo klimatycznie. Niby nie sesja, a jednak prawie sesja.

A prawdziwa sesja za tydzień.

Przed sesją

W ciągu tygodnia przed sesją Łukasz ułożył sobie w głowie postać. Wysyła maila:

Nazywam się el Falgar. Przez kaprys zawistnych i kapryśnych bogów nie mam oka, taki się urodziłem. Po co nam bogowie, jeżeli robią takie rzeczy? Jeden bóg HASAR-GRUN był źródłem klątwy a drugi bóg, mój bóg GRAAM nie zrobił nic, nie potrafił mnie uzdrowić …  Niech HASAR-GRUN pozostanie jak najdalej ode mnie, a jego wyznawcy niech nie wchodzą mi w drogę. Mój bóg mi nie pomógł … Wierzę w siłę umysłu a zarazem w jego zwodniczość, jestem iluzjonistą.  Jestem również łowcą, nie łowię jednak zwierzyny, kiedyś to robiłem, ale już nie robię, teraz poluję na ludzi, orków, zresztą rasa jest nieważna, ważne jest to, co oni zrobili kiedyś. Musieli zrobić coś złego, musieli kogoś skrzywdzić … Mam prawo ich ścigać i wymierzać sprawiedliwość, mam prawo bo .., kiedyś opowiem i tą historię … Nie lubię tłoku, ludzie patrzą na moje kalectwo i śmieją się za moimi plecami … niech sczezną Pozdrawiam el Falgar

PS. Chcę mieć ładny ekwipunek, dopłacę, ale ma być taki jak chcę 😉

Wojtek też pisze:

Tytułuje mail „Ślepy z alergikiem na łowy ruszają, wszystkie poczwary pełno w portkach mają”.

Grześ pamiętaj: druga moja zajebista biegłość (53 or something?) na łuki! No i jestem łowca – handlarz mięsem – kucharz 🙂 Stragan mam swój pod miastem. Pomyśle o jakimś rysie szerszym postaci to podeśle maila. Giganty i smoki też są w moim menu – na dziko rzecz jasna 😉

W ciągu tygodnia Wojtek jeszcze dzwoni: Wiesz, kosiłem trawę i myślałem. Może by tak mojemu Łowcy, który ma kram z mięsem, dodać jeszcze profesję Kupca? No spoko, czemu nie. Nawet dla takiego biedaka z nizin społecznych profesja kupca nie jest zamknięta. Więc ok. Współczynniki przerobimy przed sesją.


W sumie fajnie. Jeżeli chłopaki koszą trawę albo siedzą nad pracą i myślą o nadchodzącej sesji, to jedwabiście. I kiepsko zarazem… Co im tu zaserwować, żeby nie spalić… Żeby nie zawieść oczekiwań… Również własnych – chciałbym, żeby było fajnie…

Bohaterowie

Kiril (Wojtek) – Łowca 0 / Kupiec 0 – neutralny dobry – biedny łowca i kupiec, posiadający własny kram z mięsem i dzierżawiący izbę u jednego z gospodarzy na przedmieściach Tagary. Alergik. Dobrze włada sztyletami i radzi sobie z łukiem.

El Falgar (Łukasz) – Łowca 0 / Iluzjonista 0 – neutralny neutralny – samotny, jednooki łowca poszukiwanych przez prawo. Wróg wyznawców Hasar-Gruna.

 

 

Rozgrywka właściwa

Akcja rozpoczęła się w karczmie, tuż koło Tagary Ciemnej (lub Czarnej, podręcznik nazywa ją raz tak, raz tak) – miasta zamieszkałego przede wszystkim przez ludzi. Tuż koło, czyli na przedmieściach, poza obrębem murów. Niebezpieczna okolica (w razie wojny, które Tagary Ciemna, Szara i Biała toczą nieustannie, w przypadku oblężenia, teren za murami jest automatycznie palony. Przez swoich. Na wszelki wypadek, żeby nie dawać oparcia wojskom wroga).

