Upadek Korporacji SUS 2/2

4.

Klasztor jak klasztor. Widziało się jeden to widziało się wszystkie. Biały, ceglany budynek z namiastką dzwonnicy i drewnianą przybudówką robiącą za szpital. Zbudowali go na wzgórzu i otaczały go jakieś poletka i zagrody dla kóz czy innych owiec albo krów.

Całością kierował katolicki księżulek i starzejąca się siostrzyczka. Natomiast asortyment uzupełniała cała gromada starych i młodych, chorych i wyglądających na zdrowych, ale nierzadko niezbyt mile pachnących ludzi.

Pogadaliśmy z księżulkiem i rozejrzeliśmy się po przybytku. Dowiedzieliśmy się, że okolicę terroryzuje stary lew zabójca. Obiecaliśmy się nim zająć. Po lekkim posiłku wyruszyliśmy na zwiad po okolicy.

Natknęliśmy się na wrak starego czołgu, obiekt, jak się później miało okazać, pozbawiony szczególnego znaczenia strategicznego. Oraz na obóz pełen samochodów, namiotów, koparek, ciężkiego sprzętu i chroniony, oprócz dwóch robotów strażniczych, przez całą kompanię europejskich najemników. Korporacja nazywała się SUS, a obóz był forpocztą większej operacji wydobywczej w tym rejonie. W tym celu planowali pozbyć się okolicznych wieśniaków. Za parę kawałków podjęlibyśmy się tego zadania, ale na swoje nieszczęście SUS postanowił iść po jak najmniejszej linii oporu. Ale nie uprzedzajmy faktów.

W nocy postanowiłam zapolować na lwa. Johnny opracował plan wywabienia lwa z jego kryjówki. Wykorzystując owcę (mój plan) i jednonogiego dziadka (plan Johnnego) jako przynętę namierzyłam drania. Bezbłędnie wyczułam zamiary i taktykę przeciwnika i wiedzę tę bezwzględnie wykorzystałam na swoją korzyść i ku jego zaskoczeniu i nieuniknionej zgubie. Nie pomógł mu przerażający wygląd, potworny ryk ani nadludzka szybkość i siła w kocich łapach. Zatrzymałam go serią z bliskiej odległości. Chłopaki mogą wmawiać, że wrzeszczałam ze strachu, ale łatwo przecież taki wrzask pomylić z westchnieniem rozkoszy płynącej ze zwycięstwa. Więc ich nie winię. Wieśniacy z wdzięczności obiecali mi wygarbować skórę. To znaczy nie mi tylko lwu. No, skórę lwa dla mnie. Super! Będę miała dywan, teraz tylko jakaś podłoga by się zdała. Ale Johnny powiedział, że ten dywan mogę zaparkować u niego na kwadracie. Czego on nie rozumie w słowie „lesba”? (Oj tam oj tam – Johnny)

Natomiast rano przyszły kłopoty. Właśnie brałam kąpiel i robiłam pranie bielizny przy studni, ku uciesze miejscowej młodzieży i zgorszeniu kadry kierowniczej ośrodka, kiedy ze strony obozu SUS nadeszła delegacja. Okazało się, że jednym z tych trzech gości, co nas odwiedzili był czarnuch, który śledził Johnnego na lotnisku. Pogadał z ojczulkiem i rozpoznał Johnnego.

No i popełnił błąd. Podniósł broń. Johnny nie tylko był przygotowany, ale jeszcze na to (jak zwykle) czekał. Toshiro (O! Przypomniałam sobie!) nie tylko nie był przygotowany, ale jeszcze stał na linii ognia obydwu stron tego, jak się miało okazać, błyskawicznego pojedynku strzeleckiego.

