Zaginiona Ekspedycja 02 Rozdziału pierwszego (smutna) końcówka

Atmosfera w knajpie była teraz inna. Większy harmider, rozluźnienie obecnych, lekki zapach alkoholu w powietrzu, choć wieczór dopiero się zaczynał. Bardziej swojsko. Elegant dalej siedział i patrzył czujnie, co się dzieje na sali. Wielkie poruszenie budził stojący w rogu sali radioodbiornik, nadający audycję muzyczną. Najbardziej okupowane były stoliki wokół radia i wokół bohaterów, którzy chcieli zatrudnić przewodnika.

Podobno tak samo wyglądał wybór aktorów do filmów w „Fabryce marzeń”, jak nazywano Hollywood, dzielnicę w Los Angeles, w której od niedawna, raptem od 1911 roku, powstawały kolejne studia filmowe. Szereg chętnych prezentował swoje zdolności i umiejętności, licząc na to, że to właśnie oni dostaną rolę. Mimo że całe Parkdale przypominało trochę scenografię do starego filmu, to nie chodziło jednak o film „Górska przygoda”, o a prawdziwą wyprawę w Góry Kaskadowe. Do stolika, przy którym siedzieli bohaterowie, Regan podprowadzał kolejnych potencjalnych przewodników:

– Jestem Ward. Prowadziłem wyprawę profesora Zwinkela. Do jego Blokhauzu mogę trafić z zamkniętymi oczami. Znam też trasy, którymi chadzał w góry na swoje poszukiwania. Chętnie je wam pokażę. Za swoje usługi chcę trzech dolarów dziennie oraz wyżywienie, ale to nie będzie duży koszt. – Ward mówił pewnym głosem i wyglądał na człowieka, który zna góry.

– Ten na pewno – Dunn schylił się i zasłaniając usta by nikt postronny nie słyszał mówił do chłopaków – przyda nam się bankowo ktoś z poprzedniej wyprawy, choć myślę trzeba go mieć na oku też – mrugnął do Waltera.

– A ja jestem Beach. Znam się na zastawianiu sideł, dość dobrze strzelam, znam się na opiece nad zwierzętami. Znam trochę gadanie indiańców. Trochę. Pójdę za 2 dolce na dzień plus wyżywienie. – Beach miał bardzo jasne włosy i równie jasne wąsy, idące znad ust w dół a potem na bok, aż do uszu. – I dobrze się już poznać, bo będę z wami dzisiaj w pokoju spał.

– My nie jesteśmy traperami, tylko drwalami. Znamy góry i lasy dobrze, nie raz nam przyszło nocować. Pójdziemy wszyscy w pięciu za pięć dolarów dziennie. I żarcie. Znamy las, jesteśmy silni i wytrzymali, możemy unieść ciężkie pakunki. Lubią nas i szanują w okolicy. – z pięciu chłopów mówił tylko jeden, widać że ich nieformalny przywódca. Faktycznie, wyglądali na twardych gości, nieznających się na żartach, ale wytrzymałych i mocnych.

– A ja też pójdę za dwa dolary i jedzenie. – nos ochotnika wskazywał, że ten bardziej lubi jednak pić, niż jeść – i też znałem profesora, bo byłem z nim na wyprawie. Będzie ze mnie wiele pożytku, bo znam się na tej robocie. – powiedział. Jego ubranie było mocno sfatygowane i trochę brudne, co było szczególnie widoczne wobec czystych odświętnych strojów pozostałych kandydatów.

– Ty Mendoza chyba żeś się znał, bo co z ciebie teraz za człowiek? Ech… – powiedział Regan do kandydata, po czym zwrócił się do bohaterów – Pewnikiem pany chcom się teraz nagadać, kogo wzionć, bo rano pewnikiem chcom w góry pójść, żeby czasu nie tracić. To niech ta se teraz pogadajom a my se wypijmy trochę herbaty i poczekamy. – powiedział, po czym cała grupa odsunęła się od stolika i rozsiadła po innych stołach. Zaraz dostali od barmana herbatę i pijąc ją gadali między sobą, co rusz zerkając na dyskutujących pracodawców.

– Dolarów mamy masę – zniżył głos George – więc można wybierać, ja myślę że Ward jest bardzo cenny, ale coś mi w nim nie pasuje… nie ufam mu… dużo lepsze wrażenie robi na mnie Beach – Dunn przekrzywił głowę jak by szukając w myślach dalszej argumentacji, chwilę pomilczał – drwale to fajne chłopy, proste i na bank byłby z nich pożytek, ale nie mamy w planach ciężkich robót tam, więc nie bardzo potrafię wymyślić po co nam pięciu chłopa do wyżywienia i patrzenia tylko, ja bym im powiedział ze pójdziemy w góry bez nich ale z zaznaczeniem że później mogą być potrzebni więc dać im kilka dolarów za fatygę i by się nie obrazili i niech pamiętają że tacy dobrzy pracodawcy jak my są nimi zainteresowani. – Tak mówiąc szczerze – ciągnął Dunn – to nawet Mendoza mógłby się przydać, choć trzeba by uważać na jego dietę – przy tych słowach wymownie wykonał gest ręką koło szyi – ciekawy jestem, co pamiętają z wyprawy z profesorem i jak różne zeznania by mieli, jeśli byśmy z nimi pogadali na osobności?

– Cóż Panowie -Walter pochylił się nad Georgem i Markiem i również ściszył głos – ja mam dziwne przeczucie, że Mendoza nawet w chwilach, kiedy jego słabość nad nim góruje, będzie bardzo pomocny. Może niechcący coś, że tak powiem, chlapnie językiem, może po kilku głębszych powie więcej niż tutejsi mieszkańcy. Co do Warda – jeśli ja chciałbym zostać wybrany przewodnikiem, mówiłbym dokładnie to co on. – spojrzał znacząco na psychiatrę – on śpiewa dokładnie to, co chcemy usłyszeć. Tak więc mój głos jest za Mendozą, oprócz niego możemy wziąć kogoś, kto rzeczywiście mógłby nam pomóc w górach – tu wolałbym Beacha. Wydaje mi się, że Mr Mendoza nie byłby za bardzo otwarty w towarzystwie pięciu drwali, czy swojego byłego współkompana. A tak zupełnie na marginesie, skoro mamy iść w góry, gdzie oprócz dzikich zwierząt grasują indianie, to poważnie zastanowiłbym się nad kupnem broni. Chociażby jako straszaka.

– Też mi się wydaje, że Mendoza sporo ma do opowiedzenia, czego raczej nie wyciągniemy od Warda. Poza tym słyszałem że wyprawa odcisnęła się na psychice każdego z uczestników, Mendoza znalazł pomoc w trunku, często się tak zdarza, a Ward nie wykazuje żadnych odchyleń od normy i sam dodał że z „chęcią” nam pokaże trasy. Osoba która przeżyła traumatyczne wydarzenia, raczej by tak nie powiedziała, więc albo Ward nie do końca wie co tam miało miejsce, choć wtedy nie kwapił by się tak do pomocy, skoro wszyscy nam odradzają wyruszać w góry, albo właśnie doskonale wie co się tam wydarzyło, ale i tak nam tego nie powie… Sam Mendoza może nie sprawdzić się górach, albo nagle odmówić współpracy, będziemy potrzebowali kogoś jeszcze… Po co nam pięciu chłopa, którzy nic nie wiedzą o wyprawie, skoro doktor Bigwood sam chodzi w tę i z powrotem. Beach zna się na zwierzętach, to pewnie zaopiekowałby się jakimś mułem, co by nie dźwigać pakunków i posiada umiejętności, które pozwolą nam bezpiecznie dotrzeć na miejsce. A mało tego jakby się okazało, że trzeba będzie zmienić plany i ruszyć gdzieś dalej, to łatwiej będzie namówić jednego czy dwóch większą sumą dolarów, niż płacić pięciu drwalom cenę jaką sobie zażyczą, bo jakby na to nie patrzeć będziemy zdani tylko na nich i ich uczciwość… – powiedział Mark i dodał  – Więc zgadzam się z Walterem, że Mendoza i Beach będą w sam raz, trzeba tylko zaopatrzyć się w coś do obrony i coś, co pomogłoby ewentualnie zachęcić Mendozę do rozmów.

– Czyli decyzja zapadła – powiedział Dunn machając ręką na Ronalda, by ten się zbliżył – Poproś wszystkich do nas – te słowa skierował do zastępcy szeryfa gdy ten podszedł – wiemy już kogo zatrudnimy. – pociągnął łyk z kubka czekając na moment w którym będzie mógł zakomunikować decyzję zainteresowanym.

– Panowie, chcielibyśmy zatrudnić was wszystkich… Niestety – rozłożył ręce – nie możemy sobie na to pozwolić, a po krótkiej naradzie zadecydowaliśmy że naszą wyprawę poprowadzą Mendoza i Beach – tu George uśmiechnął się w stronę traperów – tak że wszystkim dziękujemy. Zapraszam na jednego do baru Panowie, a z wami – te słowa Dunn skierował już do Mendozy i Beacha – chciał bym uzgodnić zakupy na wyprawę. Tylko tak raz dwa bo musimy do szeryfa jeszcze się udać.

Drwale z nieśmiałymi uśmiechami na twarzach podchwycili zaproszenie i podeszli do baru, gdzie Dunn zamówił im solidną kolejkę. Wprawdzie w pierwszej chwili, zaraz po ogłoszeniu werdyktu, na ich twarzach odmalował się zawód ale jednak po chwili się zaczęli się uśmiechać i z chęcią wychylili fundowaną przez Dunna kolejkę. A zaraz potem jeszcze jedną.

Inaczej miała się sprawa z Wardem. Skrzywił się, a potem zapytał: – A za dwa dolary? – widać było, że zależy mu na tej robocie.

Dunn zmierzył go wzrokiem – Dwa dolary mówisz… Jak widzisz decyzja już zapadła – po czym zbliżył się do niego i ciszej powiedział – Ale dobrze Ci z oczu patrzy, pogadam z kumplami wieczorem jeszcze i dam Ci odpowiedz przy śniadaniu, pasuje Ci taki układ? Może namówię ich na dodatkową osobę.. choć to dwa dolary więcej i żarcie – George cmoknął kręcąc głową na znak ze to i tak nadprogramowy wydatek – Tak że jutro przy śniadaniu powiem Ci co i jak Panie Ward  – cała rozmowę Dunn zdawał się sondować jak zareaguje Ward i dlaczego tak bardzo mu na tym zależy.

– Dobrze, proszę pana. To będę czekał na odpowiedź. Jestem gotowy, jakby co. – Mówiąc to Ward wyglądał na zafrasowanego. Dunn popatrzył mu głęboko w oczy i nie dostrzegł w nich niczego niepokojącego. Żadnej złości czy innych złych uczuć. Wyglądało na to, że traper faktycznie po prostu chciał sobie dorobić i przejął się, że omija go okazja.

Wynajęci przewodnicy siedli do stolika z bohaterami. Beach powiedział: – Zakupy można zrobić nawet teraz, albo rano. Sklep jest czynny od dziesiątej, ale Otto Sand na pewno go dla was otworzy nawet w środku nocy, lubi zarobić a trochę sprzętu będzie potrzebne.

– To co jest nam niezbędne – Dunn nachylił się nad stołem w stronę traperów by lepiej ich słyszeć w barowym zgiełku – i ile potrwa dotarcie do blokhauzu profesora? Musimy założyć ze pójdziemy poszukać śladów wyprawy nawet dalej w góry. Potrzeba zrobić listę Panowie byśmy mogli kupić wszystko i wyruszyć na dniach… Myślę ze jutro nie zdążymy, ale po jutrze wydaje się być bardzo realną opcją.

