Zaginiona Ekspedycja 01 Prolog i wejście w pierwszy rozdział.

Prolog

Szanowni członkowie Oświeconej Ligi Badaczy Nadnaturalnego,

 

Mark Donovan,

George Herman Dunn,

i Walter Smith,

 

Jak pewnie Panowie słyszeliście, profesor Jurgen Zwinkel poprowadził w zeszłym roku ekspedycję, mającą prowadzić badania antropologiczne. Nie, nie w Egipcie, Chinach czy na Jukatanie. W Ameryce, w Górach Kaskadowych w stanie Oregon. Chciał poddać badaniom stare ryty naskalne, które są znane nauce tylko z niepotwierdzonych przekazów i opowieści traperów i Indian.

W związku z faktem, że wokół tych rytów narosło tak wiele lokalnego folkloru, przypisującego im właściwości magiczne, moc uzdrawiania, sprowadzanie klątw i przywoływanie indiańskich duchów – temat jest bardzo interesujący także dla Oświeconej Ligi Badaczy Nadnaturalnego.

Oczywiście nie spodziewaliśmy się, aby te lokalne przesądy miały się potwierdzić, ale zależało nam na ich opisaniu i skatalogowaniu, dlatego wsparliśmy profesora finansowo i logistycznie.

Wiecie Panowie także, że prawie cała ekspedycja zniknęła bez śladu.

Nie odnalazł się na razie ani profesor Jurgen Zwinkel, ani jego asystenci Alberto Pedaci i Crispian Kempas, ani jeden z wynajętych traperów, niejaki Angel.

Doktor Cameron Bigwood natomiast… no cóż… zmienił się. Nie wrócił do cywilizacji, pozostał w górach, w których stracił towarzyszy i trochę jakby… zdziczał…

Czekaliśmy aż doktor Bigwood odzyska pełnię zdrowia, ale dzisiaj, po prawie roku od tych wydarzeń, widać jasno, że się na to nie zanosi.

Dlatego Wy jedziecie w Góry Kaskadowe, śladami ekspedycji profesora Zwinkela. Waszym zadaniem jest skopiować (najlepiej fotograficznie) wspomniane ryty, aby zebrany materiał poddać badaniom tutaj, na Uniwersytecie Arkham. Gdyby dodatkowo udało Wam się przekonać do powrotu doktora Bigwooda albo odnaleźć ślady ekspedycji profesora Zwinkela – czy wręcz samego profesora Zwinkela – to wyprawa będzie wielkim sukcesem.

 

Zachowajcie wielką ostrożność.

Życzymy powodzenia!

 

Zdjęcie profesora w załączeniu.

 

Rupert Danner, Kanclerz i Członek Kapituły Oświeconej Ligi Badaczy Nadnaturalnego

Evelyn Samson, Członek Kapituły Oświeconej Ligi Badaczy Nadnaturalnego

Alfred Emerson, Członek Kapituły Oświeconej Ligi Badaczy Nadnaturalnego

Koperta zawierała dodatkowo zdjęcie, podpisane na odwrocie „Jurgen Zwinkel”, przedstawiające dużego, mocnej budowy mężczyznę około 50 lat o raczej sympatycznej szerokiej twarzy i bardzo charakterystycznych włosach: całkiem siwych z jednym ciemnym, prawie czarnym puklem w grzywce, 400 dolarów amerykańskich w banknotach 20 dolarowych oraz trzy bilety kolejowe na długą trasę, kończącą się w Parkdale w Oregonie.

Rozdział pierwszy

Pogoda nie była dobra. Była paskudna. Małe górnicze miasteczko Parkdale, na co dzień szkaradne, w strugach zimnego deszczu wyglądało podwójnie brzydko i przygnębiająco. Główna ulica tonęła w błocie a mokre budynki wyglądały jakby przywdziały żałobę.

Może dlatego płonący w krzywo wymurowanym kominku ogień wydawał się większy i cieplejszy, niż rzeczywiście był. Płomienie nadawały obliczom wszystkich pięciu obecnych w pomieszczeniu mężczyzn ognisty poblask. Dwaj z obecnych byli bez wątpienia miejscowi, obaj – ten grupy a niski i ten wyższy chudzielec o tępym spojrzeniu – byli ubrani w znoszone ubrania skrojone z grubej wełny. Obaj też mieli wpięte w marynarki gwiazdy stróżów prawa.

Znacznie ciekawiej prezentowali się pozostali trzej. Od razu było widać, że nie są tutejsi.

Pierwszy z nich oparty o framugę drzwi właśnie rozpinał gruby płaszcz strącając ręką krople wody nadal ściekające po zaimpregnowanym materiale. Jakby wcale nie zainteresowany dwoma stróżami prawa. Był przeciętnego wzrostu i budowy, gdy szedł poruszał się lekko i widać było w nim sportowca. Może ktoś z Was kojarzy go jeszcze z rozgrywek New York Mets sprzed kilku lat. Dobry był… potem coś się popsuło, teraz cichy, zaglądający do flaszki i nie stroniący od tytoniu spędza z Wami czas w tym zapomnianym przez boga miasteczku. Ubrany w sposób bardzo wygodny, wręcz sportowy, pod płaszczem nosi kamizelkę w kolorze szaro-zielonym, krawatu nie uświadczycie, do tego kremowa koszula rozpiętą na jeden guzik, spodnie szerokie z grubego materiału, wpuszczone ma w wysokie skórzane buty. Zrobił dwa kroki od drzwi i powiesił na wieszaku płaszcz i kaszkiet. Wreszcie spojrzał na was i się uśmiechnął serdecznie już bawiąc się cygarem obracając je z namaszczeniem między palcami.

Drugi wyglądał na człowieka zmęczonego, podkrążone, przymrużone oczy wolno wodziły za gospodarzami, w czasie gdy on zdejmował mokry płaszcz i wieszał go na wieszaku. W blasku płomienia siwizna na skroniach jeszcze bardziej zaznaczyła swoją obecność, jakby to powiedziała Margareth – 65-cio letnia sąsiadka Marka, „taki młody (przeszło 35 lat) a tyle siwych włosów, pewnie przez tą zołzę co to opuściła kochającego męża i zabrała dziecko”. Był ubrany w nowy komplet spodni garniturowych i kamizelkę w kolorze granatowym, pod którą miał białą koszulę z rozpiętym guzikiem pod szyją. Sprawdził godzinę na zegarku na łańcuszku, który wyjął z kieszonki kamizelki i miał się odezwać, gdy do głosu doszedł szeryf…

Co do trzeciego… Co do trzeciego z nich, było jasne, że większość swojego życia spędził w mieście i nie wydawało się, że wyglądał na dobrze przygotowanego do wyprawy w góry. Na oko trzydziestoletni blondyn, w jeszcze przemokniętym prochowcu i szarej fedorze, których nawet nie zdjął po wejściu do pomieszczenia, ledwo mógł poradzić sobie ze swoimi bagażami: wielką, nieporęczną walizą, niedokładnie dopiętym plecakiem i przytroczonymi do niego stelażem i statywem. Zadziwiające było jak ten skromnej postury mężczyzna, któremu spod połów rozpiętego płaszcza wystawała plakietka z napisem „Prasa, Walter Smith, Boston Weekly”, był w stanie nieść ze sobą to wszystko, najpewniej jednak niedostatki fizyczne nadrabiał energią i ruchliwością. Zanim na jego towarzysze na dobre się rozsiedli, Mr Smith poprawił już druciane okulary i naszykował ołówek i notatnik, gotów do zapisania każdego słowa szeryfa, który we właściwy sobie ponury sposób rozpoczął przywitanie:

– Niepotrzebnie tutaj przyjechaliście. – powiedział surowym, trochę mentorskim tonem szeryf Parkdale, Clive Haleigh – Na siebie sprowadzacie niebezpieczeństwo a i nam życie utrudniacie. Wy miastowi nie rozumiecie, że natura jest niebezpieczna. Dostałem telegram z Arkham i wiem, że jesteście z uniwersyteckiego… jak wy to nazywacie? Koło badaczy tajemnic? Loża odkrywców?… Słuchajcie: profesor Zwinkel na pewno nie żyje, a poszukiwanie jego szczątków czy kontynuowanie jego pracy tylko was narazi, więc nic tu po was. I tak nie mogę nikogo z wami wysłać, mam za mało ludzi. I mam co robić. Za chwilę powinno przestać lać a ja musze jeszcze obejrzeć te zwłoki Shepherda, co je dzisiaj przywieźli.

– Szeryfie.. Nami nie masz się co przejmować, doskonale sobie poradzimy bez Twojej opieki czy Twoich ludzi, może w mieście znajdziemy przewodnika, jeśli taki okaże się niezbędny, bo nadal nie wiemy jak daleko w góry zaszedł szanowny profesorek.

– Gdzie zaszedł, to w sumie wiadomo. A przynajmniej, gdzie się wybrał i gdzie blokhaus postawił, zanim przepadł. To już pogadajcie z którymś z ludzi, co z nim wtedy byli. A jak chcecie kogoś na przewodnika sobie znaleźć, to szukajcie w hotelu. Ale moja rada jest taka: idźcie do hotelu, wypijcie parę kieliszków podłej whiskey, pogadajcie z ludźmi, zróbcie z tego jakieś sprawozdanie czy raport i wracajcie skąd przyjechaliście. Nie idźcie nigdzie w góry. Nie po złości tak mówię, tylko przysługę wam robię. – wyjrzał przez okno – no i chyba leje już jakby mniej, czas podejść do grabarza zobaczyć tego zaszlachtowanego chłopaka.

– I tak chcąc posłuchać pańskiej rady, szeryfie, kolejny pociąg mamy dopiero jutro, jak dobrze pamiętam. Może moglibyśmy się jakoś odwdzięczyć radą za radę?? Nie przedstawiłem się, przepraszam najmocniej, jestem Mark Donovan, lekarz specjalista z Arkham Clinic Hospital – Mark podał rękę obu mężczyznom – i z chęcią pomógłbym w oględzinach denata, oczywiście za pańską zgodą.

Twarz szeryfa pod wpływem propozycji Donovana na moment wyraziła silną niechęć, ale zaraz potem się rozpromieniła.

– Dobrze, czemu nie. Skoro jesteś pan lekarzem, to może i będziesz w czymś pomocny. – powiedział, choć w głosie słychać było nutę powątpiewania, czy może rezerwy względem „miastowego”. – Was natomiast mój pomocnik odprowadzi do hotelu. Droga prosta i trudno się zgubić, ale przynajmniej pomoże wam zabrać bagaże. A miasto, jak już widzieliście, duże nie jest. Sklep, hotel z knajpą, kościół, poczta i parę innych budynków.

