Zaginiona Ekspedycja 04 Zagłada domu Kaufmanów

Chociaż Lana Skylight i Heinrich Hertzberg nie znali Parkdale, nie mieli problemów z trafieniem do biura szeryfa Haleigh. Przechodzące ulicą dwie starsze mieszkanki miasta od razu wskazały im właściwy kierunek, a tam bez problemu odnaleźli budynek z napisem „Policja”. Był to skromny budynek, niepozorny z zewnątrz i spartański wewnątrz, oczywiście względem standardów wielkomiejskich. Szeryf i Regan byli na miejscu. Regan patrzył się z durnym uśmiechem na przybyłych – zwłaszcza na Lanę – a szeryf przeglądał dokumenty z kilku teczek akt z bardzo zafrasowaną miną, marszcząc brwi, jakby mu się jakieś dokumenty zawieruszyły.

Na widok bohaterów zsunął szybko dokumenty na jeden stos i przywitał przybyłych z szerokim uśmiechem:

– Witam panno Skylight, w czym mogę pomóc?

Lana powiodła wzrokiem po skromnym wnętrzu komisariatu, potem jej spojrzenie powędrowało na coraz mniej inteligentnie wyglądającego Regana, by w końcu spocząć na lewym a potem prawym oku szeryfa.

– Witam panie Haleigh, szeryfie. Wiem, że ma pan problem. Podobno nie jeden. – Lana oparła się o biurko. – Porozmawiamy konkretnie? Jest tu jakieś krzesło? Regan zerwał się i podsunął krzesełko. – Nasza rozmowa nie zajmie nam dużo czasu. Ja i pan Hertzberg mamy kilka pytań. Pan wie szeryfie, że musimy współpracować… – Lana uśmiechnęła się uśmiechem, który w normalnych warunkach każdy uznałby za ciepły i przyjacielski. W normalnych warunkach.

– Wiem, że musimy współpracować. – Szeryf przestał się uśmiechać. – postaram się dopełnić wszystkich formalnych obowiązków. Zgodnie z rozkazami. Staram się robić, co do mnie należy, ale sytuacja jest trudna. O czym pewnie pani szefowie panią poinformowali. A właśnie, jak już przy tym jesteśmy, mógłbym zobaczyć pani legitymację?

– Staranie się to za mało. Próbowanie to niewiele. – Lana pochyliła się ku szeryfowi i dodała ściszonym głosem: – Jestem po pana stronie. Po prostu echa wydarzeń z Parkdale dotarły do zbyt wysoko postawionych osób. Jestem tu po to żeby pomóc. No chyba, że chce mieć pan na głowie całą górę z Waszyngtonu…?

Mina szeryfa wskazywała na to, że bardzo nie lubi, jak się z nim toczy gierki słowne. I chyba nie podobało mu się, że rozmówczyni, która ma nad nim choćby częściową władzę, jest kobietą.

– Co. Mogę. Dla. Pani. Zrobić? – wycedził, po czym dodał. – I co z pani legitymacją? Proszę się wylegitymować i powiedzieć o co chodzi, czego pani ode mnie oczekuje, albo pójść sobie stąd i być upierdliwą gdzie indziej. Mam co robić.

– Moja legitymacja i pełnomocnictwo – Lana machnęła szeryfowi przed nosem dokumentem – a teraz przejdźmy do rzeczy. Szeryf nie dał się jednak zbić z pantałyku. Wziął do ręki legitymację, pełnomocnictwo i zaczął dokładnie je czytać. Nie odezwał się, dopóki nie przestudiował i nie zwrócił obu dokumentów Lanie.

Heinrich przywitał stróżów prawa tylko skinieniem głowy. Zaczął się rozglądać i kręcić po małym pomieszczeniu, a gdy Lana rozmawiała z szeryfem zwrócił się na boku do jego zastępcy – Miło mi Pana poznać, jestem Heinrich Hertzberg, razem z towarzyszami przyjechaliśmy jak tylko dowiedzieliśmy się o śmierci Marka. Widzę że szeryf sporo ma teraz na głowie i cały w nerwach chodzi, może Ty mógłbyś nam bardziej pomóc, wyglądasz na bystrego chłopaka.

– Jezdem Regan prawa ręka szefa. Pilnuje porzontku w Parkdale. Lubie pomagać. Co wam poradzić? Cosik wam sie stało?

– Chciałem zapytać czy coś wiadomo o mordercy, może ktoś coś zgłosił? – zapytał Heinrich – Też interesuje mnie, do kogo należała ta szopa, w której to się działo, aha i jeszcze jedno. Wiem, że ten szaleniec malował jakiś pejzaż, gdzie w tym mieście mogę dostać sztalugi, pędzle i inne przedmioty do malowania?

– Takie cosik do malowania może Otto wam sprowadzić. Bo teroz pewnie nie będzie mioł.

– Szeryfie, co Pan konkretnie ustalił odnośnie zaginięcia ekspedycji profesora Zwinkela? Czy coś go zabiło? Czy żyje? I co ze śmiercią Donovana? Czy jest już jakiś podejrzany? Czy ta kobieta, która z nim była, została przesłuchana?

– Profesor Zwinkel zaginął w górach. Zaginięcie zostało zgłoszone dość późno i poszukiwania nie dały pozytywnego rezultatu. Nie odnaleziono wprawdzie zwłok, ale trudno przypuszczać, żeby grupa miastowych przeżyła zimę w naszych górach. A nic nie wiem, żeby miejscowi indiańcy im pomogli. Pana Donovana zabił jakiś szaleniec. Dokładne zeznania zostały złożone przez wszystkich świadków wydarzenia, zarówno pannę Kaufman, jak i panów Dunna oraz Smitha. Czy ma pani jeszcze jakieś pytania, na które pani zna już odpowiedź, ale chciałaby mimo to je zadać? A może jeszcze raz wypomni mi pani, że działam mało skutecznie albo znowu postraszy Departamentem Sprawiedliwości? Jeżeli jednak to wszystko, to dziękuję za wizytę. Pan Smith – tutaj szeryf zwrócił się bardziej do Heinricha – jest teraz w hotelu?

– Teraz nie wiem gdzie jest Pan Smith, jak wychodziliśmy to tak, był w hotelu – odpowiedział szeryfowi.

– Mało konkretów pan ustalił szeryfie. Widzę, że się nie dogadamy. Gdzie mieszka albo zatrzymała się ta… kobieta, która była z Donovanem w tą tragiczną noc? Niejaka Kaufman. Mogę rzucić okiem na jej zeznania?

– Proszę. – Szeryf wyciągnął zeznanie Melindy Kaufman z teczki leżącej na biurku i podał Lanie. Lana przeczytała zeznanie, z którego wynikało, że Mark został napadnięty przez niezidentyfikowanego osobnika podczas spaceru z Melindą, która szybko wezwała pomoc. W zeznaniu były wypisane dane panny Kaufman, także jej adres. Lana oddała papier szeryfowi i powiedziała:

– Sprawdzimy to. Idziemy, panie Heinrich?