– Zdążymy, zdążymy. Chyba, że coś pilnego macie jeszcze do załatwienia w mieście. To ja nawet wolę być opłacany za siedzenie w hotelu, niż za bieganie po górach. Ale im szybciej wyjdziemy, tym lepiej – zima nadciąga! Ale najlepiej zajrzeć raniutko do sklepu, który jest dobrze wyposażony i dokupić, co potrzeba. Ja z Mendozą będziemy z wami, więc doradzimy, co i jak. To co? Spiszmy teraz umowę i umówię nas do sklepu Otta na szóstą rano. Nie zaśpicie, bo w jednym pokoju dzisiaj przecież nocujemy, to was o piątej obudzę. Pasuje?

– Pewnie że pasuje – Dunn z uśmiechem na ustach odpowiedział – to nawet lepiej niż lista, pójdziemy razem i wybierzemy wspólnie co trzeba – widać było ze ta opcja jest bardzo wygodna dla Georga – i myślę że ruszymy od razu jutro, skoro zima się zbliża wolał bym pójść wcześniej i możliwie wcześniej wrócić, niż łazić zimą po górach…  – swoja drogą zamyślił się Dunn, że też to cholerne towarzystwo badaczy nie mogło poczekać do wiosny, czy lata? Czekali cały rok z ekspedycją, mogli by poczekać te kilka miesięcy…Miał jakieś nieodparte wrażenie, że sprawa rozgrywa się o zupełnie inną stawkę niż są świadomi tego z chłopakami…  – To wstajemy razem i idziemy na zakupy – powrócił do tematu George – po czym pociągnął duży łyk rozgrzewającego samogonu i sapnął gdy napój przepalał mu gardło.
– No… to spiszmy tą umowę bo nas goni dziś czas, prawda Wolterze?

– Otóż to, czas nas nagli… Zresztą, Panowie, czy musimy być aż takimi formalistami? Wydaje mi się, że pisemna umowa nie będzie konieczna, starczy gentelmen’s agreement, że tak powiem… No, ale jak wolicie – zawsze można kilka zdań naskrobać. Nam chodzi o Wasze uczestnictwo, pomoc i przewodnictwo w wyprawie i przygotowaniach do niej we wskazanym przez nas kierunku – śladami wyprawy prof. Zwinkela, jak już wiecie…- zaczął Smith szykując papier i pióro. Kiedy po krótkim czasie dopracowywania szczegółów z traperami umowa była gotowa, opatrzył papier zamaszystym podpisem i przekazał pozostałym pióro i umowę.

W tym momencie oczy wielu obecnych w hotelu osób, samych mężczyzn, skierowały się ku wejściu, w drzwiach stanęła bowiem panna Kaufman. Wyglądała uroczo i prowokująco. Włosy, krótko przycięte na wysokości karku, miała zaczesane na brylantynie „na chłopczycę”. Do tego miała na sobie – ku większemu zgorszeniu obecnych drwali i traperów – spodnie! Jak mężczyzna, a nie jak przystoi kobiecie! A na twarzy, dla kontrastu, mocny makijaż. Wyregulowane brwi, bardzo mocno podciągnięte cieniami oczy i karminowe usta. Rozejrzała się po sali, po czym miękko kołysząc biodrami podeszła do Marka Donovana.

– Dobra przystojniaku. Udało ci się. – po barwie jej głosu Mark wyczuł, że pierwszego drinka już ma dzisiaj za sobą. Albo nawet dwa – Jestem, możemy pogadać. Tylko zamów jeszcze coś na gardło, bo pogoda znowu paskudna – powiedziała i dosiadła się do lekarza.

– Mark z zalotnym uśmiechem powiedział – Panowie, poznajcie Panią Melindę Kaufman, a to moi towarzysze George Dunn i Walter Smith – przedstawił ich sobie, po czym dodał – skoro i tak już wszystko ustaliliśmy, nie będę was wstrzymywał, szeryf na was czeka. Przy okazji możecie najpierw porozmawiać z Wardem, może coś powie, co zmieniłoby nasze typy. – Kiwnął ręką na barmana, gdy ten podszedł zamówił dwa razy whisky i poprosił o popielniczkę. Częstując Melindę papierosem zapytał – Skąd taka osoba jak Ty znalazła się w takim miasteczku?

Smith kiwnął głową w stronę Panny Kaufman i ze smutkiem zerknął w stronę Dunna – Rzeczywiście, szeryf… Cóż, nie można każdego wieczoru spędzić beztrosko przy hotelowym barze. Pani wybaczy, musimy iść. Miło było poznać. Po czym wstał i zakładając płaszcz rozejrzał się jeszcze po sali, wypatrując dzisiejszego przybysza. – Chciałbym wrócić możliwie wcześnie, jutro też pewnie cały dzień na nogach. – Zwrócił się do swojego towarzysza zajętego z nowonajętymi traperami . – Idziemy George? Czas nagli.

– Z tatą przyjechałam – powiedziała Melinda w czasie, gdy Dunn i Smith kierowali się już do wyjścia. – To nie był mój wybór, ja wolałabym mieszkać w jakimś dużym, pięknym mieście. Za to papcio tutaj znalazł krajobrazy i inspirację do malowania swoich dziwnych obrazów. Słyszałeś o obrazach papcia? Nie przyjechałeś ich oglądać, prawda? No właśnie, po co taki ktoś jak ty, lekarz z wielkiego miasta, przyjechał do tej dziury? Co będziesz tutaj robił?

– Tak jak już mówiłem, przyjechaliśmy dowiedzieć się co mogło się przydarzyć profesorowi Zwinkelowi i jego ekspedycji, może coś wiesz na ten temat? Słyszałem że Twój ojciec był malarzem, przykro mi że musiał odejść, z chęcią bym go poznał. A co do obrazów, to chętnie je zobaczę –powiedział Mark – interesuję się sztuką. Czemu mówisz o nich „dziwne”? Czasami gdy nie dostrzegamy prawdziwego sensu i ukrytego przekazu w otaczającym nas świecie, niektóre rzeczy wydają nam się, jak to powiedziałaś „dziwne”, aczkolwiek gdy zagłębimy się w temacie, okaże się nie dostrzegaliśmy czegoś, co przez ten cały czas mogło nas otaczać, a tylko niektórzy zwrócili na to uwagę i chcąc to pokazać innym, przelali to na różne formy przekazu, w tym przypadku mogłyby być to obrazy. – Niestety chyba jutro będziemy wyruszali, więc jeżeli nie miałabyś nic przeciwko to po naszym powrocie zapoznałbym się z twórczością Twojego ojca.

– Ale obrazy taty naprawdę są dziwne. Wiesz, papcio jest hmmm.. nietypowym człowiekiem. W takim razie, jeżeli nalegasz, to pokaże ci je. A ty, naprawdę interesujesz się sztuką? No proszę, jaka odmiana po tych wszystkich miejscowych prymitywach, dla których przyśpiewki na festynie to najwyższa forma aktywności kulturalnej. – Mark zwrócił uwagę na coraz bardziej zaróżowione policzki rozmówczyni i na smutną rzecz – prawie puste szklanki. Melinda też zwróciła na nie uwagę – Oooo, już prawie puste. Przynieś proszę nowe i opowiedz mi, czy oprócz malarstwa lubisz też muzykę? Ja bardzo lubię sobie pograć.

– A ja z chęcią bym posłuchał jak grasz – odpowiedział i poszedł do baru, już miał zamówić dwa razy to samo, gdy w ostatniej chwili zdecydował się na całą butelkę na wynos, w końcu taki ładny wieczór, aż szkoda by było spędzić go w barze, a tak to może jakąś piękną sztukę uda mu się dziś jeszcze popodziwiać… Po chwili wrócił do Melindy i patrząc jej prosto w oczy powiedział –  Zapraszam na spacer, może pokażesz mi te obrazy i zagrasz coś dla mnie? Nie czekając na odpowiedź podał jej płaszcz, sam chwycił swój i prowadząc Melindę pod rękę, wyszli na rześkie powietrze… Odkorkował butelkę, pociągnął łyk i podał Melindzie, odpalając papierosa zapytał – a na jakim instrumencie grasz?

– Na fortepianie, ale w domu mam tylko pianino. – także pociągnęła łyk, zakrztusiła się lekko aż jej strumyk trunku popłynął z kącika ust, zaśmiała się z tego i powiedziała – miałam zamiar zagrać coś na pianinie w hotelu, ale tak szybko zabrałeś nasze ubrania. I co teraz? Samotny spacer na zimnie? A potem chcesz pooglądać moje… obrazy? Wiesz, że nie powinniśmy. Choćby dlatego, że te stare baby w mieście mnie wyklną. Poza tym boję się…

Nad nimi pięknie błyszczało rozgwieżdżone niebo, doskonale widoczne w czystym, zimnym powietrzu a miasto wyglądało na ciche i uśpione – jedynie z hotelu dobiegał głośny gwar podchmielonych gości i radiowej muzyki.

– Czego się boisz? Przecież nie gryzę – zażartował Mark – poza tym, mówiłaś że chcesz się stąd wyrwać, a obawiasz się co ludzie będą gadali? Zapewniam Cię, że jestem gentlemanem, i do niczego Cię zmuszał nie będę, naprawdę zależy mi na tych obrazach, może one w jakiś sposób pomogą w naszych poszukiwaniach, bo ludzie w tej mieścinie póki co mało przydatni byli… Poza tym jaki miałbym powód żeby Cię kłamać, hę?

– No dobrze, ale musimy uważać.

Melinda Kaufman chwyciła lekarza pod rękę i poszli razem przez piękną noc, pociągając na zmianę z butelki i rozmawiając ze śmiechem o rzeczach ważnych i o tych mniej ważnych. Zwłaszcza o tych mniej ważnych, bo dawały więcej śmiechu.

Dom Kaufmanów wyglądał – jak dla Parkdale – typowo. Prosty, solidny miejski dom, raczej nie zasługujący na nazwanie go kamienicą. Generalnie sprawiał przyjemne wrażenie. Również w środku, gdzie Melinda wprowadziła Marka, było kolorowo i czyściutko – znać było kobiecą rękę.

– To jak – powiedziała z figlarnym błyskiem w oku, już po zrzuceniu płaszcza i kapelusza – chcesz słuchać muzyki czy oglądać obrazy papcia? Czy może – pociągnęła solidny łyk z butelki, wciąż się uśmiechając – coś innego?

– Mamy całą noc przed nami, po co się śpieszyć…- powiedział z uśmiechem Mark powoli ściągając płaszcz – może pokażesz mi co te zgrabne rączki potrafią?

Melinda chwyciła lewą dłonią dłoń Marka – w prawej trzymała butelkę – po czym powiodła go szybko przez mieszkanie. Przeszli szybko przez pokój wyglądający jak pracownia malarska – na ścianach wisiały obrazy, kilka było opartych o ścianę – jeden na drugim, tak że nie było widać malunków, a jeden nawet był wpięty w sztalugi – po czym opuścili pachnące terpentyną pomieszczenie i weszli po niskich schodach do kolejnego pomieszczenia, pachnącego kobiecymi perfumami i kwiatami stojącymi w doniczkach. W rogu pokoju stało jasnobrązowe pianino, ale nie do niego dziewczyna pociągnęła Marka, tylko do zdobionego łóżka z pościelą w kwiaty. Popchnęła go na łoże po czym usiadła na nim, wręczyła mu butelkę by teraz on mógł pociągnąć a sama zaczęła z niego ściągać ubranie, całując go przy tym. Całowała wprawnie a jej pocałunki były chłodne i gorące równocześnie. Przyjemne.

Mark pociągnął łyk, pozwolił aby Melinda ściągnęła z niego ubranie, po czym energiczne przewrócił ją na łóżko i całując namiętnie rozpinał jej koszulę… Zatracił się w tym wszystkim, on dojrzały facet, poważany lekarz, dał się uwieść młodej seksownej kobiecie, gdzieś na odludziu… Nie żałował, oddał się temu cały i coraz bardziej mu się to podobało…

To, co nastąpiło potem, miało w sobie dzikość nocnego wichru i żar słonecznego dnia. Nawet nie zdążyli do końca zedrzeć z siebie ubrań, a już zatracili się w sobie. Wszystkie znane z książek banały o wspólnym rytmie dwóch ciał, połączeniu jestestw w jedność i gwałtownych reakcjach szalejących w ciałach hormonów okazały się prawdziwe. A w każdym razie bliskie prawdzie, i to przez przynajmniej trzy kwadranse.