Przedmieścia są tak naprawdę jedną wielką wsią, mającą dwie karczmy dla przyjezdnych, zakłady usługowe dla kupców (kowalstwo, naprawa wozów, etc.) oraz w niewielkim oddaleniu, pod laskiem, kapliczkę i oraz cmentarz. Wśród domów pęta się domowe ptactwo, w zagrodach kwiczą świniaki, na polach za domami dojrzewają kłosy zboża i liście jadalnej agawy.

Kiril i Falgar znają się już od kilku miesięcy, zdarza im się wyruszać razem na polowanie. Kiril handluje mięsem w swoim kramie, Falgar czeka na dobre zlecenia na łowy na ludzi (lub nieludzi). Mają swoją ulubiona karczmę nazwaną „Kalendarz”, prowadzoną przez karczmarza Borgunara. Na pytanie, czemu „Kalendarz” Borgunar odpowiada: bo ładnie brzmi.

Był piękny dzień, słońce świeciło na maksa (trudno przymuszać graczy do wyobrażania sobie śnieżnej zadymki, kiedy sami siedzą w krótkich spodniach, pocą się a za oknem 35 stopni). El Falgar i Kiril siedzieli przy swojej ławie pod drzewem, tuż przy „Kalendarzu”. Lubili tę ławę, nie wymuszała na nich wchodzenia do karczmy, co szczególnie niemiłe było Falgarowi, ani nachalnego towarzystwa, takiego jak siedzące w środku karczmy trzy orki – pijane, zaczepliwe, nieprzyjemne.

Mieli także dobry widok na wszystko, co się w okolicy działo. Na okoliczne domy tworzące zdecydowanie wiejską zabudowę, na trakt wiodący wprost do bram miasta. A traktem właśnie trzech zbrojnych przepędzało gromadę więźniów. Biedacy byli obszarpani, skuci i ogólnie nie wyglądali dobrze. Strażnicy zatrzymali się na chwilę, żeby coś przekąsić w Kalendarzu a więźniowie skryli się w cieniu przed słońcem. Dopiero gdy strażnicy pojedli i zaspokoili własne pragnienie, dali eskortowanym wodę, której ci byli bardzo spragnieni. I popędzili ich do miasta.

Borgunar, człowiek, wyszedł z piwem do bohaterów i życzliwie z nimi porozmawiał. Wyjaśnił, że żołnierze mówili, że ci więźniowie to złoczyńcy zabrani z kamieniołomu do budowy pałacu książęcego w mieście, jako tania i wymienna siła robocza. Że w środku w karczmie siedzą trzy orki – przy kasie -piją, kłócą się z wszystkimi i żeby na nich uważać. Że jego oberża jest czysta jak tyłeczek elfiej panny. I że ma robotę, ale potem im o tym opowie, jak się trochę odrobi z gotowaniem i podawaniem jedzenia.

Orki rzeczywiście były pijane i zaczepne, o czym Kiril przekonał się, gdy wszedł do środka po kolejne piwo (Falgar z wiadomych przyczyn nie wchodził do pełnych ludzi miejsc). Pyskowały, popisywały się złotem, które zdobyły w bitwie a jeden z nich, zwany Trusz, prezentował dumnie krasnoludzkiej roboty topór bojowy – piękną broń, którą Kiril kupiec oszacował na około 50 sztuk złota! Orkom nie dał się sprowokować.

W tym czasie pod karczmę podeszła inna grupa orków. Falgar rozpoznał w nich rodzinę rzeźnika Rologha, który miał aż trzy kramy z mięsem, w tym jeden w mieście. Sprzedawał znacznie więcej niż Kiril, choć nie miał dziczyzny. Orki podeszły do samotnego Falgara, i przekazały mu przesłanie – żeby uważał, z kim się koleguje a jego kolega, żeby się zastanowił, czy na pewno chce sprzedawać mięso, bo połamane ręce i nogi wcale się szybko nie zrastają. Ale Falgar był dzielny (ładny rzut na odporność na sugestię) i nie tylko nie spanikował, ale jeszcze się postawił i skutecznie postraszył kuzynów i bratanków Rologha.

