Conan BRP odc. 32 – Rajd za rzekę

Sekcja karków:

Gerardo Suarez (Jaro) – herbowa śmierć w tabardzie. Poitaiński, zubożały rycerz, posiadacz czarnoskórego niewolnika o imieniu Umba, potwornego nieudacznika z Keshanu.

Korgoth (Maro) – barbarzyńca cymmeryjski, góra mięśni zakończona mieczem dwuręcznym (lub takowym toporem). Zapijaczona, wredna menda:).

Sekcja zamieszania:

Guri Aziz (Damian) – hyrkański nomad i pogranicznik, łucznik i mistrz konnej jazdy.

 

Ekipa na tej sesji była solidnie przetrzebiona.

Wydawać by się mogło, że herosi nie mają czego szukać w miejscu budowy Wieży Zemsty. Wszak pierwotnie zamierzali jedynie doprowadzić spotkanych po drodze osadników a następnie ruszyć do fortu Griset, gdzie mogliby zdać raport gubernatorowi. Cóż z tego skoro przygoda nie wybiera, jej zew potrafi dotrzeć do uszu bohaterów najdziwniejszymi drogami, a miecze w pochwach herosów nie znoszą bezczynności.

Przed sesją, tzw. prep. Jaro nieopatrznie poszedł do kuchni. Nieopatrznie zostawił kartę postaci na stole. Takie błędy aż się proszą o wykorzystanie.

Maro [smaruje coś na karcie Jara]: Dopisałem mu „ssanie lachy” na 98 %.

MG [beznamiętnie]: W fizycznych?

Maro [równie beznamiętnie]: W wiedzy.

MG: To dobrze, nosi ciężką zbroję, a ta obniża skille fizyczne.

Zaczęło się niewinnie. Przybyli wysłuchali opowieści o tym, co się zdarzyło w obozie podczas ich nieobecności. Niby zwykłe sprawy, dziesiętnik odpowiedzialny za bezpieczeństwo wypuszczał zwiadowców, czeladnicy ze swym mistrzem wznosili już trzecią kondygnację wieży, lord-gubernator Glyco dosłał transport kamienia i uleżałego drewna na belki stropowe, starszy powstającej wioski nadzorował powstającą osadę. Po obu brzegach wijącego się między drzewami strumienia wznosiły się domy z grubych, bukowych pali. Tyle że coś niepokoiło herosów. Zdawało się, iż miejscowi jakby nadto bojowi są. Co prawda dziesiętnik trzymał w ryzach swych ludzi, lecz jego zwiadowcy zapuszczali się nawet i pod Kesavi – wielką osadę Mangust! Jakby tego było mało, osadnicy zbroili się i przygotowywali do rejzy na drugą stronę rzeki. Starszy wioskowy, mąż w sile wieku, rozsądny Taurańczyk zdawał się być opętany żądzą zemsty na Piktach, którym w ciągu ostatnich 2-3 miesięcy udało się kilkukrotnie podejść pod obozowisko ludzi, kilku zranić, a dwu-trzech zabić. W rozmowie z herosami stary coś ględził o powinności białego człowieka, o konieczności przeniesienia cywilizacji na drugą stronę Rzeki Gromu, wreszcie o tym, że tamte ziemie prawnie należą się Aquilonii, a sam Mitra chce, by wyżąć z nich bluźnierczych Piktów, którzy z człowieka mają jeno postać, lecz duszę demonów lub bestii. Stary zaprowadził bohaterów na leżący 3-4 kilometry od osady brzeg Rzeki Krwi, gdzie pokazała tuzin drewnianych pali, na które nabito okaleczone szczątki pochwyconych piktyjskich zwiadowców. Tak, to osadnicy tak się sprawili! Kilku z nich, nawykłych do życia w lesie Taurańczyków podeszło nawet pod Kesavi, gdzie było świadkami, jak Piktowie oddawali cześć złotemu bożkowi, bezkształtnemu idolowi, który przedstawiał zapewne któregoś z demonów Jhebbal Saga!

Herosom zaiste zdawało się, że coś lub ktoś popycha ich ludzi do walki. Osadnicy, którzy dotychczas bali się Piktów jak ognia, teraz pałali żądzą mordu. Nawet ci, którzy uciekli z Shamar czy tarantyjska służba nienawykła do życia w dziczy chciała ruszyć za Rzekę, chciała zabijać Piktów! O ile Korgotha w żaden sposób to nie dziwiło, a nawet radowało (cóż, Cymmeryjczycy to dziwny lud, dla którego przelewanie cudzej krwi to rzecz zwykła i godna pochwały), to Gerardo i Guri wyraźnie przeczuwali, że jakaś złowroga magia omamiła umysły Aquilończyków. Podejrzenie dość szybko padło na tajemniczą harfę z miedzi, którą miejscowi odnaleźli jakieś 20 dni wcześniej. Ostateczna decyzja, by zniszczyć harfę zapadła, gdy okazało się następnego dnia, iż Oloric, towarzyszący BG i Arasowi nemedyjski mędrzec, medyk i filozof, dotychczas zgodnie z naukami Mitry wrogowi przelewowi krwi, zaczął podczas dyskusji przekonywać, iż na osadnikach i rycerzu Gerardzie spoczywa „brzemię białego człowieka”. Że należy Piktów ochrzcić, przyjąć na łono Mitry, czy tego chcą, czy też nie.