Gdy napięcie opadło, leżeli koło siebie, paląc papierosy a Mark głaskał Melindę po głowie, bawiąc się puklem jej włosów. – Było cudownie – powiedział cichym głosem – co powiesz na kolejna cześć wieczoru? Bardzo bym chciał posłuchać i zobaczyć jak grasz na tym pianinie.

– Tak jak jestem? W samych pończochach i rozsznurowanym gorsecie? Mark! Czemu się tak uśmiechasz? A, niech będzie, zresztą… – wymruczała i przerwała w pół zdania, bo na dole, przy drzwiach dało się słyszeć jakby stuknięcie. Melinda zbladła. Mark usłyszał szybkie kroki, po czym drzwi do pokoju otwarły się z głośnym trzaskiem.

Istota, która z ogromnym impetem wparowała do środka miała na sobie ubranie i generalnie wyglądała jak człowiek. Z drugiej strony człowieczeństwu trochę przeczył fakt, że wspierała się przy chodzeniu rękami – trochę jak małpa. I wyraz jej twarzy, a raczej pyska. Wielkie, szeroko otwarte oczy szaleńca. Zarośnięta facjata i cała zresztą głowa. Piana tocząca się z ust wraz z głuchymi, nieartykułowanymi okrzykami i osiadająca na zaroście. Poruszanie na czterech kończynach nie sprawiało przybyszowi problemu – i to mimo faktu, że w prawej łapie trzymał coś jakby pałkę, albo gruby kij. W kilku zaledwie susach znalazł się przy łóżku. Podniósł na dwie nogi i zamachnął. W jego szalonych, przekrwionych oczach Mark zobaczył swoją śmierć.

– Papciu, nie! – zdołała wykrzyczeć sparaliżowana strachem Melinda.

Mark nie miał czasu analizować tego, co przed chwilą wyrwało się z ust Melindy, ani całej zaistniałej sytuacji. Jedyną w tej chwili myślą w jego głowie było przysłowiowe „O kurwa…” Resztkami niezmąconych alkoholem, jeżeli takowe ostały się jeszcze, sił przygotował się do uniku…

Stwór zamachnął się potężnie i uderzył Marka, który nieskutecznie próbował uniknąć ciosu. Potem machnął jeszcze raz – tym razem tuż nad głową psychiatry, który oszołomiony ciosem zdołał jednak wyskoczyć z łóżka i uniknąć uderzenia. Pan Kaufman – o ile można go było tak nazwać – nie był wyższy od Marka, ale tylko dlatego, że był zgarbiony. Gdyby się wyprostował, jego wzrost i mocna sylwetka potrafiłyby zrobić wrażenie na niejednym atlecie.

Na Marku wrażenie robiły przede wszystkim basowe pomruki, piana z ust i wściekłe spojrzenia pełnych szaleństwa oczu. I trzymana krzepką ręką pałka, wymierzająca zabójcze razy.

Kaufman machnął jeszcze raz. Pałka uderzyła Donovana w lewą rękę, którą odruchowo próbował zasłonić się od ciosu. Rozległo się nieprzyjemne – szczególnie dla Marka – chrupnięcie, a ból zasnuł mu oczy mgłą. Przez tą mgłę zobaczył, jak Melinda skacze ku ojcu, by go odepchnąć. Jak odbija się od niego jak od skały. Jak Kaufman łapie ją za krótkie włosy i szarpnięciem odrzuca na bok i bierze kolejny zamach. Widział jak Melinda leci przez głowę, na podłogę, ukazując przez chwilę w przewrocie pięknie ukształtowaną pupę i rozkoszny wzgórek, obrośnięty włoskami. – Och! – wyrwało się z ust Marka – trochę ze względu na piękny widok, a trochę ze względu na fakt, że jego głowy właśnie dosięgnął cios zadany z siłą mogącą złamać podstawę czaszki.

– Czemu? Czemu jego też zabijasz?! – krzyknęła z rozpaczą Melinda, widząc jak ciało Donovana pada na podłogę.

* * *

Szeryf czekał już na nadchodzących bohaterów przy szopie.

– No, wreszcie. Co tak długo? – wysapał na ich widok – W szopie jest elektryka, ale czasem wysiada. Wtedy zawsze można lampę naftową uruchomić. Tam są narzędzia, w tych dwóch skrzynkach. A nasz główny winowajca stoi na środku – wskazał stojący na środku szopy egzemplarz Forda model T.

Dunn stojąc w drzwiach szopy przyglądał się przez chwilę w milczeniu jej wnętrzu i stojącemu na środku pojazdowi, zastanawiał się czy nadal pamięta co i jak, w końcu zleciało trochę czasu od kiedy grzebał się w silnikach.. Uśmiechnął się na wspomnienie czasu spędzonego w warsztacie ojca.. Kiedy to było? Staruszek nie żyje już dobre pięć lat… nie zaraz, na wiosnę sześć będzie, jak ten czas leci… – No to do roboty – powiedział zdejmując płaszcz i podwijając rękawy koszuli – Walter, pomożesz mi przy tym, a i Ty Szeryfie jak byś był potrzebny to gdzie będziesz byśmy Cię nie szukali? – już oglądał forda Dunn, wsiadł do środka i spróbował bezskutecznie odpalić… silnik zasapał, zacharczał poruszając całym autem i ucichł.

– Tutaj będę, zobaczę jak naprawiacie. Sam się czegoś nauczę, coś tam o mechanice w końcu wiem, może w czymś nawet pomogę. Zresztą, i tak nie mam już dzisiaj nic do roboty.

Walter obszedł Forda dookoła kiwając głową w sposób, który wydawał mu się wyglądać na fachowy. -Mówił Pan Szeryfie, że nie chce zapalić? To pewnie coś zepsuło się w maszynerii w środku… – Po czym położył się i zajrzał pod podwozie. – Lampy naftowej będziemy potrzebowali tak czy inaczej, żeby podświetlić od spodu… Ale najpierw przydałby się jakiś podnośnik… Do tego miska na skapujące płyny, szmaty… Nie wydaje Ci się George, że to charczenie może być spowodowane zepsutym chłodzeniem? Jeśli jest tak jak myślę, trzeba by przeczyścić cały układ… wtedy potrzebowalibyśmy jakiegoś silnego, żrącego środka do przetkania instalacji… Co o tym myślisz? – Spojrzał na Dunna odwracając głowę tak, aby Szeryf nie mógł dostrzec porozumiewawczego mrugnięcia – Czy w tutejszym sklepie mieliby coś, co mogłoby się nadać? Mógłby Pan sprawdzić, Szeryfie?

– Miska leży tam, przy szafce. Obok dwa wiaderka, gdyby była potrzeba, ale do srebrnego lejcie tylko wodę, żeby mi go olejem nie zasyfić. Podnośnik do czego, panie dziennikarzu? Koła wydają się być w porządku a do chłodnicy i silnika łatwy dostęp od przodu macie. Zresztą, sklep jest już zamknięty i Otto po byle detergent mi go nie otworzy, spróbujcie naftą przeczyścić.

– Dobra – George zwrócił się do Waltera po cichu, szeptem – to jak chcesz to załatwić? Spróbujmy naprawić to auto… Jak by się udało to ja je popsuję sam i zawołamy szeryfa do pomocy, gdy ja będę z nim grzebał dalej bezskutecznie to Ty się pokręcisz po tym komisariacie, co myślisz o tym? Powiem Ci ze nie wiem czy to dobry pomysł, ale jak Jesteś tego pewny to będę Cię wspierał Walterze w tym.

Walter przegrzebywał skrzynkę z narzędziami w poszukiwaniu noża, pilników i w miarę wytrzymałych drutów. Potem wstał, podrapał się po głowie i powiedział – Cóż, jeśli tak Pan uważa, Szeryfie… Jednak osobiście nie traciłbym nadziei – być może moje odczynniki fotograficzne okażą się pomocne, zaraz z nimi wrócę – rzekł nakładając płaszcz i ukradkiem chowając do kieszeni kawałek drutu, pilnik i nożyk, które wcześniej wygrzebał ze skrzyń z narzędziami. Kiedy jednak zniknął z pola widzenia okien szopy, udał się okrężną ścieżką w stronę komisariatu. Daleko nie miał, bo posterunek i szopa przylegały do siebie. Kiedy tylko dotarł na miejsce rozejrzał się, upewniając, czy nikt go nie widzi i obszedł komisariat w poszukiwaniu najbezpieczniejszego w jego sytuacji wejścia.

Wejście na komisariat było jedno. Walter rozejrzał i stwierdził, że wygląda na to, że nikt nie patrzy. Zamek łatwo ustąpił pod jego wytrychami. Niespodziewanie łatwo.

Słysząc ciche kliknięcie w zamku Walter delikatnie nacisnął klamkę, pchnął lekko drzwi do przodu i wszedł do pomieszczenia. Starając się poruszać bezgłośnie, choć jednocześnie w miarę sprawnie i szybko, przystąpił do przeszukiwania komendy. W którejś z szaf powinny znajdować się akta dotyczące wyprawy prof. Zwinkela, szeryf musiał prowadzić postępowanie w związku z zaginięciem… Ale Smith obawiał się, że sprawa mogła zostać już przeniesiona do archiwum. Musiał się spieszyć, wolał wyjść wcześniej bez względu na wynik poszukiwań, niż być przyłapany na gorącym uczynku.

Dziennikarz rozglądał się po pomieszczeniach komisariatu, opierając się na tym, co zapamiętał z wcześniejszego pobytu – zaglądał do każdej szafy czy półki, która mogłaby zawierać akta. Zastanawiał się też czy jedne z drzwi w pokoju nie prowadziły do archiwum, ale nie wiedział, czy zdecyduje się je sprawdzić jeśli nie uda mu się nic znaleźć w pobliżu. Szukał niemalże po omacku, bojąc się zapalać światło, żeby nie zostać wykrytym przez kogoś obserwującego poblask z okien. Zostawił też za sobą
przymknięte drzwi – nie przekręcał zamka żeby nie torować sobie drogi ucieczki.

Szafa – archiwum okazała się łatwa do znalezienia. Co więcej, Walter bardzo szybko odnalazł teczkę podpisaną jako „Jurgen Zwinkel, sprawa 0089, zaginięcie”. Akta sprawy okazały się być jedną teczką i to znacznie cieńszą, niż podejrzewał. Trochę spodziewał się opasłych tomisk – w końcu zaginęło kilka osób. Albo część papierów znajdowała się gdzie indziej, albo prowincjonalni gliniarze prowadzili śledztwo nie mnożąc papierowych bytów ponad potrzebę.

Walter ucieszył się w duchu, kiedy przeczytał na aktach nazwisko profesora. Skoro poszło mu tak dobrze, nie chciał ryzykować i kusić losu bardziej niż potrzeba, ryzykując bycie przyłapanym na szperaniu w policyjnej kartotece i włamaniu na komisariat. Pośpiesznie wyjął kartki z teczki i schował je w kieszeni płaszcza, zastępując je kilkoma kartami ze środka jednej ze starszych, grubszych teczek, aby na pierwszy rzut oka nie można było stwierdzić, że czegoś brakuje. Kiedy miał odłożyć okładkę i podstawioną zawartość na miejsce, coś go tknęło. Sprawdził wierzchnie teczki, zastanawiając się co takiego szeryf rzeczywiście ustalił na temat wypadku młodego Shepharda, ale miał też paranoiczne przeczucie, że od daty przyjazdu do Parkdale założono trzy teczki podpisane znajomymi nazwiskami…

Teczka Sheparda też nie była gruba. Znajdowały się w niej zeznania traperów opisujące okoliczności, w których po raz ostatni widzieli chłopaka żywego oraz w jakich znaleziono jego ciało. Był też załączony odpis sekcji zwłok prowadzonej przez doktora Donovana w asyście szeryfa Haleigh i Knoxa.

