Zaginiona Ekspedycja 03 Liga broni, Liga radzi, Liga nigdy was nie zdradzi!

Rozdział drugi

STOP * Dr Donovan nie żyje * STOP * Wyprawa wstrzymana * STOP * Czekamy w Parkdale na pomoc * STOP * Potrzeba nam ludzi i pieniędzy * STOP * Szczegółowy raport w drodze * KONIEC

 

STOP *  Zakończyć misję *  STOP * Wracać natychmiast * KONIEC

 

STOP * Morderca jest na wolności * STOP * O prof. Zwinkelu dalej nic nie wiadomo * STOP * Mark nie wybaczyłby nam, gdyby Jego śmierć poszła na marne * STOP * Zostajemy, przyślijcie pomoc* KONIEC

 

STOP * Pomoc w drodze * STOP * Wilson-Burch Hertzberg Skylight *KONIEC

Mark Donovan, sprawa 0101, morderstwo

Przesłuchiwany: George Herman Dunn, lat 36

Szczegółowe zeznanie: Więc, jak Szeryf wie, naprawialiśmy Pańskie auto w chwili gdy Melinda wpadła do szopy z krzykiem. Niewiele myśląc złapałem płaszcz i pobiegłem za nią, jak zresztą i Pan wraz z Walterem. Dobiegłem do szopy i wszedłem do środka. Moim oczom ukazał się okropny widok Marka podwieszonego pod sufitem z ranami, pokrwawionego, a krew ściekała chyba do wiaderka. Obok niego przy sztaludze stał ten szaleniec. Ogromny facet, trochę podobny do małpy, sam nie wiem, jeśli gdzieś się go spotka to na pewno nie pomyli z kim innym. Wiec on malował obraz mieszając farby z krwią Marka. Nie myślałem wiele, rzuciłem się na niego, chciałem ratować Marka. Rozegrała się walka, trochę szamotaniny on oberwał nieźle i ja tez swoje dostałem. Rzucił we mnie lampą, wykonałem uskok ale lampa potłukła się i stąd pożar. Widziałem ze on chce uciec a ja wolałem zająć się ratowaniem przyjaciół niż łapaniem go. Tym bardziej ze liczyłem na Pana szeryfie ze jest Pan blisko. Resztę już znacie. Próbowałem wyrwać belki ale w końcu przeniosłem Marka na plecach prawie. I tyle.

Podpis: George H. Dunn

Mark Donovan, sprawa 0101, morderstwo

Przesłuchiwany: Walter Smith, lat 28

Szczegółowe zeznanie: Wszystko działo się bardzo szybko Szeryfie… Zaczęło się jeszcze w Pańskim garażu, Ms Melinda wpadła prosząc o pomoc, mówiła, że Mark jest w niebezpieczeństwie. Od razu za Nią pobiegliśmy, zaprowadziła nas do starej szopy na skraju miasta – George Dunn mnie wyprzedził, z tego co pamiętam Panna Melinda też… Kiedy wbiegłem Mr Dunn szarżował na tego szaleńca… To był jakiś wyrośnięty dzikus, w tamtym świetle wyglądał jak jakaś potężna bestia. Nie było ciemno, cała szopa była oświetlana lampą naftową. Dzikus stał przy sztalugach i malował jakiś obraz. Mark był związany, zwisał przywiązany do jakiejś liny przerzuconej przez belkę u stropu, chyba był półprzytomny, ale cały pokaleczony, zakrwawiony. Nie zwracałem uwagi na szamotaninę Georga z tym szaleńcem, pobiegłem do Marka i zacząłem zastanawiać się jak go uwolnić, Panna Melinda pomogła mi z liną i spuściliśmy go na ziemię. Nie pamiętam dokładnie, co i kiedy stało się potem. Słyszałem Pański strzał, lampa rozbiła się, ale nie wiem czy od strzału czy ktoś ją potrącił podczas bijatyki. Szopa zajęła się ogniem. Wiem, że patrzyłem na obraz, który malował szaleniec, jakiś pejzaż, ale kiedy dotarło do mnie, że on malował go krwią Marka, chyba zasłabłem. Pamiętam, że Panna Melinda cuciła mnie jak pożar już szalał, próbowaliśmy wynieść Marka, było mnóstwo dymu… Wtedy nie było już tego szaleńca, domyśliłem się z reakcji Pana i Georga, że uciekł. Pobiegłem po felczera, ktoś zaniósł Marka do naszego pokoju w hotelu… Później rozmawialiśmy jeszcze w hotelu, najpierw trochę z Panem, Melindą, fleczerem i innymi, potem tylko ja i George. Mark jeszcze żył, ale to były jego ostatnie chwile. Wyrzęził tylko, że kocha swojego syna i skonał. Nawet nie wiedziałem, że On miał syna, byliśmy znajomymi, ale widywaliśmy się tylko przy okazji spotkań naszej Loży… Eh, to była pierwsza nasza wspólna tak duża wyprawa, żałuję, że nie udało nam się jej dokończyć wspólnie… To chyba wszystko, jeśli nie ma Pan więcej pytań.

Podpis: Walter Smith

* * *

W obszernym, bogato wykończonym pokoju było miło i przytulnie. Obite skórą meble, wybłyszczone stoliki, wysokie regały zastawione aż pod sufit książkami, prezentującymi kolorowe, skórzane bądź papierowe, opisane grzbiety. Na stoliku stały filiżanki, obok zaś porcelanowy czajniczek pełen aromatycznej herbaty. W pokoju unosił się też delikatny zapach cygar. Atmosfera jak w klubie dla dżentelmenów, brakowało chyba tylko pełnego trzaskających polan kominka.

Kominka być nie mogło, regulamin czytelni Arkham University na to nie pozwalał, i obostrzenie to dotyczyło także tej sali, dostępnej tylko niektórym pracownikom uniwersytetu.