Wszystko trwało może ze 6 sekund i może 66 setnych. Johnny, nieposiadający w swoim słowniku słowa „osłona”, położył gościa trupem, a Toshiro drugiego. Zaliczyli jednak przy tym kilka postrzałów. Ja znam, lubię i, jak tylko mogę, stosuję słowo „osłona”, więc natychmiast wykorzystałam przeszkodę terenową w postaci studni jako improwizowaną osłonę mojego improwizowanego stanowiska strzeleckiego i, bezbłędnie wyczekawszy na właściwy moment, odstrzeliłam trzeciego gościa.  Bilans był dla nas korzystny. Trzy trupy od SUS’a i ranny Toshiro oraz podziurawiony Johnny.

Nie czekając na dalsze wizyty z obozu zapakowałam kolegów na pakę i zaszyliśmy się w buszu.

5.

W buszu jak to w buszu. Owady i węże. No i mrówki. Tak, mrówki i węże. Ale na szczęście już po pięciu dniach Johnny był sprawny jak zawsze, a Toshiro czuł się już bardzo dobrze. Kiedy chłopaki zażywali odpoczynku na łonie natury ja myszkowałam po okolicy, poznając teren i polując na drobnego zwierza typu jaszczurki i węże (nie mrówki?…) celem zaoszczędzenia na żelaznych racjach. Obserwowałam też pobliski szlak wypatrując śladu podejrzanej aktywności militarnej.

No i siódmego dnia wypatrzyłam. Było ich pięciu. Wszczepieni po uszy i uzbrojeni po zęby. Czujni jak drapieżne zwierzęta. Pobudziłam chłopstwo do działania i przygotowaliśmy się do odparcia potencjalnego ataku. Zaczailiśmy się na pagórku i, osłonięci ciernistymi krzewami, obserwowaliśmy poczynania potencjalnego przeciwnika. Prowadzący grupę był wysoki, potężnie zbudowany, uzbrojony w M4 i wszczepiony po uszy. Uszy zresztą miał wielkie jak u jakiegoś zwierza, fenka, dajmy na to. (To taki pustynny lisek – Johnny). I strzygł nimi nasłuchując. Drugi z kolei potencjalny przeciwnik, dźwigał na plecach ładnych kilka wyrzutni RPG7 (zapewne do zwalczania Johnnego) a reszta uzbrojona była w kałachy i M4. Ciężkie kamizelki kuloodporne i wojskowy ubiór oznaczało jedno. Najemnicy.  Czyli SUS wysłał za nami pościg.

Na migi wyznaczyliśmy sobie taktykę wstępnego ostrzału kolumny przeciwnika. Ja wzięłam na cel uszatka, Toshiro nosiciela broni przeciwpancernej a Johnny gościa zamykającego kolumnę.

Okazało się, że pan uszaty ma tak doskonały słuch, że usłyszał jak rozmawiamy na migi i kolumna przeciwnika rozpoczęła manewr złamania szyku i zajęcia rubieży obronnych.

Puściłam uszatkowi krótką serię. Chłopaki mówią ze spudłowałam. Nie jest to do końca prawda. Owszem spudłowałam, lecz celowo. Była to seria ostrzegawcza.

No, ale raz rozpoczęta kanonada rzadko kończy się szczęśliwie dla obu stron. Wymiana ognia trwała niezbyt długo. Kiedy w końcu uszatek padł pod kolejnymi salwami, które wreszcie przebiły się przez jego pancerz (gość był lepiej wszczepiony niż Johnny, niebywałe?…) Johnny wypatrzył kolejnego przeciwnika. Toshiro (mam jednak watpliwości co do tego imienia, może Kirishima..?) dostrzegł błysk lunety. I wszystko jasne.

Snajper!

Kryj się kto w Boga wierzy i nie wierzy!