Teczek z oczekiwanymi nazwiskami nie znalazł. Zobaczył natomiast na biurku szeryfa, w papierach najświeższych, dwie notatki z ostatnich spotkań szeryfa. Szeryf pięknie wykaligrafował, że przyjął na spotkaniu na posterunku w Parkdale panów Donovana, Smitha i Dunna. Napisał, że udzielił im rad odnośnie zachowania w okolicy sprzyjających ich bezpiecznemu pobytowi. Donovana szeryf określił jako poczciwego inteligenta chuderlaka, Smitha jako fałszywego dziennikarzynę a Dunna jako solidnie zbudowanego, budzącego zaufanie prostego mieszczucha.

Druga notatka zawierała opis podobnej rozmowy z Alexem Emersonem. Ten także został ostrzeżony i scharakteryzowany przez szeryfa jako cyniczny, niebezpieczny osobnik potencjalne źródło wielu problemów. W obu notatkach dało się odczuć niechęć szeryfa – nie tyle do samych przyjezdnych, co do faktu że swym przyjazdem naruszają spokój miasteczka.

Smith nie wczytywał się jednak w to co znalazł w teczce Zwinkela, ograniczając się do pobieżnego przejrzenia teczki Shepharda i notatek z biurka. Zamknął delikatnie szafę z archiwum upewniając się, że wszystko poza zawartością akt nr 0089 na miejscu, po czym ruszył do wyjścia. Popatrzył jeszcze na znajdującą się na posterunku zakratowaną celę aresztu – teraz pustą, wypełnioną jedynie kilkoma stosami starych gazet i uchylił drzwi, żeby sprawdzić, czy droga jest wolna, po czym wyszedł i zamknął je za sobą, próbując przekręcić zamek improwizowanymi wytrychami na pozycję wyjściową. „Najbezpieczniej byłoby, jakbym zaprószył ogień, żeby zatrzeć ślady…” pomyślał, ale udał się do garażu nie tracąc czasu.

* * *

Pierwszym bodźcem, który poczuł Mark, był straszliwy ból ramion. Czuł dosłownie jakby ktoś mu chciał wyrwać obie ręce ze stawów. Drugim, równie silnym bodźcem, był przeraźliwy chłód. Odsłonięta skóra aż piekła z zimna. Z zimna i z czegoś jeszcze… Markowi miał wrażenie, że jest cały poraniony i obity.

Spojrzał spod napuchniętego oka. Był w jakiejś starej, dziurawej szopie. Trochę poniżej niego zarośnięty stwór, którego chyba skądś kojarzył, stał półnago, wymazany krwią, przy sztalugach. Z wielkim napięciem na zaślinionym pysku jeździł pędzlem po płótnie, ale Mark nie widział, co na nim powstaje.

Nagle stwór dostrzegł spojrzenie Marka. Wypuścił pędzel, charknął, doskoczył do Donovana a wielka, pobliźniona, upaprana świeżą krwią pięść zbliżająca się z dużą prędkością do twarzy psychiatry była jego ostatnim widokiem, zanim odpłynęła od niego świadomość.

* * *

Gdy tylko Walter Smith wyszedł, George Dunn zabrał się za metodyczne sprawdzanie samochodu. Samochód był dość nowy, ale widać po nim było, że jest używany w trudnej okolicy. Miał kilka przytarć i obdrapań. Rama i obie osie wyglądały jednak na nienaruszone, więc raczej dysfunkcja nie była spowodowana jakąś kraksą. Zaczął się przyglądać silnikowi a szeryf ochotnie mu przy tym pomagał przyświecając dodatkową lampką. Silnik wyglądał dobrze – standardowy prawie trzy litrowy silnik spalinowy, czterocylindrowy, czterosuwowy, dolnozaworowy. Wał silnika prawidłowo osadzony w łożyskach głównych. Skrzynia z przekładnią planetarną w porządku.

I wtedy go natchnęło. W Fordzie T silnik, sprzęgło i skrzynia biegów miały jedną miskę olejową. Obejrzał jeszcze raz miskę. No tak, wyciek nie był widoczny na pierwszy rzut oka, ale jak się wiedziało, czego szukać… Teraz widział, że miska jest wgnieciona i nie trzyma ciśnienia.

Najprościej byłoby oczywiście miskę wymienić na nową i dolać oleju do pełna. Zapas oleju był w garażu a koszt nowej miski olejowej był niewielki. Tylko po jej zamówieniu trzeba było czekać kilka tygodni na przesyłkę… Można też było – jako prowizorkę – spróbować uszczelnić zbiornik.

Dunn jednak, zamiast zająć się naprawą, dalej się przyglądał samochodowi. Obudziła się w nim taka dziwna fascynacja myślą techniczną, że przyglądał się z namaszczeniem, przyświecając sobie, całej konstrukcji. Piórom resorów, zbiornikowi paliwa pod kanapą, dzielonej poprzecznie przedniej szybie a nawet drewnianym szprychom w kołach. Oglądał powoli, cierpliwie i z ciekawością ten wytwór techniki, pochodną geniuszu umysłu ludzkiego i zaawansowanej technologii produkcji i nawet nie zauważył, ile czasu już minęło. Nie docierało do niego nawet to, że szeryf , który na początku wyglądał na bardzo ukontentowanego postępami prac teraz zaczął stękać z niezadowoleniem i coś tam mamrotać pod nosem.

Wtedy do szopy wszedł Walter Smith.

George drgnął odrywając myśli od pojazdu i spojrzał zdziwiony w stronę drzwi, zaskoczony tym z jakim pośpiechem Walter wszedł do pomieszczenia.
– Coś się stało? – spytał prostując się i przeciągając. Poczuł jak ma zastane mięśnie od schylonej postawy. Kurde ile czasu zleciało nad tym samochodem, zastanawiał się przechylając głowę i strzelając prostowanymi kręgami – Wiem co jest grane szeryfie. Możemy łatwo naprawić problem, ale docelowo trzeba sprowadzić części. Padła miska olejowa, to od tutejszych dróg. Na przyszłość trzeba troszkę uważać na doły i kamienie. Można ją wyjąć i połatać prowizorycznie, potem uzupełnimy olej i już. Ale radzę też zamówić jedną, lub dwie bo prowizorka niby działa najdłużej ale fakt jest taki że trzeba by założyć nową miskę – Powiedział George – I co tam Walter? – te słowa skierował do kumpla który już wszedł, wpuszczając do środka też powiew lodowatego powietrza – brrr chyba zimno się robi.

– No to w pewnym sensie szczęście w nieszczęściu – powiedział Smith patrząc to na Szeryfa, to na Dunna – moje odczynniki na niewiele by się zdały, zapomniałem zupełnie, że nie wywołałem jeszcze zdjęć z sekcji Shepharda i nie mógłbym ich zmarnować na przeczyszczanie układów auta… Ale z tego co widzę, nie będą potrzebne. Czyli jak robimy prowizorkę, tak George? Jak Pan myśli, Szeryfie może ktoś w okolicy miałby dostęp do części zamiennych, tej całej miski? Ja osobiście bałbym się improwizować, ale chyba mój kolega poradziłby sobie z tym bez problemu. Bierzmy się do pracy, późno już, nie chciałbym tu siedzieć do rana – rzekł zbliżając się do forda i zakasując rękawy.

– Czyli poszedłeś po odczynniki, nie było cię tyle czasu a teraz wracasz i mówisz, że jak sobie szedłeś, to sobie pomyślałeś że to zły pomysł i wróciłeś bez nich? I zmarnowałeś trzy kwadranse, żeby to wymyślić? Mogłeś mnie zapytać, od razu bym powiedział, że to bez sensu. Ech, miastowi… – westchnął szeryf, bardziej ze złością, niż z rezygnacją. Widać było, że kredyt zaufania, którym obdarzył obu bohaterów deklarujących chęć pomocy, się skończył. – No to się bierz do roboty, bo ten tutaj przez ten cały czas tylko się gapił na auto.

– Ech, Szeryfie, widzę, że nie jest Pan jednym z tych ludzi, którzy są aż nad wyraz wdzięczni za pomoc… Staramy się jak możemy, skorzy do poświęceń nawet własnych środków… Dość paplania – powiedział podnosząc jakiś kawałek uszczelki, który wydawał mu się nadający do zatkania miski. Zwrócił się do towarzysza – Wiesz już co i jak w środku, więc będę tylko pomagał. Dunn, damy radę?

„No ładnie” – pomyślał George – „szeryf umie być wdzięczny…  a to jak tak chce załatwiać te sprawy to ja mu naprawię to auto” – uśmiechnął się do swoich myśli. – Damy rade, ale to potrwa i jak mówiłem będzie to tymczasowe rozwiązanie – Powiedział Dunn, po czym zatarł ręce i omiótł wzrokiem szopę w poszukiwaniu wszelkich potrzebnych mu narzędzi. W „warsztacie” było sporo różnego szmelcu, który dał od biedy radę robić za „części zamienne” , choć wyglądało na to, że łatwo nie będzie.

„Naprawiam, odpierdalam mega prowizorke… nawet kawałkiem gumy do żucia jestem w stanie mu teraz za te fochy załatać ten zbiornik, ot by podziałał z 2 dni i zdechł” – pomyślał George. Po czym szybko zorganizował zajęcie Walterowi – w końcu we dwóch sprawniej pójdzie a poczuł się już znużony tą naprawą… Myślami siedział już w hotelu popijając ze szklanki podła whisky.

Dunn zacisnął zęby a że rękawy miał już zakasane, dziarsko wziął się do roboty. Ale czy to przez złość na szeryfa, czy przez coś innego, nie szło mu jak rzadko. Klucz wypadł z ręki, w śrubie przekręcił gwint a olej chlusnął na podłogę szopy. A nie podstawił wcześniej wiadra, więc było co ścierać… Za to Smith wyszukał kawałek nie zużytej gumy, sprytnie go pociął na pasy po czym pomógł rozkręcić miskę olejową, widząc że Georgowi wszystko leci z rąk. Potem pouszczelniał pogniecioną miskę tak zręcznie, że i szeryf Haleigh i Dunn byli pozytywnie zaskoczeni. Obaj bohaterowie mieli łapy upaprane po łokcie, ale wyglądało na to, że wszystko jest szczelne. Teraz trzeba było tylko nalać oleju do pełna i można było próbować odpalić auto.

Nagle usłyszeli szybkie kroki na zewnątrz i do środka wpadła dziewczyna, w której rozpoznali ślicznotkę, z którą flirtował Mark. W jej wielkich oczach malował się strach. „Niebrzydka buźka, nawet ładniejsza niż u tej wstrętnej Słodkiej Suzie z Washington Post, co mi nie chciała dać” – pomyślał Walter patrząc spod samochodu. Pierś przybyłej falowała ze wzburzenia i wysiłku, widać było, że przybiegła w pośpiechu. „Całkiem grzeczny cycek, kiedyś w lidze miałem takich sporo, ale teraz już niestety nie” – pomyślał Dunn patrząc na walory przybyłej.

– Szybko! Szybko, trzeba go ratować! – wykrzyczała Melinda.

George poderwał się na równe nogi ruszając szybko w stronę nowo przybyłej – Co się stało?! O co chodzi?! – odezwał się podniesionym głosem, po drodze łapiąc szmatę i wycierając szybko smar z dłoni. Rzucił szybkie spojrzenie na Melindę czy aby nie ma na jej ubraniu krwi, lub innych śladów po walce.

Śladów krwi George nie dostrzegł, a potargane i niedopięte ubranie mogło być tyleż skutkiem szamotaniny, co pośpiesznego ubierania się.

– Biegnijcie za mną, prędko – powiedziała zdenerwowanym głosem Melinda i pobiegła w ciemność.

Na zewnątrz było zimno a bohaterowie byli rozebrani do pracy – bez kurtek, z podwiniętymi rękawami.