Po wyjściu z biura odezwała się do Hertzberga:

– Jak dla mnie szeryf nic nie robi w sprawie śmierci Donovana. Sprawdzamy tą Melindę teraz czy po powrocie z gór? Zastanawiam się jeszcze nad jedną sprawą, czy dysponujemy jakimś dagerotypem albo fotografią profesora Zwinkela? – umysł Lany pracował na wysokich obrotach – a co by było gdyby… Przydatny byłby jeszcze w miarę dokładny portret pamięciowy sprawcy morderstwa…

– Wydaje mi się ze zdjęcie profesora Zwinkela jest w posiadaniu naszych towarzyszy. A co do Melindy, to po co to odkładać na potem? Tylko wydaje mi się, że z Nią trzeba będzie delikatnej rozmawiać, może gdybyś podała się jako dość „bliska” znajoma Marka, to byłaby bardziej rozmowna.

– Czasem najtrudniejsze sprawy mają najprostsze rozwiązania. Co by Pan powiedział Heinrich, gdyby się okazało, że Zwinkel żyje… przetrwał w górach… ciała przecież nie odnaleziono, chociaż prowadzono poszukiwania… Jak nasi towarzysze opisali mordercę Marka? „Ogromny facet, trochę podobny do małpy”. Powiedziałabym, że to mi pasuje do opisu człowieka z gór. Jednocześnie artysta malarz… Prawie jak człowiek… Nie…, to zbyt fantastyczne żeby mogło być prawdą…

– Ale jaki miałby cel ukrywać się w górach i mordować przyjezdnych w miasteczku…- urwał na chwilę, po czym dodał – ale to nie był zwykły przyjezdny. Myślisz ze profesor pamiętał Marka z Ligi i mógł się domyśleć, że Liga kontynuuje jego wyprawę?? – powiedział z niedowierzaniem Heinrich.

* * *

Odnalezienie domu Melindy kosztowało kilkanaście minut spaceru w deszczu po szaro-brunatnej głównej ulicy Parkdale. Niestety, dom był zamknięty, a na dzwonek i pukanie nikt nie odpowiadał.

– Zniknęła… Albo wyjechała, albo jest gdzieś w miasteczku. Ale co robi przed zmrokiem w taką deszczową pogodę. Ja już prawie cała przemokłam. – powiedziała Lana zrzucając z kołnierza strużki wody – Czuję, że ta kobieta ma coś wspólnego ze śmiercią Marka. A może Kaufmann leży gdzieś w tym domu bez życia, skoro nie odpowiada na nasze dzwonienie i pukanie…

– Obejdźmy dom dookoła, może przez deszcz nie słychać pukania – odpowiedział Heinrich Lanie, domyślając się, co chodzi jej po głowie.

Było już ciemno. Deszcz nie padał mocno, ale ciągle i nieustępliwie, dlatego na ulicy praktycznie nie było przechodniów. Bębnienie drobnych kropel nie było też głośne, nie mogło wytłumić głosu dzwonka i pukania. Domu nie dało się obejść dookoła, ale sprawdzili front a potem tył domu. Drzwi frontowe wyglądały na solidne, ale zamek nie wyglądał na szczególnie skomplikowany. Na tyłach domu były drugie drzwi, gospodarcze, prowadzące do ogrodu. Te były znacznie mniejsze a zamykane chyba od wewnątrz, bo nie widać było zamka. Bohaterowie niemal podskórnie czuli, że wewnątrz domu może być ukryta odpowiedź na męczące ich pytania, ale także domyślali się, że może się z nią wiązać niebezpieczeństwo.

Lana lubiła być przygotowana na każdą ewentualność. Wiedziała, że dzięki dobrej organizacji i przewidywaniu poradzi sobie w różnych sytuacjach. Albo po prostu przeżyje. Dyskretnie wsunęła rękę do torby i sprawdziła broń, po czym rozejrzała się szukając innych sposobów wejścia. Wystarczyła przeciągła wymiana spojrzeń między Laną i Heinrichem i już oboje znali swoje myśli. Porozumienie zostało osiągnięte bezgłośnie.

Lana wyciągnęła prosty wytrych, który przy sobie nosiła i zaczęła nim z wprawą manipulować przy zamku od głównych drzwi. Heinrich zasłaniał swoim ciałem koleżankę, rozglądając się po froncie domu i okolicy za nieproszonymi gapiami.

Gdy zamek z cichym szczęknięciem dał się otworzyć i drzwi rozwarły się szeroko, weszli do środka. Wewnątrz było cicho, ciepło i przytulnie, co mile kontrastowało z zimnym wiatrem i zacinającym deszczem, na które byli wystawieni jeszcze przed chwilą. Dom tonął w półmroku, zmrok na zewnątrz wraz z przymkniętymi okiennicami powodowały, że trzeba było przyzwyczaić oczy lub zaświecić światło. Stojąc w korytarzu przy drzwiach wejściowych Lana i Heinrich widzieli, że mogą zejść schodami na dół, gdzie spodziewali się pomieszczeń gospodarczych albo piwnicy, obejrzeć parter lub wyjść po wąskich schodach na pierwsze piętro, pewnie na strych. Heinrich, w czasie gdy jego wzrok adaptował się do ciemności, szperał w kieszeni w poszukiwaniu zapałek i po cichu poruszał się krok za krokiem za Laną. – Sprawdźmy górę – wyszeptał.

Lana sprawdziła kieszeń, w której zawsze nosiła zapasowy magazynek. Potem sięgnęła do torby po latarkę. Po czym dobyła broń. Automatyczny Colt 1911 zalśnił w półmroku. – Chodźmy – rzuciła ochrypłym szeptem.

Świecąc latarką weszli po stromych schodkach do góry. Tam znaleźli wąskie drzwi, wyglądające na gospodarcze, które były zamknięte. Kluczyk tkwił w zamku. Wtedy usłyszeli jakiś trzask na poziomie parteru.

Heinrich przejął od Lany latarkę i oświetlał drogę. Gdy usłyszał trzask stanął jak wryty i zaczął nasłuchiwać, a potem pytająco wskazał głową na drzwi na górę. Lana mocniej zacisnęła palce na uchwycie automatycznego colta, wstrzymała oddech i nasłuchując przywarła plecami do ściany. „Spokojnie, może to tylko kot” – przeszło jej przez myśl – „a jeśli to nie kot to jego pech…” Lana nie słysząc z dołu żadnego innego dźwięku przekręciła kluczyk i mocnym ruchem pchnęła drzwi, jednocześnie celując w mrok.