Johnny jak zwykle w takich sytuacjach pokazał, że w Boga nie wierzy, nie wierzy też w osłonę ani kryjówkę. Gnając jak szalony, przeskakując kilkumetrowe doły, pędząc dzikim slalomem przez krzaki i karłowate drzewka, zasłużył sobie, na co najmniej Srebrną Gwiazdę, jeżeli nie na Medal Honoru. Ale w jego szaleństwie była metoda, wiedział, iż jest niezniszczalny (jego lekarz twierdzi, że to maniakalne urojenie wywołane postępującą cyberpsychozą, ale ten doktor nie widział nigdy jak Johnny wylatuje w powietrze lub idzie przez ogień jak hologram, i to nie tak jak ten Fixer z WB 20, co go potem nie byli w stanie zidentyfikować…), a snajper widząc jak Johnny próbuje oflankować jego pozycję rozpoczął ostrzał w beznadziejnej próbie odparcia nadciągającego zagrożenia. Korzystając z chwili wytchnienia zajęliśmy z żółtkiem pozycje strzeleckie i daliśmy Johnnemu osłonę w postaci ognia zaporowego. Nie wiem czy Johnny to zauważył, bo on nie bardzo wie, co to osłona. Trzeba przyznać ze ów snajper był dobry. Zdołał odłączyć Toshiro, ale koniec końców Johnny stanął nad nim niczym jakiś mityczny Bóg zemsty i wojny. Nie obyło się przy tym bez udziału naszego żółtego przyjaciela, który siłą woli zachował resztki umykającej świadomości i oddał jeden celny strzał neutralizując na wystarczająco długą chwilę naszego przeciwnika.

Pojedynczy, suchy wystrzał, charakterystyczny dźwięk ulubionej broni wrogów demokracji, oznajmił koniec polowania. Johnny wrócił dźwigając dodatkowy SWD i amunicję.

Przeszukaliśmy ciała, uzupełniliśmy zapasy i amunicję. A ja nawet wydłubałam uszatkowi cyberoczko. Jak wrócę do NC to będę miała do kompletu.

Opatrzyliśmy żółtka i ruszyliśmy ostrożnie w drogę powrotną do klasztoru.

Swoja drogą, dlaczego najemnicy SUS zamiast nowoczesnej broni Militechu czy Arasaki używali sprzętu sprawiającego wrażenie kupionego u Borysa „Brzytwy”…?

6.

Klasztor stał na miejscu. Okazało się, że przeciwnik nie nękał zbytnio mieszkańców a przez ten tydzień nic się nie wydarzyło. No może poza wizytą panny Aerii Gloris…

Okazało się, że była i że się znowu zmyła…

Ale co tam, pomyśleliśmy, może zostawiła jakąś wiadomość? Zanim jednak zabraliśmy się za poszukiwanie wskazówek, co robić dalej, Johnny zauważył, iż siostrzyczka zachowuje się nader dziwnie. Była bardzo chętna do pomocy, nawet chciała prać i cerować nasze ubrania.

Rzeczywiście podejrzane. Siostra zakonna, a chce pomagać rannym i zmęczonym ludziom…

Okazało się zresztą, że jest Francuzką. Nawymyślałam jej za to, co zrobili żabojady moim przybranym rodzicom i całemu Colorado Springs i za to że nie wsparli naszej interwencji w SouAm przez co straciłam tatusia. W ogóle żabojady to #penisy#, ja ich znam…

Mając siostrzyczkę na oku, dyskretnie rozejrzeliśmy się po klasztorze i popytaliśmy ludność. Przy okazji okazało się, że dotrzymali słowa i wygarbowali mi skórę. To znaczy skórę lwa wygarbowali dla mnie.

No i jest takie powiedzenie: Kto szuka ten znajduje. Więc słowem: Znaleźliśmy, a dokładnie znalazł Johnny, wiadomość od panny Gloris. Napisała, szyfrem zresztą i tylko Johnny mógł odczytać: nauki jakiegoś starego Poe (może i zakończyłam edukację na podstawówce, ale kto to Poe to wiem. Na pewno nie mógł uczyć niczego ani Gloris, ani tym bardziej Johnnego. Szczególnie, że Johnny nie chodził do szkoły. Mógł być tam raz: Podłożyć bombę albo co…). Treść wiadomości umknęła mi już z pamięci ale point był taki by spotkać się na wzgórzu Hipopotama.