W czytelni było obecnie kilka osób, ale to nie chęć powiększania wiedzy ich tutaj zgromadziła. Niektórzy siedzieli, niektórzy stali. Wszyscy mieli poważne miny i słuchali kończącego właśnie przemowę lekko otyłego jegomościa z siwymi bokobrodami, w nienagannie skrojonym garniturze.

– Tak więc problem nie tylko nie został rozwiązany – powiedział Rupert Danner składając kartki napisanego przez Smitha i Dunna dokładnego raportu z wydarzeń w Parkdale, który właśnie skończył czytać zgromadzonym – i profesor Zwinkel pozostaje zaginiony bez wieści, ale dodatkowo wysłana w tamten rejon wyprawa złożona z naszych kolegów, członków Ligi, poniosła sromotną porażkę. Jeden z jej członków niestety nie żyje, pozostali dwaj są ranni. W tej sytuacji nalegałem na zakończenie przedsięwzięcia, ale oni ambitnie uparli się dopiąć celu. – Na twarzy Dansera odmalowała się troska, ale także coś na kształt dumy, wynikającej z odważnych decyzji członków Ligi.

Obecni w pomieszczeniu patrzyli z wyczekiwaniem na kanclerza, który zrobił przerwę i nalewał sobie herbaty. Oprócz Dannera w pomieszczeniu było jeszcze pięć osób – dwie kobiety i trzech mężczyzn. O ile piękny garnitur, wyglansowane buty i pieczołowicie opiłowane paznokcie kanclerza Dannera wskazywały na jego wyjątkową dbałość o siebie, to Evelyn Samson i Alfred Emerson wyglądali na typowych nauczycieli akademickich, ubranych z mniejszą pieczołowitością oraz jakby przykurzonych pyłem kredowym z tablic, mimo tego emanujących aurą wiedzy i dostojeństwa, wynikającymi z ich pozycji na Uniwersytecie i w Lidze.

Znacznie ciekawiej prezentowały się pozostałe trzy obecne osoby.

Pierwszą z nich, na którą każdy ukradkowo zerkał, była Lana Skylight, tajemniczo wyglądająca kobieta, której wiek ciężko było określić. Może miała dwadzieścia lat, może trzydzieści, wyglądała dość poważnie a zarazem w jej ruchach czuło się lekkość i gibkość. Blond włosy opadały jej na ramiona i pełzały wężykami po kołnierzu eleganckiej garsonki, rodem prosto z Paryża, która opinała wysportowaną i sprężystą sylwetkę Lany. Usta nie były zmysłowe, twarz nie  klasycznie piękna, ale spojrzenie, którym wodziła po zebranych, było nieziemskie.

Kiedy profesor mówił, kobieta poprawiła torebkę, która znamionowała elegancję, ale też wyglądała na dość praktyczną, dość powiedzieć że była trochę większych rozmiarów niż zwykły nosić kobiety w owych czasach i mogła skrywać dosłownie wszystko. W miarę odczytywania raportu z ekspedycji, na twarz Lany wypływał coraz bardziej lekceważący uśmiech, jak gdyby sprawa naskalnych rysunków w górach Oregonu była jakimś śmiesznym żartem, zbrojonym przez dzieci bolszewików z Rosji. Pewność siebie, która biła z tego uśmiechu chciała powiedzieć: „Profesorze, każda rzecz ma swoja przyczynę i skutek. Zidentyfikuj skutki, poznasz przyczyny.” A może chciała powiedzieć coś innego…

Obok na fotelu siedział Gerard Wilson-Burch, doktor medycyny, starszy szpakowaty mężczyzna z budzącą zaufanie twarzą. Teraz odłożył filiżankę na stolik i w skupieniu słuchał słów kanclerza bawiąc się nieświadomie staromodną fajką o zagiętym cybuchu. Mimo swobodnej pozy, w jego ruchach widać było precyzję i oszczędność, a prosta postawa sugerowała żołnierską przeszłość. Ubrany był w garnitur o sportowym kroju z beżowego tweedu. Na marynarce widać było trzy baretki, tęczową, fioletowo-srebrną i niebiesko-czerwoną, wskazujące na jego aktywny udział w Wielkiej Wojnie.

Trzecia z osób siedziała wygodnie w fotelu z zamkniętymi oczami i nogą założoną na nogę. Gdyby pozostali nie znali Heinricha Hertzberga, pewnie odebraliby to za brak kultury, lecz gdy nastała dłuższa przerwa, Heinrich otworzył oczy i rozejrzał się po twarzach osób zgromadzonych. Może i był uważnym słuchaczem, ale wszyscy wiedzieli, że dłuższe przemowy nie są jego ulubioną formą spędzania czasu. Miał na sobie brązowe spodnie i kamizelkę w tym samym kolorze, białą koszulę, granatowy krawat i czarne skórzane półbuty. Nie szedł łeb w łeb z nowymi trendami mody, ale nie można mu było zarzucić niechlujstwa, poza tym Helga, jego gosposia, nigdy by go nie wypuściła z domu w niestosownym ubraniu, a on sam uważał się już za zbyt starego, żeby mieć siły na kłótnie z nią. Heinrich poprawił się w fotelu, przeczesał siwe włosy i już miał wstawać, gdy zauważył że to jednak nie koniec przemowy…

– Jak wiecie – kontynuował Danner – profesor Jurgen Zwinkel poprowadził w zeszłym roku ekspedycję, mającą prowadzić badania antropologiczne w Górach Kaskadowych w Oregonie. Chciał poddać badaniom stare ryty naskalne, które są znane nauce tylko z niepotwierdzonych przekazów i opowieści traperów i Indian. Pojedziecie w Góry Kaskadowe, śladami ekspedycji profesora Zwinkela. Waszym zadaniem jest skopiować, najlepiej fotograficznie, wspomniane ryty, aby zebrany materiał poddać badaniom tutaj, na Uniwersytecie Arkham. Gdyby dodatkowo udało Wam się przekonać do powrotu doktora Bigwooda albo odnaleźć ślady ekspedycji profesora Zwinkela – czy wręcz samego profesora Zwinkela – to wyprawa będzie wielkim sukcesem. Jednakże – tutaj twarz Dannera przybrała wyjątkowo poważny wyraz – od wyjaśnienia zagadki jest dla nas cenniejsze życie i zdrowie członków Ligi, dlatego choć proszę was o dołączenie do poszukiwań profesora, to także zobowiązuję do dbania w pierwszej kolejności o swój powrót w zdrowiu, dopiero w drugiej o zgromadzenie materiałów badawczych i wyjaśnienie zagadki.