Następnie obecni ubrali się ciepło i poszli, rozdzieliwszy się na dwie grupy. Na zewnątrz Dunn rozejrzał się po rzednącym deszczu i powiedział do Donovana:

– Hej Mark, jak byś tak rozejrzał się i podpytał tutejszego lekarza, wyprawa była dawno ale może wie ktoś cos cennego, a jak sprawisz się dobrze jako pomocnik to na pewno na stopie koleżeńskiej cos się dowiesz.

Potem szeryf Haleigh z Donovanem poszli do kostnicy, a pomocnik szeryfa chwytając bagaże Smitha i Dunna podreptał przez błoto w stronę wysokiego budynku z napisem „Hotel”.

* * *

Szeryf Haleigh, Mark Donovan i trzeci osobnik, zasuszony staruszek w mocno wytartym czarnym garniturze nachylali się nad szczątkami ludzkimi. Zwłoki wyglądały fatalnie, zwłaszcza głowa, korpus i ręce. Wyglądało na to, że jakieś silne zwierzę zaatakowało chłopaka, zabiło i częściowo zjadło – na twarzy, korpusie i rękach brakowało dużej ilości tkanki mięśniowej i skóry. Na zwłokach dało się zauważyć ślady ugryzień i długich, ostrych ran cięto-szarpanych, jakby po pazurach.

– Bieda nam tu straszna, w naszym Parkdale. – powiedział szeryf. – Nawet koronera nie przysłali, chociaż ewidentnie należało. Sami musimy protokół z sekcji zrobić. Dobrze, że chociaż lekarz jest z nami – tu kiwnął głową w stronę Donovana, nie zdając sobie sprawy z faktu, że ten jest lekarzem, ale psychiatrą – bo na pana Knoxa, naszego felczera i grabarza w jednym, to raczej przy wyrywaniu zęba można liczyć, nie przy sekcji. Hmmm… No cóż, wygląda na to, że go niedźwiedź zabił i zeżarł.

Mark, w charakterystyczny dla siebie sposób, podwinął rękawy nie spiesząc się i nałożył rękawice. Wysłuchał szeryfa z uwagą, przyjrzał się staruszkowi i wziął się do oględzin. Powoli, mrucząc pod nosem zaczął oglądać zwłoki od głowy do stóp. Wyglądało, jakby chciał otworzyć wszelkie możliwe otwory ciała i włożyć rękę i pęsetę gdzie się tylko da. Starał się stworzyć wrażenie profesjonalisty, poprzez naśladowanie profesora Gurringtona z zajęć w prosektorium, kiedy to chyba ostatnio był na sekcji… – jedyne czego nie robił to nie dotykał zwłok końcówką pióra, które miał w zwyczaju później wkładać do ust… Donovanowi było lekko słabo, szczegółowe oglądanie nawet nietkniętych zwłok jest ciężkie, a te były rozszarpane. Poza tym przy stole prosektoryjnym nie stał od czasu studiów. Zacisnął jednak zęby i szybko doszedł do siebie. Szczegółowe obserwacje wskazały, że chłopak zaatakowany przez bardzo, bardzo silne zwierzę i potężnych kłach i wyjątkowo długich pazurach, którego ciosy pogruchotały kości. W zaciśniętej w pięść dłoni chłopak trzymał kilka długich, całkiem białych włosów. Brakowało mu około 5-7 kilo tkanek. Po dłużej chwili, Donovan ściągnął rękawice, chwycił pióro i zaczął skrobać raport, robiąc kopię przez kalkę, nie dając wtrącić się choćby słowem dwóm pozostałym postaciom. Gdy skończył, spojrzał na szeryfa i powiedział:

– No tak… Zwierzę, które zaatakowało, musiało być naprawdę duże, rany tkanek miękkich wskazują na dość ostre pazury i kły, a złamania kości na sporą siłę zwierzęcia. Łącznie około 7 kg ciała zostało oderwane, co może sugerować, ale nie musi, że zwierzę polowało… Śmierć był raczej szybka, choć po sierści w dłoni, wnioskuję że chłopak próbował walczyć o życie… Podejrzewam, że zwierzę to było pokroju niedźwiedzia, choć nie jestem specjalistą w tym, wydaje mi się że w tutejszych lasach, większość do niedźwiedzie brunatne a nie białe…

Po chwili zamyślenia zalał szeryfa lawiną zadanych w przyjaznym tonie pytań, które, jak wytłumaczył, muszą się znaleźć w raporcie. Szeryf nie mógł się spodziewać, że to tylko pierwsza część pytań…

– Czy kiedykolwiek zdarzył się podobny przypadek? Gdzie i kiedy znaleziono ciało i kto je znalazł? Czy niczego więcej nie znaleziono przy ciele?  Kim w sumie był denat? Ma jakąś rodzinę? Z kim utrzymywał kontakty?

– Nie zdarza się to często. Ot, co kilka lat niedźwiedzie kogoś zjedzą, ale rzadko, bo w góry tylko traperzy lub drwale chodzą a oni potrafią unikać ataków zwierząt. I na wiosnę raczej, jak się głodne budzą a nie teraz, jesienią. Shepherd młody jeszcze był, siedemnaście lat dopiero, to może nie wiedział, jak się przy niedźwiedziu zachować. No, już się nie nauczy… Mieszkał z innymi traperami w ich górskim siedlisku, ze trzy dni drogi stąd. Tam mieli taką swoją bazę, w której zimowali i przygotowywali skórki. Na lato często się rozjeżdżali albu tu, w Parkdale, potrafili przehulać zimowy zarobek.

Szeryf w zamyśleniu potarł brodę, po czym spojrzał na Donovana i powiedział:

– A białych niedźwiedzi tu nie ma wcale. I nigdy nie było. Mamy tylko grizzly i baribale. Czy po waszemu, naukowemu, brunatne i czarne, ale tak nikt tutaj na nie nie powie.

– Jeszcze bym prosił tylko Panów o dokładne przeczytanie i podpisanie raportu, jako współuczestników sekcji – powiedział Mark i dał szeryfowi do przeczytania raport. W czasie gdy szeryf Haleigh z grabarzem Knoxem byli zajęci sprawdzaniem poprawności raportu, Donovan pakując torbę wsadził białe włosy z garści trupa do dwóch papierowych kopert. Gdy podpisy zostały złożone szeryf zabrał podpisany oryginał raportu i kopertę z włosami, a Mark kopię oraz schowaną dyskretnie drugą kopertę. Tak naprawdę Knox minimalnie uczestniczył w sekcji, nie sprawdzając ciała szczegółowo a Haleigh tylko patrzył i nawet nie dotknął denata. Kiedy już wychodzili, Donovan zwrócił się z pytaniami do przedstawiciela prawa:

– Czy mógłby Pan powtórzyć, bo uciekło mi z głowy, kto zawiadomił o śmierci Shepherda? Też chciałbym dowiedzieć się gdzie w mieście znajdę bibliotekę?

– Ciało chłopaka przynieśli jego koledzy, traperzy, z którymi mieszkał – ponoć zgodnie – we wspólnym blokhauzie. Zapodział im się w nocy, jak wyszedł na chwilę, pewnie za potrzebą i już nie wrócił. Znaleźli go rano dopiero. A biblioteki tutaj, panie przyjezdny, nie ma. Obecny tutaj felczer ma kilka książek, ksiądz też ma trochę i może jakaś w sklepie będzie. Ale nie wiem po co, jedyna książka którą trzeba w życiu przeczytać to Pismo Święte. I wystarczy.

– Jeszcze chciałem zapytać pana, Panie Haleigh o Profesora Zwinkela, czy poznał go Pan osobiście? Co może Pan mi o nim opowiedzieć? Czy jest ktoś w mieście, kogo bym mógł pytać o profesora? Na pewno by mi to ułatwiło spisanie sprawozdania. Prowadząc rozmowę, Mark rozglądał się po budynkach i szukał hotelu w którym zatrzymali się jego towarzysze… – i łatwo go zauważył, bo poza kościołem był to najwyższy budynek w niewielkim miasteczku.

– Z profesorem rozmawiałem kilkukrotnie ja, traperzy których wynajął, sklepikarz, właściciel hotelu… Nie mam teraz czasu, ale możemy jutro na ten temat parę słów zamienić. Do zobaczenia!

– Do zobaczenia – odpowiedział Mark i szybkim krokiem udał się do kompanów…

* * *

Po drodze do hotelu George Dunn zagadał do pomocnika szeryfa:

– Często zdarzają się tu jakieś wypadki? Czy te zwłoki, co to je szeryf oglądać będzie to czysty przypadek? W ogóle co się stało? Jeśli to nie tajemnica oczywiście.. – Uśmiechnął się serdecznie – zresztą może zajrzymy do tego baru przy hotelu, w końcu każdemu należy się chwila oddechu.. Zapraszam na szklaneczkę czegoś mocniejszego.

– Nie czensto. Ale zdarzajom. Młodego Shepherda cosik zeżarło. Puma, albo co. Szkoda, młody był. Tom szklaneczkom nie pogardze, bo cosik zimno dzisiaj.

Ale zanim doszli do hotelu, który był drugim co do wielkości – po kościele – budynkiem w Parkadale, Dunn pobiegł jeszcze na pocztę, nadać list. Wrócił zresztą szybko, tak że do hotelu wszedł parę chwil po pomocniku szeryfa i dziennikarzu.

Hotel, który jak głosił szyld nazywał się po prostu „hotel”, robił kiepskie wrażenie. Cały parter zajmowała knajpa, jedyna w Parkdale. Nawet o tej porze dnia pełno w niej było gości, górników i traperów, wyglądających bardzo podejrzanie. Centralnie w sali stała scena a obok niej pianino, teraz jednak nic się tam nie działo. W powietrzu czuć było lekki zapach alkoholu, co było dziwne – przecież obowiązywała prohibicja. Za barem stał wysoki, grubszy jegomość o włosach mocno natartych brylantyną.

Dunn chciał spróbować rozluźnić język pomagierowi szeryfa, licząc że może dowie się czegoś ciekawego, niestety barman rozwiał jego nadzieje.

– Alkoholjaktoalkoholtojestzabronioneimytutakiegoczegośniemamy – wyrzucił z siebie jednym tchem barman, choć unoszący się w powietrzu zapach mówił coś wręcz przeciwnego. Wyglądało na to, że dopóki „nowi” nie wkupią się w łaski tubylców, będą traktowani z rezerwą. I nie pomogła też próba przekonania go podjęta przez Smitha.