Nie czekając na reakcje pozostałych Dunn złapał płaszcz i już na zewnątrz biegnąc za Melindą siłował się z nim by go założyć. Żałował ze nie ma pod ręką jakiejś broni, nie szykował się na kłopoty, ale wiedział ze czuł by się lepiej ze świadomością ze nie jest bezbronny…

Smith porwał swój płaszcz zakładając go w biegu i wycierając o niego ręce. Nawet w  tak dramatycznej sytuacji nie mógł dopuścić, żeby pozostawić skradzione akta zanim zapozna się z ich zawartością. Wybiegł z garażu za Melindą.

Pobiegli przez czarną, zimną noc – Melinda, Dunn i Smith a za nimi Haleigh. Melinda biegła całkiem szybko, co pewnie można było częściowo wytłumaczyć adrenaliną, ale na pewno także tym, że była wysportowana. Dunn także sobie dobrze radził. Nie biegał już wprawdzie jak za dawnych lat, ale wciąż nie przynosił sobie wstydu, mimo obecnej wagi. Odstawał od nich Smith, który szybko dostał zadyszki i biegł widocznie wolniej – choć i tak wypadł nieźle na tle otyłego szeryfa, który na samym końcu dysząc ciężko jak lokomotywa, aż w nocne powietrze unosiła się para z jego oddechu.

Po chwili dobiegli na skraj miasta, do starej szopy, wyglądającej na opuszczoną i nieużywaną. Nie była jednak opuszczona – przez szpary w pionowych deskach widać było prześwity palącego się w środku światła. Wbiegli do środka a oczom ich ukazał się widok niesamowity i straszny zarazem.

W słabym świetle lampy naftowej zobaczyli dziwną postać. Potężny, mocno zbudowany, obnażony od pasa w górę mężczyzna stał przy sztalugach z pędzlem w ręku i zawzięcie coś malował. Stojąca na stoliku koło niego lampa rzucała na przemian błyski światła i cienie na jego wysklepioną klatkę piersiową, wymazane krwią muskularne ramiona i zarośnięty, zaśliniony pysk. Obok niego zaś wisiał, przywiązany liną za ręce do belki pod dachem, jakiś człowiek. Nieszczęśnik wyglądał na potwornie pobitego i pociętego, cały w siniakach i krzepnącej krwi. Pod jego nogami stało wiadro, do którego ściekała płynąca z jego ran krew. Dreszcz przerażenia przeszedł Dunna i Smitha, gdy w pół-martwym biedaku rozpoznali Donovana.

Tymczasem potworny malarz odwrócił się i z wściekłością popatrzył na przybyłych.

George stanął w progu jak wryty, po chwilowym szoku adrenalina uderzyła, świat zwolnił, myśli goniły jedna za drugą – trzeba ratować Marka, co to za gościu, ile mam czasu? – szybko omiótł wzrokiem okolicę szukając czegoś, czym mógł by się bronić i znokautować upiornego malarza.

Rozejrzał się po szopie i nie dostrzegł niczego nadającego się jako narzędzie do walki. Szopa wyglądała na nieużywaną i wyczyszczoną z narzędzi – widocznie zaradni mieszkańcy Parkdale wynieśli z niej wszystkie mogące się przydać przedmioty. Kaufman ryknął jak dzika bestia i runął w kierunku Dunna. Były baseballista nie był ułomkiem, ale przeciwnik był od niego mocniej zbudowany. Nie był wyższy, ale to dlatego, że dziwnie zwierzęco się garbił. Ruszył na Georga z takim impetem, jakby chciał go obalić. George uniknął jednak ataku i wyprowadził zgrabny cios pięścią w przeciwnika. „Siadło!” pomyślał z radością, gdy zobaczył jak grymas wściekłości na zwierzęcej facjacie przeradza się w grymas bólu.

Melinda przeraźliwie krzyczała.

Wyglądający na martwego Mark uniósł lekko głowę i półprzytomnym spojrzeniem popatrzył po szopie. Pewnie to przez ogromny ból miał halucynacje i omamy, bo wydawało mu się, że widzi przyjaciół – Dunna i Smitha. I Melindę. A przecież oni nie mogli tu być.

Nie czekając na odpowiedz szaleńca Dunn naparł dalej. Kopniak, cios i znowu… Najważniejsze to nie przechodzić do defensywy – powtarzał w myślach.

Smith z przerażeniem obserwował walkę swojego towarzysza z obłąkanym malarzem. Początkowo chciał rzucić się na pomoc Dunnowi, ale szybko zdał sobie sprawę, że tylko porywałby się z motyką na słońce. Stał przez krótką chwilę zdezorientowany i w końcu zdał sobie sprawę, że nie znajdzie dogodnego momentu na włączenie się do bójki – walczący kotłowali się za szybko, miał wrażenie, że tylko plątałby się pod nogami Dunna… no i naprawdę, ale to naprawdę nie chciał oberwać od tego szalonego wielgusa.

Kiedy oprzytomniał przypomniał sobie o potrzebującym pomocy Marku – minął walczących szukając końca liny, na której wisiał doktor. Starał się rozwiązać albo przeciąć sznur i opuścić Donovana na ziemię.

Smith był przerażony tym, co zobaczył. Opuszczona szopa, krew, cierpienie a w tym wszystkim Mark. Przerzucona przez belkę pod dachem lina była gruba a jej koniec mocno przywiązany do haka w ścianie. Walter zaczął się z nim mocować, ale widział, że nie idzie mu zbyt dobrze. Jakby trwoga odebrała jego palcom gibkość a ramionom siłę. Mark cichutko pojękiwał z bólu i to zmotywowało Waltera do zwiększonych wysiłków. Udało się! Opuścił przyjaciela a potem postarał się delikatnie, w czym pomagała mu Melinda, ułożyć Marka na ziemi. Psychiatra leżał na ziemi jęcząc cicho. Walter popatrzył na niego, następnie na wiadro, które leżało pod wiszącym a w którym zebrało się na dnie sporo krwi a potem jego wzrok padł na obraz. Malowany pejzaż miał czerwono-brązowy kolor. Był malowany krwią Marka! Walter zemdlał.

Tymczasem Dunn szedł na wymianę ciosów z wielkoludem. Był bardzo poruszony tym, co tutaj zobaczył ale mimo grozy sytuacji i gotującej się w nim wściekłości wyprowadzał ciosy mocne i celne. W przeciwieństwie do swojego oponenta, który mimo ogromnej siły i ogólnie sporej, wręcz zwierzęcej sprawności fizycznej, miał problem z trafieniem Georga. Już po kilku celnych ciosach olbrzym zaczął broczyć krwią z rozbitego nosa i łuku brwiowego, co nadało mu jeszcze bardziej przerażającego wyglądu. Taktyka Dunna, polegająca na szybkim serwowaniu kopnięć i ciosów pięścią okazała się skuteczna i nie oddawał inicjatywy. Malarz zaczął się przesuwać w kierunku drzwi szopy i wyglądało na to, że będzie chciał się wyrwać na zewnątrz.

George nie odpuszczał, zadał kolejny cios, i jeszcze jeden, adrenalina buzowała mu w skroniach – „jebany chuju, nie wyjdziesz tak łatwo. To za Marka” – naparł ciałem zasłaniając drogę ucieczki olbrzymowi.

Napierał, ale widocznie zmęczenie zaczęło brać górę nad adrenaliną, bo dwa brzydkie pudła pozbawiły go inicjatywy a Kaufman wykorzystał to i dosięgnął go swoją wielką jak bochen chleba pięścią. I jeszcze raz. Jeden cios chrupnął o żebra, drugi wylądował na szczęce. Wściekły Dunn nie stracił jednak przytomności, tylko wypłacił stworowi mocnego kopniaka w kolano. Czuł jednak siłę ciosów olbrzyma, chwiał się na nogach i podejrzewał nawet, że coś w środku ma pęknięte albo złamane.

Osiągnął swój cel, nie wypuścił Kaufmana za drzwi. Malarz cofnął się pod sztalugi i chwycił w rękę palącą się lampę naftową. Uniósł ją do rzutu, popatrzył na leżących Marka i Waltera, potem na Melindę i z jego pełnego szaleństwa oka wypłynęła łza. Zamachnął się potężnie lampą, ale nie w kierunku leżących, tylko blokującego drzwi Dunna. Rzucił bardzo celnie. Zrobiona z dość grubego szkła lampa pofrunęła szybko i gdyby George nie odskoczył, uderzyłaby go w twarz i może nawet pękłaby oblewając go płonącą naftą. A tak uderzyła we framugę drzwi szopy i tam się rozbiła, chlapiąc naftą na ścianę, drzwi i klepisko podłogi.

Kilka rzeczy wydarzyło się równocześnie. Ogień objął naftę rozlaną przy wejściu i na drzwiach, w których stanął zdumiony szeryf Haleigh. Kaufmann zaszarżował ponownie na Dunna, który wciąż zastawiał wejście. Szeryf zaczął w zdenerwowaniu rozpinać kaburę rewolweru.

Boże dziękuję Ci za refleks – pomyślał Dunn – zbierając się do biegu. Ale nie w stronę szaleńca, raczej z dala od niego. Ruszył obiegając go szerokim łukiem, w stronę chłopaków i Melindy – teraz najważniejsze to wydostać się stąd cało, a wariat niech biegnie w ogień.

Do Waltera zaczęło docierać, że ktoś woła jego nazwisko. – Panie Smith, panie Smith! – Głos należał pewnie do tej ślicznej młodej kobiety, która się nad pochylała. Wokół była ciemność rozświetlona pełgającymi płomykami ognia i metaliczny zapach krwi. W tle rumor i wrzaski, jakby kotłowanina. – Panie Smith, musimy wynieść Marka, tutaj spłoniemy!

Oszołomiony dziennikarz próbował przypomnieć sobie gdzie w ogóle się znajduje. Kiedy otoczenie nabrało ostrości, nie pamiętał jeszcze wszystkiego, ale uświadomił sobie na tyle dużo, żeby zdać sobie sprawę z niebezpieczeństwa. Zerwał się na nogi, spojrzał na kotłowaninę przy wyjściu i omiótł pomieszczenie wzrokiem, szukając innej drogi ucieczki niż płonące drzwi. Spróbował podnieść Marka, ale był bez sił i nie udało mu się. Patrząc z przerażeniem na Melindę wychrypiał – Szybko, tędy! – i zaczął przeciągać doktora w stronę drzwi, ale to też szło mu bardzo opornie, mimo że Melinda pomagała mu w tym jak mogła.

Z pomocą podbiegł do nich George. Krzywiąc się z bólu i z trudem łapiąc oddech chwycił Marka i zaczął go przeciągać razem z przyjaciółmi do wyjścia, jednak jego obolałe palce ślizgały się po mokrej od krwi skórze. W pomieszczeniu przez zapach rozlanej nafty i zapach krwi przebijał się coraz bardziej zapach dymu i spalenizny.

Wtedy usłyszeli wystrzał.

Dunn rozejrzał się nerwowo, wiedział ze z każda sekunda maja mniejsze szanse na wyjście z tego cało. Spojrzał w stronę drzwi oceniając szanse na wyjście tamtędy. Popatrzył na ściany szopy, przecież była stara – może tędy warto się przebić na zewnątrz – pomyślał.

<Na zewnątrz jest pogoda późno jesienna, chłodno, zimny wilgotny wiatr, od czasu do czasu kropi ale konkretnych opadów deszczu, albo tym bardziej śniegu jeszcze nie ma. No i jest noc właściwie. Są liczne kałuże.>

W drzwiach olbrzym zderzył się z szeryfem, który uderzył mocno plecami o płonącą framugę, stęknął głośno, ale się nie przewrócił. Haleigh miał już rewolwer w ręce i pod wpływem uderzenia zacisnął palec na spuście – rewolwer wystrzelił w powietrze. Malarz wybiegł przez ogień w ciemność a szeryf wyskoczył za nim. Jego kurtka w miejscu, gdzie zetknęła się z ochlapaną naftą framugą, płonęła żywym ogniem. Z zewnątrz rozległy się dwa kolejne strzały.