Gerard odchrząknął i jak tylko uwaga kanclerza się skupiła na nim – powiedział:

– Co do tego furiata który jest odpowiedzialny za śmierć Marka – Rozumiem że jest już tam poszukiwany. Mam nadzieję, że będzie już na nas czekał na nas w areszcie u Szeryfa i pojedzie na odpowiednie leczenie – słyszałem, że elektrowstrząsy działają cuda, w szczególności z furiatami. Na wszelki wypadek zabiorę więcej środków uspokajających…

Lana Skylight uważnie lustrowała swoich towarzyszy i nikt nie był w stanie powiedzieć, co tak naprawdę myśli. W końcu uśmiechnęła się i powiedziała:

– Drodzy Panowie i Panie, Liga poprosiła nas o wypełnienie tej misji. Lidze się nie odmawia ani Ligi się nie zawodzi. Dlatego nie zawiedziemy. Dowiemy się, co się stało z ekspedycją. A ten, co ograniczył wolność naszych towarzyszy, albo pozbawił ich życia, niech się zacznie bać już teraz. Wyruszamy jak najszybciej.

– Zgadzam się z Fräulein Skylight, powinniśmy wyruszyć jak najszybciej. Ja jestem do dyspozycji od zaraz, tylko się spakuję i poinformuję w antykwariacie o mojej nieobecności. Czy wiadomo, kiedy odjeżdża pociąg? – mówiąc to Heinrich wstał, licząc że nikt już więcej nie będzie miał do dodania.

– Bilety jeszcze nie są kupione, ale w takim razie zaraz wydam odpowiednie dyspozycje. Dziękuję serdecznie państwu za waszą gotowość. I życzę szczęścia. Mam wrażenie, że będzie wam bardzo potrzebne.

* * *

George Herman Dunn i Walter Smith czekali zmarznięci na peronie dworca w Parkdale. Było zimno, coraz zimniej, chociaż pierwszy śnieg jeszcze nie spadł. Razem z nimi czekali Beach i Mendoza. Kawałek dalej na pociąg oczekiwał szeryf Haleigh, który choć starał się zachowaniem dać do zrozumienia, że jest tutaj przypadkowo, na pewno zjawił się tutaj w jakimś celu.

Smith i Dunn czuli się zdecydowanie lepiej, niż tydzień temu, kiedy wydarzenia obrały naprawdę dramatyczny obrót. Trzeba jednak przyznać, że bardzo oszczędzali się w tym czasie.

Tydzień minął im szybko. Najpierw wymiana telegramów z kanclerzem Oświeconej Ligi Badaczy Nadnaturalnego i wysyłka listu bardzo szczegółowo opisującego wydarzenia. Potem przesłuchanie na komisariacie, które tak naprawdę niczego nowego do sprawy nie wniosło. Pamiętali też pogardliwe spojrzenie Melindy, którym obdarzyła ich podczas spotkania na komisariacie.

Walter pamiętał też, choć jak przez mgłę, że gdy próbował porozmawiać z Melindą podczas przypadkowego spotkania na ulicy, sam na sam, bez towarzystwa Georga, ta w stanowczych ale grzecznych słowach stwierdziła, że nie mają o czym rozmawiać i odeszła pospiesznie w swoją stronę. Walter miał wrażenie, że poczuł od niej słaby zapach alkoholu. Pewnie dezynfekowała swoje otarcia spirytusem albo ratowała nadszarpnięte nerwy czymś mocniejszym. Albo jedno i drugie.

Najtrudniejszym wspomnieniem ostatnich dni był jednak pogrzeb Marka. Rodzina w Nowym Jorku i tak na niego nie czekała a tak daleki transport zwłok wymagałby wiele wysiłku. Dlatego zdecydowali się przystać na propozycję wielebnego Englismana, wspartą przez Haleigha i pochować Donovana w Parkdale. Poza tym dziennikarz liczył, że może na pogrzebie uda mu się zamienić kilka słów z Melindą. Także na ten pogrzeb przyszło bardzo wielu mieszkańców Parkdale.

 

Walter nie był bardzo przesądny, choć ta sytuacja z pogrzebem nawet jego przyprawiała o niepokój. Czuł się bardzo nieswojo, już sam cmentarz i pogrzeb przyjaciela nie nastrajały do dobrych myśli, i w dodatku miał jeszcze zamiar zacząć rozmawiać z Ms. Melindą w dokładnie takich samych okolicznościach, jak poznał Ją jego martwy już kolega, którego grabarz z pomocnikiem przed chwilą opuścili do grobu. Postał jeszcze chwilkę, miał wrażenie, że Melinda opłakuje Marka bardziej niż on sam, ale może tylko udawała? Któż wie, co rzeczywiście myślą sobie takie kobiety… Był tylko jeden sposób, żeby choć trochę zbliżyć się do prawdy. Podszedł do Melindy.

– Przepraszam, ale chciałbym porozmawiać na osobności. O Marku. Mógłbym Panią odprowadzić?

– Nie. I doprawdy nie rozumiem, dlaczego to do pana nie dociera. – odpowiedziała spłakana kobieta. 