Widok, który zobaczyli w świetle latarki po otwarciu drzwi, nie zaskoczył ich. Wyglądało na to, że dotarli na stryszek. Trochę starych mebli, kilka pudeł z niepotrzebnymi rzeczami, porozciągane sznurki do suszenia prania. Byłoby się gdzie przyczaić. Jedna jaskółka z oknem na zewnątrz. Generalnie czysto, bez pajęczyn, ale bez przesady – jak to na stryszku. Tutaj, pod samym dachem, bardzo donośnie rozbrzmiewało bębnienie deszczu.

– Dobra, dość tego skradania się. Kimkolwiek jesteś, złaź szybko, zanim zawołam szeryfa Haleigh. – usłyszeli z dołu schodów dźwięczny głos, należący prawdopodobnie do młodej kobiety.

Lana odwróciła się momentalnie, jednocześnie przykucając i celując w stronę skąd usłyszała głos.

Bohaterowie byli na stryszku a głos dobiegał z dołu prowadzących do niego schodów, czyli z okolic korytarza, w którym wybrali drogę do góry. Nie widzieli więc nikogo. Głos wydawał się być głosem osoby zdecydowanej i odważnej, która lubi konkretne odpowiedzi. Tymczasem już chwila minęła a ani Lana, ani Heinrich nie odpowiedzieli na zawołanie.

– Melinda Kaufman? To pani? Mamy ważną informację do przekazania. Ale pod warunkiem… Idziemy do pani. – Odezwała się wreszcie Lana, po czym zaczęła schodzić na dół po schodach. Za nią szedł Heinrich.

Na dole, w korytarzu przed schodami stała młoda, ciemnowłosa, krótko obcięta dziewczyna. Bardzo ładna dziewczyna. Co ciekawe, była ubrana jak do wyjścia – miała spodnie, wysokie buty i ciepłą kurtkę. Ubranie było jednak suche, więc nie przyszła z zewnątrz – a od włamania bohaterów minęło zbyt mało czasu, by zdążyła się ubrać po tym, jak weszli. Najbardziej uwagę przyciągała jednak trzymana przez nią oburącz, wycelowana w nadchodzących, strzelba o pionowo ułożonych lufach.

– Melinda Kaufman? Właśnie od szeryfa przychodzimy. – powiedziała Lana opuszczając broń – Baliśmy się, że może grozić pani niebezpieczeństwo. A z tego, co wiemy, ma pani już dość kłopotów. Porozmawiamy?

– Nie. Nie porozmawiamy. Powinniście się oboje domyślić, że nie chcę z wami rozmawiać, kiedy nie wpuściłam was do środka. Mimo że się dobijaliście. Wynoście się stąd szybko, to może nie użyję tego – potrząsnęła strzelbą, wciąż mierząc w kierunku bohaterów – ale bądźcie pewni, że szeryf się o wszystkim dowie.

Lana i Heinrich zdali sobie sprawę, że jak by nie patrzeć, sytuacja nie wyglądała różowo. Zostali przyłapani przez uzbrojoną dziewczynę na włamaniu do jej własnego domu. Nie wyglądali na niewiniątka – Lana trzymała w ręce ogromny pistolet. Jeżeli George miał racje i Melinda miała coś na sumieniu, to tym bardziej mogła zrobić coś nieobliczalnego o bardzo nieprzyjemnych konsekwencjach, także dla niej samej.

Heinrich jakby nie zdawając sobie do końca sprawy z powagi sytuacji próbował pertraktować z Melindą – Panno Kaufman, najmocniej przepraszamy za najście. Rozumiem, że nie chce z nami Pani rozmawiać, ale niech Pani spróbuje zrozumieć też nas. – mówił z rękoma na widoku uniesionymi na wysokości klatki piersiowej. Stał spokojnie, starał się zachować zimną krew i być przygotowanym na ewentualny odskok z linii strzału. – Zginął nasz przyjaciel, wspaniały człowiek i wybitny doktor, należy się nam jak i jego rodzinie odpowiedź na pytanie, dlaczego tak się stało. Wiem, że to już nic nie zmieni, ale Mark był osobą, która zawsze wszystko dopinała na ostatni guzik, i chcielibyśmy też tą sprawę tak zakończyć, dla uczczenia jego pamięci. – Heinrich mówił powoli, patrząc prosto w oczy Melindzie – Mało tego, Mark umierając bał się o Panią – tu Heinrich przerwał na chwilę – dlatego weszliśmy bojąc się, że coś mogło się Pani stać. Niech Pani odłoży strzelbę, co będzie Pani z tego miała? Same problemy i kilkanaście lat życia w małej celi. Ja już jestem stary, śmierci kilka razy już umknąłem i miałem nadzieję, że gdy ona ostatecznie nadejdzie to ja będę trzymał strzelbę, a nie będę na muszce – dodał z uśmiechem. Uśmiech zakrzepł mu na ustach, kiedy popatrzył w ciemne, piękne oczy Melindy. Zobaczył w nich jakąś ponurą determinację i nieustępliwość. „Jak matka, broniąca młodych. Tylko ona nie ma młodych do obrony, ani żadnych bliskich” – pomyślał. W jednej chwili zrozumiał, że lepiej było milczeć i z przepraszającym uśmiechem wyjść, że skarga do szeryfa nie byłaby taka straszna i że cała jego misterna przemowa nie tylko na nic się nie zdała, ale prawdopodobnie sprowadziła ich jeszcze bliżej do katastrofy. Od spojrzenia Melindy przeszły mu ciarki wzdłuż kręgosłupa. Heinrich spojrzał na Lanę. „Może ona załagodzi sytuację. Żeby tylko nie powiedziała czegoś głupiego” – pomyślał.

– Melinda Kaufman? – spytała po raz ostatni Lana – Tu FBI! Prowadzimy śledztwo w sprawie śmierci Marka Donovana. Jeśli masz coś z tym wspólnego to nie odkładaj broni. Jeśli jesteś bez winy, to rzuć TO!!! – ostatnie słowa Lana wykrzyczała, błyskawicznie wymierzając w Melindę z colta.

Lana była szybka, bardzo szybka. Heinrich miał wrażenie, że mimo tego, że Melinda trzymała strzelbę wymierzoną w nich a Lana dopiero podnosiła broń do strzału, jednak uda jej się wystrzelić pierwszej. Być może nawet się udało. Huk wystrzału ogłuszył wszystkich obecnych, strzelanie w wąskim pomieszczeniu dawało piorunujący efekt. Jednak Melinda nie okazała wystarczająco silna, by zniwelować odrzut strzelby strzelającej z obu luf naraz. Powinna była strzelać w brzuch agentki, tymczasem chmura ołowiu wystrzelona z obu luf poszła wysoko, górą korytarza ze schodami, prosto w twarz Lany i w kierunku stojącego za nią Heinricha. Gdyby nie niesamowity refleks agentki, która błyskawicznie zanurkowała pod lecące pociski, śrut pewnie urwałby jej głowę, a nie zaledwie poharatał prawą stronę twarzy. Lana stoczyła się ze schodów. Ból poobijanych upadkiem kości i podartej ołowiem skóry głowy był tak duży, że straciła przytomność. Odpłynęła ze świadomością, że prawdopodobnie nigdy jeszcze nie była tak blisko śmierci, jak teraz.