Powoli zrobił się wieczór. Siedząc na zewnątrz bohaterowie zauważyli kupca, który przyjechał w asyście czterech zbrojnych pachołków. Jednym wozem, praktycznie pustym. Kupiec wyniośle popatrzył na łowców i wszedł do środka. Pachołkowie zaprowadzili konie do stajni, jeden został w stajni, drugi pilnował wozu. Dwaj asystowali kupcowi. Kiril postawił piwo pilnującemu wozu i od wdzięcznego dowiedział się, że kupiec śpieszy do Tagary, bo ma pilny interes, ale nie zdążyli przed zamknięciem bram i muszą tutaj przenocować a rano dopiero wjadą do miasta.

Posiedzieli jeszcze chwilę i zjawił się Borgunar. Powiedział, że owszem, jest robota:

– Jest zamówienie na dziczyznę. Szewc Anetus, znany rzemieślnik mający kamienicę i kilku terminatorów w zakładzie wyprawia za kilka dni wesele dla córki. Oprócz potraw z agawy i bawoła opasa chciałby podać coś ekstra. 10 dzikich królików, 10 bażantów i uwaga – dodał cichym głosem – dzik. Dzik, na którego oczywiście, jako na grubego zwierza, polować nie wolno! Bo za to nawet mogą rękę w łokciu odjąć! Ale i kasa z tego może być miła.

– Ten kupiec, co się zatrzymał na noc, ma przy sobie piękny klejnot „Smoczy sen”. Jeżeli bohaterom uda się go ukraść, to karczmarz go upłynni a zyskiem podzielą się równo, po połowie. Tylko akcja ma być tak przeprowadzona, żeby nikt jej z karczmarzem nie połączył! Więc nie dostaną, na przykład, klucza do pokoju a w razie wpadki Borgunar się ich wyprze.

– Parę sztuka srebra może wpaść za lekcje strzelectwa dla młodego Trefusa. Stary Trefus, kupiec bławetny, jest aroganckim bucem i nie pada nasienie daleko od agawy – młody Trefus też nie jest łatwy. Ale płacą srebrem – więc może warto spróbować.

Falgar i Kiril przemyśleli, podyskutowali i podjęli decyzję: żarcie na wesele załatwią, Kiril pomoże przyrządzić (bo nie dość że Rzeźnik, to jeszcze Kucharz mu się wylosował). Kupca i Smoczy sen odpuszczają, bo to nie ich bajka. Z młodym Trefusem Kiril się pomęczy, bo Falgar jest ponad to, żeby się z gnojkiem dla kilku srebrników użerać.

Następnego dnia raniutko ruszyli na polowanie. Stosunkowo łatwo odnaleźli duże gniazdo królików. Tylko jak je wywabić? Kombinowali, kombinowali w końcu zaczęli wykurzać dymem z norek. Metoda okazała się dobra – wystraszone króle pierzchały w popłochu a obaj łowcy szyli do nich jak zabójcy króli. Dość szybko mieli 11 sztuk. Z bażantami było trudniej – ale w końcu udało się wytropić i upolować 9 sztuk. Tylko ten dzik… Do wieczora nic… Potem nocleg w lesie, ale spokojny. Następnego dnia rano, po zjedzeniu na śniadanie jedenastego króla, dalej szukali tropów. I nic… Ani śladu dzika… Co gorsza, zerwała się potężna wichura, zapowiadało się na wielki deszcz, ulewę wręcz. Mimo wichru szukali tropów. Większość dnia na tym zeszła… Bez skutku.