Jako że Japoniec był ranny wiec postanowiliśmy zostawić go na czatach i by miał siostrzyczkę na oku. A sami, utwierdzając przedtem wszystkich zainteresowanych w przekonaniu, że udajemy się w kierunku dokładnie odwrotnym od Wzgórza Hipopotama (sama prawie uwierzyłam…), udaliśmy się chyłkiem i zachowując pełna czujność na miejsce spotkania. Trochę kluczyliśmy i myliliśmy potencjalnych prześladowców. W końcu jednak, pod wieczór, dotarliśmy pod Wzgórze Hipopotama. Rozdzieliliśmy się i przygotowani na wszystko rozpoczęliśmy podejście ku miejscu spotkania.

No i okazało się, że rzeczywiście czeka tam na nas Aeria Gloris i niejaki Abasynio.  Aeria Gloris…. te oczy, te włosy, te rysy i to smukłe, gibkie ciało… Chyba się zakochałam od pierwszego wejrzenia. Jak to wszystko się skończy to zapytam się czy nie jest lesbijką i czy nie szuka dziewczyny? A jak nie jest to i tak zapytam. Może szuka…

No a Abasynio… cóż, miałam rację. Chudy jak patyk, czarny jak smoła, z jakąś dzidą. Oczywiście poruszał się jak cień i nie bał się nikogo i niczego. No i oczywiście nie zamierzał kiwnąć palcem by nam pomóc w udzieleniu jemu pomocy. Bo niby, po co?

Gloris wyłożyła nam sytuację. Trochę nie słuchałam, bo gapiłam się to na jej biust, to na wilgotne miejsce na obcisłych szortach (podczerwieni nic nie umknie), to głęboko w te piękne oczy… Ale wyszło, że mamy pogonić z tego terenu SUS. SUS to subsydium jakiejś europejskiej korporacji URSUS produkującej nie wiadomo co. Zdaniem Johnnego pewnie traktory…

Naszym zadaniem było: Jeden – Wykraść z obozu dyski z dokumentacją ich machlojek. Dwa – Zlikwidować naczelnika Gavona, który jak się okazało ma konszachty z SUSem i partyzantami. Trzy – Zatrzymać zbliżającą się do tej okolicy brygadę partyzantów (phi, ledwie wzmocniona kompania jak się miało później okazać).

A pomocy w wykonaniu tego zadania udzieli nam owiany słuszną sławą, darzony zasłużonym respektem i podziwem, uwielbiany przez zleceniodawców i znienawidzony przez wrogów oddział najemników pod wodzą wielkiego, mężnego, uczciwego i niepokonanego Fenka…

Choć znaliśmy odpowiedź na to pytanie to jednak je zadaliśmy, cicho i nieśmiale: Dlaczego nazywają go Fenek? Odpowiedź nie była już zaskoczeniem: Bo ma uszy wielkie jak Fenek…

Aeria bardzo zasmuciła się na wieść o tym, iż legł mężny Fenek rażony wrażą kulą wystrzeloną z podstępnej zasadzki. A z nim legł, oddając salwę za salwę, cios za cios, cały jego oddział.  Na szczęście nie wzięli zapłaty z góry. Jakoś zapomnieliśmy dodać, kto był w tej zasadzce, ale przecież to i tak już nie ważne. Nie wróci to życia martwym bohaterom…

Nic to. Okazało się, że pomocy udzieli nam Azikive, bo już wyzdrowiał i był gotów kopać tyłki. A zapłatą będzie po jednym procencie udziałów w przyszłym interesie wydobywczym, który zamierzali rozkręcić tutaj zleceniodawcy Gloris za zgodą Abasynio, który okazał się kimś w rodzaju właściciela tych ziem.

Jeden tylko szkopuł nas zmartwił. Rozkręcenie interesu potrwa jakieś dziesięć lat. Ale co tam, pomyśleliśmy, zabijemy partyzantów i pewnie znajdziemy przy nich rzeczy, które z chęcią kupi Borys, a i pewnie rząd nigeryjski wypłaci jakąś nagrodę.

Dobrze być bohaterem.

7.

