Upadek Korporacji SUS 1/2

„What do we say to the god of death?”

„Not today…”

                 Syrio Forrel and Arya Stark

Wprowadzenie

Dzisiaj w menu stary raport z przygody (trzech sesji) do Cyberpunka, które odbyły się kilka lat temu, gdy mieszkałem – i pogrywałem w rpg – w Warszawie. Z perspektywy Mistrza Gry, który wtedy prowadził, chciałem Cię czytelniku ostrzec, że jest bardzo tendencyjny, przekłamuje obraz przygody a ponadto jest rasistowski i bardzo seksistowski. He, he.

Oprócz trójki bohaterów graczy (Marii – czytać z hiszpańska Mariji, Johniego i Toshiro) przewija się w nim także nazwisko Aerii Gloris. To z kolei moja postać, gdyż graliśmy zmieniając się przy mistrzowaniu – gdy ktoś był MG, to jego postać szła na urlop albo robiła za tło fabularne.

Przygodę zaplanowałem nietypowo – chciałem wyrwać drużynę z ich Night City, trochę dlatego, że nie miałem przeczytanych k10+5 dodatków do CP 2020 i bałem się, że narobię wtop fabularnych w dobrze przecież opisanym świecie, a trochę dlatego, że byłem ciekawy, jak sobie poradzą w Afryce (Afryka – dziwny kraj!) bez swoich kochanych smartowanych giwer i innych kluczowych osiągnięć postępu cywilizacyjnego.

Oś fabuły – przybliżę ją trochę, żeby łatwiej było czytać raport – była taka:

Najpierw bohaterowie zostają zachęceni (podwójnie!) do wyjazdu do Afryki. Po pierwsze Aeria Gloris przysłała im wiadomość z Afryki – że kręci się ładny interes, można w długiej perspektywie ładnie zarobić a na zachętę i pokrycie wydatków związanych z podróżą posłała duży surowy diament. Po drugie kilku czarnych gentlemanów także się nimi zainteresowało, tylko w mało przyjemny sposób. Złość na przeciwników i chęć zysku (w różnych proporcjach) przywiodła ich do Afryki.

W Nigerii 2020 trochę po staremu, trochę po nowemu. Przygoda zakładała sprawne poruszanie się w gąszczu układów pomiędzy głównymi frakcjami, które trzęsły okolicą:

Tubylcy – najmniej formalna z grup, łącząca najbiedniejszych: uciskanych tubylców, właścicieli ziemi, szamanów, tropicieli, misjonarzy… Mają w swoich szeregach przedstawicieli niskopłatnych zawodów w stolicy: taksówkarzy, sprzątaczy, itd. Grupa mająca najmniejszą władzę i siłę, jednak najlepiej znająca teren i w razie potrzeby mogąca wynająć kilku najemników, bo sami nie przedstawiają wartości bojowej. Ci „dobrzy”, chociaż też czasem okrutni i bezwzględni.

Wojska rządowe – duża siła, duża korupcja, duża inercja. Siła mogąca przeważyć szalę zmagań w regionie, ale bardzo trudno ją sprowokować do działania, nawet takiego, które jest w jej własnym interesie. Krótkowzroczni urzędnicy, wojskowi na stołkach, pilnujący swojego interesu i pragnący się nachapać ile wlezie zanim władzę przejmą po kolejnym przewrocie kolejni rebelianci.

Rebelianci – ci „brzydcy”. Obdarta hałastra z poradzieckim sprzętem wojskowym. Bardzo bezwzględni – jak na filmach. Okrutni bez potrzeby – palą, gwałcą i rabują. Porywają ludzi, by zasilić swoje szeregi, także dziećmi i kobietami. Boją się otwartej walki z wojskami rządowymi, chociaż jak są po wódzie i na haju, to idą na taki sparing przynoszący dużo ofiar po obu stronach, wierząc w swoje kałachy i radzieckie cyberwszczepy. Dałoby się ich ewentualnie – z trudem – przekonać do wsparcia tubylców.