Dyskusja w Wieży Zemsty. Korgoth tłumaczy, że Piktowie to nie ludzie.

Oloric [MG]: Rozumiem twą wykładnię, panie.

Gerard [w szoku]: Geniusz!!! Ktoś go rozumie!!! Dobrze, że cię Oloriku wzięliśmy.

Korgoth pokazuje wszystkim „fuck you”.

C.d. dyskusji o „człowieczeństwie” Piktów.

Oloric [MG]: Może to cię,Korgothie zaskoczy, ale Piktowie to też ludzie.

Korgoth: Nie przekonał mnie pan.

Gerardo: Ciekawa teza.

Korgoth, kiedy już zapadł zmrok zszedł do piwnicy po harfę. Instrument, lśniąc krwawo w świetle świec, zaiste wydawał się być stworzony bluźnierczą magią. Cymmeryjczyk rozpalił w kuźni ogień i przetopił instrument. Jednak czar musiał w jakiś sposób omamić mu zmysły, bowiem z roztopionej miedzi odlał imponujący dzwon rurowy, a gdy ten ostygł, zawiesił go przed wieżą i uderzył weń. Mocny, głęboki głos brzmiący niczym huk boskiego rydwany, bojowy okrzyk zastępów wojów z Walhalli, ryk wściekłego Croma poniósł się pod czarnym niebem. Dźwięk ten obudził wszystkich we władztwie Gerarda i wlał w ich serce męstwo, odwagę, dumę… i cholernie wielki apetyt na piktyjską krew. Przebudzony dziesiętnik, myśląc, iż to czas na rajd, przygotował swych żołnierzy. Od leżącej w pobliżu osady przybyli posłańcy z wieścią, że osadnicy zbroją się i są gotowi, by pod sztandarem V Legionu „Błękitnego Feniksa” (powiewającym na szczycie wieży) oraz samym rycerzem Gerardem ruszyć spuścić Piktom historyczny wpierdol!

No i oczywiście zdobyć wspomniany wyżej złoty posąg bożka.

Cóż było czynić. Gerardo, choć wciąż ranny (czy ktoś pamiętał, kiedy Poitaińczyk zdrów był i cały?), zaczął przygotowywać plan rajdu. BG zdecydowali się wziąć jedynie personel bojowy: bossońskich łuczników oraz najemników pod dowództwem dziesiętnika. Dołączyć do nich miało ok. 30stu osadników, jedynie tych, którzy mieli jakieś obycie z bronią (czyli zasadniczo sami Taurańczycy). Wraz z herosami było to ok. pięćdziesięciu ludzi. Z nimi to Gerardo (Poitaińczyk miał zaledwie 7 hp, Guri kilka punktów więcej, jedynie Korgoth był mniej więcej zdrowy) miał ruszyć przeciw tysiącom piktyjskich wojów, którzy od prawie dwu miesięcy sposobili się do inwazji.

Harfa roztacza swój „urok”

Korgoth [przekonuje Gerarda do rejzy]: Czujesz to?! Krew, zapach posoki! Pójdziemy tam i im wpierdolimy. Kobietom, dzieciom, kulawym psom!

Gerardo [spokojnie]: Bo tylko im damy radę.

Rzekę przekroczyli następnego dnia, przed świtem. Na kilku zbitych przez czeladników tratwach „armia Gerarda” przeprawiła się w dwu rzutach, niosąc wysoko ponad głowami sztandar V Legionu. Wpierw dziesiątka zwiadowców z Korgothem zabezpieczyło brzeg Rzeki Gromu na długości kilkuset metrów (doszło do dwu starć, w których zaskoczone patrole Mangust nie miały szans). Następnie siły główne przybiły do brzegu i ukryło tratwy. Rozpoczął się mozolny, ostrożny marsz przez matecznik Puszczy Piktyjskiej. Dziw brał, jak się patrzyło na zbieraninę Gerarda. Młodzi Bossończyczy zachowywali się niczym wieloletni weterani nadgranicznych walk, osadnicy, krzepko dzierżąc w dłoniach cisowe łuki i mocne topory, karnie reagowali na każdy rozkaz. Zaiste wielka i groźną mocą skryta była w metalu harfy dzwonu rurowego.

Guri: Dlaczego Korgoth tak się poddał tej magii?