– Przejdę od razu do rzeczy, nie jestem za bardzo w nastroju na wstępne pogaduchy które miałyby rozluźnić atmosferę, Pani chyba też nie. Ten szaleniec wciąż żyje, Szeryf nie wydaje się robić za wiele, żeby go znaleźć. Nawet teraz, za dnia, nie czuję się bezpiecznie. Opłakiwanie Marka to jedno, ale to nie wróci mu życia, ani nie pomoże dopaść mordercy. Dlatego chcę dowiedzieć się jak najwięcej o tym co miało miejsce…

– Co miało miejsce? – powiedziała cicho, ale dobitnie przez ściśnięte płaczem gardło – Mieliście go ratować! Ratować, a wy co zrobiliście? Gdyby ten tępak – kiwnęła głową w stronę Dunna – nie zaczął się bić tylko ratował Marka i gdybyście nie wrzucili go w ogień on wciąż by żył! To wy go zabiliście!

Furia w oczach dodawała Melindzie uroku. Dziewczyna odwróciła się i szlochała cicho patrząc na zasypywaną trumnę.

Bohaterowie nie zaniedbali także w ciągu tygodnia przygotowań do wyjścia w góry. Zamówili w sklepie Otto Sanda muła i część sprzętu na wyprawę.

Wreszcie pociąg wtoczył się na stację. Do Parkdale docierała lokomotywa węglowa, co było dość oczywiste szczególnie w kontekście wydobywanego w okolicznych kopalniach węgla. Z jedynego wagonu pasażerskiego wysiadła trójka przyjezdnych, objuczonych bagażami. Smith i Dunn od razu rozpoznali przybyłych. Przybyli nie od razu poznali Smitha i Dunna… Oregon ich zmienił…

Mendoza i Beach ruszyli, by pomóc nieść pakunki.

Heinrich ubrany był w jasnobrązową kurtę zimową, grube spodnie koloru khaki wpuszczone w czarne oficerki, na plecach miał dużych rozmiarów plecak podróżny i przez prawe ramię przewieszony długi skórzany pokrowiec. Podchodząc do Smitha i Dunna ściągnął z głowy futrzaną czapkę i przywitał się: – Witajcie, bardzo nam wszystkim przykro z powodu Marka, jak się trzymacie?

– Jak widać – odpowiedział zdawkowo Walter, choć po chwili uświadomił sobie, że jego wypowiedź nie należała do najgrzeczniejszych. Przezwyciężył swój kiepski humor i wyciągnął rękę do Heinricha -Przepraszam, ostatnio nie jestem w najlepszym nastroju. Dobrze, że Pan przyjechał, posiłki to pokrzepiający widok.

Dunn rozcierał zmarznięte dłonie, skinął głową na powitanie – Jest ok. – odpowiedział uśmiechając się smutno – Zabierzmy się szybko do hotelu tam się zorganizujemy, chciałbym czym prędzej wyruszyć w góry, już i tak za długo siedzimy w tym mieście.

Tuż po nim z wagonu wysiadł Gerard, też z plecakiem i pokrowcem na broń. Dodatkowo trzymał w ręku mała torbę wyglądającą na lekarską. Ubrany był w ciemną kurtkę z ciepłym podszyciem – teraz rozpiętą, ciepłe spodnie i ciężkie buty za kostkę z wysokimi ochraniaczami. Widać było, że te ubrania niejedną wyprawę już widziały. Podszedł szybkim krokiem do czekających mężczyzn, odruchowo lekko stuknął obcasami i podał im rękę, stawiając torbę na ziemi.

– Panowie, chciałbym dołączyć się do wyrazów współczucia. Mam nadzieje, że wspólnymi siłami szybko uda nam się zakończyć obie sprawy.

Z pociągu wychyliła się wreszcie Lana Skylight. Jej wygląd odbiegał jednak od stroju, który zwyczajowo ubierała na spotkaniach Ligi, uniform był bardziej niż podróżny, płaszcz praktyczny i mało kobiecy, włosy spięte. Lana szybkim spojrzeniem omiotła peron i lekko się uśmiechnęła na widok dawno niewidzianych towarzyszy.

– Walter, jak ty się zmieniłeś – powiedziała Lana z troską, podchodząc – Witaj Dunn. Widzę, że czas was nie oszczędził. – dodała, a w duchu pomyślała „Miejmy nadzieję że to czas a nie czyste powietrze tej kopalnianej mieściny”.

– Witam Lano – Dunn uścisnął serdecznie jej drobną kobiecą dłoń – cieszę się, że Liga przysłała tak liczne wsparcie. A to nie czas… to miasto tak słodko wpływa na naszą aparycję – mrugnął do niej George.

Smith kiwnął głową i mruknął coś na przywitanie. Miał wrażenie, że jedyne, czego im brakowało w wyprawie, to kolejna kobieta, z samą Melindą wszystko układało się zbyt prosto.

Do przybyłych podszedł także wąsaty mężczyzna w mocnym garniturze z przypiętą gwiazdą szeryfa.

– Witajcie w Parkdale, jestem szeryf Haleigh. Zawsze staramy się otaczać przyjezdnych opieką, aby czuli się u nas bezpiecznie. Niestety, ostatnio nie wszystko w tym względzie nam wychodzi… Choć oczywiście nie ma w tym naszej winy. Może pomogę pani nieść bagaże?

– Nie trzeba szeryfie Haleight, stróże prawa nie są od noszenia bagaży, tylko od wyłapywania tych, którzy prawo przekraczają. – Lana uśmiechnęła się całkiem miło. – Pan pozwoli. Lana Skylight. – przedstawiła się – Czuję że będziemy mieli jeszcze okazje porozmawiać.

– Dzień dobry szeryfie, dziękujemy za powitanie nas, nie trzeba było się fatygować, zważywszy na okoliczności i niezbyt zachęcającą pogodę – dodał z uśmiechem Heinrich

– Porucznik Gerald Wilson-Burch. Miło pana poznać. Chciałbym zapewnić, że może Pan liczyć na naszą pomoc w ujęciu mordercy i wysłaniu go do instytucji gdzie zostanie mu zapewnione odpowiednie traktowanie i pomoc – ślad ironii w słowach Gerarda mogli wyczuć tylko ci, którzy go dobrze znali.