– Tocopodaćjakiśobiadczycośinnegonaciepłoiczyjakieśpokoijebędąpotrzebne? Mamwolnączwórkęmogę wamdaćalejakbędziepotrzebatowamkogośdokwateruję. – barman mówił tak szybko, jakby strzelał słowami z karabinu maszynowego, trudno go było zrozumieć.

Przybyli zamówili syty obiad z kawą do popicia. Widać było, że pomocnika szeryfa obiad cieszy, ale że nie na to liczył… Jedzenie dobre, ale ewidentnie brakowało czegoś na trawienie.

Mr Smith przetarł zaparowane okulary i ruszył w stronę kontuaru.

– Paskudna pogoda – zagaił do barmana – mam nadzieję, że Parkdale to jedna z tych mieścin, gdzie miejscowi mają swoje receptury na coś, co rozgrzałoby gardło w takie ponure dni… Proszę się nie obawiać, i tak zanosi się na to, że zostaniemy przynajmniej do następnego pociągu powrotnego, więc po co bawić się w jakieś maskarady… jesteśmy dorośli. – Ewidentnie starał się nakłonić barmana do sprzedaży jakiegoś bimbru. Barman popatrzył na niego, potem na pomocnika szeryfa i jeszcze raz na Dunna. Potem westchnąl i polał do trzech szklanek.

– Proszę od razu kolejkę dla mnie, Pana Dunna i Pana… proszę mi wybaczyć, chyba szeryf nas sobie nie przedstawił. Jestem Walter Smith – powiedział wyciągając rękę do pomocnika szeryfa.

– Regan jezdem. Co byście ta chcieli wiedzieć? – pomocnik szeryfa zamieszał łyżką w gorącym gulaszu i ze smakiem wpakował sobie porcję do ust. Potem popił, skrzywił się i chuchnął.

W tym momencie do knajpy wszedł Donovan. Już od wejścia zauważył Georga i Waltera razem z pomocnikiem szeryfa. Ściągnął mokre odzienie wierzchnie i podchodząc do stolika, powiedział:

– Już po, macie tu raport, ja idę zamówić coś do jedzenia, ktoś coś jeszcze chce?

Raport z sekcji zwłok Orlando Shepharda, 17 letniego trapera z Parkdale. Data 20 październik 1923.

Prowadzący sekcję: Mark Donovan, doktor medycyny, Clive Haleigh, szeryf Parkdale i Alexander Knox, felczer.

Zmarły lat 17 płci męskiej, o wzroście 5’ 6’’, wadze 130 lbs, bez odstępstw w fizjologicznej budowie ciała, o typie mezomorficznym z prawidłowo rozwiniętymi cechami dojrzewania płciowego. Obecne znamiona śmierci w postaci plam pośmiertnych, stężenia pośmiertnego i cech gnicia. W zaciśniętej dłoni lewej kilkanaście śnieżno białych włosów długości 2-3 cale, prawdopodobnie wyrwanych w obronie – dołączone do raportu w osobnej kopercie zatytułowanej „załącznik nr 1”

Causa mortis:
Na ciele liczne uszkodzenia tkanek miękkich w postaci głębokich ran szarpanych, ok 7 kg tkanki mięśniowej oderwanej/odgryzionej od reszty ciała. Liczne złamania kości kończyn górnych i żeber z uszkodzeniem narządów wewnętrznych. Bezpośrednią przyczyną śmierci była masywna utrata krwi w wyniku otrzymanych ran.

Uwagi: obrażenia przypominają rany zadane przez duże silne zwierzę pokroju dorosłego niedźwiedzia.
Jedyną nieścisłością między obrazem obrażeń a domniemanym napastnikiem jest kolor włosów/sierści. Wg zapewnień szeryfa Haleigh w tych okolicach żyją wyłącznie niedźwiedzie brunatne i czarne.

W załączniku nr 2 – zdjęcia ran.

Podpisy uczestników sekcji:

Mark Donovan, doktor medycyny

Clive Haleigh, szeryf Parkdale

Alexander Knox, felczer medycyny.

Wbrew brzmieniu załącznika 2 nie było dołączonych żadnych zdjęć.

Gdy Mark złożył zamówienie zwrócił się  do Waltera: – Idź i zrób fotografie tych ran to dołączymy je do raportu, bo coś ten niedźwiedź mi tu nie pasuje. Ach…i gdybyś mógł sprawdzić lokalna gazetę czy pisali coś o profesorze i jego pracy. Jak również innych przypadkach śmierci spowodowanej „atakami niedźwiedzi”, bo ponoć kilka takich było, zwróć uwagę na te z okresu jesienno-zimowego i gdzie miały miejsce.

Smith z lekką niechęcią odwrócił się do Donovana:

– Czy to konieczne teraz? Jest już późno, nie wydaje mi się, żeby trzymali ciało chłopaka w dobrze oświetlonym miejscu, po za tym chyba i tak sprawa tego nieszczęśliwego wypadku nie leży w naszych zainteresowaniach. Panie Regan, zdaje się, że ciało przywieziono niedawno, nie zrobi chyba większej różnicy, jeśli obfotografuję je nad ranem, prawda? – choć rzucił pytanie do pomocnika szeryfa, nawet nie czekał na odpowiedź i od razu wrócił do rozmowy z lekarzem – tak więc siadaj z nami Mark, zabij smak prosektoryjnej stęchlizny tutejszym specjałem i pomyślmy lepiej co będziemy robić do czasu odjazdu następnego pociągu. Nie wydaje mi się, żeby jakieś dalsze wyprawy były wskazane, nawet bez ostrzeżenia szeryfa widać, że to okolica nienadająca się do spacerków – doktor słuchając Smitha mógł dostrzec dyskretne porozumiewawcze mrugnięcie. – No właśnie panie Regan, co takiego przytrafiło się temu chłopakowi? Tak blisko pod miasteczko podchodzą pumy, czy znaleziono go gdzieś dalej?….

– Nie tutej go zeżarło, tylko w górach. Tutej go przynieśli do szeryfa i na pogrzeb. – powiedział Regan chlipiąc herbatę, w której więcej było samogonu niż wody. – A gazety tutej ni ma. Z Dalles ino gazeta przychodzi, ale ją mało kto czyta.

Mark pociągnął łyk herbaty i dodał: – Ciało zostało znalezione przez traperow. Ich osada leży 3 dni drogi stąd, wydaje mi się że ktoś – tu Mark „przypadkiem” spojrzał na George’a – z nas mógłby się tam udać, wypytać szczegółów tej śmierci, w czasie gdy reszta w mieście zbierze informacje o ekspedycji profesora.

Dziennikarz nie przestawał rozpytywać Regana, co chwila prosząc barmana o następne kolejki bimbru:

– To rzeczywiście niebezpieczna okolica, z tego co kojarzę to wyprawę profesora Zwinkela też spotkało coś strasznego prawda? Komuś udało się przeżyć?

– Z wyprawy przeżył doktor. Nie wiem, co on za doktor, bo się na leczeniu cosik nie zna. Zagubili siem ino profesor i trzech innych, ale som tacy co mówiom, że oni żyją ino skarb znaleźli i uciekli. No, ale nikt ich już nie widział.

– Po takiej czarnej serii chyba nie ma tu już żadnego śmiałka, który podjąłby się prowadzenia nas w góry… Nie że jesteśmy tacy skorzy do wycieczek, ale musimy jakoś wykazać po powrocie, że robiliśmy co w naszej mocy… Dobrze byłoby, jakby jakiś miejscowy traper dla czystej formalności pokazał nam okolicę i rzecz jasna pokwitował odbiór należności… Znasz kogoś takiego Regan? A może Pan? – zagadnął do barmana.

– Eeeee tam. Teraz to nie będzie trudne. Śniegu jeszcze ni ma, to trapery pare dolarów chętnie zarobią. Albo drwale, bo im słabo płacą przy wyrębie. Ale ja to nie… Nie od tego jestem. No ale mogę popytać, jakby co. Podeślę do was jakichś chętnych jutro wieczorem, jak znajdem.

– Bez obrazy, ale czego właściwie mógł szukać tutaj profesor? Wspominał coś miejscowym o celu wyprawy? Może o coś Was wypytywał? Z tego co kojarzę, miał badać jakieś naskalne ryty, Panie Regan, jeśli tutaj w okolicy byłyby takie rzeczy z pewnością wiedziałby Pan o co chodzi…

– Skarbów szukał, na pewno. No bo kto by po górach łaził i zdrowie nadwerężał inaczej niż dla skarbów? No kto?

– To co robimy panowie. Zakładam ze nie odpuszczamy szukania profesorka? Spotkajmy się w wynajętym pokoju hotelowym o szczerze obgadamy nasze plany na jutro.

– Zanocwczteroosoboympokojubiorępółtoradolarazacałodziennewyżywieniedolarsiedemdziesiąt. – powiedział barman. – Jakrazemtotrzydolaryzadobę. – Wziął oddech – Aleraczejnikogowamniedołożę-bogościrzadkotumamy. Rzeczymożeciezostawiaćwpokojunikomuniebędąprzeszkadzać.

Zrobiło się późno, więc strudzeni i podpici bohaterowie udali się do swojego pokoju. Pokój był dość obszerny i wyglądał, jakby dawno w nim nikt nie mieszkał. Miał cztery drewniane łóżka – dwa przy drzwiach, dwa przy oknach wyglądających na główną ulicę w mieście. Byli bardzo senni, i choć tyle rzeczy było jeszcze do omówienia, wiedzieli, że senność ich zaraz zmorzy i że mają szansę wymienić raptem kilka opinii.

– Dobra Panowie – George podszedł do łóżka przy oknie i rzucił na nie zdjętą kamizelkę – Obgadajmy co i jak z jutrem. Ja samemu na pewno nie ruszam się do traperów, o nie. Zbierzmy się w kupę i załatwmy sobie przewodnika. Słyszeliście ze chłopy nie maja teraz roboty to i tanio kogoś znajdziemy. A wiecie co mi chodzi po głowie.. – Tu zwiesił głos i na chwile zagłębił się w swoich myślach – .. list. Ten list co dostaliśmy od Ligi. Tam jasno profesorek napisał – Tu George sięgnął do kieszeni i wyjął stłamszona kopertę. Chwile szukał wzrokiem odpowiedniego fragmentu – Mam! „ Nie odnalazł się na razie ani profesor Jurgen Zwinkel, ani jego asystenci Alberto Pedaci i Crispian Kempas, ani jeden z wynajętych traperów, niejaki Angel.” Wiecie co to znaczy? – Ale nie czekając na odpowiedź kontynuował – Nie odnalazł się jeden z TRAPEROW – zaakcentował to słowo – więc było ich więcej i oni się odnaleźli. A skoro tak to jutro powinniśmy popytać właśnie o nich, bo kto może wiedzieć więcej niż traperzy prowadzący ekspedycje rok temu? 