No, może czasem nie tak dobrze. Nie, kiedy leży się w improwizowanym okopie, kiedy za kamuflaż robi jakiś goły krzak i zdechła jaszczurka przyczepiona do kapelusza. A za wsparcie ma się cyberpsychola, snajpera Arasaki i miejscowego szofera który zawsze chciał być komandosem. Ale po kolei.

Mając trzy zadania do wykonania, za mało czasu na wszystkie i za małą siłę ognia na jakiekolwiek, od razu pożałowaliśmy odstrzelenia oddziału Fenka. Chłopaki przez całą drogę ku przełęczy Undagara patrzyli się na mnie ciężkim wzrokiem pełnym niewypowiedzianego wyrzutu. Nie wiem, o co im chodziło. Ja osobiście ustrzeliłam tylko jednego z fenkowych ludzi a oni czterech w tym Fenka. I niby ja jestem winna.

Przełęcz Undagara była całkiem miłym miejscem na zasadzkę. Tak zwane wąskie gardło. Chłopaki zaczęli rechotać, że głębokie. Jakie głębokie? Płytkie, ale wąskie. Dzięki temu nasze szanse podskoczyły o kilka procent. Na przełęczy napotkaliśmy jakichś roboli. Mieli Land Rovera i młot pneumatyczny. Johnny kazał im „spierdalać i oddawać kurwa ten młot”, co też, bez zbędnej zwłoki, uczynili. Zastanawiacie się pewnie, po co mu młot? Johnny jak zapewne już zauważyliście, podchodzi do wojny w sposób niekonwencjonalny. Jako że w owym głębokim, tfu, wąskim gardle przebiegała asfaltowa droga, Johnny wygłówkował, że zrobi w niej dziurę, tak wielką że wszystkie potencjalne czołgi partyzantów w nią powpadają. Nie pytajcie mnie skąd mu to przyszło do głowy, Johnny jest, jakby nie było, Johnnym…

A więc Johnny rozpoczął wiercenie dziury w szosie, a reszta naszej drużyny zaczęła stawiać improwizowane stanowiska strzeleckie wzdłuż gardła. Uporaliśmy się w porę zanim pojawili się partyzanci. Johnny oczywiście dziury nie wykopał i ledwo zdążył się ukryć, kiedy pojawili się partyzanci. Trzy ciężarówki parę terenówek i stary sowiecki wóz rozpoznawczy z karabinem kal. 14.5mm na wieżyczce… Chyba przeczuwali Johnnego…

Co tutaj ściemniać? Było gorąco. Pierwsza salwa należała do mnie. Mówią, że karabin SWD jest stary i niezbyt szybkostrzelny. Zanim załoga pierwszej terenówki zorientowała się, co się dzieje trzech z nich leżało we krwi a czwarty tylko cudem zdołał się ukryć, trzymając za przestrzelone ramię.

Odstrzelenie prowadzącego wozu zatrzymało kolumnę i pozwoliła Johnnemu i Azikive zająć się ciężarówkami przy pomocy RPG7. Zapanował prawdziwy chaos, mimo to okazało się, że partyzanci są nieźle wyszkoleni. Pozbierali się na tyle szybko, że śmiem twierdzić, że nie byli to żadni partyzanci, ale jacyś drugorzędni najemnicy. Osłaniani przez wóz pancerny i karabiny maszynowe rozpoczęli szturm na nasze stanowiska. Zaczęłam żałować ze to gardło nie jest też i głębokie. SWD szybko się wystrzelał, potem Stayer, zostałam z .45ką kiedy dopadło mnie czterech partyzantów. Uratowała mnie cybernetyka. Trzech zginęło od kul z .45ki czwarty pojechał mnie z kałacha, ale kewlar zatrzymał kule a cybernetyczne mięśnie poradziły sobie z energią pocisków. Wyrzygałam śniadanie i resztki naturalnych wnętrzności i urwałam mu głowę. Johnny wziął na siebie wóz pancerny, kiedy ten zainteresowany był moją osobą. Może i jestem pół cyborgiem, ale jeden taki pocisk rozerwałby mnie na kawałki. Ale Johnny zakasował puszkę z RPG7. Niestety, jeden z partyzantów przyłożył mu z tego samego. To dziwne, ale nie bałam się o niego, podświadomie wiedziałam, że taki mały, 70 milimetrowy pocisk kumulacyjny nie jest w stanie mu poważnie zaszkodzić. I rzeczywiście. Johnny otrząsnął się z szoku wstał i rozniósł na kawałki gościa, który śmiał go trafić. Potem jednak runął na ziemię, bo okazało się, że stracił nogę… Robiło się gorąco. Azikive wycofał się na z góry upatrzone pozycje. Mnie skończyła się amunicja, a Toshiro miał kłopoty w postaci plutonu partyzantów szturmujących jego pozycję, kiedy on próbował zabrać Johnnego spod ostrzału.