Antywariusz poczuł bolesne ukąszenia tych śrucin, które do niego dotarły. Poprzez półmrok i wirujące w powietrzu drzazgi zobaczył, że na dole schodów Melinda ciężko siadła pod ścianą. Z głębi mieszkania usłyszał ryk, jakby jęk wielkiego bólu. Po paru chwilach wielka postać pochyliła się nad dziewczyną i uniosła ją. Choć Melinda była lekka, to wysiłek musiał być duży, bo postać sama upadła, ale podniosła się i znowu chwyciła dziewczynę. Heinrich skierował strumień latarki na dół schodów i oświetlił parę. W świetle latarki zobaczył mocno zbudowaną, na wpół zwierzęcą postać, ubraną jedynie w spodnie od piżamy i przesiąknięte krwią i ropą bandaże na klatce piersiowej. Z wykrzywionej zwierzęcej twarzy patrzyły na Heinricha oczy. Oczy okrutne, złe i przejmujące. Oczy szaleńca.

Latarka wypadła mu z dłoni, ze stukotem potoczyła się w dół schodów i oparła o nieruchome ciało Lany Skylight.

* * *

Późna pora nie była zbyt dobra do badań mikroskopowych, ze względu na słabe światło panujące w pokoju hotelowym. Mimo tego Gerald dzielnie wytężał wzrok, oglądając przez okular znalezione na zwłokach Shepherda włosy. Smith przypatrywał się temu z ciekawością – rzadko miał okazję zobaczyć przenośny mikroskop. Był bardzo ciekawy, czy badanie przybliży ich do rozwiązania zagadki.

Włosy wyglądały ciekawie. Były dość długie, raczej grube i dość ciekawe w przekroju, gdyż o ile ich końcówki wyglądały właściwe jak włosy ludzkie, to na większości długości były puste wewnątrz, stanowiły więc dobrą izolację termiczną, trochę jak sierść niedźwiedzia polarnego. Kolor także się zgadzał, mimo tego Gerald nie był przekonany, że to włosy niedźwiedzia. Coś mu nie pasowało…

Walter zaglądał przez ramię Geralda – I jak tam? Coś znajomego? Może zdjęcia ran pozwoliłyby ocenić, jakie to zwierzę… Wywołujemy? – raczej stwierdził niż zapytał. – Musielibyśmy tylko gdzieś się przenieść, jak robiłem zdjęcia to miałem je wywołać u felczera, przy okazji mógłbyś z nim zamienić słowo.

– Niestety niewiele, to nie są włosy niedźwiedzia szarego, ani polarnego, wyglądają jak coś pośredniego. Przy sztucznym świetle i bez materiału porównawczego niewiele więcej mogę powiedzieć. Może jutro rano przy lepszym świetle – odpowiedział Gerard. Zerknął na Smitha – Widzę, że ma Pan wszystko? Jeżeli czegoś brakuje może kogoś posłać do składu po zapasy odczynników?- Powiedział rozglądając się za Mendozą, którego jednak nie było w pokoju. Pewnie czekał na dole w hotelu, ale znając go, mógł być o tej porze mało dysponowany.

– OK, jeżeli felczer ma ciemnię to byłoby najwygodniejsze, zresztą pewnie by sam chciał odbitki do raportu. Gerard ubrał się i zaczął pomagać Smithowi w spakowaniu chemikaliów. – Wróćmy tak szybko jak się da, muszę odespać podróż – Gerard mruknął do Smitha, kiedy wychodzili na korytarz.

Na zewnątrz zaczynało się robić szarawo, mimo wcale nie późnej godziny. Do pracowni felczera dotarli dość szybko, bo Smith znał drogę – w końcu właśnie tam zdjęcia zrobił. Knox otwarł im drzwi i szybko zaprosił do środka. – Chodźcie, bo zaraz będzie padało. Co was sprowadza o tej porze? – Po felczerze widać było, że mieszka bez kobiety. Był ubrany w wytarte i, co gorsza, poplamione ubranie a w jego mieszkaniu panował duży bałagan i nieprzyjemny zapach. Pewnie dlatego od razu zaprowadził gości do pomieszczenia, w którym prowadził swoją praktykę medyczną. Tam bałagan był trochę mniejszy.

– Panie Knox, to dr Gerald Wilson-Burch. – Smith płynnie przeszedł z przedstawiania do wyjaśniania, dlaczego przyszli o tak późnej porze – Przyjechał tutaj wesprzeć mnie i mojego towarzysza po śmierci doktora Donovana. Pomyślałem, że mógłby pomóc w śledztwie w sprawie śmierci Shepharda, więc przyprowadziłem go żeby z Panem zamienił słowo. Ja w tym czasie wywołałbym zdjęcia z sekcji – obiecywałem to już dawno, a jutro wyprawiam się w góry, więc to ostatnia możliwa chwila. Mógłbym skorzystać z ciemni i sprzętu? Odczynniki mam ze sobą.

– Naturalnie, proszę wywoływać. Przyznam, że spodziewałem się pana wcześniej, panie Smith. A pan Wilson czym szczególnie jest zainteresowany? Raport z sekcji zwłok Shepherda, napisany przez nieboszczyka Donovana, pan czytał, tak?

Gerald podszedł do Felczera i mocno uścisnął mu rękę – Tak, czytałem, kolego, ale chciałem jeszcze zobaczyć zdjęcia. Byłem lekarzem polowym i wielu rannych widziałem, i w raporcie coś zwróciło moją uwagę, opisy ran nie pasowały i do żadnego zwierzęcia. Pewnie to nic – ale chciałem być dokładny.

To co, może porozmawiamy chwilę a pan Smith zajmie się wywoływaniem? Walterze, potrzebujesz mojej pomocy? – Gerard zwrócił się do Smitha – Robiłem to tylko dwa razy w życiu, ale podstawy znam.

– Dobra, niech wywołuje a my sobie usiądźmy i porozmawiajmy – nie czekając na gościa Knox usiadł pierwszy. Nie zaproponował nawet herbaty, ale słuchał z uwagą. Wyglądało na to, że jego niedociągnięcia towarzyskie są wynikiem braku kultury, a nie złego nastawienia do przybyłych.

– Jest Pan jedynym lekarzem tutaj, prawda? Jak się tu pracuje? W sumie sam tak zrobiłem – mieszkam teraz w  Burrowhill i tam mam praktykę. To mała miejscowość z 40 rodzinami tylko. W sumie dziwnie trochę po zszywaniu na szybko ludzi teraz leczyć kaszel u staruszek. Ale w sumie to lubię. Czy do Pana, Panie kolego też ludzie przychodzą ze wszystkim, od niepokoju w dużym paluchu u nogi po odebranie porodu u kozy? A jak tu z „lekarstwami”? – pana też meczą o recepty?  – uśmiechnął się Gerard.