Korporacja SUS – ci „źli” firma ze środkowej Europy. Okrutni zawsze, kiedy jest taka potrzeba. Bezwzględni, jeśli tak pokazuje rachunek ekonomiczny. Rozwijają w tym kawałku Nigerii swój biznes i absolutnie nikt nie jest w stanie im w tym przeszkodzić. Potrafią się dogadać (zastraszyć, przekupić, zabić) z wszystkimi i choć nie wychodzą na afisz, to właśnie oni rozdają karty. Do czasu…

Przygoda oczywiście nie zakładała siłowego rozwiązywania większości problemów – ale drużyna jakoś tak sama wybierała tę drogę… Trochę czułem, że mogą pójść w strzelaninę, więc przewidziałem dla nich małe wsparcie – pomoc grupki miejscowych najemników… Zobaczycie, jak wyszło. Ech…

Oczywiście, jak to zwykle bywa, z przygotowanych pobocznych zadań i miniquestów zrobili 1/3. No, może połowę. Ale było fajnie – ja też lubię sobie powspominać i poczytać od czasu do czasu ten raport. Jest słodki, bo tak tendencyjny… W końcu pisany w pierwszej osobie przez bohaterkę pochodząca z nizin społecznych. Stąd też błędy stylistyczne, ortograficzne i alternatywna znajomość geografii. Mam świadomość, że raport jest znacznie bardziej zrozumiały dla nas, którzy byliśmy na sesjach ”świadkami wydarzeń”. Ale pewnie i osoby, które poznają przygodę tylko poprzez ten raport, coś z niego ogarną.

Gutek dodatkowo przyozdobił raport własnoręcznymi ilustracjami… Tia…

Ale oddajmy mu (czy raczej jej) głos:

 

Dramatis Personae

Maria Santana Vilalobos De La Hoya Vera Cruz Cardinalle. (Gutek) Solo/Nomad. Łowczyni nagród z Night City. Rocznik 1995. Sierota, straciła rodziców podczas upadku i wojny domowej w USA. Po reorganizacji w 1999 adoptowana przez korporacyjną rodzinę z Colorado Springs. W 2008 ponownie osierocona przez europejski kamień księżycowy zrzucony na Chayenne Mountain podczas Wojny Sześciogodzinnej. Przygarnięta przez klan Aldecado, przez kilka lad żyła życiem nomadów. Podczas kontraktu w Night City postanowiła pozostać i nawiązawszy kontakty z miejscową policja rozpoczęła karierę łowcy nagród. Ekspert od walki na bliskim dystansie i specjalista od walki wręcz.

Johnny Harrington. (Marcin) Solo. Cyberpsyhol do wynajęcie i szaleniec na zlecenie. Rocznik 1985. Uliczny huligan. Podczas upadku wstąpił do wojska i brał udział w operacjach wojskowych podczas Reorganizacji w 1999. Może miał 14 lat ale wyglądał na 18 i nikt nie pytał o wiek. W 2003 został wysłany do Ameryki Środkowej razem z siłami interwencyjnymi i tak mu się spodobało ze wrócił jako jeden z ostatnich po zakończeniu wojny w 2009 roku. Od tego czasu jest najemnikiem, ulicznym roninem i cyberpsycholem. Ekspert od wszystkiego. Lata na motocyklu, abordażuje samoloty, zabija łyżeczką a nawet solniczką. Denkiem. No sitkiem. Nie bez przyczyny przekonany o swojej niezniszczalności.

Japoniec. (Domel) Solo/Zabójca. Mało o nim wiadomo. Podobno pracował dla Arasaki. Świetny strzelec i ekspert od walki wręcz. Mały, ale jak to mówią, wariat.

Maria Cardinalle, Johnny i Toshiro.

Maria Cardinalle, Johnny i Toshiro.

UPADEK KORPORACJI SUS czyli DOBRZE BYĆ BOHATEREM

Ekskluzywna relacja Marii Santany Vilalobos De La Hoya Vera Cruz Cardinalle dla SOLO of FORTUNE

(Pisownia oryginalna i niepoprawna politycznie. Konsultacja Johnny Harrington)

1.

No, co za dzień. Nic nie zapowiadało ani jego ani tym bardziej następnych dwóch tygodni. Włóczka po NC, nuda, zero roboty. Wywalili mnie ze squatu, trzeba by więc zaszyć się w knajpie. Kasy brak. Kupiłam HK2013 10mm ze smart linkiem i dopalacz. Ale maszyna. Heckler oczywiście. Czekam tylko by położyć łapki na ich nówce, model 2020 12mm, ale na razie tylko federales na nie stać.