MG: Nie wyszedł mu test siły woli.

Guri: Nie rzucał nawet!

Korgoth: Nie wyszedł mi! Nie musisz o wszystkim wiedzieć!

Mijały godziny a garstka wojowników z Wieży Zemstów zapuszczała się coraz głębiej w las. Zewsząd otaczali ich Piktowie, Korgoth i zwiadowcy doskonale wywiązywali się ze swoich zadań, omijali co większe grupy, mniejsze sprawnie i cicho likwidowali. Wciąż było słychać bicie w piktyjskie bębny, coraz trudniej było odnaleźć właściwy szlak, ominąć patrole czy większe bandy Mangust i Niedźwiedzi. Wreszcie okazało się, że chyba sam Ymir i Crom sprzyjają planom herosów. Oto kilka kilometrów od Kesavi odbywa się ogromny wiec wojów z czterech szczepów: Mangust, Niedźwiedzi, Orłów i Węży (zwiadowcy mówili o 9-10 tysięcy Piktów!). Jaka była jego przyczyna, nikt z herosów czy ich sprzymierzeńców nie wiedział, lecz jedno było pewne – w obozowiskach wokół Kesavi zostali tylko strażnicy i nieliczny garnizon. Korgoth zawrócił Gerarda z jego żołnierzami i oddział zatoczył wielki łuk, omijając dzięki temu wiec. Pod wieczór Aquilończycy stanęli na krawędzi obozowiska, w którym wedle Taurańczyków miał się znajdować złoty posąg.

Po ustaleniu karkołomnego planu rajdu.

Maro [do Jara, cicho]: Kim teraz zagrasz?

Obozowisko było ogromne, lecz wiele namiotów i szałasów zdawało się pustych. Strażnicy, kobiety, dzieci nie spodziewali się tego, co miało za chwilę nastąpić. Pragnienie krwi, żądza mordu narastała w bohaterach i ich ludziach. Wreszcie Gerardo dał rozkaz do ataku, Korgoth wyszczerzył zęby i rzucił się na czele  żołnierzy, Guri wraz z łucznikami ostrzeliwywał zaskoczonego wroga. Cel był jeden, największy namiot pośrodku obozowiska. Złoty posąg.

W ciągu kilku pierwszych minut opętani szałem żołnierze rozbili kilka grup Piktów. Zapłonęły szałasy i tipi podpalone przez atakujących. Miedzianoskóre trupy zasłały ziemię wokół uderzającego niczym tajfun oddziału. Bossończycy szyli z bezpośredniej odległości prosto w twarze wyjących ze strachu Piktów. Najemnicy i osadnicy bili mieczami i toporami, rozłupywali korpusy i czaszki Mangust. Sami jednak ponosili straty. Piktowie wreszcie dostrzegli, ilu jest przeciwników. Na miejsce kolejnej rozbitej bandy pojawiały się dwie nowe. Kolejni osadnicy ginęli od piktyjskich strzał, kamiennych maczug, siekier z polerowanego drewna czy toporomaczug wzmacnianych obsydianem. Chaos, pożoga, pandemonium. Ognie biły wysoko pod niebo, czarne słupy dymu dały zapewne wojowników z oddalonego o kilka kilometrów zgromadzenia znak, iż coś bardzo niedobrego dzieje się pod Kesavi.

Szał krwi opanował Gerarda. Nie wydaje rozkazu odwrotu, jego żołnierze walczą do upadłego.

Guri: Można go spod tego czaru uwolnić?

MG: A znasz się na magii szamańskiej?

Korgoth [pogardliwie]: To? To co najwyżej poitaińskie wynaturzenie.

Do wielkiego tipi dotarło może 2/3 wojowników. Pozostawili za sobą szlak trupów, krwi i ognia. A także swoich rannych. Kilku z wojów zagarnęło złoty posąg (jakieś 120-150 cm wysokości), reszta dawała odpór wzrastającym w siłę Piktom. Choć kolczugi i tarcze dawały żołnierzom dużą ochronę, to przecież dzikusów było zbyt wielu. Niejeden padał na ziemię martwy lub ciężko ranny. Jeszcze gorzej było wśród ogarniętych berserkiem osadników. Gerardo jednak nie dał sygnału do odwrotu. Złowroga magia pragnęła śmierci, chciała więcej krwi, więc bój toczył się, przetaczając się po piktyjskim obozowisku. Nim rycerz zdołał oprzeć się obcej mocy, zginęli kolejni Aquilończycy i Piktowie. Wreszcie zakrzyknął na odwrót. Jego żołnierze karnie zaczęli wycofywać się w stronę lasu, ratując jeszcze kilku z pozostawionych rannych. Nim Piktowie opanowali chaos panujący w obozie, nim z wiecu przybyły bitne oddziały wojowników Gerardo ze swoimi był głęboko w lesie.