W wyjącej wichurze, łamiącej gałęzie drzew, wrócili pod Tagarę. Borgunar krzywił się na brak dzika, więc Kiril osobiście udał się do domu Anetusa i wyperswadował mu, że dzika łatwo zastąpić. Umówili się, że dzik będzie zwykła świnią, ale przyrządzoną jak dziczyzna i wjedzie na stół dopiero w późnej fazie uczty weselnej, gdy weselnicy będą już zbyt „zmęczeni” biesiadowaniem, by poznać, co jedzą. Na początku Anetus się wzbraniał, ale wobec dobrych rzutów był bezradny…

Wiało wciąż potężnie, przez calutką noc jak przed burzą, ale deszczu wciąż nie było. Wszyscy chronili się gdzie mogli, oczekując potwornej ulewy. Nad ranem dało się zobaczyć kolejne połamane gałęzie, czasem wręcz złamane drzewa i poniszczone dachy. Aż nagle, bez istotnego powodu i bez oczekiwanego deszczu wiatr przestał wiać.

Rano po przedmieściach Tagary przeszła wieść, że dwóch więźniów pracujących przy budowie pałacu wykorzystało wietrzną pogodę i zbiegło, zabiwszy wprzódy jednego strażnika. Obaj mordercy z pewnością kręcili się po okolicy i byli bardzo niebezpieczni.

Obaj nasi bohaterowie, siedząc przy swojej ławie przed Kalendarzem, spostrzegli idącego traktem krasnoluda. Pozdrowili go a on podszedł do nich i zagadnął. Przedstawił się jako Astill Grafson. Brat zabitego na gościńcu Ruffa Grafsona. Astill szukał zabójców brata, trzech orków, ale – czym zaskoczył bohaterów – nie chciał na nich wywrzeć zemsty – bo był sam, ani postawić ich przed obliczem sprawiedliwości – bo w ludzką i orczą sprawiedliwość, jak stwierdził ze smutkiem, nie wierzy. Chciał odzyskać pamiątkę rodzinną – topór brata. Jako krasnolud, nie w ciemię bity, po zapewnieniu że orki są tutaj, w Kalendarzu, zaproponował bohaterom zapłatę za odzyskanie topora. Wspomniał także, że choć pomsty nie szuka, to gdyby zabójcom brata się coś niedobrego przydarzyło, to on swoją wdzięczność będzie umiał w gotówce wyrazić. Obiecali przemyśleć temat, więc ruszył do innej karczmy.

Niespodzianka czekała na Kirila gdy chciał przygotować towar do handlu i poszedł do ziemianki w której trzymał swoje skromne towary. Ktoś tutaj był! Ktoś się włamał i ukradł trochę jego jedzenia! Kiril przepytał chłopa, u którego wynajmował izbę, ale ten nic nie wiedział.

Obaj łowcy postanowili się więc w nocy zaczaić na ewentualnego złodzieja. Szansa, że złodziej wróci był mała, ale mimo to postanowili w nocy czuwać. Schowali się w chacie chłopa i podglądali wejście do ziemianki. I faktycznie! Mimo, że szansa była niewielka, kości zechciały, żeby uciekinier głodomór wrócił na miejsce przestępstwa, gdzie poprzedniej nocy dokonano włamania i kradzieży jedzenia. Dopadli biedaka, który próbował uciekać z łupem, ale w sumie się nie bronił. Kiril go poważnie zranił nożem a potem zaciągnęli go do chaty i zaczęli przesłuchiwać. Sordan, człowiek, okazał się być nałogowym graczem, uprawiającym różne rodzaje hazardu. Z różnym szczęściem, zazwyczaj mniejszym niż większym… Wpędziło go to w kłopoty, długi i zakończyło się wyrokiem. Sordan bardzo się starał przekonać Falgara i Kirila, żeby go nie wydawali strażom – że ma majątek, który może im przekazać. W Get-warr-garze. Majątek zadłużony, to fakt, ale wciąż dużo wart – i przy sprytnym administrowaniu dało by się go zamienić na prosperowny interes. Tylko warunkiem umowy jest to, żeby go bezpiecznie do Get-warr-garu odstawić.