W knajpie, bliżej mnie nieznanym klubie z kurwami i striptizem, spotkałam poznanych niedawno kumpli: Jankesa – Johnnego Harringtona, chodzący przykład, że cyberpsychoza to wymysł lewicowej propagandy, oraz tego żółtka, co jak się nazywa to spamiętać nie sposób. Miyahira, Yebiesouki, Ipopensii? Kosimazaki? Mifune? Nie, to aktor, martwy zresztą. Tak w ogóle to wysoki jak na żółtka. I zboczeniec, jak to żółtki. Dowiedział się, że nie mam chaty i od razu proponuje kont u siebie. Za darmo. Tere fere.

By się miał kto kotkiem zaopiekować. Kotkiem, dobre…

Johnny, zauważyłam, miał nową cyberrękę. Opancerzoną kewlarem i naszpikowaną śmiercionośnymi bajerami. Swoją naturalną rękę utracił podczas kłótni ze śmigłowcem szturmowym.

Johnny poszedł do kibla, ja poszedłam pogapić się na tancerki. Miałam ochotę coś któraś wyrwać na noc, ale zanim doszło co do czego patrzę, a tam z kibla wybiega jakiś typ, a za nim Johnny! A za Johnnym największy nigas jakiego w życiu widziała moja cyberoptyka! Gościu do wyjścia, Johnny do baru (ta… on tylko o jednym) a nigas wyciąga wielką spluwę. Wielką jak amerykańska konstytucja i wygarnia naszemu cyberpsycholowi w plecy! Niewiele myśląc wpakowałam czarnuchowi kulek sztuk cztery z Enforcera 10mm ale: Po pierwsze – gościu nawet nie poczuł (czas na AP albo jakąś dwunastkę?) Po drugie – Enforcer się zaciął. No to sobie kurka znalazł moment. Ścigana gradem ołowiu i w towarzystwie Johnnego skryłam się za barem. W tym czasie żółtek mistrzowsko zakasował jakiegoś punka.

Byśmy byli zdjęli z Johnnym nigasa, ale pojawiły się gliny i trzeba było się ulotnić. Żółtek rozebrał (?…) punka – wyszło że jest członkiem Skunksów – gównianego gangu z NC.

Nasz japoński przyjaciel ma wbrew pozorom i obiegowym opiniom całkiem dobre serce, więc puścił gnoja.

Spiknęliśmy się z Johnnym na poczcie. Otóż dostał wiadomość od swojej dupy (mówi, że to nie jego dupa. Pewnie jakiś pasztet hehe i wstyd mu się przyznać). Dupa siedzi w jakiejś zasranej dziurze w jakiejś Nigerii (stąd ten nigas) w śmierdzącej Afryce. No i kłopoty.

Johnny poprosił nas byśmy oblukali chatę lasencji, a sam gdzieś pognał w sprawie niecierpiącej zwłoki. Chata w starej kamienicy w Upper South NC. Okolica nienajgorsza, ale raczej nie jest to marzenie mieszkaniowe korpa. Pod chatę zajechaliśmy z żółtkiem i zanim się obejrzeliśmy przypałętał się jakiś palant i zaczął się stawiać. Nakopałam mu do dupy i poszliśmy oglądnąć lokum.

A tam niespodziewajka! Chata przekopana i wyczyszczona do cna. Zostawili tylko szczoteczkę do zębów, aparat cyfrowy i dwa opakowania podpasek. Hm… Nie wzięli aparatu? Szczoteczkę wzięłam, aparat też, a podpaski mi nie są potrzebne odkąd wymieniłam macice i jajniki na dopalacze nerwowe. Szczoteczka okazała się świetnym nabytkiem. Pasta nabierała sympatycznego smaku. Ot, nanotechnika…

Sąsiadka dupy Johnnego, niejaka pani Kovalik (co to za nazwisko? Czechosłowackie?) nie udzieliła żadnych konkretnych informacji na temat tego co tu się wydarzyło, wspomniała tylko o hałasach i włamaniu. Cóż. Wyszliśmy z bloku i już chcieliśmy się zbierać, kiedy jakiś kapuściany łeb zaczął do nas strzelać zza bloku na przeciwko. Żółtek niewiele myśląc wskoczył na motor i rozpoczął szarżę na wroga. Ja, korzystając z braku rozsądku mojego odważnego kumpla, schowałam się za framugą drzwi wejściowych i poczekałam aż nasz przeciwnik zacznie strzelać do żółtka. No i zaczął. A jak zaczął to odkrył swoją pozycję frajer. Krótka seria z 2013ki pohamowała jego snajperskie zapędy. Okazało się, że to ten dupek, któremu nakopałam. Chciałam go skończyć, ale żółty nie pozwolił i nawet wezwał karetkę.