I wtedy pojawił się on. Wielki, czarny skurwiel. Wymachujący karabinem maszynowym generał partyzantów. Toshiro zaczął faszerować go kulkami, ale ostrzeliwany przez partyzantów nie był w stanie dobrze wycelować, a pociski, które trafiły wchodziły jak w drewno nie robiąc na tym olbrzymie żadnego wrażenia. Toshiro zaprzestał tych wysiłków i dźwignąwszy Johnnego na plecy jął uciekać przed pogonią. I wtedy Johnny uniósł kałacha do ramienia, wymierzył i spokojnie nacisnął spust. Trafienie z kałacha z czterystu metrów to mistrzostwo świata. Ale Johnny zrobił coś większego. Johnny trafił gościa prosto w oko. Nie było w tym żadnego dramatyzmu. Generał po prostu padł jak przecinak. Partyzanci obryzgani mózgiem swojego wodza stali jak wryci i zaniechali pościgu. Tych kilku maruderów, co się wyłamało skasowałam z colta i dotarliśmy do samochodu. Ale nie był to jeszcze koniec. Niestety nie. Zapomniawszy się w orgii zabijania zapomnieliśmy o SUSie.

8.

Daliśmy się zaskoczyć jak amatorzy. Muszę to przyznać otwarcie. Nic nas nie usprawiedliwia. Był wieczór, kiedy znaleźliśmy się parę kilometrów od klasztoru. Było już ciemno i ledwo żyliśmy z powodu ran i ze zmęczenia.

Ta AVka wzięła się z nikąd. Model 6 uzbrojony po zęby. Razem z Toshiro zwialiśmy do buszu, a Azikive pognał z Johnnym na złamanie karku. Prowadził jak szaleniec. Muszę przyznać że nie znam lepszego szofera (choć Johnny kiedyś skakał na motocyklu bez spadochronu z lecącego B25…) Prawie im się udało. Wóz zniknął za zakrętem a AVka poleciała za nim waląc ze wszystkiego, co miała na pokładzie, a Johnny ostrzeliwał się z kałacha i RPG7mek. Potem była eksplozja, słup dymu i cisza…

Dotarliśmy na miejsce w ciągu pół godziny. Z wozu pozostał poskręcany, wypalony wrak. W środku znaleźliśmy zwęglone ciało Azikive. Wciąż zaciskał ręce na kierownicy. Nie zasłużył sobie na taki koniec, ale nie wybieramy swojego losu. Chciałabym dodać, że został odpowiednio pomszczony, ale nic z tych rzeczy. Może nadejdzie jeszcze na to czas.

Ciało Johnnego znaleźliśmy kilka metrów od wraku. Przyznam, że przez chwilę nasza wiara została zachwiana. Ale okazało się, że Johnny jak zwykle żyje. Zdarło z niego skórę i połowę cybernetyki. Ale Johnnego nie da się tak łatwo zniszczyć. Zaciągnęliśmy go do lasu, opatrzyliśmy, co się dało i zostawiliśmy by odpoczywał, a sami udaliśmy się na rekonesans do klasztoru. Nie było dobrze. Klasztor został opanowany przez oddział SUS i wyglądało, że źle się tam dzieje.