Dunn podbiegł szybko do ściany z dala od ognia i obejrzał ją pobieżnie, szukając miejsca wyglądającego na najbardziej słabe – z największymi dziurami między deskami, sękami. Takiego, które wyglądałoby znacznie słabiej, niż pozostałe, nie znalazł. Nawet okiennice w obu oknach były dokładnie zabite deskami wyglądającymi nawet zdrowiej, niż te na ścianach. Położył się na podłodze i walnął nogami z całych sil w ścianę. I raz jeszcze i znowu, nasłuchując czy deski choć chrupnęły, dając nadzieje na wypuszczenie ich z tej pułapki. Pomysł nie był zły – Dunn miał świadomość swojej masy i siły – ale widocznie nie docenił miejscowego drewna, bo mimo mocnych uderzeń nie udało mu się wybić desek tworzących ścianę szopy. Za to zaczęły go solidnie boleć, mimo że starał się uderzać pod odpowiednim kątem. Przez rozgrzane walką i pożarem ciało Georga przeszedł chłodny dreszcz – pewnie od zimnego klepiska szopy.

Tymczasem Smith z Melindą starali się ze wszystkich sił przenieść rannego. Dziennikarz zdawał sobie sprawę, że nie mają czasu na eksperymentowanie, więc kierował się dalej w stronę płonących drzwi. Liczył też, że ktoś z mieszkańców zwabiony wystrzałami i łuną pożaru będzie na zewnątrz, żeby im pomóc… ale patrzył z nadzieją na wysiłki Dunna. Może będzie bezpieczniejsze wyjście.

Widząc bezowocność wysiłków Georga szarpali biedaka w stronę wyjścia, licząc, że uda im się go przeciągnąć możliwie szybko. Smith działał jak maszyna – adrenalina buzowała mu w żyłach. Nie zważając na nic wczepił się w poharatane ciało psychiatry i ciągnął jak oszalały, nie myśląc o tym, że sam się zatacza i ledwo trzyma na nogach. Widział, że pożar z każdą chwilą będzie coraz większy. W drugiej strony pomagała mu Melinda, unosząc nogi Marka i pchając go w kierunku wyjścia.

Niestety, przeciągając Donovana przez drzwi Walter zadarł ramieniem o jakiś ostry fragment zamknięcia płonącej szopy a szarpnięcie mięśniem spowodowało, że upuścił Marka na płonący, oblany naftą próg. Płuca Waltera wypełnił gryzący dym.

Smith syknął z bólu, ale otaczający go żar powodował, że każdy wdech powietrza parzył jeszcze bardziej niż nieodległe płomienie. Przed sobą widział falujące od rozgrzanego powietrza sylwetki Melindy i Dunna. Zdawał sobie sprawę, że jest już jedną nogą na wolności i to piekło może się dla niego skończyć… ale zostawiając Marka zablokował by wyjście z szopy, być może skazując tym samym na śmierć bejsbolistę i tę młodziutką panienkę. Schylił się próbując podźwignąć doktora i wynieść go na zewnątrz, starając się nie wdychać rozgrzanego, piekącego dymu. Parząc dłonie chwycił lekarza, którego zaczęły już obejmować płomienie. Jednak był już bez sił – nie zdołał go wyciągnąć. Ryczał wściekle do wtóru trzaskającym płomieniom – z bólu, ale jeszcze bardziej z bezsilności.

Dunn przewrócił się na brzuch by po chwili klęknąć na kolanach, rozejrzał się po szopie łapiąc oddech, po czym ruszył biegiem pokonując obolałe mięśnie.. „Dam radę to tylko przeniesienie przez próg” – myśli kotłowały mu się w głowie. Dopadł do Marka i Waltera – Dalej, pomóż mi wziąć go na plecy! – krzyknął do Waltera – przebiegnę z nim jak z workiem ziemniaków na zewnątrz i niech się dzieje co chce – tam mamy większe szanse a na pewno Mark je ma! – krzyczał Dunn już siłując się z bezwładnym ciałem kolegi.

Chwycił Marka i zarzucił na plecy, przepchnął Waltera i wypadł na zewnątrz jak wielkokalibrowy pocisk armatni. Za nim wybiegła Melinda.

Noc była ciemna i bardzo chłodna.

Niedaleko zobaczyli szeryfa z rewolwerem w dłoni. Wciąż nie reagował na fakt, że pali się jego kurtka. Na widok bohaterów przestał wpatrywać się w noc i podbiegł do nich.

– Żyjecie, to dobrze. Tylko co teraz… Trzeba go do hotelu. I lekarza sprowadzić z Dalles. Że też to auto cholerne nie działa! Będzie musiał wystarczyć Knox… Czekajcie, dam mu kurtkę. Jezusie, ona się pali! – zrzucił kurtkę na ziemię i zaczął ją deptać. W świetle płonącej szopy widać było, że ogień nie tylko zajął mu kurtkę, ale też poparzył kark i głowę. Jak zejdzie z niego adrenalina, będzie go to bardzo bolało. – Ale co tutaj się do cholery wydarzyło?!

Mark, mimo że był w bardzo ciężkim, wręcz agonalnym stanie, zachował przytomność. Nie był jednak w stanie się ruszać czy nawet mówić. Tylko patrzył na przyjaciół pełnym cierpienia ale i wdzięczności spojrzeniem.

Spojrzenie Melindy spotkało się ze spojrzeniem Marka. Popatrzyła mu w oczy, jakby chcąc mu coś powiedzieć. Coś ważnego, sądząc z intensywności spojrzenia. Tak jakby go wzrokiem o coś prosiła…

Ciemna noc z jednej strony a płonąca coraz jaśniejszymi płomieniami szopa z drugiej powodowały, że trudno było coś wypatrzyć między budynkami. Jednak George miał wrażenie, że z ciemności śledzą ich czyjeś oczy. Włoski na karku postawiły mu się, co wytłumaczył sobie powiewem chłodnego powietrza. Jego wzrok nie potrafił przeniknąć ciemności.

Walter klęczał przy Marku. Na jego przystojnej twarzy, przybrudzonej błotem, sadzą i krwią, widać było skrajne wyczerpanie. Teraz dotarł do niego ból ręki, którą zahaczył o zamknięcie szopy, gdy z niej wyskakiwał. Promieniował bólem naderwany mięsień i krwawiąca, rozerwana skóra. Płaszcz był w strzępach, częściowo zerwany z dziennikarza. Wzrok Waltera padł na leżący w błocie, dwa jardy od niego, znajomy plik kartek, który właśnie podnosił szeryf.

<Gdzie Walter nosi wspólną kasę?>

<Gdzie nosi wspólną kasę? No cóż, teraz jedyna sensowna odpowiedź brzmiała by w skarpecie, ale pewnie takie zabezpieczenie byłoby niewiarygodne…. Przyjmijmy, że skoro płaszcz zdejmuje się tak często, to kasę noszę w losowo wybranej kieszeni spodni, ale jeśli to wytłumaczenie jest niezbyt na rękę mistrzowi gry, to zgodzę się na inne…>

<Dobrze, że to nie Mark miał wspólną kasę.>

Gdy szeryf sięgał po karty akt zaginionej wyprawy Smith dał zbyt głośny jak na odniesione przez niego rany okrzyk… Chciał odciągnąć nim szeryfa od jego płaszcza, a nawet jeśli nie, to liczył, że obecność rannych powinna bardziej zająć stróża prawa niż jakieś stare gazety wypychające poły płaszcza…

Szeryf podniósł papiery i nie przyglądając się im, podszedł do Smitha. – Trzeba lepiej pilnować swoich dziennikarskich notatek – powiedział, wyciągając rękę z ubłoconym plikiem w stronę Waltera.

W centrum miasteczka zapalały się światła, słychać było coraz wyraźniejsze podniesione głosy.

Bohaterowie drżeli z zimna, byli lekko ubrani. Mark – poza tym, że miał na sobie kurtkę szeryfa – był całkiem rozebrany, ale on nie drżał. Właściwie było mu coraz bardziej błogo i spokojnie, miał wrażenie że już nie czuje bólu. Że spokojnie zasypia.

Dunn oparł dłonie na kolanach ciężko sapiąc, mimo iż kondycje nadal miał wyborną, taki natłok wrażeń potrafił pozbawić oddechu nawet konia. Popatrzył na swoich przyjaciół – Kurwa o co tu chodzi? – pomyślał – jak to możliwe by w te kilka godzin Mark wpadł w takie tarapaty, tu wszystko jest jakieś takie naciągane, musimy z nim pogadać bez świadków. George się wyprostował i spojrzał na płonącą stodołę – na wspomnienie upiornego obrazu poczuł dreszcz… O dziwo przez głowę przebiegła mu też myśl że szkoda tego dzieła – o ile można tak nazwać malarstwo krwią – miał uczucie że to co przedstawiało mogło być dla nich ważne… ale wolał w tym momencie nie skupiać się na przypomnieniu tych upiornych widoków.

– Pomóżcie go zabrać do jakiegoś ciepłego miejsca, gdzie go opatrzymy! – powiedziała Melinda.

– Może do Ciebie panienko – spytał szeryf. – To bliżej, niż posterunek czy dom Knoxa.

– Nie, do mnie nie. – na twarzy dziewczyny znowu odmalował się strach – Do hotelu, tylko szybko.

– Mimo wszystko do Ciebie byłoby najwygodniej – nie wiem czy damy rade donieść Marka do hotelu, a skoro do Ciebie jest po drodze to wole nie ryzykować jego zdrowia – powiedział George do Melindy, przez roztargnienie zwracając się do niej per „ty” – mi zależy na jego zdrowiu i myślę, że Tobie także.

– Nie czas na dywagowanie, chodźmy tam gdzie bliżej! Wołajcie lekarza!

– Słuchajcie przygłuche głupki – wkurzyła się Melinda – niesiemy go do HOTELU! Do waszego pokoju! Ty, duży, chwytaj go pod ręce a szeryf niech ci pomoże. A ty, ładny, leć szybko po Knoxa i przyprowadź go do hotelu jak najprędzej.

Dunn poczerwieniał ze złości – Dobra paniusiu, nie wiem co Ty ukrywasz ale się dowiem, bo Twój związek z tym co przydarzyło się mojemu przyjacielowi jest już oczywisty – ryknął do Melindy – nie wiem jak na Twojej wsi ale u mnie takie tępe baby mogą szybko dostać za swoje! Jeśli coś się stanie Markowi to Ty odpowiesz za to gówniaro! – Dunn stanowczo nie wytrzymał. I nie czekając na
reakcję odwrócił się i powoli zaczął podnosić przyjaciela. „Nie ma chwili do stracenia, a jak głupia baba się upiera nad hotelem to nie ma co zwlekać.” – pomyślał. Melinda była dla niego skreślona. Wiedział, że będzie ją teraz bacznie obserwował i trzymał z daleka od Marka.

<Zamiast usuwać to, co napisałeś w nawiasie, przerobiłem minimalnie i zrobiłem z tego myśli Georga; zobacz, czy Ci tak pasuje>

Smith aż zadrżał patrząc na reakcję Dunna. Nie wydawało mu się, żeby to był dobry czas na kłótnie, więc co prędzej ruszył w stronę domu felczera. Cały czas zastanawiał się jak to się stało, że doktor skończył tak marnie od momentu, kiedy zostawili go z Melindą, ale za wiele się działo, żeby mógł na spokojnie zebrać myśli i się nad tym zastanowić.

<skoro duży i szeryf mieli nieść Donovana, to wypada na to, że ja jestem ten ładny. Nie ma siły, żebym się z nią teraz kłócił :)>

<Walter, nie wypada, Mark jeszcze nie ostygł! 🙂 >

Od strony centrum miasteczka, główną ulicą nadciągała całkiem spora grupa ludzi. Świecili latarkami i lampami naftowymi. Widzieli pożar i niektórzy nieśli wiadra, ale szli ostrożnie, z rezerwą – słyszeli przecież strzały.