– Och, to nie tylko uprzejmość. Pan Haleigh po prostu bardzo dba o porządek w mieście. Dzięki takim ludziom żaden morderca nie może tu czuć się bezpiecznie i jak gdyby nigdy nic chodzić po ulicach. Swoją drogą, to niezły temat na reportaż – mówił Smith przesadnie głośno i z przesadną nutką pretensji w głosie.

Widać było, że i Dunn ma za złe szeryfowi tak ślamazarne śledztwo… Skrzywił się tylko patrząc z byka i odwrócił na pięcie by pomóc przy bagażach.

Podczas kiedy konduktor wykładał kufry podróżne, Lana skinęła na Mendozę i Beacha aby pomogli przy bagażach, jednocześnie rzucając ukradkowe spojrzenie na Haleigha.

Szeryf uśmiechnął się do Lany, Heinricha i Geralda. Na Waltera i Georga popatrzył trochę kwaśno. Potem z miną wyrażającą zadowolenie z dobrze spełnionego obowiązku odszedł kawałek dalej na peron, skąd przypatrywał się przybyłym, zwłaszcza Lanie, oraz traperom przejmującym ich bagaże.

– Walterze, macie tu jakieś miejsce zakwaterowania, przecież nie będziemy stać tu na tym dworcu, zimno dość, mimo że całkiem świeże powietrze. Nie to, co w przedziale, kiedy nasz drogi doktor demonstrował nam jak długo można palić fajkę, prawda Panie Geraldzie…? – Lana uśmiechnęła się do Wilsona-Burcha.

Gerald uśmiechnął się delikatnie – Panno Skylight, stanowczo nie było moim zamiarem psucie atmosfery w naszym przedziale, wystarczyłoby jedno słowo z Pani strony abym przestał szpecić otoczenie moją fajką, niezależnie czy zapaloną czy nie.

– Nocujemy w hotelu, mamy wynajęty trzyosobowy pokój. Ostatnio był problem z miejscami do zakwaterowania, ale gospodarz pewnie coś dla Was wynajdzie – zwrócił się Walter do nowych towarzyszy.

– Drodzy Panowie, musimy zaplanować jakieś działania. Chyba, że wolimy działania bez planu. Proponuję zabrać się do sprawy metodycznie, a zatem ustalić fakty i znaleźć przyczynę oraz ustalić gradację faktów. Co jest istotne a co nie jest. Fakt pierwszy: Tajemnica zniknięcia profesora Jurgena kryje się w górach. Fakt drugi: Marka zabił jakiś lokalny szaleniec, który być może ma coś wspólnego z górami a być może nie ma nic. Za to należy ustalić, do kogo należała szopa, w której odbyło się to makabryczne malowanie „farbą” i co ma wspólnego z tym niejaka Melinda. Fakt trzeci: z waszego raportu wynika, że Biggelwood czy jak mu tam ma swobodne dojście w góry i z gór, trzeba dotrzeć do niego i ustalić, co się wydarzyło, musimy wyruszyć niezwłocznie zanim pogoda się pogorszy. I jeszcze jedno: jeden z traperów zginął a dwóch przeżyło. Walter, jak to się stało, że dotychczas jeszcze nie wypytaliście tych ludzi o szczegóły. W tym tempie dostaniesz Pulizzera za 50 lat.

Walter uśmiechnął się przeklinając w duchu wybór kanclerza Ligi. Tak, wybór najbardziej przemądrzałej członkini Loży z pewnością pomoże rozwiązać sprawę. Już wyobrażał sobie jak „po prostu” dowiaduje się wszystkiego od Mendozy i Bigwooda, a przy plotach przy herbacie Melinda zwierza jej się, czemu tak podejrzanie zachowywała się w noc śmierci Marka. Jakie to wszystko było proste. – No racja, rzeczywiście… – Smith zdecydowanie nie miał ochoty na kłótnie, ani nawet przekomarzanie, wolał siedzieć cicho.

Dunn serdecznie szturchnął Waltera widząc jego reakcję, sam już się przygotował na towarzystwo Lany. W ogóle ten czas spędzony w miasteczku dał mu dużo spokoju i siły, teraz podchodził do wszystkiego z drobnym dystansem… Dziwne – pomyślał, jak szybko może zmienić się człowiek.

Lana ukradkowo spojrzała na Georga, w duchu posyłając mu życzliwą myśl. „Dawno go nie widziałam, to już nie ten sam George, ale i tak jest w nim ta siła, która tak pociąga…” pomyślała, a głośno powiedziała: – Dunn, bardzo mi szkoda że Mark odszedł, jesteśmy w stanie zrobić dla niego tyle żeby złapać i rozliczyć sprawce który pozbawił go życia. Macie już jakieś poszlaki…?

Wychodząc z dworca bohaterowie zobaczyli na tablicy ogłoszeń kartkę „Zaginął: pies bez tylnej prawej łapy. Nie ma jednego oka, ma naderwane lewe ucho, a z ogona wypadła mu sierść. Reaguje na imię Szczęściarz” i skierowali się do hotelu. Dzięki pomocy obu wynajętych traperów transport bagaży nie zajął dużo czasu i szybko dotarli do celu. Gdy pozostali rozmawiali przez drogę do hotelu, Heinrich rozglądał się po mieścinie i otaczających krajobrazach.

* * *

Wolnych pokoi było kilka – poprzednie trudności z zakwaterowaniem były bezpośrednio związane pogrzebem młodego Shepherda.

– Osobnypokójdlapanienkiadlapanówspólny – powiedział wyjątkowo szybko barman. – Alejakbyścienadłużejszliwgórytozrzucimywszystkiebagażedojedengopokojuidokładniegozamkniemy.

I już po chwili bohaterowie, po pozostawieniu rzeczy w swoich pokojach i dokładnym ich zamknięciu, siedzieli wszyscy, w piątkę, w pokoju Georga i Waltera.