George podał list Markowi – Rzuć okiem a ja nam poleje, jest jeszcze troszkę tego samogonu? Na sen będzie w sam raz – uśmiechnął się pod nosem.

– Coś w tym może być… Wydaje mi się, że najlepiej byłoby wynająć któregoś z przewodników co brali udział w wyprawie, choćbyśmy mieli zapłacić więcej niż za miejscowego drwala, dokładnie nam pokaże szlak, wypytamy go o przebieg ekspedycji podczas wędrówki, a i pewnie bardziej przyda się na szlaku… Chyba, że nie ma takiego na miejscu, to weźmy kogokolwiek, niech doprowadzi nas do osady traperów, a tam wynajmiemy kogoś z ekspedycji. Dobrze byłoby najpierw wypytać traperów zanim spotkamy się z profesorem, żeby mieć ogólne pojęcie, co się tam mogło wydarzyć, skoro to odcisnęło się w jego psychice… Ja jutro popytam o ludzi z ekspedycji i najmę jakiegoś przewodnika, dowiem się co trzeba by mieć ze sobą i ewentualnie kupię, dlatego wziąłbym kilka dolarów – 20 powinno być aż za dużo. Nie chce być skarbnikiem, proponuję niech Walter trzyma gotówkę, wszyscy dobrze wiemy jak dziennikarze zdobywają informacje – Donovan uśmiechnął się sympatycznie i uniósł szklankę trunku w stronę pismaka. – A co do Shepharda to zdjęć nie zaszkodzi zrobić, tylko ostrzegam, jeszcze nigdy nie widziałem zwłok w takim stanie… – Mark poszedł do okna i je otworzył, stał chwilę wpatrując się w noc, po czym się odwrócił i powiedział – ja jeszcze jutro spotkam się z szeryfem i jak starczy mi czasu popytam ludzi w mieście… Myślę że powinniśmy ruszyć pojutrze o świcie, i tak będę ugadywal przewodnika. Najwyższa pora spać, jeżeli chcemy się wyrobić z planem – szykując się do łóżka Mark zapytał – co sądzicie?

Walter słuchał uważnie słów swoich towarzyszy, starając się aby zmęczenie i upojenie nie zmąciło jego zdrowego rozsądku. Jak tylko dr Donovan skończył, dziennikarz odezwał się:

– Panowie, dziękuję za zaufanie w kwestii pieniędzy, zaręczam, że będę ich strzegł jak oka w głowie. Proponuję jednak zabezpieczyć się na wypadek niespodziewanego, lepiej jakbym nie nosił wszystkich cennych rzeczy przy sobie – Smith wstał i przeliczył pieniądze z koperty – dla Pana doktorze zostawiam 40 $ i zdjęcie profesora. Pan Panie George będzie miał również do dyspozycji 40 $ i u Pana pozostanie list od Ligi, ja zaś zatrzymam resztę pieniędzy.

– Dobra – George siedząc na krawędzi łóżka walczył z butem, który usilnie nie chciał zejść ze stopy – uff… dobra, to kasę dzielimy tak: ja i Mark bierzemy po dwie dyszki, a resztę ma Walter. Zawsze to pismak lepiej rozdysponuje kasę a jak trzeba będzie posmarować jakaś rączkę to też będzie miał czym. – Sapnął zdejmując kolejnego buta i rzucił go w kąt, po czym usiadł się na wyrku, które zaskrzypiało pod jego ciężarem.

– Natomiast co do traperów…- Smith zawiesił na chwilę głos próbując zebrać myśli – Chyba pański plan jest dobry doktorze, też jestem za tym, żeby wyruszyć pojutrze. Zawczasu dowiedzmy się ile możemy tu na miejscu.

– Ej to jak z jutrem? Najpierw śniadanko a potem pójdziemy do szeryfa pogadać o tej zeszłorocznej ekspedycji i przewodnikach, którzy ją przeżyli. Może nam coś powie? Kurde że tez wcześniej nie pogadaliśmy z nim, ale ta cholerna podróż pociągiem mnie tak wykończyła że myślałem tylko o szklaneczce czegoś rozgrzewającego i łóżku. – A wiecie, co mi przyszło do głowy jeszcze – oparł się na ramieniu na wpół unosząc by lepiej widzieć towarzyszy – Można by w szkole popytać, ktoś może coś wiedzieć o tych rytach co to ich profesorek szukał, może jakiś okoliczny nauczyciel się tym interesuje? Co Wy na to? Najpierw szeryf, potem szkoła a potem obiad – uśmiechnął się pod nosem – zanim Walter zrobi fotki niech zje bo potem może nie mieć apetytu już.

– Rano zrobię zdjęcia do sekcji, choć przyznam szczerze doktorze, że wcale mnie Pan nie zachęcił… W miarę możliwości wykonam też odbitki dla nas, chyba, że nie byłoby to możliwe w tej mieścinie i będę zmuszony oddać film do raportu z sekcji. Zamienię też przy okazji parę słów z szeryfem, może będzie wiedział więcej niż Mr Regan o tym doktorze, który przeżył wyprawę. Jeśli starczy czasu chciałbym się też wypytać jakichś bardziej rozgarniętych miejscowych co pamiętają z pobytu profesora w Parkdale. – Smith przystanął i odstawił pustą szklankę po samogonie – Pan Regan nie wydawał się być zbyt błyskotliwy, ale pewnie wyprawa profesora też zatrzymała się tu na nocleg i kupowała zaopatrzenie…. Barman i miejscowi sklepikarze mogą coś wiedzieć. Mogę też zapytać się na poczcie, czy ktoś z wyprawy nie wynajął skrytki na przechowanie, albo nadawał jakichś telegramów. – dziennikarz spojrzał na drzwi i dodał ciszej – Jeszcze jedno: nie zostawiajmy nic z naszych rzeczy w tym pokoju. Jesteśmy tu nowi, wzbudzamy zainteresowanie i szeryf nie krył do nas niechęci… Niezdrowa ciekawość miejscowych nie wydaje mi się dobrym połączeniem z tym wolnym miejscem w pokoju i możliwością dokwaterowania czwartego do brydża, jeśli wiecie co mam na myśli. – Smith spojrzał na swoich towarzyszy i nie czekając na reakcję zaczął szykować się do snu – Tak więc jeśli o mnie chodzi, zdecydowanie potrzebuję odpoczynku, rano mam umówioną sesję zdjęciową. Niech każdy zajmie się swoimi sprawami i podsumujemy co udało nam się ustalić jutro pod wieczór, tu na miejscu. Miłych snów panowie.

Ostatnie słowa Smith wymówił łącząc je z potężnym ziewnięciem. Poczuł, że cały pokój wiruje. Popatrzył na Donovana, który w dziwnej pozie zasnął prawie w poprzek swojego łóżka i na Dunna, który jako jedyny dzielnie starał się przed spaniem rozebrać i właśnie walczył ze spodniami, osiągając całkiem dobre – biorąc pod uwagę jego stan – rezultaty. Po czym dziennikarz ułożył się na łóżku i odpłynął…

Obudził się w nocy. Jakaś nieprzyjemna gęstość powietrza nie dawała mu spać. Duszno było, choć wcale nie gorąco. Zrobił kilka kroków w stronę okna, otwarł je szeroko i wychyliwszy się zaczerpnął głęboko zimnego powietrza. Jego uwagę przykuł dziwny błękitny poblask na zachodzie. Coś jakby niewielka łuna wśród nocy, tylko niebieskawa. Miał wrażenie, że jego dłonie oparte o parapet także zyskują błękitnawy odcień. Zimne powietrze go przytkało – wychylił się mocniej i zrzucił treść żołądka na ulicę, po czym chwiejąc się zamknął okno i wrócił do łóżka.

* * *

Poranna pobudka wcale nie była poranna. Było już mocno po dziesiątej, gdy słaniający się na nogach, zieloni na twarzach bohaterowie zwlekli się na dół. Najlepiej prezentował się mimo wszystko Dunn, Smith i Donovan wyglądali fatalnie. Wszyscy robili wrażenie facetów bardzo potrzebujących mocnej kawy i jajecznicy.

– Witampanówbardzoserdecznieproszędostolikaśniadankozarazpodaję – wystrzelił z siebie barman na ich widok, po czym zastawił stolik mocną strawą: tostami z masłem, pieczonym bekonem, fasolą w pomidorach, jajecznicą i dzbanem gorącej kawy. Bohaterowie zasiedli do stołu zabierając się za posiłek i ustalając plan dnia.

– Kurde musimy uważać na ten alkohol, bo straciliśmy troszkę czasu – nie to żebym się gdzieś spieszył – George odezwał się zajadając z apetytem śniadanie – mniam.. Zawsze mam taka chęć na bekon po przepiciu – powiedział z pełnymi ustami – myślę ze Ty pójdziesz zrobić te zdjęcia – wskazał widelcem Waltera – a my przejdziemy się po miasteczku. Spotkamy się przed biurem szeryfa za godzinkę? Starczy Ci czasu? Ja bym w tym czasie obadał prasę i zobaczył, jaka będzie pogoda dziś i jutro. Bo jak mamy iść w góry to lepiej wiedzieć, może warto poczekać jeszcze jeden dzień. Po tych słowach Zaczął jeszcze intensywniej jeść śniadanie – dobre, kurde…- rzucił jeszcze pod nosem zabierając się za pomidorka.

– Ech…. Doktor nie był zbyt rozmowny tego ranka, dopił dolewkę kawy, wziął kilka kęsów boczku i powiedział, rozglądając się czy nie ma w pobliżu barmana – Panowie, tak sobie pomyślałem, że warto sobie zjednać właściciela tego przybytku, chociażby po to żeby zostawić zbędne przedmioty w pokoju. Proponuję wynająć ten pokój, wyłącznie dla nas, na tydzień i nie skąpić napiwkiem za pyszne śniadanie.

Smith przebierał widelcem w jajecznicy – Godzina na zdjęcia starczy w sam raz… Ale nie przy moim obecnym stanie. Nie wiem też czy zdołam od razu zrobić odbitki, ale najwyżej po tej godzinie zostanę jeszcze na dłużej – przerwał przechylając kubek kawy – zobaczymy jak to będzie. A za kawę rzeczywiście należy im się solidny napiwek.