Dopiero widok szeryfa ich uspokoił. Kilku pomogło nieść rannego a reszta ruszyła do pożaru, który mógł łatwo rozprzestrzenić się na całe Parkdale.

<Przyznałem Wam awanse, tylko zapomniałem na jakich skillach – w domu Wam napiszę. No i rzucę, czy cos z nich wyszło w ogóle>

* * *

Kiedy dziennikarz biegł do Knoxa, zastanawiał się jak wieczorne zdarzenie odbije się na ich losach w Parkdale. Brali udział w bijatyce i spowodowali pożar – choć bronili tylko swojego kolegi było jasne, że każdy w mieście odnosi się do nich z nieufnością, a Szeryf w tym względzie wręcz przodował… Niedobrze byłoby, gdyby trafili do aresztu. <przecież jutro rano mamy zaplanowane zakupy i wyprawę> „Jak tylko zawiadomię doktora – pomyślał Smith – „poślę go przodem, a sam zapoznam się gdzieś na uboczu ze skradzionymi aktami. I na wszelki wypadek gdzieś je ukryję, albo od razu zniszczę. Chociaż gdyby Szeryf rzeczywiście chciał nas zamknąć, może lepiej nie znikać i nie wzbudzać podejrzeń… A jeśli mnie przeszuka? Co robić, co robić…” – Walter bał się dekonspiracji, ale nie chciał też stracić szansy na dowiedzenie się tego, co Szeryf wie o wyprawie a nie chce im ujawnić. Kilka budynków przed chatą Knoxa skręcił za winkiel, obejrzał się czy nikt go nie obserwuje i wypchał sobie gacie wykradzionymi papierami. Powinno starczyć choć na chwilę, mam nadzieję, że nie rzuca się w oczy… – i ruszył dalej.

Aleksander Knox był już zaalarmowany strzałami, po krótkim wytłumaczeniu o co chodzi porwał do torby kilka narzędzi medycznych, zamknął za sobą drzwi i szybkim krokiem ruszył w stronę hotelu, nie oglądając się na Smitha. Walterowi, mającemu w spodniach plik papierów, nie było zbyt łatwo nadążyć za prawie biegnącym felczerem. Felczerem, który był również grabarzem. „Oby to nie była zła wróżba” – pomyślał Walter.

Na zewnątrz widać było coraz więcej biegających osób. Miasto, mimo późnej pory, wyglądało na obudzone i poruszone wydarzeniami.

* * *

W pokoju hotelowym było cicho, ale atmosfera była gęsta i nerwowa. Knox najpierw skończył się zajmować leżącym w łóżku Markiem. Psychiatra wyglądał trochę jak mumia egipska, tyle miał na sobie większych i mniejszych opatrunków a stojąca koło jego łóżka miednica z wodą wyglądała teraz, jakby była pełna krwi. Zresztą, zapach krwi i środków aseptycznych unosił się w całym pomieszczeniu. Następnie opatrzył stosunkowo najlżejsze stłuczenia i zadrapania Melindy, potem poparzenia szeryfa, stłuczoną klatkę piersiową i oparzenia Georga oraz naderwaną rękę i poparzone dłonie Waltera. George miał obandażowaną klatkę piersiową i każdy oddech sprawiał mu trochę bólu, ale Knox ocenił, że kości i organy wewnętrzne są całe. Po ubraniu koszuli bandaż przestawał być widoczny. Walter miał założone szwy na prawej ręce oraz maść i bandaże na poparzonych dłoniach. Wiedział, że przez jakiś czas nie da rady ich w pełni sprawnie używać.

W środku byli jeszcze obecni Beach i Mendoza a na korytarzu pod drzwiami pokoju wartę pełnił, ściskając z poważną miną strzelbę, Regan. Na dole, w sali restauracyjnej hotelu, mimo bardzo późnej pory było gwarno. Goście, którzy zjechali na pogrzeb oraz obudzeni mieszkańcy miasteczka wspólnie ugasili pożar a teraz wyglądało na to, że całe Parkdale zebrało się w hotelu, który dosłownie huczał od przekazywanych wiadomości, plotek i domysłów.

– Zrobiłem, co mogłem. – powiedział Knox, pakując narzędzia. – Wy musicie się jakiś czas oszczędzać, a co do niego – kiwnął głową w stronę leżącego w łóżku Marka – jest bardzo źle. Rany płytkie, ale dużo. Do tego złamana ręka, obrażenia wewnętrzne i te wszystkie poparzenia… Ta noc będzie rozstrzygająca. Jeżeli do rana przeżyje, to raczej wyjdzie z tego. Ale nie dawałbym mu zbyt wielu szans… – dodał cichym, smutnym głosem.

– Dzięki doktorze – Dunn uśmiechnął się smutno i poklepał Knoxa po ramieniu. Popatrzył na Marka i westchnął ciężko – zostanę przy nim, ale jak by coś miało się zmienić z jego stanem to będę gonił po Pana doktorze – George przeszedł kilka kroków w stronę drzwi gdzie stał szeryf i traperzy.

– No właśnie, panowie. – powiedział zasadniczym tonem Haleigh – Byliście na miejscu przede mną. Co tam się właściwie stało? Wiem, że to nie jest najwłaściwszy moment, ale chciałbym zebrać zeznania na gorąco, a potem zostawię was i pójdę sprawdzać miejsce zdarzenia. Regana mogę wam zostawić, żeby nikt wam spokoju nie zakłócał. Jak chcecie.

– Regan chyba nie musi zostawać, niech odpocznie, w końcu jutro nowy dzień a nas – tu Dunn wskazał na siebie i stojących obok Mendozę i Beacha – wystarczy jak by coś do powstrzymania ciekawskich. A co do tego, co się stało, to wiem tylko troszkę więcej od Pana Szeryfie, te kilka minut więcej… – George zamilkł jak by szukając w myślach odpowiednich słów. Westchnął znowu – to jakiś szalony dziadek był, malował obraz krwią Marka – każde kolejne słowo wypowiadał ciszej – jakiś upiorny obraz… Mam wrażenie ze ten dziad miał coś wspólnego z Melindą – dodał prawie szepcząc do szeryfa – o co tu chodzi? Co to za wariat?

Smith wodził wzrokiem za Dunnem i cieszył się, że to On został wybrany do kierowania grupką. Nie miał sił i ochoty podejmować teraz jakichkolwiek decyzji, zamiast ważyć słowa i zbierać myśli najchętniej zebrałby się do spania. Kiedy miał czas ochłonąć po całym zamieszaniu poczuł tłumiony wcześniej przez adrenalinę ból i pieczenie rąk, ale i tak wydawało mu się to niczym w porównaniu do cierpień doktora. – Otóż to szeryfie… Wszystko działo się tak szybko, że sam nie wiem, co widziałem a co sobie dopowiadam… Doktor był zawieszony na linie przywiązanej do jakiejś belki przy stropie, ten szaleniec miał w szopie rozłożone jakieś sprzęty, ale nie wiem nawet co to było, sztalugi czy jakieś rusztowanie…No i wokół pełno krwi, a potem dymu… Zemdlałem, ocuciła mnie Miss Melinda, może jak odpocznę coś sobie przypomnę… – Smith nie był pewien, czy oskarżanie Melindy to dobry pomysł. Z jednej strony Mark widział się z Nią, kiedy go zostawiali, ale gdyby chciała mu zrobić krzywdę, nie przybiegła by po pomoc. Ciekawe czemu tak panicznie reagowała gdy chcieli zanieść Marka do jej mieszkania.

– Czy widzieliście go kiedykolwiek wcześniej? Czy może jechał w tym samym pociągu, co wy? To może jakiś znajomy pana Donovana, który chciał wyrównać z nim rachunki? A może jakiś jego pacjent? Pan Donovan miał wielu wrogów? Czemu uważacie, że miałby mieć coś wspólnego z panną Kaufman? Czy pan Donovan zachowywał się tego wieczora jakoś nietypowo? Jakby się czegoś lub kogoś obawiał? – szeryf miał przygotowany notes, ołówek i skrzętnie notował wszystkie odpowiedzi.

– Ja rozmawiałam z panem Donovanem w hotelu – weszła mu szybko w słowo Melinda, przedstawiając swoją wersję wydarzeń – a potem poszliśmy na mały spacer. Nagle, podczas spaceru, ten ktoś nas zaatakował. Mnie odepchnął, aż przewróciłam się na ziemię. O, tutaj i tutaj mam ślady. Pewnie myślał, że jestem nieprzytomna. Porwał Marka na ramię i pobiegł z nim…Śledziłam go… aż do szopy… Potem chciałam wezwać pomoc. Przybiegłam po was… A potem Mark… taki poraniony i umierający… Buuuuu… – z jej ślicznych oczu łzy pociekły ciurkiem. Wyglądało to szczerze i rozbrajająco, nawet szeryf zaczął chrząkać ruszając wąsiskami.

No tak – szybko odezwał się Dunn – Ty nic nie wiesz i w ogóle jesteś taka biedna i niewinna – widać Melinda naprawdę zaszła mu za skórę – A mnie wydaje się, że było zupelnie inaczej, i że panna Kaufman była w zmowie z mordercą – te słowa skierował już do szeryfa – Ten tam gość to był jakiś wariat! – z każdym słowem Dunn był coraz poważniej wkurzony, jakby przypominając sobie całą sytuację od początku – Kurwa, co my tu właściwie robimy zamiast łapać tego szajbusa?! – już prawie krzyknął.

Walter spróbował odgadnąć reakcję Szeryfa na mocne słowa baseballisty. Nie chciał przerywać Dunnowi i zastanawiał się czy stróż prawa podziela jego zdanie… Choć sceptycznie odnosił się do robienia z Melindy wroga i utracenia do niej dojścia zanim sam na spokojnie ją przepyta, było już za późno. Trzeba było iść ścieżką wytyczoną przez wściekłego kolegę.

– Panie Szeryfie… Dunn mówi prawdę. Nie muszę chyba też dodawać, że Oregon a Arkham, w którym pracował doktor dzielą tysiące kilometrów, a wyprawa nie była szeroko nagłośniona i została zorganizowana nagle… To skreśla wersję zemsty kogoś, kto przyjechał za Panem Donovanem. Zresztą Pan dobrze wie, kto przybywa do miasteczka – nikogo takiego jak ten szaleniec nie widzieliśmy ani w pociągu, ani w hotelu. To musiał być ktoś z okolicy. W którą stronę uciekł z szopy? Pobiegł do miasteczka?

Szeryf, Beach i Mendoza popatrzyli ze zdziwieniem na nagły wybuch wściekłości Dunna. Melinda też na niego popatrzyła. Ale to, co George dostrzegł na dnie jej zapłakanych oczu, to nie było zdziwienie a rodzące się całkiem inne, bardzo kobiece, intensywne uczucie.

– Dobra, widzę że jesteście bardzo wzburzeni sytuacją i nie jesteście w stanie normalnie funkcjonować. Jeden krzyczy głupoty i obraża kobiety a drugi zadaje pytania, zamiast na nie odpowiadać. Na razie nie uznam tego za utrudnianie śledztwa, ale proszę się stawić o 10 rano na komisariacie w celu złożenia pełnych zeznań. – szeryf zamknął notes, schował ołówek, ukłonił się i ruszył do wyjścia.

– Przepraszam Szeryfie – Dunn odetchnął, jak by ten atak gniewu pozbawił go całej agresji, mówił już spokojnie – ma Pan racje, to wszystko tak nagle spadło na nas, nie powinienem się tak zachowywać – zwrócił się w stronę Melindy – Panienkę też przepraszam – powiedział, choć czuć było w głosie chłód, ale też i inne emocje, może było mu głupio że tak ją zaatakował, spuścił wzrok unikając jej spojrzenia – Zgłosimy się oczywiście jutro do Pana i wszystko opowiemy. A dziś… dziś najważniejsze jest zdrowie Marka.