Wprawdzie lekarz starał się rozmawiać z felczerem delikatnie, szukając taktownie bliskich im obu tematów i tytułując rozmówcę kolegą, jednak Knox mimo tego – albo właśnie tym bardziej – zrobił się bardzo onieśmielony. Odpowiadał półsłówkami, jąkając się. Dłonie wytarł raz czy drugi w spodnie. Całym sobą zdawał się mówić „jestem prostym wiejskim medykiem i grabarzem, gdzie mi tam do miastowych lekarzy, co na wojnach bywali”. Aluzji do alkoholu wcale nie wyczuł. Stękał raczej, niż mówił:

– No przychodzą. Z różnymi takimi… Ale też grabarz. Przecież nie, recepty nie. No kaszel i bóle. Tak.

– Pewnie Pan zna wszystkich tutaj, tak? To, co się stało z Panem Donovanem, to straszne i trochę dziwne… co Pan o tym sądzi? Moje zainteresowanie tym jest chyba zrozumiałe.

– No nie wiem, co sądzę. Tak, to straszne i trochę dziwne. Straszne i dziwne.

– A jak umarł Pan Kauffman? I jego córka tu została nie chciała wrócić do rodziny w mieście? Nie chciała wyjechać? Znał ją Pan?

– Z panem Kaufmanem to trudna sprawa. Nie wiem, czy panna Kaufman chciałaby, żebym o tym opowiadał, ale koledze lekarzowi – powiedział bez cienia ironii – chyba powiem. Trumna w ziemi jest pusta, bo choć znaleziono w górach Kaufmanowe ubrania, które były mocno zakrwawione, to ciała jednak nie. Wiem to, bo sam pogrzeb przygotowałem! – dodał z poufałą miną.

Tymczasem Smith rozłożył odczynniki, przygotował naczynia po czym wszedł do maleńkiego pomieszczenia przylegającego do gabinetu. Pomieszczenie było bardziej składzikiem na różne substancje i narzędzia potrzebne do praktyki lekarskiej, a w razie jej nieskuteczności, do praktyki grabarskiej. Po wyniesieniu gratów na środek gabinetu można było na półkach poukładać naczynia na odczynniki i potrzebne narzędzia fotograficzne a po zamknięciu drzwi zacząć wywoływać klisze o potem robić odbitki fotografii.

Smith zabrał się do roboty. Przymknął drzwi, żeby nie przeszkadzały mu w ustawianiu przedmiotów, które zdejmował z półek. Choć było już późno i chciał w miarę szybko uporać się z pracą, wrodzona ciekawość wzięła w nim górę i starał się rozpoznać, co mogą zawierać buteleczki z chemikaliami, albo do czego mogą służyć niektóre z narzędzi. Przy przenoszeniu tego całego bałaganu nie trudno, żeby coś się zawieruszyło, a kto wie co może okazać się przydatne w górach, czy po powrocie z wyprawy. Tym sposobem w kieszeni Waltera znalazła się butelka zawierająca przynajmniej podwójną porcję tritlenku diarsenu, czego nie zauważył ani Knox ani Wilson-Burch. Kiedy skończył, wyjrzał za drzwi i zwrócił się do rozmawiających: – Panowie, zamykam się w środku. Wyjdę jak tylko skończę, proszę tylko o nieprzeszkadzanie – gdyby ktoś uchylił drzwi materiał mógłby się prześwietlić i ze zdjęć nici. Tak więc proszę o cierpliwość…- po czym zamknął drzwi i przystąpił do pracy.

Tymczasem Wilson-Burch i Knox kontynuowali swoją dziwną rozmowę.

– No straszne… – Gerald pokiwał głową w zamyśleniu – takie czasy, dziwne i straszne… A takie coś to pierwszy raz? Ten furiat kogoś może jeszcze zaatakował wcześniej? To przecież chory i niebezpieczny człowiek. Może domyśla się pan kto to może być? No i dziwne, że Kaufmana tak całego zjadło. Nawet kości nie zostawiło?

– Pierwszy, chyba pierwszy. Ale takie czasy… Z Kaufmana nawet kostki nie znaleziono, ale po prawdzie te ubrania to też nie od razu, więc i czasu na zeżarcie zwłok dzikie zwierzęta miały dużo. Ale co właściwie was ciągnie do tych skał tam w górze? Jakieś przekleństwo w nich musi być, że co ktoś przyjedzie, to mu się złe przytrafia. Nie lepiej zaprzestać poszukiwań? Wrócić do Burrowhill? Nie boicie się, że też już tu zostaniecie?

– Ale to nie o skały przecież chodzi a o ludzi, o Profesora. Trzeba się dowiedzieć, co się stało. Może jeszcze żyje. A jak nie to choć kości znaleźć i pochować godnie. Znałem Profesora i czuje ze jestem mu to winien.

– Z tym pochówkiem to prawda, każdemu się należy spocząć w poświęconej ziemi. Żeby rodzina miała gdzie świeczkę zapalić podczas modlitwy. – grabarz przeszedł w refleksyjny ton.

Najpierw usłyszeli energiczne pukanie do drzwi, ale zanim Knox zareagował, rozległy się kroki i do pomieszczenia wszedł szeryf Haleigh, który nie czekał, aż mu otworzą. – Gdzie on jest? W hotelu powiedzieli, że tutaj – wysapał, nawet się nie przywitawszy.

Gerald delikatnie odsunął rękę od kieszeni kurtki, w której miał schowaną broń  – Atmosfera tego miasteczka źle na mnie wpływa, nerwowy się robię – pomyślał i uniósł się z krzesła. – Czy o mnie chodzi Szeryfie?

– Nie, nie o pana. O tego pismaka! Miał tu ponoć być!

– Jest w ciemni – Knox kiwnął głową w kierunku składziku. – Ale nie można teraz…

Szeryf ignorując wypowiedź Knoxa ruszył dziarsko w kierunku składziku, sięgając dłonią do klamki.

Smith na chwilę zamarł. A jednak szeryf zauważył zniknięcie akt… Szybko sięgnął do kieszeni w poszukiwaniu wykradzionych papierów, ale stwierdził, że niekoniecznie musi być od razu przeszukiwany i zamiast zostać przyłapanym z dowodem przestępstwa w ręku, zajął się zabezpieczaniem zdjęć. – Co się stało? Nie mogę wyjść, zniszczę wywołany materiał!

– Już ja ci dam „nie mogę wyjść”, gagatku! – szeryf nie przebierał w słowach. Dał się na razie poznać jako człowiek stanowczy, ale opanowany, dlatego można się było domyślać, że jest teraz mocno zdenerwowany.

– Dobrze, już idę! Proszę zgasić światło u Panów w pokoju, jak wyjdę będzie można znowu zapalić, ale jak będę wychodził potrzebna jest całkowita ciemność. Niech Pan zrozumie Szeryfie, gdzie człowiek spieszy tam tylko diabli się cieszą…

– Materiały do protokołu wywołuje, panie szeryfie. To już niedługo – powiedział pokornym głosem Knox.