* * *

Bohaterowie zostawili w hoteli walizy z ubraniami, zabierając tylko swoje najcenniejsze przedmioty. Ledwo wyszli na ulicę, uderzył w nich przenikliwy wiatr. Było zimno, ale przynajmniej nie padało. Było pustawo, ale o tej porze to nie dziwiło – kto miał być w pracy, to już tam był a pogoda nie nastrajała do spacerów. Przed pocztą grupa dzieciaków obojga płci grała w kulki. Ulicą biegł duży, rudy pies a za nim prowadził muła za uzdę jakiś traper. Muł był załadowany kilkoma workami z mąką, kaszą i kawą i podobnymi specjałami. Do pakunków była przypięta strzelba. Traper, o młodej sylwetce ale zniszczonej wiatrem i słońcem zarośniętej twarzy zagadnął ich:

– O! Goście w Parkdale! Z miasta goście! Co was sprowadza w taką dziurę? Chyba nie chęć podziwiania widoków?

– W interesach, szukamy przewodnika i informacji – Donovan z uśmiechem podszedł do trapera i wyjmując zdjęcie z kieszeni płaszcza, pokazał je i zapytał – może znasz kogoś, kto przewodził zeszłorocznej ekspedycji profesora Zwinkela?

Walter przyglądał się bagażom trapera – Bardzo tu niebezpiecznie? Po ostatnim wypadku pewnie każdy nosi ze sobą broń, ale często zdarzają się w okolicy takie incydenty?

George przyglądał się z boku opierając się o latarnie i uśmiechając serdecznie – Przecież widoki macie piękne – powiedział przyjaźnie – ale fakt jesteśmy tu by dowiedzieć się czegoś o ekspedycji, więc jak by pan coś pamiętał, lub znał kogoś kto miał z ekspedycją coś wspólnego, będziemy wdzięczni za informacje.

– O, zdjęcie profesora, nawet ten jego ciemny lok na siwych włosach wyszedł na zdjęciu. Ale skoro znacie historię ekspedycji Zwinkela – zawiesił głos i tak przenikliwie popatrzył bardzo zielonymi oczami, że aż bohaterów przeszedł dreszcz – to wiecie też, że zmieniła ona każdego z uczestników. Każdego. – podkreślił ostatnie słowo.

Widać, że oprócz strzelby na mule ma jeszcze na sobie pas ze starym, konwertowanym na scalone naboje coltem Navy o wysłużonej drewnianej okładzinie uchwytu.

– Głównie czytaliśmy raporty, ale z chęcią dowiemy się jak to wyglądało od strony miasteczka. Może znajdzie pan chwile, na szklaneczkę herbaty, ewentualnie czegoś innego?

– A nie wie Pan może, czy tej nocy w lesie był jakiś pożar? Albo czy nie widać tu czasami jakiejś zorzy, jak podobno czasem w północnej Kanadzie? Wydawało mi się, że wczorajsza noc była wyjątkowo jasna…

– Przewodnika znajdziecie w hotelu, wśród traperów lub drwali. – mówił już spokojniejszym i mniej złowieszczym tonem. – Niebezpiecznie jest w górach, trzeba mieć broń żeby w razie czego móc wystraszyć drapieżniki. Tutaj jesteście bezpieczni. Jak macie pytania o ekspedycję, to pytajcie szeryfa – może nawet wam raport pokaże. A widoki? Przyroda? No piękne. Pooglądajcie, cyknijcie parę fotek i wracajcie na uniwerek. A góry dobrze radzę wam sobie odpuścić. No, na mnie już  czas – zagwizdał na rude psisko, pociągnął muła za uzdę i ruszył drogą pnącą się w górę, w kierunku zachodnim.

Przed komisariatem szeryf Haleigh stał i założywszy kciuki za pas obserwował ulicę. Skinął ręką bohaterom, popatrzył na trapera, na psa a potem na bawiące się kulkami dzieciaki.

* * *

Poczta była już otwarta, ale dużo się tutaj nie działo. Z ustawionego w rogu radia pobrzmiewała jakaś audycja, na ladzie leżał plik gazet a w okienku za szybką urzędnik drzemał w oczekiwaniu na klientów.

Mark przeglądając jedną z gazet zagadał do urzędnika – Witam, mały ruch tu macie, tak jest zawsze, czy taka pora roku? – Tak od słowa do słowa doktor doszedł do pytań o prof.. Zwinkela – pewnie pamięta Pan, zeszłoroczną ekspedycję prof. Zwinkela – pokazując zdjęcie pytał dalej – przybyliśmy do miasta, dowiedzieć się czegoś co by nas naprowadziło na odszukanie ekspedycji, albo tego co z niej zostało. Czy jest jakaś informacja, którą uważa Pan za przydatną w naszych poszukiwania, będę bardzo wdzięczni za pomoc…

– A macie może jakieś starsze wydania? Gdzie szukać gazetki też sprzed roku – odezwał się George opierając się o ladę – ciekawi mnie czy właśnie nie pisali czegoś o zaginionym profesorze lub o innych ciekawych i dziwnych wydarzeniach. Miał też przyjść do mnie list, czy inna wiadomość. Nazywam się George Herman Dunn.

Urzędnik się przywitał i z dumą kiwnął głową w kierunku grającego, przypominającego komodę radia. – Niezłe, nie? Technika, wspaniała sprawa. Dwa takie zamówiliśmy, jedno tu na pocztę a drugie rano poszło do hotelu. Porannym pociągiem przyjechały. Dopiero co rozpakowaliśmy. A ruch zazwyczaj mamy mały, mało kto tu listy wysyła. – Podrapał się w głowę – profesora pamiętam, długo trwały poszukiwania tych zaginionych ludzi. Smutna historia. Od nas tylko listy wysyłał, czasem grube na uniwersytet w Arkham i do kilku osób jeszcze. Ale żadnych paczek, czy coś. Czasem jakiś telegram do sekretariatu jakiejś ligi, czy coś. Jak cos więcej się chcecie dowiedzieć, to szeryfa spytajcie. Gazetę mamy tylko dzisiejszą i sprzed tygodnia, reszta idzie na opał. Szeryf powinien mieć stare gazety i ksiądz. A odpowiedź na list szanownego pana – ukłonił się Dunnowi – to najwcześniej za tydzień, może dwa. Przecież wysłał go pan wczoraj, dobrze to pamiętam. Śpieszył się pan z walizami do hotelu.

– Ach to spytam szeryfa czy nie ma właśnie gazet sprzed roku – powiedział George stojąc już przy oknie i patrząc na pogodę na zewnątrz – A dzisiejszą gazetę wezmę, jeśli można – odwrócił się i podszedł do okienka wyjmując już po drodze drobne z kieszeni. Uśmiechnął się serdecznie – Reszty nie trzeba.

– A czy zachowały się jakieś przesyłki bądź kopie telegramów profesora? – zapytał Mark oglądając radio i z uznaniem kiwając głową. Po chwili zwrócił się znów do urzędnika – czy może nam Pan powiedzieć coś o osobach, które wróciły z wyprawy?

– Telegramy są wysyłane a blankiety niszczone. Kiedyś trzymaliśmy je w sejfie, ale już tak nie robimy. A kto wrócił z wyprawy? Ten drugi profesor, Bigwood. I jeszcze dwóch traperów, Ward i Mendoza. Można ich czasem hotelu spotkać. Może będą też dzisiaj na pogrzebie.

– Dzięki za informację, z pewnością się pojawimy na pogrzebie tego biednego chłopaka, straszne to co do spotkało – rzucił prawie przez ramie Dunn wychodząc z poczty i mocniej naciągając kaszkiet na głowę – Brrr.. co za pogoda, chętnie bym poczekał w hotelu na jakieś cieplejsze dni zamiast pakować się w góry teraz.. – Te słowa kierował już do Marka, gdy szli razem ponurą szarą ulicą.

– Cieplejsze dni, są już za nami – odpowiedział Mark z wymuszonym uśmiechem – lepiej chyba będzie szybko wyruszyć i jeszcze szybciej wracać.

Podeszli na chwilę do kościoła przeczytać na klepsydrze, kiedy będzie pogrzeb. Miał być o piętnastej. Mieli więc czas spokojnie porozmawiać z szeryfem. Albo porozmawiać szybko a potem zdążyć jeszcze coś zrobić. Potem Mark i George skierowali kroki w stronę biura szeryfa.

* * *

Alexander Knox wyglądał dzisiaj jeszcze starzej. Jego garnitur też wydawał się w porannym świetle starszy i bardziej wytarty, choć tak samo dokładnie pozapinany. Popatrzył na dziennikarza i jego aparat po czym powiedział:

– Ostatni moment na zdjęcia, zaraz zacznę Shepharda przygotowywać do pogrzebu. Pogrzeb dzisiaj o trzeciej. Nie będzie wystawienia ciała w otwartej trumnie, ale to chyba nie dziwi.

– Postaram się uwinąć jak najszybciej – Smith odstawił statywy i wyjął z walizy pokaźnych rozmiarów składanego kodaka. – Proszę mi powiedzieć, bardzo źle to wygląda? Robiłem zdjęcia różnych wypadków, ale nie widziałem jeszcze ofiary pumy czy niedźwiedzia… Aż dziwne, że w tych lasach mieszka samotnie ten pustelnik, dr… nie pomnę już nazwiska… bodajże Bigwood? Ktoś w hotelu wspominał o nim wczoraj, zna go Pan? – mówił Smith przygotowując swój sprzęt – Niech Pan mówi, mam podzielną uwagę, gdzie jest ciało?

– Źle? No tak, bardzo źle. Poharatany, urwana twarz, kawał ciała wyżarty… Miły widok to to nie jest, więc rób pan szybko te zdjęcia a ja go potem ubiorę i do trumny włożę. Bigwood? No mieszka. Czasem schodzi do miasta, jak traperzy, coś dokupić. I nie sam mieszka, tylko z tym chłopakiem… No, jak mu tam… No nie pamiętam. A co do niedźwiedzia, to chyba nie… Słyszeliście kiedyś indiańskie gadanie o Sasquachu? Wielkiej Stopie? Ponoć żyją tu takie, nawet można łapę w błocie odciśniętą czasem zobaczyć. Tak niektórzy traperzy mówią… Ale przy szeryfie bym tego nie powiedział, bo on to za bajki uznaje.

Smith potakiwał głową słuchając felczera i zakładając film w aparcie. – Wielka Stopa powiada Pan? Niesamowite… Może mi Pan powiedzieć więcej jak już zaczniemy, jestem gotowy.

– A na pogrzeb chłopaka się pan dziennikarz wybiera?

– Hmm… Pewnie zajrzę, choć nie wiem czy nie będzie zbytnim nietaktem w stosunku do rodziny… Różnie ludzie reagują na dziennikarzy na pogrzebach, rozumie Pan, każdy tylko myśli, że szukamy taniej sensacji… Więc jak to było z Wielką Stopą? Ktoś to widział z miejscowych? – zapytał Smith tuż przed wejściem do pomieszczenia z ciałem.