Jako że jedynie Toshiro nie odniósł żadnych obrażeń to postanowił się wybrać na rekonesans. Obserwowałam jak podchodzi pod klasztor. Jakiś wojak postanowił zabawić się z miejscową dziewczyną bez jej zgody a wręcz przeciwnie. Nasz dobry Japoniec odstrzelił mu mózgownicę z .45ki i wysłał laskę do mnie. Potem wszedł do budynku klasztoru. Przez kilka minut panowała cisza…

Potem rozpoczęła się kanonada.

Pojawiło się więcej ludzi SUS i nie miałam szansy dostać się do środka i go wyciągnąć. Po raz pierwszy w życiu nie wiedziałam, co robić. Nie mogłam pomóc Toshiro, szczególnie, że musiałam pomóc Johnnemu.

Odczekałam chwilę i wzięłam Johnnego na plery i ruszyłam w kierunku Wzgórza Hipopotama. Licząc na pomoc Abasynio. Dotarłam tam rano, ale po nim nie było ani śladu.

Zostawiłam Johnnego i ruszyłam do klasztoru zdeterminowana wyciągnąć stamtąd Toshiro i pozabijać każdego parszywego sukinsyna, który odważy się stanąć mi na drodze

Ale nie dane mi było zginąć w bohaterski sposób. Okazało się, że panna Gloris przewidziała, że może być potrzebna kawaleria i w jakiś sobie tylko znany sposób sprowadziła na pomoc kompanię Nigeryjskiego wojska. Trochę się zdziwili na mój widok. Cóż, wyglądałam jak każdy, kto właśnie zabił trzydziestu ludzi, chwycił serię z AK47 i przebył na piechotę 50 kilometrów, nie mówiąc już o tym, że nie spałam i nie jadłam od dwóch dni.

Razem z kilkoma wojakami przynieśliśmy Johnnego a potem ruszyliśmy do klasztoru. SUS nie stawiał oporu. Spokojnie by roznieśli ten oddział Nigeryjczykow, ale wiedzieli ze po nim przyszłyby inne. A i sama Nigeria okazuje się być krajem, w którym rząd, w choć minimalnym stopniu dba o prawa swoich obywateli.

Uwolniliśmy Toshiro oraz ojczulka i siostrzyczkę. I rozpoczęliśmy rekonwalescencję w klasztornych murach.

Dobrze być bohaterem.

Epilog

No cóż. herbatniki z nas niezłe. Zwiedziliśmy piękny kraj, nawiązaliśmy ciekawe kontakty i poznaliśmy wielu ciekawych ludzi. Cóż, większość z nich niestety zabiliśmy… Ale bywa.

Nie wszystko poszło jak powinno. Naczelnik Gavon zwiał do Liberii czy gdzieś a SUS zapłacił niewielkie odszkodowanie. Nowa firma rozpoczęła wydobycie i za parę lat zaczniemy mieć z tego jakieś zyski. Co do samych zysków to już nieco gorzej. Owszem, Borys, odkupił to, co zostało ze sprzętu, ale nawet w części nie zwróciło to kosztów poniesionych przez chłopaków.

A ja? Cóż, zapomniałam powiedzieć, że w trakcie wyprawy znalazłam 250 eurobaksów, a do tego mam to oczko, które wydłubałam Fenkowi… Zawsze do przodu…

Dobrze być bohaterem.

Posłowie od Johnnego Harringtona

Tym razem nie wstawiłem sobie cybernogi. Nowiutka, klonowana na moim DNA. Zdrowa i silna. Naturalnie naturalna. Maria sportretowała mnie tutaj trochę jak jakiegoś cyberpsychola, ale jej wybaczam, bo też ma w sobie pod tą śliczna skórką dużo metalu, jeśli nie więcej niż ja i udaje niewiniątko. A właśnie. W mieszkaniu Aerii znaleźliśmy kamerę. Fajny film tam skunksy nagrali razem z tym wielkim murzynem. Jakieś porno, albo co. Wpychali sobie nawzajem do dupy szczoteczkę do zębów. To jest chore. Ludzie są tacy jacyś ośliźli i obrzydliwi. Chyba dlatego zostałem cyberpsycholem. Pozdrawiam was serdecznie. Następnym razem dowiecie się jak razem z Aerią Gloris uratowaliśmy brytyjską królową.