Wielki George Dunn, o którym wszyscy wiedzieli, że kiedyś był świetnym graczem w baseball w New York Mets. Plotki mówiły także o jego późniejszych trudnościach i problemach alkoholowych, ale wyglądało na to, że albo były nieprawdziwe albo zebrał się w sobie. George słynął z tego, że umiał mocno przywalić – kijem baseballowym albo zbyt szczerym tekstem.

Walter Smith, młody ale poważany i ceniony dziennikarz „Boston Weekely”. Walter miał wprawne pióro i od zawsze lubił podejmować trudne, ale ciekawe tematy i tworzyć na ich podstawie zaskakujące czytelników artykuły. Jego akces do Ligi wydawał się być naturalną konsekwencją wrodzonej wielkiej ciekawości i chęci poznawania świata.

Heinrich Hertzberg był najstarszy z obecnych, przekroczył sześćdziesiąty rok życia. W Lidze mówiło się o jego dawnym awanturniczym życiu w Afryce, gdzie w czasach młodości spędzał czas w równej mierze pomagając w badaniach archeologicznych i polując na dzikie zwierzęta, także te z wielkiej piątki. Mówiono, że odnosił sukcesy w obu dziedzinach. Zresztą, nawet obecnie, gdy prowadził swój antykwariat, egiptolodzy z Uniwersytetu Arkham często odwiedzali go w celu konsultacji.

Gerald Wilson-Burch był lekarzem, weteranem Wielkiej Wojny, podczas której służył jako lekarz polowy i został poważnie ranny. Obecnie utrzymywał się z renty, dzięki czemu miał dużo czasu, którego część poświęcał na aktywną działalność w Lidze. Miał opinię spokojnego i zrównoważonego człowieka a przy okazji był skarbnicą wiedzy na przeróżne tematy. Był bardzo szanowany, jako ceniony lekarz, interesujący i oczytany rozmówca, dobry strzelec i ciekawy świata omnibus.

Lana Skylight była najmłodsza z obecnych. Była też członkinią o najkrótszym stażu w Lidze, przez co była najmniej znana i zżyta z pozostałymi obecnymi, chociaż oczywiście kilkukrotnie się już widzieli. Dała się poznać jako dziewczyna o dużym temperamencie, słabo ważąca słowa, łatwo dokonująca klasyfikacji rozmówców i bardzo szybko przechodząca od słów do czynów. Wolała działać, niż debatować. I bardzo lubiła się przekomarzać.

Siedzieli w pokoju, o którym wszyscy wiedzieli, że to właśnie w nim dokonał życia Mark.

– To tu… – powiedziała Lana. Zapadła cisza, którą przerwała znów Skylight: – Panowie, czy udało się ustalić, co to za potwór był sprawcą tej makabry? No to mamy trzy rzeczy do zrobienia: ustalić kto zabił Marka, ustalić co się stało z profesorem i ostatnią rzecz: udokumentować naskalne rysunki.

– Panowie – Gerald zwrócił się do Waltera i Dunna – skoro już przeszliśmy do sedna sprawy, czy mógłbym zerknąć na te zdjęcia z sekcji Sheparda i włosy tego khm… niedźwiedzia? Zainteresowały mnie Wasze raporty, może uda mi się wydobyć z tego jakieś dodatkowe informacje.

– Dobra, to teraz jak wspomniała Lana, powinniśmy się zastanowić, co robimy – Dunn siadł na krześle przy oknie, rzucił okiem na ponurą pogodę na zewnątrz – Osobiście uważam ze powinniśmy wyruszyć jak najprędzej. Proponuje nawet jutrzejszy poranek. Chyba wszystko już mamy zakupione? – te słowa skierował do Waltera.

– Chyba tak, zostało nam jakieś 8,50 $ a trzeba by kupić jeszcze jeden namiot i prowiant. To lista rzeczy, które już kupiliśmy – przekazał towarzystwu pomięty karteluszek, na którym nagryzmolił wcześniej traperom, co mają kupić. Zakupy zostały zrobione i oczekiwały w składzie Otta na odbiór. Na liście zakupów znajdowały się: namiot trzyosobowy, 4 mocne noże, 1 lornetka, 2 kompasy, łopata, łom i kilof, zestaw do gotowania, 2 liny 20m, muł, prowiant na 14 dni dla 7 osób, karabin winchester .30, kij baseballowy, arkusze papieru w tubie oraz kilka kawałków węgla.

– Droga Lano, ja z tych Twoich typów osobiście skupiłbym się na wyprawie w góry, to jest nasz główny cel. Zabójstwo Marka zostawmy sędziemu, i tak nic z tym nie zrobi jak go znam – pokiwał głową Dunn – ale już mamy z nim na pieńku, więc na bank nie będzie zadowolony z naszego śledztwa, poza tym coś mi mówi, że tego szalonego malarza spotkamy jeszcze i to najprędzej w górach właśnie a nie tu w mieście… – I dałbyś papiery Geraldowi… Ty je gdzieś tam schowałeś, a ja nie mam głowy teraz do tego.

Smith siedział na swoim łóżku i słuchał uważnie Dunna. Nowoprzybyli nie wiedzieli chyba, że to On wcześniej dowodził wyprawą… Póki co nie zanosiło się na wewnętrzny konflikt, może to dobry moment na poruszenie tej kwestii… Chociaż nie, miał wrażenie, że najpierw powinien przyjrzeć się nowym towarzyszom.

– Panie Geraldzie, niestety z tego, co wiem, włosy zostały załączone do raportu z sekcji, nie pamiętam, czy ś.p. dr Donovan zabrał ze sobą próbki włosów, ale z chęcią opiszemy jak wyglądały – szaro-biała, dłuższa sierść. Co do ran mam klisze z sekcji, w wolnej chwili mógłbym zrobić odbitki… Problem polega na tym, że najbliższe wolne chwile już raczej za nami i wolałbym nie marnować moich materiałów do wywoływania przed wyprawą. Może zapytałby Pan Szeryfa o wgląd do akt sprawy? Ten chłopak nazywał się Shepherd.