Nie mając już nic do roboty w owym miejscu pognaliśmy do lokum Johnnego.

Chata Johnnego została przekopana przez jakiś brudasów. Płaci 2500E$ za strzeżony apartament Security Services, a tu taka wtopa (może dlatego że zamiast płacić rachunki wszczepia sobie coraz więcej chromu?) Pod apartamentowcem namierzyliśmy czarnuchów śledzących Johnnego. Japoniec opracował plan ich skasowania, genialny w swej prostocie. Ale nawet najlepsze plany (szczególnie, w których integralną rolę grają: 1. Granat typu flash-bang, 2. para cyberoptyki z antyoślepiaczami, 3. Cyberaudio z edytorem słuchu i wyciszaczami.) nie wytrzymują starcia z … W tym przypadku – pomysłowością Johnnego.

Johnny, o czym zapewne wiecie, wyznaje specyficzne kredo życiowe: Coco-Jambo i gaz do dechy! Żeby nie zanudzać dopowiem, że trafiliśmy na pułapkę zastawioną przez nigasa i skunksów. Skasowalismy dupków, ale nigas wpakował mi kulkę w cycki i zwiał. 20 kawałów zainwestowane w wymianę kości i mięsni na lepsze – cybernetyczne zwróciło się w jednej chwili.

Jakiś Ripper, u którego Johnny ma kartę stałego klienta (ciekawe…) mnie połatał na koszt drużyny i zapadliśmy u żółtka. Dopiął swego: Mieszkałam w jego pokoju i opiekowałam się kotkiem. Johnny się przyznał się, że jego dupa przysłała mu diament wielki jak jajo krokodyla (chcieli mi wmówić, że krokodyl składa jaja. Przecież to nie ptak, cholera)

Ta dupa wpakowała się w jakieś poważne kłopoty. Johnny zaczął namawiać nas na akcję pod kryptonimem: D.N.S. – Diamenty Nigeria Szybko.

Nie wiem jak to jest, ale za nowe wszczepy zrobię prawie wszystko. No i chłopaki przy pomocy nowego boostmastera, Nanotecha przeciw chorobowego Johnsons&Johnsons i garści chipów przekonali mnie do eskapady. Damie na ratunek.

Przyszłość miała pokazać, że była to dla mnie świetna decyzja, dla chłopaków brzemienna.

Nie będę opisywać katorgi lotu do Nigerii. Swoją drogą, nie wiedziałam, że Afryka jest tak daleko. Myślałam, że to gdzieś koło Meksyku…

2.

Po wylądowaniu pojawiły się pierwsze problemy. Okazało się, że z broni przez cło przeszły tylko moje dwa noże i Johnny. A trzeba wiedzieć, że Afryka to nie stare, dobre, post-upadkowe Stany. To nawet nie Europa. Tutaj dostać porządnego gnata to sztuka, o wszczepach nie wspominając. A pieniądze drukują na papierze! Już na lotnisku wyczailiśmy towarzystwo. Postanowiliśmy się rozdzielić. Johnny pojechał z podstawionym szoferem a my, taryfą, za nim.

No i co miało się wydarzyć to się wydarzyło. Johnny ma magnetyczną, choć niezbyt skomplikowaną, osobowość: Przyciąga kłopoty.