– To dziwny kraj, te nasze góry. Wie pan, ludzie to mówią różne rzeczy. Ale w tych starych górach są takie sprawy, że nawet Indiance się nie wyrozumieją. O pogrzeb się pewnie nikt nie obrazi, zresztą kto wie żeś pan pismak? A o Sasqatcha to zapytajcie traperów, może powiedzą. A może nie powiedzą, kto wie? – Knox wprowadził Smitha do mniejszego pomieszczenia, gdzie na stole leżały przykryte płachtą zwłoki. Odrzucił płachtę i oczom Waltera ukazał się makabryczny widok.

Ciało chłopaka było straszliwie poszarpane, brakowało w nim całych kawałków mięsa i skóry, szczególnie na twarzy i ramionach, widać było także ślady po skalpelu doktora. Dodatkowo całe ciało posiniało już i gdzieniegdzie napuchło. Smith spodziewał się strasznego widoku i to go prawdopodobnie uchroniło go przed jakąś paniczną reakcją. Pobladł jednak bardzo, poczuł ucisk w żołądku i cofnął się o krok. Zabrał się szybko za robienie zdjęć, pstryknął kilkanaście – w tym zbliżenia na rany – i szybko wyszedł z pomieszczenia. Pozbierał swoje rzeczy, pożegnał się i pośpieszył na spotkanie Dunnem i Donowanem.

* * *

Szeryf Haleigh wciąż obserwował ulicę i nadchodzących na posterunek Smitha i Donovana przywitał bardzo kwaśną miną:

– Znacie się może na naprawianiu aut? Mój Ford T się rozkraczył i za nic nie umiem go do kupy złożyć. A to auto służbowe, potrzebne, jakby co. Jak tak pójdzie, to zostanę na zimę tylko z psim zaprzęgiem!

– Niestety nic tu nie pomogę, nie wiem jak moi towarzysze – odpowiedział Donovan.

Walter ożywił się, jak za każdym razem, gdy miał wrażenie, że działa jego dziennikarska intuicja – Ford T? Nie jestem zawodowym mechanikiem, ale mój brat ma to samo auto i często pomagam mu przy naprawach… Co nieco podpatrzyłem, mógłbym chociaż zerknąć. Znam się przynajmniej na tyle, że nie zepsuję nic bardziej niż jest już zepsute – uśmiechnął się do szeryfa starając wydać się wiarygodnym.

George uśmiechnął się pod nosem – Z chęcią i ja zerknę z Walterem, jeszcze parę lat temu się grzebało w autach, więc we dwóch powinniśmy dojść do tego co się popsuło – już zacierał ręce wspominając w myślach stare czasy gdy potrafił rozłożyć silnik i poskładać auto do kupy nawet nie zostawiając zbędnych części – ale najpierw byśmy pogadali Szeryfie – zakończył rozmowę w progu Dunn.

Waltera ucieszył się, że szeryf nie oprotestował jego propozycji. Tej okazji nie mógł zaprzepaścić, już teraz zaczął więc przygotowania do swojej wizyty. Miał nadzieję, że Dunn nie będzie miał nic przeciwko, żeby sam zajął się autem podczas gdy on uda się na mały rekonesans. Przechadzając się po posterunku zawczasu zwracał uwagę gdzie szeryf odkłada klucze do poszczególnych pomieszczeń, gdzie jest kartoteka i przede wszystkim czy między komisariatu a garażem jest jakieś bezpośrednie, nierzucające się w oczy połączenie. Lepiej wiedzieć to teraz, niż błądzić po omacku kiedy nie będzie tu  mile widziany.

Otworzył drzwi posterunku i zaprosił ich gestem do środka. Znali pomieszczenie, byli tu wczoraj, więc szybko ściągnęli wierzchnie ubrania i usiedli. Dzisiaj nikt nie napalił w kominku, nie było też Regana, co mogło mieć z sobą związek. Szeryf, wciąż skwaszony i jakby naburmuszony, poczęstował ich gorącą i słodką kawą z obtłuczonego blaszanego dzbanka, po czym zapytał: – No więc jeszcze nie wyjechaliście. Zamiast ubywać miastowych, przybywa was, bo jeszcze jeden dojechał. I też mi tłumaczy, że wie co robi. Ech… – machnął ręką, co pewnie miało wyrazić dezaprobatę. – No, ale chcieliście pogadać. O coś zapytać, czy coś. To co?

– Tak, mamy kilka pytań w sprawie profesora – odpowiedział spokojnie Mark – ale najpierw, jeżeli można zapytać, kim jest ta osoba o której Pan wspomniał? „Dobrze jest chyba wiedzieć kim jest potencjalny czwarty współlokator z pokoju” – pomyślał. –  Mielibyśmy też ogromną prośbę, i bylibyśmy bardzo wdzięczni, gdyby pan nam opowiedział jak to wyglądało od strony Pana i mieszkańców. A jeżeli jest taka możliwość to czy nie byłby to problem, abyśmy mieli dostęp do raportów i dowodów z okresu poszukiwań, chcielibyśmy dobrze wykonać nasz zadanie, skoro i tak już tu jesteśmy.

Jest jeszcze kwestia osób, które wróciły – dodał doktor. – Czy może szeryf, nam udostępnić ich dane, zeznania i coś o nich opowiedzieć?

– Dojechał jeszcze jeden? Może on zna się na mechanice, skoro sam jeździ – Smith spojrzał uważnie na szeryfa starając się wybadać, czy ich nie okłamuje. Wydawało mu się wyjątkowo dziwne, że czwarty przybysz pojawił się rano, podczas gdy pociąg, który przywiózł ich do Parkdale był na miejscu późnym popołudniem. Choć szeryf nie przyznał, że nieznajomy przybysz przyjechał pociągiem, Walter czekał na reakcję Haleigh’a i zastanawiał się, czy ten sprostuje jego wypowiedź sugerującą podróż samochodem i jak na nią zareaguje. Pomyślał też, że dobrze byłoby też spisać rozkład pociągów ze stacji i porozmawiać z dróżnikiem, choć szczerze wątpił, żeby do tej zapadłej mieściny przyjeżdżał więcej niż jeden pociąg dziennie.

Dunn przysiadł na krześle w kącie i przysłuchiwał się rozmowie. Ciekawe – pomyślał – nowy gość w tej zapadłej dziurze. I jakby czytając w myślach Marka rzucił cicho pod nosem – Pewnie zamieszka z nami w pokoju, cholera. Skrzywił się na myśl że będą nocować z obcym.

– Szeryfie, jeśli to nie kłopot chciałem przejrzeć też prasę, na poczcie dowiedziałem się że archiwizuje Pan okoliczną prasę, wydaje się ze kilka dni tu zabawimy jeszcze – uśmiechnął się – nawet jak nie pójdziemy w góry to dobrze stwarzać pozory i może coś ciekawego w gazetach będzie co ubarwi nasz raport. A co do forda, to może po pogrzebie tego biedaka zerkniemy z Markiem co tam nie gra? – mówiąc to wskazał kciukiem kolegę siedzącego obok.
Ciekawe ile czasu do pogrzebu – zastanowił się George – Pójdziemy chyba razem Szeryfie na pogrzeb, bo zakładam że i Pan idzie? – już na głos dodał przyglądając się kolegom czy uważają podobnie. Starał się nie przegapić okazji by zrobić dobre wrażenie i spróbować zjednać sobie szeryfa, więc był grzeczny i starał się zdobyć jego sympatię.

– Nie będę owijał w bawełnę, bo taki już jestem. Myślałem, że to już jest jasne, bo wczoraj o tym rozmawialiśmy, ale powiem to jeszcze raz. Nie jesteście tutaj mile widziani, w każdym razie w roli śledczych. To ja jestem prawem w Parkdale. I wystarczy. Jak czujecie, że musicie tutaj węszyć i zbierać opowieści o zeszłorocznej wyprawie, to węszcie. Ale ja do tego ręki nie przyłożę. Nie udostępnię wam akt sprawy ani nawet gazet, choć faktycznie mam tu na komisariacie stare roczniki. Nie darzę was sympatią, ot co. Choć oczywiście, jeżeli wpakujecie się w kabałę, pośpieszę z pomocą. – popatrzył po obecnych, pociągnął duży łyk kawy po czym ciągnął – Ten nowy, co dzisiaj przyjechał rano towarowym pociągiem, też wygląda na miejskiego lalusia, choć pewnie sam uważa, że jest wręcz przeciwnie. Spotkacie go pewnie w hotelu. I jak nic innego w sprawie forda mi do głowy nie przyjdzie, to zapytam go, czy nie umie naprawić auta. No, chyba że wam się poszczęści. To co, spróbujecie wieczorem, po kolacji?

– Tak Szeryfie… po kolacji będzie dobrze, tylko zapewnijcie jakieś miejsce z dużą ilością światła byśmy nie oślepli – Dunn odezwał się wstając z fotela. Widać było, że George jest człowiekiem czynu i nawet w rozmowie trudno mu było usiedzieć dłużej niż kilka chwil.

– Przydałyby się też jakieś narzędzia, ale rozumiem, że będziemy mieli dostęp do całego garażu, więc to chyba nie będzie problemem, prawda? – zapytał sugerująco Smith.

– Tak, jest szopa przy posterunku. Garażem trudno ją nazwać, ale jest oświetlona i są w niej narzędzia. Będę czekał w niej, bo do hotelu się po was nie wybieram. Nigdy tam nie bywam, pewnie nawet wy się domyślacie dlaczego. – powiedział i znowu łyknął z kubka. Kawa była rzeczywiście mocna i aromatyczna; pachniało nią w całym pomieszczeniu. A Haleigh ciągnął dalej spod wąsa: – Na pogrzeb oczywiście idę, bo i wypada, i lubiłem młodego Shepherda. Ale to smutna sprawa w takim stanie do grobu iść. Jak się potem człowiek będzie czuł na sądzie ostatecznym, jak taki posiekany się obudzi? Ale to i tak lepiej niż ta cała ekspedycja, co ciał nie znaleziono… A zresztą, tyle wam pomogę, że przypomnę jak było, choć pewnie to wiecie. Najpierw przyjechali tutaj w czwórkę, profesor Zwinkel, doktor Bigwood i dwaj asystenci, Kempas i ten drugi, co utykał… Pedaci mu było. Wynajęli trzech traperów do pomocy, Warda, Angela i Mendozę. Poszli w góry prowadzić swoje badania. Zbudowali bazę, ze dwa-trzy dni drogi stąd, z której łatwiej było im w wyższe partie gór chodzić. Aż raz Zwinkel, Pedaci, Kempas i Angel wyruszyli pod Górę Hood i nikt ich więcej nie widział. Zresztą, pogoda się wtedy popsuła, zaczęła się nagła zima i spadło mnóstwo śniegu. Pewnie zamarzli i nawet nie wiadomo, czy znaleźli to, czego szukali. Przy życiu został Bigwood, który mieszka do dziś w tym blokhauzie, co go wybudowali wspólnie. Z jednym tylko chłopakiem mieszka – Jonathanem Reganem, ale to żadna rodzina do mojego Regana. To tutaj częste nazwisko. No, ale Bigwooda to przecież znacie, widziałem jak rano gadaliście z nim. Ward mieszka z traperami, do ich siedziby też będzie ze dwa-trzy dni, ale to z dzień drogi od blokhauzu Bigwooda. Pewnie będzie na pogrzebie. A Mendoza często pije w hotelu i tam najłatwiej go spotkać. Ogólnie dużo pije od tamtych wydarzeń.