Gerard skinął głową. – Dobrze, choć wolałbym tego uniknąć, to tylko zaogni stosunki z lokalnymi „autorytetami”. Niestety to jak Pan opisał te włosy tylko wzmogło moją ciekawość – to nie mógł być niedźwiedź, nieważne czy szary, czy czarny. A co do negatywów – proszę mi je pokazać, może mi wystarczy to, co na nich zobaczę.

Może pod wpływem wytrwałości Gerarda, a może z innego powodu, ale Walter przypomniał sobie, że podczas porządkowania rzeczy Marka natknął się w jego papierach na kopertę, w której mogły być dowody. Zajrzał do biurka, za okładką notesu łatwo odnalazł kopertę a w niej kilka całkiem białych włosów, długich na trzy, może cztery cale.

Heinrich słysząc o tym, otworzył oczy i zaraz po Gerardzie przyjrzał im się z zaciekawieniem.

– A co do wyprawy, to też jestem zdania, że zwłoka nam szkodzi, ale boję się zostawiać za sobą mordercę. O ile ten na przykład nie ruszy za nami, skoro nikt wcześniej nie widział go w mieście, może żyje w dziczy? Jeśli mają Panowie – i Pani – jakieś propozycje, co można zrobić w miarę szybko w tej kwestii, to jestem otwarty.

– Proponuję poświęcić temu jeden dzień, jeżeli nie uda nam się nic dowiedzieć do jutra wieczorem – ruszajmy w góry, co Państwo na to? Gerard rozejrzał się po siedzących.

– Taa… jeden dzień – burknął Dunn – Ostatnio też tak powiedzieliśmy – pokiwał głową z uśmieszkiem, po czym sięgnął pod łóżko i wyjął na stolik prawie pełną butelkę jakiegoś złotawego płynu – To kto ma ochotę na odrobinkę rozgrzewającej cieczy? – rozejrzał się po zgromadzonych – śmiało, może wpadniemy na jakieś słuszne wnioski bardziej zrelaksowani – sobie już polewał do szklaneczki.

– Zacznijmy od dowiedzenia się czegoś od panny Kaufmann. I do kogo należała ta szopa, gdzie Pan Donowan był torturowany. Kto z państwa by się tego podjął?

– Proponuję, jak już chcemy ten dzień na to poświecić, to załatwić to naprawdę sprawnie – George pociągnął spory łyk patrząc za okno – pogoda nam na pewnie nie będzie sprzyjała a i tak już mamy duże
opóźnienia… – odwrócił się do wszystkich – a i proszę Was… Nie rozdzielajmy się za bardzo… Niech nikt nie łazi samemu po mieście, dobra? – Co do Twojego pytania, to z tego co kojarzę, szopa była niczyja… Ot, rudera pod miastem… Za to panna Kaufmann jest faktycznie ciekawą osobą… – zawiesił głos – być może się myliłem co do niej, ostatnie słowa Marka nie były jakimś zarzutem a prośbą o opiekę nad nią…  Może Lana powinna z nią pogadać? Dwie kobiety się łatwiej się dogadają, a jak coś, Walter niech z nią idzie…

– Już próbowałem, wydaje mi się, że nie wzbudziłem zaufania. Mam tylko wrażenie, że wie więcej niż chce powiedzieć… Chociaż sporo osób w Parkdale wzbudza we mnie podobne odczucia.

– Rozumiem, że od Szeryfa nic się nie dowiemy – może felczer? Jaki to człowiek? – Gerard zwrócił się do Smitha i Dunna.

– Chyba nie można mu wiele zarzucić, ale skoro do sekcji zwłok woleli zaprosić psychiatrę, to raczej nie jest wybitnym fachowcem.

Lana powoli uniosła głowę:

– Panowie, kiedy w pociągu wspólnie przeglądaliśmy raport Waltera i Dunna, nasunęła mi się jedna myśl, którą chcę się podzielić. Czy zastanawialiście się już, co łączy cel naszej wyprawy, czyli rysunki naskalne, z mordercą Marka…? Jest taka rzecz: malunki na skałach i makabryczny malarz. Rysunki. Malunki. Morderca był szaleńcem. Może stracił zmysły po obejrzeniu tych malowideł w górach… Może chciał tworzyć to, co widział na skalnych malowidłach. Czy ktoś z was zapamiętał, co było na obrazie malowanym krwią Marka…?

– Ciekawe wnioski, ale coś w tym jest… Jak ten dziwny malarz nie mieszka w mieście, to gdzieś poza nim… Zresztą, to wielkie bydle, mógłby pewnie spać na śniegu i w górach – Dunn się wzdrygnął – a jaki był TAMTEN obraz? – George znowu sobie nalał .. Pociągnął głębokiego łyka – Hem. Nie pamiętam.. a może nie jestem w stanie sobie przypomnieć… byłem zresztą zajęty zupełnie czym innym.. siłowałem się z tym wielkim szaleńcem.

– To był jakiś pejzaż, ale ja niewiele sobie przypominam… Zrobił na mnie za duże wrażenie, że tak powiem – uśmiechnął się Smith – wszystko to było dosyć przerażające. Tak sobie myślę, Panie Gerardzie odnośnie tej sierści i obrażeń Shepharda… Wyjęcie kliszy może spowodować naświetlenie i utratę zdjęć, konieczne byłoby najpierw wywołanie… Ale tak teoretycznie – Jeśli to nie był niedźwiedź ani puma – czy to możliwe, żeby takie obrażenia zadał człowiek? Dodajmy, niemalże dziki, potężnie zbudowany człowiek, postury nawet bardziej znacznej niż Mr Dunn?

– Interesuje mnie jeszcze jedna kwestia. To co powiedział Dunn. Czyli niejaka Melinda.-  powiedziała Lana, po czym dodała: – Nie powinniśmy chodzić sami, tylko co najmniej po dwie osoby. Dunn pójdziesz ze mną? Porozmawiam z nią jak kobieta z kobietą.