Był środek nocy, czasu na przesłuchanie Sordana i podjęcie decyzji dużo. Kiril wyszedł na zewnątrz pozbierać rozsypane przez więźnia podczas ucieczki jedzenie a Falgar i chłopska rodzina przepytywali Sordana o drugiego uciekiniera.

I wtedy wszystko się sprzysięgło przeciwko Wojtkowi. Rzuciłem kośćmi, by sprawdzić, czy drugi uciekinier, okrutny półelf Karsten, nie pojawi się tutaj także (10%). Pojawił się. Bez zbroi, w łachmanach za to z okrwawionym gołym mieczem w garści. Kiril się nie patyczkował, nie próbował uciekać czy coś, tylko od razu dobył sztyletów.

Atak Karstena wszedł, omijając obronę Kirila. Bandzior miał długą broń, więc jego atak był szybszy, mimo mniejszej Szybkości. Dorzut na obrażenia prawie maksymalny (98 na k100). Rzut na zachowanie przytomności Kirila pechowo nieudany. Karstenowi zależało najbardziej na skutecznej ucieczce, ale to okrutnik, więc zadecydowałem że będzie 30% na to, że na „odchodnym” dźgnie jeszcze leżącego Kirila. Dźgnął. Kiryl zszedł z punktami żywotności do agonii. Gramy zawsze tak, że umierająca postać ma zawsze prawo do rzutu 50/50, który działa jak Warhammerowski punkt przeznaczenia – jak test wyjdzie, to choćby nie wiem co, postać przeżyje. Choćby spadła z wieży zamkowej, dostała cios od smoka czy postrzał z granatnika rpg. Ma przeżyć i głowa MG w tym, żeby to ładnie wytłumaczyć. Ale Wojtek oblał i ten test… Żal nam wszystkim było, że fajna postać ginie na pierwszej sesji – i to zanim zdążyła zadać choćby jeden cios w walce. Zdecydowałem, że wewnątrz chaty słychać było bijatykę, że Falgar, gospodarz i gospodyni wybiegli zobaczyć co się dzieje a baba umie przewiązywać rany. Jeżeli jej się uda (30%) to ustabilizuje Kirila na tyle, żeby Falgar miał czas poszukać medyka. Czy mu się uda – w nocy, na przedmieściach – to inna sprawa, którą sprawdzimy później. Ale babie się nie udało podwiązać ran. I Kiril odszedł ze świata nędzy do świata łaski…

Pozycja Sordana do negocjacji zrobiła się fatalna… Falgar odmówił współpracy i zdecydował, że trzeba go wydać strażom.

A na przedmieściach ruch! Pożar! Płonie karczma Borgunara! Płonie mocno, jasnym płomieniem. Ze środka uciekają członkowie rodziny gospodarza i goście… Ale nie wszyscy, w środku został jakiś podróżujący chłop i trzech orków, zbyt pijanych by uciec. Pewnie ktoś przez nieostrożność zaprószył ogień…

Rano Falgar pochował przyjaciela i ruszył szukać szczęścia gdzie indziej, na następnych sesjach.

 

 Z punktu widzenia MG:

Starałem się zrobić niegroźny scenariusz – w końcu dla zeropoziomowych postaci. Stąd takie questy jak kradzież kamienia, polowanie na króle (tytuł raportu) czy lekcje łucznictwa. Mające w założeniu pozwolić uniknąć zbrojnej konfrontacji. Bo zeropoziomowe postacie są wobec bitki jak starcy przy Zuzannie – chęci są, ale możliwości nie ma.