Do samego rana uciekał i wymykał się wysłanemu pościgowi. Gdy Aquilończycy dotarli nad rzekę, zwiadowcy Piktów deptali im już po plecach. Pod ostrzałem (dość rachitycznym jednak) udało się rejzie przebyć rzekę i skryć pod osłonę Wieży Zemsty. Kolejnej nocy wiele piktyjskich kobiet opłakiwało zabitych wojowników. Półtorej setki Piktów poległo podczas kilkunastu minut zaciętych walki. Z rejzy nie wróciła trzecia część Aquilończyków. Złoty posąg Piktów jednak był w rękach herosów.

Trwa bój. „Klymatyczny” opis starszego wioski.

MG: Widzicie, że stary się zmienił, jakby 20 lat mniej. Postawa, siła, broń w dłoni, stal w głosie, ogień w oczach…

Korgoth: … kutas w garści.

Gerardo: Chyba u ciebie.

Dzień później Korgoth pociął dzwon na pięć kawałków, które ukrył w różnych miejscach 2-3 km od wieży. Krótko potem bohaterowie opuścili Wieżę Zemsty. Po pierwsze chcieli przewieźć posąg do fortu, by wynająć kolejnych żołnierzy etc. Po drugie – należało wreszcie zdać raport gubernatorowi. Po dwu dniach dotarli do celu (bez ważniejszych przygód czy spotkań, natknęli się tylko na grupę zwiadowców Oriskonie z ucywilizowanego szczepu piktyjskiego Dzikiej Kaczki, który zabezpieczał trakt w kierunku Conawagi) i zdali meldunek gubernatorowi. Przekazali treść przetłumaczonego przez Olorica listu napisanego przez szpiega Flavii i ustalili, co dalej będą robić (tropić wspomnianego szpiega).

Nic nie zwiastowało nadchodzącej tragedii.

Piosenka dominująca na sesji: „Złoty posążek pierdolnął Korgoth z osadyyyy!!!”

UWAGI:

  1. Można by zacząć: Witajcie w świecie sandboxowym. Ponownie nikt niczego nie planował, a okoliczności zrobiły swoje. Zaczęło się od niewinnej harfy, a skończyło na krwawej rejzie.
  2. By było jasne harfa oddziaływała na umysły bohaterów fabularnie. Nie chciałem topornie rzucać na Moc herosów i zmuszać ich do działania. Wyszło świetnie dzięki graczom. Korgoth od razu dał się porwać czarowi harfy, Gerardo i Guri stanowili głos rozsądku.
  3. Z chwilą, gdy bohaterowie podjęli decyzję o rajdzie podałem bonusy, poza tym, że do morale magia harfy/dzwonu (po prostu pożądająca przelanej krwi) podnosiła o 10-20 punktów skille bojowe, ale obniżała wraz ze wzrastającymi stratami wrogów Moc (czyli w domyśle siłę woli).
  4. Jakim cudem kilkudziesięciu wojaków rozbiło piktyjskie obozowisko? Walki toczyliśmy według opisanych tu na blogu zasad starć niewielkich oddziałów. Kto jest zna, ten wie, że kluczem tam jest wysokie morale. Jeśli jest niskie, oddział po stracie kilku członków po prostu się rozpada. Tymczasem szereg modyfikatorów do morale każdej z trzech formacji Gerarda (za sztandar Legionu, za obecność wodza, wreszcie za wpływ magii harfy/dzwonu rurowego) sprawił, że oddziały były głęboko sfanatyzowanego, co zresztą ilustruje jeden z powyższych kwiatków.
  5. Dawno tak fajnego planu nie mieli BG, dawno też kostki nie sprzyjały im tak bardzo. Szereg udanych testów na tropienie, ukrywanie się i unikanie patroli wroga. Seria świetnych rzutów na perswazję i dowodzenie u Gerarda (dzięki temu wyratował rannych, straty miały być dużo większe).
  6. No i ostatnie świetne rzuty – posąg miał być średnio warto 10 tysięcy złotych lun. Po rzutach wyszło, że wart jest blisko 14 patoli.
  7. Moc harfy wzorowałem nieco na motywie wziętym z komiksu Curse of the Cat-Goddess („Savage Sword of Conan no 9”).
Advertisements

Jedna odpowiedź

  1. „Jednak czar musiał w jakiś sposób omamić mu zmysły, bowiem z roztopionej miedzi odlał imponujący dzwon rurowy” – żadne omamianie nie wchodziło w rachubę! Jeśli odlanie dzwony równało się z niezłą rozpierduchą i był to cel sam w sobie godny realizacji 🙂 A do tego pięknie udowodniliśmy jak wartościowa jest obsada wieży Ko… znaczy się Gerarda 🙂
    Teraz sztandar pozostanie już na szczycie wieży…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s