W centrum (centrum – żarty…) miasta (jak cholera…) nasi, bliżej nam nie znani, ale nad wyraz przedsiębiorczy adwersarze (wiem, wiem… Skąd znam takie słowa? Johnny mnie nauczył.) dogonili jakimś gratem samochód Johnnego, jeden z czarnuchów wyciągnął RPG-7 i … i Johnny spokojnie władował w niego z 50 metrów parę kulek z AK47 szofera. Zawsze powtarzałam że radziecka myśl techniczna to przereklamowany przeżytek minionej epoki. Gościu nie tylko przeżył, ale jeszcze wygarnął z tego RPG prosto w Johnnego! Może to był przedśmiertny skurcz? Nie wiem i nie jest to ważne, bo Johnny oberwał 70 milimetrowym pociskiem przeciwpancernym! Biegłam miedzy samochodami, a kawałki fury i Johnnego fruwały po Afryce. Jakiś kebab z kałachem wybiegł zza samochodu i chciał skończyć Johnnego, który, jak terminator, płonąc czołgał się po asfalcie… Wyrwałam gościowi gardło i wydłubałam gały. Żółtek z typową dla siebie gracją wytargował przy użyciu argumentów manualnych furę i broń od reszty naszych przeciwników. Zapakowaliśmy to co zostało z Johnnego, szofera i samochodu do bagażnika i chodu.  Najwyższy czas, bo przybyły posiłki, i to wcale nie nasze.

3.

Szofer okazało się przeżył i zanim go odłączyło, dał nam namiary na rippera (w Afryce też mają RipDoców. Czadzik!). RipDoc wyglądał jak ruski cyborg z czasów wojen USAF vs Reszta świata, ale postawił Johnnego jak i Azikive (bo tak miał ów pechowiec na imię) na nogi.

Zaszyliśmy się u znajomego dupy Johnnego i przez parę dni cieszyliśmy się gościną i darmowym wyżywieniem.

Azikive zaprowadził nas do niejakiego Borysa „Brzytwy”. Borys prowadzi małe przedsiębiorstwo zaopatrujące armie trzeciego świata w nowoczesne technologie militarne po niezbyt wygórowanych cenach. Chłopaki rzucili się na kałachy i inne badziewie, ale okazało się ze kasa przygotowana na te właśnie zakupy poszła z dymem w samochodzie razem z włosami Johnnego. Johnny, razem z naszym japońskim przyjacielem, pobrał kasę z banku (nie nazwałabym tego manewru profesjonalnym. Niemniej jego niekonwencjonalność najwyraźniej zmyliła naszych wrogów). Brzytwa miał na składzie wszelaką broń, niestety, w większości z ubiegłego wieku. Chłopaki obładowali się jak choinki. Żółty wziął argentyński szmelc FDA2012 i rosyjski szmelc AK47. Do tego amerykańskie cudo Colt 1911 oraz worek granatów i dwa worki amunicji. Johnny najpierw przymierzał się do RPK, potem chyba wypatrywał M2HB, ale skończyło się na SWD, Kałachu, Colcie oraz wagonie amunicji i granatów. Na dokładkę wziął kilka rur RPG7 i zapas rakiet wystarczający do zatrzymania kolumny pancernej Lazarusa (zakładając, że Lazarus byłby tak miły i używał sprzętu podatnego na RPG7…). Ja natomiast wzięłam SteyrAUG, mimo protestów dotyczących niekompatybilności amunicji. Żółty za karę powiedział, że nie kupi mi pestek AP. A że Borys nie miał takich 223-jek wiec problem sam się rozwiązał. Wzięłam też Colta 1911 i P35. Do tego parę granatów. Nie lubię dźwigać.

Azikive załatwił furę. Jeszcze ze Stanów zabraliśmy sprzęt polowy i pancerze osobiste. Podróż na prowincję (Prowincję? Cały ten zapomniany przez Boga i ludzi kraj to jedna wielka prowincja… Wędrowne miasto Aldecados jest bardziej cywilizowane niż ta dziura. Z całym szacunkiem dla klanu Aldecados – Pozdrowienia dla Santiago i Loco z rodzinką!) była krótka.

Ale już sama prowincja okazała się być nie pozbawiona cywilizacji. Kilkadziesiąt mil za „metropolią” napotkaliśmy patrol/rogatkę (jak zwał tak zwał) armii rządowej. Od partyzantów różnią się tym, że nie każą od razu wyłazić z wozu z łapami w górze tylko delikatnie sugerują datek. Za dwie stówy puścili nas bez pytań. Jeden z nich miał cyberrękę i chłopaki mówią, że w moich oczkach pojawiły się eurodolary i sprawdzałem naboje w magazynku. Owszem. Sprawdzałam. Te 109ki mają swoje kaprysy i trzeba być pewnym spłonek. Niby po co mi taka ręka? Żeby się macać po cyckach jak prowadzę? Hmmm…