A teraz żegnajcie i pamiętajcie: Metal jest lepszy niż mięso.

Advertisements

komentarzy 7

  1. Heh, podoba mi się swada Marii :):
    „Drugi z kolei potencjalny przeciwnik, dźwigał na plecach ładnych kilka wyrzutni RPG7 (zapewne do zwalczania Johnnego)”

    „W ogóle żabojady to #penisy#, ja ich znam…” i kilka innych.

    A Johnny pewnie dostał starą głowicą, a nie tandemową, to i przeżył 🙂

  2. Kiedy Marcin tworzył postać Johnniego, to najwyższy współczynnik (10) wziął na Empatię. Nie na Budowę (odporność na obrażenia) ani na Refleks (w CP decyduje o szybkości działania oraz celności ciosów i strzałów), tylko na Empatię? Niepomiernie mnie to zdziwiło, bo wiedziałem, że w każdym kolejnym systemie grał postacie, które „jedzą śmierć i piją ból”. A jak mawiają Amerykanie „jesteś tym, co jesz”. Ale spoko, pomyślałem, że chce sobie po prostu zrobić urozmaicenie, odskocznię od grania twardzielem i i zagrać wrażliwca z Empatią 10.

    W jakimże byłem błędzie…
    W Cyberpunku za każdą cyborgizację postać płaci wysoką cenę – utratę człowieczeństwa. Kolejne wszczepy sprawiają, że jest coraz bardziej zimna, nieludzka, odhumanizowana. Współczynnik Empatia spada. A po utracie wszystkich punktów współczynnika gracz traci nad postacią kontrolę. Po prostu. Empatia 10 była po to, żeby Marcin mógł wziąć bez ryzyka utraty postaci ogromne ilości cyborgizacji! I tak właśnie robił!

  3. A i u siebie miałem takich co na EMP nie żałowali :). Choć u mnie akurat skille spod EMP były ważne w grze w Night City (Postrzeganie emocji!!!)

  4. Hyhy. Johnny nie postrzegał emocji. Johnny strzelał:-) A gwoli poprawki Marcin miał także 10 w refleksie (musi być najszybszy):-) A 10 w budowę nie wział bo wykalkulował ze BC 12 a 14 to zadna różnica w modyfikatorach a z 9 do 13 spokojnie dopakuje cybernetyką. Ale punktu emopatii ot tak sobie nie wszczepi:-) Juz nie pamiętam jak Grzesiek do tego podchodił ale my w testach uzywaliśmy wypadkowej empatkii początkowej i empatii zmodyfikowanej. U Johnnego było to (10+2)/2 czyli 6:-) W mojej kolejnej grupie jeden gracz przebił Johnnego. Nie pod względem fantazji ale z 10 zszedł do 1:-)

  5. > Johnny trafił gościa prosto w oko.
    > Nie było w tym żadnego dramatyzmu.

    Nie, skądże.
    Jak już się dałem przekonać, że w ogóle jest cień szansy, że niesiony na plecach ciężko ranny cyborg jest w ogóle w stanie strzelić (!) i po naliczeniu bardzo wysokich i wrednych modyfikatorów pozwoliłem na rzut, to Marcin rzucił na k10 cztery dziesiątki pod rząd.

    Cztery przerzuty!!! Żadnego dramatyzmu…

  6. Dla postronnego obserwatora:-) Zreszta dla nas też:-) Bo wiadomo że jak Marcin musi rzucić 4 dziesiatki to po prostu rzuca 4 dziesiatki:-)

  7. Tutaj taki mały gif z Mariją w akcji:-) Pokazuje jak urwała rebeliantowi głowę:-)
    http://i1.kwejk.pl/site_media/obrazki/2012/09/9ed0194af2c4178d23997e9c68b15ee0.gif?1346916422

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s