– My już u was pracujemy. Pewnie nie pójdziemy rano na zakupy? – powiedział Beach. – Miałem z wami spać, ale wcisnę się do innego pokoju albo na sali prześpię, bo pewnie potrzebujecie spokoju. Jakby co, to jesteśmy do dyspozycji.

– No. – dodał od siebie Mendoza. Jego przepite oblicze wyrażało szczerą troskę.

– Gdybyście mogli zostać w pobliżu Panowie… Pewnie prędko nie wyruszymy, ale jakiekolwiek decyzje podejmiemy po odpoczynku.

– Z zakupów zrezygnujemy faktycznie – powiedział Dunn – nie wiem jeszcze jak to będzie, sami widzicie ze wszystko potoczyło się jakimś zwariowanym torem, pogadam z Walterem i przekażemy wam co i jak nad ranem z zakupami i w ogóle cała wyprawą, najpierw niech minie ta noc – skinął głową w stronę łóżka z leżącym przyjacielem – ale mam prośbę, możecie być pod ręką jak bym Was potrzebował?

– Będziemy pewnie spali na dole, więc jakby coś, to dajcie znać. – powiedział Beach – Gdybyście jednak chcieli zrobić zakupy, to pamiętajcie, że jesteśmy umówieni z Otto na szóstą. Jeżeli chcecie iść w góry, to można część zakupów rano zrobić i najwyżej ich jeszcze od Otta nie odbierać. Zawsze się może okazać, że czegoś jeszcze brakuje i wtedy będzie czas, żeby Otto to sprowadził. Ale jeżeli rezygnujecie z wyprawy, to wtedy nie ma sensu.

– Myślę, że Pan Otto zrozumie, jeśli nie pojawimy się jutro rano. Gdybyśmy nie wstali o umówionej porze, przekażcie mu, że póki co odkładamy zakupy na później.

– Dobrze. To czekamy na instrukcje. Nie chcemy brać pieniędzy za nic.

Traperzy wyszli. Razem z nimi wyszła Melinda. Widać było, że chce zostać przy Marku, ale popatrzyła przeciągle na Georga i opuściła pokój, nawet nie mówić „do widzenia”. Bohaterowie zostali sami.

Na dole wciąż słychać było harmider powodowany przez dyskutujących i pijących kolejne „herbatki” przybyłych, zaś w pokoju panowała cisza. Po tych wszystkich emocjonujących wydarzeniach, po strachu, krwi i nerwach wreszcie cisza i spokój. Księżyc nieśmiało oświetlał zza chmur Parkdale i trochę jego światła wpadało oknem do pokoju, w którym przebywali trzej poturbowani bohaterowie.

Dunn siadł na krześle nie opodal łóżka Marka, popatrzył smutnym wzrokiem na niego… Chwila zdawała się ciągnąć w nieskończoność, a cisza w pokoju aż kuła w uszy. W końcu podniósł wzrok na Waltera – I co robimy? – zapytał prawie szepcząc – Trzeba się zastanowić jak dalej z szukaniem profesorka, nie możemy chyba odpuścić, było by to nie fair nawet względem Marka. Rano musimy zatelegrafować do Loży i poinformować o wszystkim… Można też napisać dokładniejszy raport, ale czy jest sens? Ważne jest by wiedzieli, co i jak… Może podeślą nam kogoś, kasa też by się przydała jak mamy ruszać po tym tygodniu w góry. No i ten nieszczęsny raport u Szeryfa – George zamilkł pociągając łyk z piersióweczki – a zakupy też można zrobić jutro, niech czekają na nas a my choć broń kupimy i nie będziemy bezbronni. W ogóle, co myślisz o tym wszystkim Walterze? – zmienił temat – i o panience Melindzie?

– Szczerze mówiąc, to nie jestem najlepszej myśli. Jak dla mnie źle byłoby, gdyby to wszystko poszło na marne… – spojrzał na poranionego Marka i przez krótką chwilę przemknęła mu myśl, że słyszy całą tą rozmowę i obmawiają plany wyprawy razem z nim – Nie wiem tylko jak zareaguje Loża. Musimy dać im znać, takiego przebiegu wyprawy chyba nikt się nie spodziewał. To znaczy, spodziewałem się, że może być niebezpiecznie, ale na dobrą sprawę nawet nie wyruszyliśmy… Koniecznie musimy dać znać co się dzieje i zaznaczyć, że dalej nie ruszymy bez wsparcia. Nie żartuję George, wątpię żeby Mark chciał mieć nas na sumieniu. To już druga gwałtowna śmierć odkąd tu jesteśmy i jak dla mnie obie są mocno podejrzane… Traper nie wiedział o jakichś śnieżnych pumach podchodzących w okolice miasta? Malarz psychopata o którym nikt nie słyszał w tak małej mieścinie? To wszystko mi mocno śmierdzi. Jeszcze przed spotkaniem z szeryfem wyślijmy telegram, raport może poczekać, spiszemy go na spokojnie jutro. Niech ci traperzy których najęliśmy szykują nam sprzęt. Ja szczerze mówiąc mam nikłe pojęcie co może nam się przydać, więc pewnie tylko dodam od siebie kilka drobnostek, które przyjdą mi do głowy. Co do Szeryfa, to pal licho, nie ufa nam, my nie ufamy jemu, ale gdzieś w tej chwili po mieście pałęta się ten szaleniec… Żywy. Ciekawe jak mamy chodzić na przesłuchanie czy gdzieś indziej kiedy Mark będzie tu leżał sam… Trzeba powiedzieć co widzieliśmy i złapać tego wariata. Może nawet przed samym wyruszeniem w góry. Mam dziwne wrażenie, że to może mieć związek z wyprawą profesora… Pamiętasz tego co ocalał? Też nie zachowywał się normalnie, udawał, że nie chodzi o niego jak go spotkaliśmy rankiem drugiego dnia. A co do Melindy… szczerze mówiąc, nie wiem czy ta szczerość z Twojej strony była rozsądna. Mam wrażenie, że wiec coś, do czego nie chce przyznać się Szeryfowi no i to ona była z Markiem w jego ostatnich chwilach… Jeśli chcemy dowiedzieć się choć części z tego, co miało miejsce, musimy z nią porozmawiać bez świadków. I może na razie też bez Ciebie, nie przepadacie za sobą. Albo przeproś ją – pewnie zrozumie, trudno w takim dniu opanować emocje i dbać o maniery. Chętnie bym z nią porozmawiał przed wyjściem w góry. Tak więc jak dla mnie z wyjściem czekamy na odpowiedź z Loży odnośnie pomocy i na wyjaśnienie tego cholernego wieczoru. I jeszcze jedno… – Mark sięgnął wolnym ruchem opatrzonej dłoni w kierunku rozporka – mam tu coś, co chciałbym, żebyś zobaczył przed snem – powiedział rozpinając spodnie. Wyjął potargane kartki, rozłożył je na stoliku i zaczął układać po kolei – chciałbym się z tym zapoznać przed snem, a na pewno przed jutrzejszym spotkaniem z Szeryfem – szepnął. – Do jutra może trzeba będzie to spalić -powiedział szukając okularów.

Ubrał okulary i zaczął przeglądać pomięte, pobrudzone błotem i trochę nawet krwią kartki. Nie był zadowolony z tego, co czytał. Tyle wysiłku kosztowały, tyle zachodu a nawet strachu a nie zawierały niczego szczególnego. Powtarzały wiadomości, które były Smithowi i Dunnowi znane.

Wynikało z nich, że wyprawa przybyła do Parkdale, kilka dni spędziła w miasteczku uzupełniając sprzęt i wynajmując tragarzy i przewodników <brzmi znajomo, co?> po czym wyruszyła w góry. Przez kilka tygodni prowadziła tam badania terenowe a w celu ułatwienia badań zbudowano w górach drewniany blokhauz, bazę wypadową z której wychodziły regularne kilkudniowe wyprawy badawcze w wyższe partie gór. Jedna z takich wypraw nie powróciła.

Cała ekipa składała się z przyjezdnych Zwinkela, Bigwooda, Kempasa i Pedaciego oraz zatrudnionych na miejscu Warda, Angela i Mendozy. Cel badań został w aktach przedstawiony bardzo ogólnie, jako „stare, pewnie indiańskie, napisy na skale”. Widać dla Haleigha badania nie miały istotnej wagi w tej sprawie, dlatego nie rozwijał tego tematu, na którym się nie znał. Można jednak wywnioskować, że na coś interesującego z naukowego punktu widzenia natrafiono, gdyż prowadzono intensywne badania – wypraw z blokhauzu w wyższe partie gór było kilkanaście a i decyzja o budowie stałego schronienia zapadła pewnie w związku z dużą naukową wagą znaleziska.

Na feralną wyprawę pod Górę Hood wyruszyli Zwinkel, Pedaci, Kempas i Angel. Zaginięcie zgłosił Bigwood, ale dopiero po sześciu dniach od spodziewanego powrotu towarzyszy, co tłumaczył przekonaniem, że zaginieni sami wydłużyli badania. Dziwne tłumaczenie w kontekście mającego wtedy miejsce gwałtownego załamania pogody. Akta sprawy rysują też sylwetki całej wyprawy. Szeryf z właściwą sobie prostotą ale też i trafnością wrzuca smaczki o wielkiej posturze Zwinkela, pociągu do butelki Mendozy, wywołującym ciarki spojrzeniu Bigwooda czy utykaniu Pedaciego. Określenia takie jak „kuternoga” trudno uznać za delikatne. Szeryf rzuca też uwagę, że w miarę trwania wyprawy jej członkowie zachowywali się coraz dziwniej, co składa w raporcie na karb przebywania z dala od cywilizacji.

Smith odłożył papiery podniszczone papiery, spojrzał na Georga i westchnął – Wygląda na to, że całe kombinowanie na niewiele się zdało… Może jestem już zbyt zmęczony, żeby coś wyłapać, ale mam wrażenie, że Szeryf wie niewiele więcej niż my… Jak uważasz, palimy to od razu, żeby zatrzeć ślady, czy zostawić na później, żeby przejrzeć jak będziemy bardziej wypoczęci? Teraz nie jestem w stanie myśleć. – spojrzał sennym wzrokiem na Dunna.

– Faktycznie nie ma tu nic czego byśmy już nie wiedzieli – George podrapał się po brodzie, dwudniowy zarost zaszeleścił pod palcami. Rano się ogolę – nie wiedzieć czemu myśli nagle uleciały ku tak prozaicznej czynności. Czuł się zmęczony tym dniem, tak jak by trwał cały tydzień. To miasto to jakieś szaleństwo! Spojrzał smutno na Marka, po czym przeniósł wzrok na Waltera – Wiesz, nie wiem po co nam te papiery skoro nic tu nie ma. Spalmy je z rana by teraz już nie łazić nigdzie i tyle. Może jeszcze jutro rzucimy na nie okiem – powiedział pozbawiony nadziei Dunn – a teraz kładźmy się spać, tylko zamknij porządnie pokój, jakoś nie mam chęci na żadne niespodzianki – smutno uśmiechnął się sportowiec. Poprawił jeszcze Markowi poduszkę i sam zaczął się szykować do snu. To był ciężki dzień..

Wtedy spostrzegli, że Mark otwarł oczy i patrzy na nich bardzo przytomnym wzrokiem. Widać było, że cierpi, ale także, że jest świadomy swojej sytuacji oraz że ich poznaje. Otwarł usta, jakby chciał coś powiedzieć. – Ekh… ekh…- zakaszlał słabo, po czym cichym głosem z trudem wyszeptał: – Powiedzcie mojemu synowi, że go bardzo kocham i żałuję… – tu przerwał i ciężko oddychając nabrał powietrza i dodał po chwili – Melinda… jest w niebezpieczeństwie… ratujcie ją przed jjjj… – głowa doktora opadła na poduszkę, a on sam już nic więcej nie powiedział.

Mark Donovan umarł.

Reklamy

Jedna odpowiedź

  1. Ciekawy artykuł. Kończy się źle ale czyta się znakomicie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s