Kilka kilometrów dalej natknęliśmy się na opuszczoną wioskę. Miała tylko dwoje mieszkańców. Wielki murzyn z SWD i laska z kałachem. Chyba partyzanci, bo kazali nam wysiadać z łapami w górze. Johnny im napyskował wiec nas puścili. Ale, wymyślili sobie, że nas wystrzelają. Murzyn podniósł SWD a laska pobiegła gdzieś między domy. Wyskoczyłam z fury i pognałam za nią, a Johnny spokojnie odstrzelił czarnego. Laskę dopadłam za jedną z chałup. Dałem jej szansę. Nie strzelałam. Czekałam na reakcję. Była nieprawidłowa – próbowała strzelić szybciej niż Solo. 109ka trafiła ją w twarz. Te maleństwa strasznie wariują po natrafieniu na kości. Widok nie był ładny.

Okazało się ze w wiosce mieszkał jeszcze pies. Ale nie był partyzantem. Przeżył.

Podniesieni na duchu łatwym zwycięstwem, (choć ta twarz śni mi się do tej pory) ruszyliśmy dalej. W końcu dotarliśmy do jakiejś mieściny, której nazwy nie pamiętam. Z resztą, chyba nie mam czego żałować.

Naczelnik Gavon zmartwił się na wieść o patrolu rebeliantów. Japoniec głosno zastanawiał się czy naczelnika martwi obecność partyzantów w pobliżu czy też to, co zrobiliśmy z patrolem? Dupa Johnnego, panna Aeria Gloris miała na nas czekać w tej dziurze. Ale nie czekała, jako że Johnny, za każdym razem jak wyleci w powietrze, potrzebuje tygodnia na dojście do siebie. Więc lala się zmyła. Wyruszyła na poszukiwanie jakiegoś Abasynio. Miejscowe skrzyżowanie Krokodyla Dundee z Yodą. Wiadomo: wszechwiedzący, wszystko potrafiący, niczego się nie obawiający, wszystko przewidujący dupek, który i tak nie pomoże ani palcem nie kiwnie, a który jeszcze potrzebuje przysługi. Słowem gość typu chodzące kłopoty.

W mieścinie jedna czarnulka z dzieciakiem poprosiła o podrzutkę do szpitala mieszczącego się w pobliskim klasztorze, bo jej bachor miał gorączkę. Nie znoszę bachorów. Paru się pałętało w pobliżu i gapiło na mnie, bo chyba tam laski nie ganiają z bronią. Pogoniłam brudasy lufą Steyera.

Zabraliśmy kobitkę i bachora. Rzeczywiście gorączkował. Dałam jej trochę środków z apteczki i wdałam w rozmowę na temat miejscowych obyczajów. Otóż próbowała mi wmówić, jaka to radość płynie z posiadania potomstwa. Cóż, nie dowiem się tego na szczęście nigdy, bo, jak już wiecie, macice i jajniki wymieniłam na dopalacz refleksu i łącze inteligentnej broni.

Tak sobie konwersując dotarliśmy do klasztoru.

Reklamy

Komentarzy 8

  1. Maria Santana Vilalobos De La Hoya Vera Cruz Cardinalle lubi to:-)

  2. A gdyby… zrobić kiedyś… ciąg dalszy? Nigeria Reload?!

  3. Fak Tak!:-)

  4. […] moi drodzy, mięsni czytelnicy. Przy okazji relacji Marii Cardinalle „Upadek Korporacji SUS” w Solo of Fortune obiecałem opowiedzieć Wam jak to, razem z Aerią Gloris, pomogłem […]

  5. Very shortly this web site will be famous amid all blogging visitors, due to it’s fastidious
    content

  6. […] Maria Cardinalle (Maria Santana Vilalobos De La Hoya Vera Cruz Cardinalle) – Marcin – solo. Szanowną panią Marię mogliśmy już poznać czytając jej opowieści afrykańskie. […]

  7. When excessive-high quality microfiber is combined with the right knitting
    process, it creates a particularly efficient cleansing materials.

  8. A sheet requiring to be skived from a big billet would want about 5 days end-to-finish, as moulding would take three-four hours, the dwell time would be
    about 24 hours and sintering would take over 2 days.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s