– Z Bigwoodem? Doktor Bigwood to ten mężczyzna co wyruszał dziś rano w góry z mułem i kundlem? – zapytał zaskoczony Donovan – to chyba nie spotkamy go niestety na pogrzebie – cmoknął ustami i się zamyślił…

– Tak – odpowiedział szeryf.

– To mam prośbę – odezwał się George – Mógłby Szeryf wskazać nam po lub przed pogrzebem tych traperów? Skoro jest szansa ze będą na ceremonii to przynajmniej będziemy wiedzieli z kim pogadać potem – uśmiechnął się Dunn. – „Może coś więcej się dowiemy” – dodał już w myślach.

– A czy profesor wspominał kiedyś czego szukał? – zapytał Mark – I czy zostały zdeponowane gdzieś rzeczy profesora, bo co do raportów czy roczników to w pańskiej woli leży nasz dostęp do nich, ale dokumenty, dzienniki czy inne przedmioty profesora są własnością uczelni, która powinna zostać nam przekazana, nie uważa Pan? – powiedział Mark stanowczo, choć nie agresywnie.

– Jak pan doktor chce te naukowe papiery, co je profesor przywiózł z sobą albo tutaj napisał, to niech ich szuka gdzie indziej – oczy szeryfa nieładnie zwęziły się a lewy kciuk powędrował za pasek – bo ja ich nie mam i nie miałem. Co Zwinkel miał z sobą, to nie wiadomo – ale to przepadło razem z całą jego wyprawą. A co zostawił w blokhauzie, to pewnie dalej jest w blokhauzie, w pieczy Bigwooda. On też uważał, że reprezentuje uczelnię.

– Doskonale Pana rozumiem Szeryfie, nasz przyjazd może wydawać się cokolwiek uciążliwy, a już bez nas miał Pan wystarczająco obowiązków na głowie. Osobiście uważam, że nieuprzejmie z naszej strony byłoby zbytnio się narzucać i wgląd w raporty to stanowczo za duże żądanie jak na cywili, ale proszę nas zrozumieć: nam też zależy na szybkim wykonaniu zleconej nam pracy i nie jesteśmy konfliktowi. Wydaje mi się, że przepisanie jakiejś relacji prasowej zaoszczędziłoby nam trochę roboty i nie byłoby mocno kłopotliwe. No i moglibyśmy szybciej stąd wyjechać, bo nie wracalibyśmy z pustymi rękami. – Smith czekał na reakcję Szeryfa, starając się ocenić, czy ten da się przekonać. – Tak naprawdę wystarczą mi same tytuły gazet i numery, resztę mogę już ustalić w redakcjach. Myślę, że to korzystne rozwiązanie dla wszystkich.

– Że jak, że niby mam grzebać po starych gazetach i wypisywać z Życia Oregonu i Dalles Today tytuły artykułów? Jak jakiś gryzipiórek!? Nie zrobiłbym tego nawet gdybym miał czas! Już prędzej dam wam te gazety, żebyście mi dali spokój! Ale to jest deal – auto chodzi, gazety wasze. Ford stoi, gazet nie ma.

– To co? Trzeba iść dalej chłopaki, prawda? – Te słowa George skierował już do Marka i Waltera – Czy chcecie jeszcze o coś zapytać szeryfa?

– Chyba nic więcej teraz nie chcemy – odpowiedział mu Mark ubierając się do wyjścia – może jeszcze uda się coś zjeść przed ceremonią – powiedział do towarzyszy i opuścił z nimi biuro szeryfa.

– Chyba nie ma sensu dłużej zajmować Pańskiego czasu. Chodźmy Panowie, wrócimy jeszcze później zająć się autem. Do zobaczenia wieczorem, Panie Haleigh – rzucił na odchodne Walter. Kiedy odeszli kilka kroków zagadnął po cichu do towarzyszy – Ten samochód… Może to radykalne posunięcie, ale czemu mielibyśmy go naprawiać za darmo? Jeśli szeryf dalej będzie taki nieugięty, możemy zaproponować przysługę za przysługę. Zresztą, mam pewien plan George, powiem Ci wieczorem.

– Panowie, wydaje mi się że dziś będzie dość pracowity wieczór. Ja się na autach nic nie znam, więc nie pomogę, ale skoro Ward będzie na pogrzebie, to potem można z nim pomówić zarówno o ekspedycji i zaoferować zarobek. Choć wydaje mi się, że może lepiej nie narzucać się dziś o ekspedycji, tylko coś wspomnieć, a dopytamy w drodze do osady traperów, jak już go zatrudnimy, może wtedy łatwiej się otworzy. Wydaje mi się że z Mendozą nie powinno być problemów, choć ja raczej dziś żadnego alkoholu w siebie nie wleję, więc nie wiem czy będę dla niego dobrym towarzyszem. George, może Ty z nim wychylicie co nieco, ja porozmawiam z Wardem, a Walter, jak się uda naprawić auto, rzuci okiem na materiały od szeryfa? A teraz proponuję, zapoznać się z tym czwartym co dziś rano przyjechał, powinniśmy zdążyć przed pogrzebem – powiedział Donovan i skierował się w stronę hotelu.

* * *

W hotelu było więcej ludzi, niż poprzedniego dnia. Co więcej, zebrani wyglądali jakoś inaczej, odświętniej. Jasno widać było, że to prowincja – takich strojów w NY czy nawet w Arkham już nie noszono. Ciężkie i ciemne marynarki, spodnie i płaszcze pachnące naftaliną, widać że wyciągano je z szaf na specjalne okazje. Takie jak pogrzeb. Jeszcze mniej pasowali do obecnych czasów właściciele tych ubrań, o surowych i brodatych – albo przynajmniej wąsatych – obliczach i spracowanych dłoniach. Twarze brzydkie jak portrety pamięciowe, a większość obecnych traperów bez skrępowania właściwego ludziom z miasta toczyła wzrokiem po przybyłych bohaterach.

Do bohaterów podbiegł Regan, pomocnik szeryfa. – Pany, bedziecie zadowolone. Przewodników żem naszykował, aż do wyboru i koloru. Tamci pięciu to drwale, chętnie z wami pójdą. A tamten, tamten i jeszcze tamten to traperzy. Też by chcieli. Nie ma Flowersa, co jest najlepszy, ale i tak nie wiadomo, czy by chciał pójść, bo chimery ma. To sobie przy kolacji pogadamy, to ich przedstawie, też wiem że się za pomoc odwdzięczycie a teraz nie przeszkadzam, żebyście coś przed pogrzebem jeszcze zjedli i nie zmarzli potem.

– Cośdojedzeniapodać? – zawołał barman – Dzisiajbędęmusiałkogośwamdołozyćdopokojunajednąnoc. Samiwidzicieiluludzijest.

Przy osobnym stoliku siedział niepasujący do towarzystwa jegomość. Koło trzydziestki, przystojny, dobrze zbudowany, gładko ogolony, ubrany w dobrze skrojone ubranie. Posiłek jadł małymi kęsami żując spokojnie i rozglądając się po sali z wyniosłą miną.

– Z chęcią zjemy. Co dziś proponujesz? – zagadał Mark – a co do tej czwartej osoby, już kogoś przydzieliłeś? Sporo osób przyszło, pewnie znasz wszystkich – podpuścił doktor – mógłbyś nam powiedzieć którzy to Ward i Mendoza, co brali udział w ekspedycji? – Rozmawiając z barmanem Mark patrzył po gościach, po chwili dodał – a kim jest ten mężczyzna przy tamtym stoliku? >

– Mamdobrygulaszzkaszązarazpodam – barman wyglądam na zapracowanego, wyglądało na to że każdy z obecnych chce zjeść coś na ciepło jeszcze przed pogrzebem, dlatego nie było dziwne że odpowiedział tylko częściowo – siądźcieprzystoleapogadamywieczoremjakniebędęzajety. Dopokojuwamdołożęchybaktóregośztraperówalbonawetdwóch.

George rozejrzał się po sali szukając wolnego stolika na uboczu, widać było że nie czuje się dobrze obserwowany przez wszystkich. Po chwili ruszył zająć miejsce w kącie sali pod oknami wychodzącymi na front.

Walter rozglądał się po sali przyglądając się zgromadzonym. Po chwili odwrócił się do barmana: -Mógłby Pan podać mi jedzenie do tamtego stolika? – zapytał wskazując na miejsce, gdzie siedział wyróżniający się z tłumu mężczyzna. Nie czekając na odpowiedź ruszył w jego stronę. – Przepraszam, mogę się dosiąść? Nazywam się Walter Smith, jestem reporterem Boston Weekly – powiedział wyciągając rękę na przywitanie.

Siedzący popatrzył na Smitha spod oka, po czym wycedził odpowiedź. – Siadaj pan jak musisz. A gdzie pracujesz to mnie za bardzo nie interesuje. No, chyba że przyjechałeś o skarbach pisać i coś ciekawego mi o nich powiesz. – po jego stroju widać było, że choć nie jest specjalnie bogaty, to z pewnością jest zamożniejszy niż większość obywateli Parkdale. Ubranie miał mocne – jak na wyprawę w trudny teren, ale nowe i czyste. Na jego nadgarstku widać było błyszczący zegarek a na palcu złoty sygnet z zielonym kamieniem.