Szeryf usiadł na krześle przy Knoxie i Wilsonie. Nie odzywał się, tylko rozglądał z rozdrażnioną miną, bębniąc palcami po kolanie. Widać było, że się niecierpliwi. W końcu, nie mogąc się doczekać, wstał i powiedział mocnym głosem, doskonale słyszalnym przez drzwi.

– Słuchaj no, panie pismak: wiesz pan co – ma się znaleźć. Ma być wsunięte szparą pod drzwiami na komisariacie do jutra rana. I wtedy zapomnę o sprawie. Ale jak się nie znajdzie, to nie chciałbym być w twojej gagatkowej skórze! – I wyszedł.

Gerald z osłupieniem powiódł wzrokiem  za Szeryfem… – Gagatku! Szeryf nie boi się używać mocnych słów – co? – zagadnął do Knoxa – Twardy człowiek, takiego tu trzeba!.

Felczer nie był szczególnie bystrym człowiekiem, ale sarkazm wyczuł. Nie miał jednak śmiałości wchodzić w polemikę, więc tylko westchnął i wzruszył ramionami, co mogło oznaczać cokolwiek.

Tymczasem Smith skończył płukać utrwalone zdjęcia. Teraz należało je tylko wysuszyć, ale do tego ciemność nie była już potrzebna. Pozlewał do pojemników resztki wywoływacza, przerywacza i utrwalacza. Woda z kąpieli wodnej była do wylania a zlew tuż obok, w gabinecie Knoxa. Wolał jednak poczekać, aż Szeryf oddali się wystarczająco daleko. Po chwili wyszedł jak gdyby nigdy nic wycierając ręce o płaszcz. – Jeszcze trochę obeschną i będą gotowe. Zapraszam Panów, już można na nie zerknąć.

Zdjęcia, mimo dość surowych warunków pracy i dużej presji w postaci miotającego się pod drzwiami szeryfa, udało się wywołać wspaniale. Ostrość, kontrast – wszystko w sam raz. Tylko tematyka zdjęć do przyjemnych nie należała. Na zdjęciach można było dokładnie obejrzeć rany odniesione przez Orlando Shepherda.

Wilson-Burch w milczeniu czekał z Knoxem na możliwość oglądnięcia zdjęć. Pytająco przyjrzał się Smithowi jak tylko ten tylko wyszedł z zaimprowizowanej ciemni. Jak tylko zdjęcia były przesuszone zaczął je studiować, oglądając pod lupą w świetle lampy. Trzymając zdjęcie w lewej dłoni, zauważył na małym palcu, w okolicy drugiego stawu, delikatną obwódkę – coś jakby odcisk po zdjęciu obrączki, albo cieniutką bliznę. Był przekonany, że jeszcze niedawno jej nie miał…

Zdjęcia pozwoliły Geraldowi zapoznać się odniesionym przez młodego trapera obrażeniami. Dla Knoxa i Smitha miały one mniejszą wartość – oni widzieli rany Shepherda na żywo. Generalnie zdjęcia potwierdziły spostrzeżenia z raportu Donovana: rany wyglądały na zadane przez wielkie i silne zwierzę.

Były głębokie, w większości od pazurów a nie od kłów, zadane z siłą, która połamała kości. Brakowało dużo tkanki, jakby wyrwanej lub wygryzionej. Z całą pewnością to właśnie te rany były powodem śmierci, choć trudno było stwierdzić, jakie dokładnie zwierzę je zadało nieszczęsnemu Orlando.

W pewnym momencie uwagę obecnych zwróciło pukanie do drzwi. Szybkie, natarczywe – jakby ktoś się śpieszył. Kiedy grabarz uchylił drzwi, do środka wślizgnął się mały chłopak z niesamowicie brudnymi policzkami i jeszcze brudniejszą kurtką.

– Pseprasam, jest seryf? – wyseplenił. – Sukam go bo pozar jest i w hotelu powiedzieli ze tutaj seryf posedł. – Mimo że przekazana wieść była zdecydowanie z tych złych, młody nie wyglądał na strapionego. Wręcz przeciwnie, jego brudna twarz zdawała się wyrażać radość z faktu, że dzieje się coś wyjątkowo interesującego i że właśnie on wie to jako jeden z pierwszych.

– Jaki pożar??? Szeryf tu był, ale powiedz mi najpierw… – ospałego Smitha wiadomość zdecydowanie pobudziła – zresztą, nic nie mów! Lepiej się pośpieszmy Geraldzie! – po czym porwał swoje rzeczy i nawet nie nakładając płaszcza wybiegł na zewnątrz, kierując się do hotelu.

Młody nabrał powietrza do płuc, jakby chciał powiedzieć co i jak z pożarem i tylko czekał, aż dziennikarz dopuści go do słowa. Ale nie dopuścił, tylko wybiegł bez płaszcza w zimną, deszczową noc… Więc dzieciak spuścił powietrze i popatrzył pytająco na trzymającego lupę Wilsona.

Gerald odłożył zdjęcia i lupę na stoik.  – Gdzie się pali?  – zapytał spokojnie.  – Zakładam, że nie w hotelu, skoro tam szukałeś szeryfa. A co do niego samego to nie wiem gdzie poszedł. Był tu 10 min temu.

– Pewnie, ze nie w hotelu. Pali się dom Kaufamnów! – wyrzucił z siebie młody, który zdawał się tylko czekać na możliwość podzielenia się informacjami.

– Przynajmniej pogoda nam sprzyja i pożar  się nie rozprzestrzeni pomyślał Wilson wkładając płaszcz. Panie Knox – ma pan jakieś wiadra? Trzeba pewnie pomóc gasić. Ja podbiegnę po apteczkę do hotelu, Pan też niech weźmie coś do opatrywania, może są jacyś ranni. Spotkamy się na miejscu. – Rzucił i pobiegł za Smithem.

* * *

– Gdzie się pali? Co się stało? – Smith starał się nie panikować, bo chyba nie miał ku temu powodów. Hotel wyglądał na nienaruszony. – To nie tutaj? Cholera! – rzucił, po czym wybiegł na ulicę, kierując się w stronę domu Kaufmannów. Po czym stwierdził, że skoro jednak i tak nie zdąży pojawić się pierwszy z pomocą, to lepiej udać się jeszcze na komisariat, dokończyć niezałatwioną sprawę akt wyprawy Prof. Zwinkela i przy okazji powiadomić o pożarze. Potem co prędzej ruszył w stronę domu Kaufmannów.