– Jesli chodzi o zakupy, to z pewnością przydał by się drugi trzyosobowy namiot. Ze trzy komplety flar sygnalizacyjnych. Mężczyźni chyba macie jakąś broń. W razie potrzeby słyszałam że dobrze jest mieć dynamit, ale do czego nam dynamit w górach…

– Wiesz Lano, ja wole nie rozmawiać z Melindą, wiec może ktoś inny by Ci potowarzyszył – twardo odrzekł Dunn – zresztą uważam że zaczynamy się rozmieniać na drobne.. Zamiast skupić się na tym, co ważne i jechać wreszcie w te zasrane góry to debatujemy bez sensu. Jak chcecie to zostańmy ten jeden dzień, ale ja z góry zapowiadam ze zajmę się przyszykowaniem do końca wyprawy i nie ruszam się gadać z żadnym szeryfem pierdyfem, ani Melisą, czy innymi wariatami.

– Ja mogę iść z Fräulein Skylight, chyba że wolisz towarzystwo kogoś młodego – dodał Heinrich z uśmiechem.

– Dunn… jak ty się wyrażasz – Lana mrugnęła oczkiem do Georga pozorując oburzenie, a po chwili dodała – Masz może i rację, należy wyruszać. Przydałoby się wypytać traperów, jaka jest ta droga i jak długo się idzie do blokhauzu. Chyba że… – Lana momentalnie przerwała i wykonała odruchowy unik…

Nagle wszyscy usłyszeli brzdęk tłuczonej szyby i na podłogę na środku pokoju coś upadło. W pierwszej chwili wydawało się, że ktoś rozbił szybę kamieniem, ale ten kamień był czarny, miał pióra i żółty łebek. Na podłodze hotelowego pokoju dogorywał, lekko krwawiąc, żółtogłowy kos.

– Kurwa – Skylight zerwała sie na równe nogi doskakując i opierając sie plecami o ścianę obok okna. Ostrożnie wyjrzała na zewnątrz, lecz ulica pod oknem hotelu była pusta. Rozległo się pukanie do drzwi i do pokoju wszedł Beach. – To jakie są panów polecenia na jutro? – zapytał. Po czym zobaczył martwego ptaka na podłodze i powiedział zmienionym głosem – Zły omen. Nie wiem, dla kogo z was, ale Indiance mówią, że jak taka osoba nie opuści oznaczonego przez Manitou miejsca w ciągu doby, to niechybnie umrze. Stary Ben Drwal tak miał. I Jessie Jamesa też martwy ptak naznaczył w dniu, w którym Robert Ford posłał mu kulkę w plecy. Zły znak…

– Kurwa…. – George schylił się i po truchło i podniósł je w dwóch palcach, nadal trzymając w drugiej dłoni szklaneczkę, z której bezwiednie wylewał cienkim strumieniem whisky na podłogę. Jak by w szoku popatrzył to na martwego ptaka, to na trapera, i wyrzucił zwłoki za okno – Dobra.. – zwiesił głos – dla mnie to wystarczy, jutro się zbieramy w południe, jak chcecie coś załatwić to radzę wam wcześnie wstać.

– Daj to, marnujesz… – Skylight wzięła z dłoni Georga szklaneczkę z w połowie rozlaną whiskey i wychyliła całość. – Każda chwila w tej mieścinie to chwila stracona. Proponuję, żeby któryś z Panów przejął dowodzenie i ruszamy. Smith, zdaje się że Pan dotychczas dowodził ta ekspedycją. Co robimy?

– Beach, trzeba by coś zrobić z oknem, skocz na dół i spytaj czy maja inny pokój lub czy zabijemy to deskami przecież tu zamarzniemy w nocy – Dunn chyba zakończył rozmowę na tematy wywiadów w mieście.

– Zaraz się tym zajmę. Coś jeszcze? – zapytał Beach.

– Przy tym świetle mało co widać, może jutro przy świetle słońca będzie lepiej. Skoro nam się tak śpieszy i nas poganiają  – wymownie popatrzył na rozbitą szybę, może ja się zajmę jeszcze dziś wywołaniem filmu. Co Pan na to Panie Smith? – Odczynniki ma Pan czy trzeba kupić? Panie Hertzberg, widzę, że jest Pan zainteresowany, może mi Pan towarzyszyć?

Walter ciągle był oszołomiony dziwnym incydentem, ale błyskawiczna reakcja towarzyszy i pytanie Gerarda sprowadziło go na ziemię: – Oczywiście, jeszcze mam potrzebne rzeczy i z chęcią pomogę wywołać – tylko obawiam się, że później może nam już braknąć odczynników. Nic to, mieliśmy zrobić zdjęcia tych całych rytów, film wywołamy po powrocie. Załatwmy to szybko, chciałbym porządnie wyspać się przed wyprawą.

– Jak tu u Was z opadami śniegu? Warto kupić rakiety śnieżne? – Aha i wyruszamy nazajutrz o świcie, proszę wszystko przygotować. – po czym zwrócił się do towarzyszy – już dość późno, proponuję przespać się z tym, wstać skoro świt i po śniadaniu spędzić ostatni dzień w miasteczku. Przydałyby się jeszcze jakieś przybory do szycia, dodatkowy materiał, tłuszcz i może warto zapytać traperów czy śnieżne rakiety nie spełniłyby swojego zadania – wtrącił Hertzberg.

<I dodatkowe pięć mułów albo ciężarówka, albo najlepiej platforma antygrawitacyjna.>

Niepostrzeżenie zrobiło się późne popołudnie. Niedługo miało zrobić się ciemno. Wszyscy bohaterowie czuli się bardzo zmęczeni. Część z nich wybrała wypoczynek – wiedzieli, że czeka ich jutro ciężki dzień i woleli być wypoczęci. Inni, walcząc ze zmęczeniem, postanowili działać.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s