Trochę też byłem bez pomysłu, więc sięgnąłem po moją starą, sprawdzoną metodę. Założyłem podstawowe elementy tła (Tagara, kramik z mięsem, zaprzyjaźniona karczma, bohaterowie już na wstępie się znają i lubią) a potem wziąłem karty do Magii i Miecza (planszówki, starej wersji) i wylosowałem kilka z nich. Przy takim tworzeniu przygody czasem trzymam się mocno opisów kart, ale jeszcze częściej luźno inspiruję tytułem karty lub nawet obrazkiem. Wylosowałem:

Smoczy sen (z dodatku Smoki), karta która powodowała że smoki na planszy zasypiały i ich siła spadała. Smoki nie pasowały mi nijak do zerolevelowców, ale jaka ładna nazwa dla klejnotu, prawda?

Topór Grimnira, spasował pięknie jako wątek skrzywdzonego krasnoluda i pamiątki do odzyskania, chociaż gracze akurat ten wątek zostawili „na później”, a tego „później” już nie było.

Goblin – Siła 2, pozostanie na tym obszarze… No u mnie zmienił się w trzy orki i uzupełnił poprzednią kartę.

Magiczna różdżka – czemu nie? Nie zastanawiałem się, jakie będzie na niej zaklęcie – to było do wymyślenia na później. Różdżkę kupiec trzymał razem ze Smoczym snem w dużej skórzanej saszetce pod ubraniem.

Żywioł powietrza – żywioł, prawdziwy żywioł, mocny wiatr niszczący wszystko i zapowiadający burzę, która nie nadeszła; wiatr jako żywioł sam w sobie.

Upiór – cmentarny, czekał na cmentarzu, ale tylko w nocy. Jako że jeden z uciekinierów na cmentarzu właśnie się ukrywał była spora szansa, że obaj łowcy właśnie tam pójdą. Ale nie poszli.

Rzeźnik, karta z Miasta, „nieznajomy”. Jeszcze jeden rzeźnik? Czyli konkurencja dla Kirila! No to pewnie niezbyt przyjemna konkurencja… Czemu nie…

Parę questów jeszcze dodałem z głowy (nauka strzelania, przygotowanie wesela) i przygoda była gotowa.

Chłopaki zagrały naprawdę dobrze. W klimacie, mając w głowach silne i słabe strony postaci. To była ich udana sesja. A że się tak smutno skończyła? Taki urok erpegów, prawda?

Reklamy

komentarzy 9

  1. Kiedyś też generowałem przygody do D&D używając losowych kart, ale z talii do Magic: the Gathering 😉

  2. Ja korzystałem ze zwykłych kart (generator sam kminiłem) lub na czuja z tarota (też nienajgorzej wychodziło), ale to z MiMem świetne.

  3. Magic też się świetnie sprawdza, fakt. Też czasem używam.
    Ma BARDZO inspirujące ilustracje. Ostatnio generowałem w ten sposób przygodę do Neuroshimy. Fajnie wyszło, choć oczywiście nie należało kart interpretować wprost. Z drugiej strony NS jest dużo bardziej fantasy, niż się na pierwszy rzut oka wydaje…

  4. Heh, dziś po raz pierwszy z córką grałem w MiMa i zdobyłęm topór Grimnira. No cóż, i tak mi wklepała pokazowo. Minotaur zdobył Koronę Władzy.

  5. My się zwykle nawzajem z innymi graczami eksterminujemy po drodze do zwycięstwa i mimo, że gramy w MiMa często to nigdy nie kończymy 😉

  6. Do generowania są jeszcze takie fajne karty: http://www.thecards.com/fullpage/index.html

  7. Przygoda, jak to u Grześka, profesjonalnie przygotowana i poprowadzona (zapewne), a raport to juz zupełna profeska. Brakuje w wawie takich MG.

  8. Kacety. *sigh*
    Atak nostalgią, trafienie krytyczne.

  9. Piękne… wzruszyłem się czytając ten raport… A wielki biznes i tak zerżnął pomysł od Grzesia: Assasin of Kings

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s