* * *

George Dunn obrócił się w pościeli na drugi bok i nakrył głowę poduszką. Obudziły go jakieś hałasy w hotelu – głośne, szybkie kroki – jakby ktoś biegł – oraz jakieś zdania wykrzykiwane nerwowymi głosami. A skoro miał zamiar dobrze się wyspać i wypocząć przed porannym wyjściem w góry, to takie hałasy go irytowały. Kolejne krzyki, tym razem na zewnątrz, nie pozwoliły mu już spać spokojnie. Ubrał się niechętnie i wyszedł z pokoju dowiedzieć się, co się stało. Na dole, przy barze zastał tylko barmana – choć na stolikach stało porozstawiane, niedokończone jedzenie.

– Pożarjestznowupożarskaranieboskie – wyrzucił z siebie Landes. – Kaufmanowiesiępalą.

Przez kilka chwil Dunn stał wpatrując się tępym wzrokiem w barmana.
– Co jest kurwa – wypalił w końcu – czy w tym mieście jest więcej podpalaczy niż mieszkańców?! – po czym ruszył szybko na zewnątrz rozglądając się po mieście i szukając wzrokiem przyjaciół.

Do domu Kaufmanów łatwo było trafić. Płonął jak wielka pochodnia w środku miasta i większość będących na nogach mieszkańców Parkdale pędziła właśnie w tamtym kierunku. Gdy George był już blisko, odwrócił się i zobaczył, że drogą od hotelu podąża za nim znajoma postać. To doktor Gerald Wilson-Burch, niosąc w ręce swoją torbę medyczną, śpieszył w kierunku pożaru.

Zaś z przeciwka, od strony gdzie mieścił się komisariat, nadciągał Walter Smith. Na twarzy dziennikarza widać było napięcie wywołane przez kolejny w ciągu tygodnia szalejący w Parkdale pożar i obawę o los przyjaciół, ale także jakby ulgę albo zadowolenie z załatwienia jakiejś istotnej sprawy.

– Hej! Walter! – George już z daleka ryknął na powitanie i pośpieszył w stronę towarzysza – Co tu się do cholery dzieje? I gdzie reszta ekipy? Czy was nie można zostawić na jeden wieczór bez opieki? – tu już uśmiechnął się pod nosem, rad chyba, że odnalazł Waltera. – I coś Ty taki zadowolony? Wyglądasz jak mały chłopiec, który coś zbroił, ale udało mu się uniknąć kary – Dunn poklepał go po plecach serdecznie.

Walter odmachał słysząc głos Dunna i podbiegł do baseballisty.
– Nie mam pojęcia, co się dzieje… Jeszcze godzinę temu szeryf groził mi aresztem… wiesz za co…, teraz jakiś pożar… Nie wiesz, gdzie są wszyscy? – Walterowi trudno było złapać oddech po tej krótkiej przebieżce. Ściągnął okulary, żeby przetrzeć z nich parę. – Byłem pewien, że tylko ja i Dr Gerald jeszcze nie zdążyliśmy wrócić do hotelu… Co z Tobą? Spałeś?

– Tak, obudził mnie dopiero hałas na ulicy. Kurde mam bardzo złe przeczucia, chodź zobaczymy jak się ładnie pali i czy nie ma tam reszty – baseballista chwycił za ramię Waltera i ruszyli powolnym truchtem w stronę płonącego budynku rozglądając się za przyjaciółmi.

– Panowie, pośpieszmy się, wygląda, że przyda się każda para rąk. Pana Hertzberga nie było w pokoju – pewnie już jest na miejscu! – krzyknął Gerald.

Wokół płonącego domu zebrało się całkiem sporo osób. Jedni próbowali wiadrami gasić płomienie, drudzy polewali wodą sąsiednie domy, żeby nie zajęły się ogniem, inni tylko komentowali głośno zajście. Wśród obecnych szczególnie wyróżniali się: niski mężczyzna w starym cylindrze, gruba kobieta w zielonym płaszczu i czerwonym szaliku i banda dzieciaków, wśród których rej wodził ten sam smarkacz, który przybiegł szukać szeryfa u grabarza.

– Podpalenie. Od razu widać, że podpalenie – cmokał Cylinder z miną znawcy. – Nie stanąłby cały w płomieniach tak szybko, gdyby ktoś go nie podpalił.

Faktycznie, widać było, że pożar objął równomiernie cały dom.

Smith próbował przypomnieć sobie, czy nie widział już gdzieś mężczyzny, który się odezwał. Czy to nie był przypadkiem ten poszukiwacz skarbów, który pojawił się w Parkdale dzień po ich przyjeździe? A ta kobieta? Czy nie widział ich już na pogrzebie Shepharda? Podszedł do gentelmana w cylindrze:

– Przepraszam Pana, kiedy to się stało? Czy nikomu nic nie jest? Kto tu był od początku? Gdzie są ocalali? Co z Panną Kaufman? – pytał głośno dziennikarz kierując się raczej do wszystkich dookoła niż do tego konkretnego jegomościa.

– Nikt nie ocalał. Warden mówił, że widział w środku płonącą postać, która padła w ogień i dym i już się nie podniosła. – powiedziała z przejęciem gruba w czerwonym szaliku. Minę miała cierpiącą, ale widać było że cała sprawa jest dla niej wręcz fascynująca – No, ale kto by przeżył taki żar! Nikt.

– Nie ja mówiłem – odezwał się Cylinder do Czerwonego Szalika – tylko McKenzie. Mówił, że coś tam w środku widział, ale ja tam nie wiem, czy mu się coś nie zwidziało.

Dunn przebrnął szybko przez tłum ludzi rozglądając się nerwowo za znajomymi twarzami przyjaciół. Miał bardzo złe przeczucia i co chwilę patrzył po oknach płonącego domu szukając jakiś oznak ruchu, czy wołania o pomoc.

– Czy ktoś jest w środku?! – krzyknął do tłumu – Ktoś coś widział? Ludzie może trzeba kogoś ratować! – patrząc na szalejące płomienie od razu wspomniał przygodę w szopie z przed tygodnia. Kurwa jakie są szanse ze tam wejde? Pomyslał. Pewnie większe niż na to że stamtąd w ogóle wyjde.. kurwa.. Czy to nie samobójstwo?

– Panie, jak ratować!? Ratować to trzeba okoliczne domy, bo z tym to już po wszystkim. Nie ugasi się tego… – głos Czerwonego Szalika się zawiesił, jakby nad czymś w skupieniu myślała, po czym powiedziała – Drogo ten pożar kosztuje… W środku było ponoć dużo obrazów starego Kaufmana. One pewnie były dużo warte… A teraz wszystko spłonęło…

Gerald ocenił, że  w środku, jeżeli na przykład nie schował się w piwnicy, raczej nikt już nie przeżył. Rozglądnął się czy nikogo nie wyciągnęli z płomieni i czy nikt nie potrzebuje teraz pomocy lekarskiej.