– Skarby? W pewnym sensie, przecież wiedza to prawdziwy skarb. Domyślam się jednak, że ma Pan na myśli coś bardziej przyziemnego. – Smith pochylił się lekko nad stołem dodając trochę ciszej: – widzę, że wybiera się Pan w góry. Tak się składa, że mam pewne informacje o poprzedniej wyprawie, ekspedycji prof. Zwinkela z Uniwersytetu w Arkham. – dziennikarz obserwował reakcję przybysza na nazwisko profesora. – Gdyby to Pana interesowało, możemy o niej porozmawiać dziś późnym wieczorem. Ja również chętnie wysłuchałbym jakie skarby kryją Góry Kaskadowe, mój reportaż sporo by zyskał wzbogacony o lokalne legendy… a jak Pan szybko odkryje, miejscowi nie są zbyt rozmowni. -Walter odwrócił się patrząc w stronę kontuaru – W sam raz, chyba mój obiad jest już gotowy…

– Dobra, to pogadajmy wieczorem, skoro pan znasz jakieś miejscowe legendy i dużo wiesz o ekspedycji Zwinkela. Ale to ja będę słuchał o skarbach. I nie o jakiejś wiedzy czy bajkach, opowiesz mi o złocie, ropie czy co tam jest. Ja głupi nie jestem, nikt nie robi takich wypraw po napisy na kamieniach.

Dunn rzucił jeszcze spojrzenie na owego jegomościa, który siedział sam, zmierzył go wzrokiem jakby sondując, co to za jeden – ciekawe, co go tu sprowadza pomyślał… W góry pewnie idzie, tylko po co? I czemu akurat w czasie, gdy i my się wybieramy? – Dunn popatrzył, czy na sygnecie jest jakaś inskrypcja widoczna, ale nie, na pierścieniu był sam kamień, bez ornamentu czy herbu.

Barman wszedł z zaplecza niosąc tacę z parującymi zapachem gulaszu miskami i kubkami z kompotem. Czterech ubranych na galowo gości wyszło z sali, mrucząc, że jeszcze kwiaty chcą zdążyć kupić.

Czekając na gulasz Dunn odprowadzał wzrokiem odchodzących gości – i my powinniśmy zdążyć z kwiatami – pomyślał, po czym odezwał się do Marka siedzącego obok – Zjedzmy szybko i chodźmy, odbębnimy ten pogrzeb i pogadamy z szeryfem i Reganem, zapowiada się pracowity wieczór pełen wrażeń, wczoraj popiliśmy a dziś nie ma chwili wytchnienia – rzucił wzrokiem na pijących ukradkiem obok traperów.

– Mhm – przytaknął Mark koledze i ze smakiem opróżniał swój talerz.

Ciepły gulasz przyjemnie rozgrzał brzuchy bohaterów. Dopiero teraz, po kilku godzinach od przebudzenia, poczuli że mija im otępienie spowodowane wieczorną biesiadą. Odpoczęli jeszcze chwilę, po czym wyszli, by wziąć udział w pogrzebie młodego Orlando Shepharda.

Walter również wstał, zabrał swój płaszcz z oparcia krzesła i ruszył za swoimi towarzyszami rzucając na odchodne nieznajomemu – Muszę iść, ale jak już mówiłem, z chęcią porozmawiał bym dłużej. Dziś wieczorem pewnie będą ku temu bardziej sprzyjające okoliczności. Do zobaczenia.

* * *

– Ashes to ashes, dust to dust – powiedział ksiądz rzucając garść ziemi do grobu. Grudki głucho zadzwoniły na wieku trumny. Ceremonia pogrzebowa dobiegała końca. Zgromadzeni ludzie, mieszkańcy Parkdale oraz przyjezdni, patrzyli smutnym wzrokiem jak grabarz zaczyna zasypywać doczesne szczątki Shepharda.

Ogólnie, ludzi przyszło sporo. Mnóstwo miejscowych kobiet – może dlatego, że przedwczesna śmierć chłopaka poruszyła wrażliwe serca niewieście. Albo może wynikało to z absolutnego braku innych rozrywek… A możliwość spotkania z innymi kobietami, pokazania się w nowo przeszytej sukni czy skomentowania stroju sąsiadki to ciekawe i wciągające urozmaicenie dnia codziennego. Przynajmniej w równym stopniu, co okazja do popłakania nad dramatem chłopaka.

Wśród licznych mężczyzn widać było grupkę trzymających się razem traperów, pewnie ludzi mieszkających do niedawna razem z Orlandem. Stali smutni gniotąc w mocnych dłoniach kapelusze i meloniki.

Niewielu obecnych było ubranych w nowe, modne ubrania – większość wyglądała jak statyści w filmie o dzikim zachodzie. Dlatego bardzo wyróżniała się wśród obecnych ciemnowłosa, krótko obcięta, smukła i stylowo ubrana młoda kobieta, lat około… No trudno powiedzieć, ale na pewno przed trzydziestką. Wyczuła na sobie spojrzenia bohaterów i sama też przeciągle na nich spojrzała. Prowokująco. W każdym razie obecne na pogrzebie stare baby od razu wyłapały to spojrzenie i ich twarze przybrały wyraz umiarkowanego zgorszenia.

Eleganta z hotelu na pogrzebie nie było.

W końcu grabarz uklepał nadmiar ziemi w równą mogiłę i zamocował krzyż. Obecni zaczęli się rozchodzić. Do bohaterów podszedł Regan i cichym głosem, by nie naruszać odświętnej atmosfery chwili, powiedział: – Pany, tamten z czerwonym nosem to Mendoza, tamten z brodziaty to Ward, nie ma Flowersa ale som drwale, co chcom z wami pójść w pienciu. A tamten w grubym wąsiskiem to Gabriel Licudi, co przewodzi traperom. Ale on nie pójdzie. To sobie pogadamy zaraz w hotelu, ile bedom kosztować, co?

– Uzgodnimy wszystko w hotelu, nietaktem byłoby rozmawiać o pieniądzach przy grobie – odpowiedział Mark – a kim jest ta ciemnowłosa dama? – zapytał Regana.

– To jest panienka Kaufman, córka malarza Kaufmana, co umarł.

– Dawno zmarł jej ojciec, czy to świeża sprawa?

– Bedzie dwa lata, jak go ni ma. Może znaloz spokój, co go ni mioł w sobie jak żył.

– Nie wiem czy nie udamy się od razu do szeryfa, pomóc z samochodem – dziennikarz spojrzał pytająco na Dunna. W razie czego musiałbyś sam zdecydować który z nich jest godny zaufania… Lub którzy z nich. W kupie raźniej, jak to mówią, jeśli nie będą chcieli za wiele, możemy nająć nawet kilku.

– Spotkamy się w hotelu – powiedział Mark – i spokojnym krokiem udał się w stronę owej kobiety. – Proszę przyjąć wyrazy współczucia, ode mnie i moich towarzyszy. Nazywam się Mark Donovan – przedstawił się i ucałował jej dłoń. – Nie znaliśmy Orlanda, ale wszyscy w miasteczku dobrze go wspominali. Gdyby potrzebowała Pani jakiegoś specyfiku, na lżejszy sen, czy też rady, z chęcią pomogę jestem lekarzem.

– O! Wreszcie ktoś choć trochę interesujący w tym smutnym miasteczku. Jestem Melinda Kaufman i mieszkam tutaj tylko tymczasowo. Staram się o stypendium i wkrótce będę studiowała. Wyjadę z tej nudnej dziury, w której pogrzeb urasta do rangi wydarzenia i rozrywki. A pan, co tutaj robi? Naprawdę nie znał pan Orlando? – powiedziała do Marka. Potem spojrzała na niego w taki sposób, że aż mu się gorąco zrobiło a wyobraźnia zaczęła podsuwać obrazy. Miłe obrazy.

– Nie, nie znałem, dopiero co przyjechaliśmy – powiedział Mark stawiając kołnierz płaszcza – A jestem tutaj w związku z zeszłoroczną ekspedycją, może coś słyszałaś… długo już tu mieszkasz? Może miałaś okazję poznać profesora Zwinkela? – patrząc po rozchodzących się ludzi Donovan dodał – W ogóle to pogoda i okoliczności nie zachęcają do rozmowy tutaj. Co powiesz na drinka?

– Drinka? Nie słyszałeś o prohibicji? Teraz dziękuję za towarzystwo, ale może jeszcze się spotkamy – uroczo potrząsnęła głową, po czym powiedziała: – Au revoir, czyli do zobaczenia.

– Zatem, do zobaczenia – odpowiedział Mark, kompletnie nie zwracając uwagi na wzmiankę o prohibicji i udał się do swoich towarzyszy.

– Więc jak George? – powiedział cicho, Walter prawie szepcząc – Wracamy do hotelu, czy idziemy od razu do Szeryfa? Jeśli to drugie, to chyba pora wyjawić Ci co nieco mój pomysł, na który wpadłem jak zapytał o naprawę forda… Widzisz, jeżeli chodzi o mechanikę, to znam się tyle, że kiedyś miałem w redakcji kolegę z działu sportowego, który raz pisał sprawozdanie z wyścigów. Oferując pomoc Szeryfowi chciałem raczej skorzystać ze sposobności rozejrzenia się po posterunku i sprawdzenia archiwalnych spraw… Poradziłbyś sobie z autem sam? I ewentualnie przykuł uwagę Szeryfa czy Regana na jakieś pół godziny?

– Czemu nie? – odezwał się Dunn drapiąc w głowę – ja akurat troszkę znam się na mechanice, więc dam radę samemu podłubać, nie wiem jak z odciąganiem będzie szeryfa, bo ewidentnie za mną nie przepada a i ja nie mam o czym z nim gadać – ale mogę spróbować – uśmiechnął się – najwyżej potem będziemy Ci paczki wysyłać do pierdla jak szeryf Cię złapie na grzebaniu w komisariacie.
– Ja bym poszedł najpierw do hotelu, panienka, z którą Mark gada wygląda fajnie, a i późniejsza pora na grzebanie w aucie będzie sprzyjać chyba Twojemu grzebaniu w rzeczach szeryfa – George poprawił płaszcz i postawił kołnierz, zawiało i aż dreszcz przeszedł mu po plecach – kurewska pogoda, że też profesorek nie mógł jak normalny gryzipiórek badać piramid w Meksyku… tam i alkohol mają legalny a tu nawet w tym zastanym hotelu patrzą na mnie z byka – rzucił pod nosem idąc już z Walterem w stronę ich noclegowni.

Advertisements

komentarze 3

  1. nic dodac nic ująć. tylko kiedy będą pierwsze ofiary 🙂
    i kiedy sie mozna zapisac do Ciebie na jakąś nową sesję rpg?

  2. Fajnie to wygląda.. jak na mój gust niestety nieco zbyt długie, proponował bym ciąć na mniejsze fragmenty by nie zamęczyły a powodowały chęć kolejnej części 😉

  3. O właśnie, mówiłeś, że maratończyk po biegu nie myśli o kolejnym starcie, ale przecież prawdziwy sportowiec nie może pozwolić sobie na wypadnięcie z formy 🙂 Zgłaszam się ponownie na ochotnika do grania!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s