Przy płonącym domu Kaufmanów było jasno jak w dzień, ale na reszcie ulicy już nie. Mimo tego wzrok Geralda wyłowił w cieniu, pod ścianą kilka domów dalej, leżącą skuloną postać. Podszedł do niej i dopiero, gdy był blisko, wtedy ją poznał. Sponiewierana, w podartym ubraniu śmierdzącym naftą, ze zdartą skórą z połowy głowy, leżała w ciemnościach nocy nieprzytomna Lana Skylight a krew zasychała na jej twarzy i ubraniu.

Gerard podbiegł do leżącej postaci. Panno Skylight słyszy mnie Pani?  – powiedział sprawdzając jak poważne są obrażenia. – Przynieś jakiś koc, szybko! – rzucił do jednego z dzieciaków który przebiegał właśnie obok i zaczął z wprawą czyścić i opatrywać skaleczenia kobiety.

Obrażenia nie były tak poważne, jak się początkowo wydawało. Wbrew obawom Lana nie miała ani jednego oparzenia. Ogólnie była potłuczona i podrapana, ale jej jedynym prawdziwym obrażeniem był postrzał w głowę z broni śrutowej. Delikatne oczyszczanie rany pozwoliło odsłonić poharataną skórę i zniszczone oko. Wyglądało na to, że potrzebna będzie operacja – trzeba usunąć tkwiące pod skórą śruciny i zniszczone oko oraz pozszywać pozdzieraną z głowy skórę. Generalnie stan Lany, wbrew pierwszemu wrażeniu, był dosyć dobry i jej życiu na razie nie zagrażało niebezpieczeństwo.

Smith i Dunn zobaczyli, że kilka domów dalej pod ścianą, w mroku, Wilson-Burch opatruje jakąś postać.

Z początku powoli George ruszył w tamtą stronę, z każdą sekundą nabierał coraz bardziej złego przeczucia i z każdą sekundą przyśpieszał, by w końcu biec ile sił. Prawie upadł, gdy będąc blisko ujrzał Lanę. To za dużo – pomyślał – przeklęte miasto!

– Co jest grane doktorku?! Powiedz, że żyje! – Pomagał Gerardowi podnieść delikatnie poraniona kobietę – starał się dojrzeć jakiś ruch powiek, cokolwiek dające nadzieję ze przyjaciółka nie odeszła.

– Żyje i jest wbrew pozorom stabilna, tylko nieprzytomna, została postrzelona ze strzelby,  Panie Dunn, proszę na razie zostawić ja tutaj i przynieść jakąś lampę czy latarkę, będzie mi o wiele łatwiej. I jakiś koc! – dodał widząc że dzieciak którego o to prosił nie pojawił się ponownie.  – Jak tylko skończę zabezpieczać ranę będzie można ją przenieść gdzieś w bezpieczniejsze miejsce – brakuje jeszcze, żeby od jakiejś iskry zajęło się jej ubranie. Wymownie pociągnął nosem czując zapach nafty. Obawiam się, że trzeba będzie wykonać operację i to jak najszybciej – może wtedy uda się uratować oko, choć szanse są niewielkie – oczyszczając ranę z brudu i ziemi.

– Dobra! – szybko odpowiedział Dunn już zrywając się na nogi i pobiegł do najbliższego domu po koc i latarnie. Gnał co sił nie bacząc na przechodniów. Każda sekunda jest cenna – powtarzał w myślach.

Gdzieś po drodze mignęła mu twarz Beacha, biegnącego z wiadrem, oraz szeryfa Haleigh. Mina przedstawiciela prawa nie wróżyła niczego dobrego… Dunn nie nawiązywał jednak kontaktu wzrokowego, tylko gnał na złamanie przed siebie. Nagle, wśród osób gaszących pożar lub tylko przypatrujących się pożodze zobaczył staruszkę z lampą naftową w ręce, która narzuciła na siebie pled. Nie był to wprawdzie gruby, ciepły koc, ale…Doskonale! – pomyślał i podbiegł do babci – Droga Pani – zasapał się od biegu – Droga Pani.. musze prosić Pania… uff.. może Pani pomoc mojej rannej przyjaciółce, tam obok – wskazał ręką – jest ranna i jest przy niej lekarz ale potrzebujemy koca i światła – wymownie gestykulował – a widzę że ma Pani pled i lampę, proszę mi użyczyć, ona tam umiera!

– Proszę, panie Smith – słabym głosem, który ciężko było usłyszeć przez huczące płomienie, powiedziała staruszka do Dunna wręczając mu lampę i podając pled. To, że znała nazwisko świadczyło wyraźnie o tym, że przybysze byli na językach całego Parkdale. – Tylko proszę nie zapomnieć przynieść ich potem do mnie z powrotem. Mieszkam tutaj – pokazała dom palcem – i nazywam się Rose Kovalik.

– Panie Smith, proszę przytrzymać pannę Skylight – powiedział Gerald – Jeżeli nagle odzyska przytomność mogłaby się poranić. Dodał zerkając współtowarzysza.

– Ehhh… – grymas nieopisanego bólu wystąpił na twarz Lany. Wyglądało na to, że dziewczyna zaczyna odzyskiwać przytomność.

Smith przez cały ten czas stał jak porażony obok uwijających się Dunna i doktora. Nie mógł uwierzyć w to, co widział, chociaż instynktownie nie ufał nikomu w miasteczku, teraz dotarło do niego, że ktoś ewidentnie chce wykończyć wszystkich jego towarzyszy… i samego Smitha. Słowa doktora skierowane wprost do dziennikarza trochę go ocuciły. – Przytrzymać? Tak, gdzie, tutaj? – powiedział przyciskając lekko jej ramiona do ziemi, starając się jednocześnie nie wpatrywać w poranioną twarz. -Jaki wystrzał ze strzelby, co się dzieje? Gdzie jest Heinrich???!!!! Ludzie tam jest jeszcze jeden człowiek!!!!!

Gerard popatrzył ze smutkiem na Smitha – Jeżeli był w środku i nie schował się w piwnicy to niestety nie żyje. Zaopiekujmy się panną Skylight. Panie Dunn – Gerard wskazał głową na swoją torbę lekarską – w mojej torbie jest buteleczka z ciemnego szkła zamknięta czerwonym lakiem – to laudanum, proszę je podać pannie Skylight, kilka kropli, razem z wodą. Uśmierzy ból. Korzystając ze światła lampy szybko dokończył oczyszczanie i bandażowanie rany.

Świetlisty krąg błyszczał przed oczami Lany. „Nigdy nie myślałam, że tak wygląda umieranie” przeszło jej przez myśl „Jeszcze tyle rzeczy do zrobienia”. Oślepiające światło zaczęło jaśnieć coraz bardziej i przyciągać swoim blaskiem; Lana mimowolnie zrobiła pierwszy krok uświadamiając sobie, że wcale nie chce się cofać… Uczucie było takie jakby kołysząca się łódź płynęła w kierunku świetlistego kręgu i znosiła ją łagodnym przypływem. Lana pomyślała o przyjaciołach… Ich serdeczne twarze, wirowały i uśmiechały się do niej z błyszczącymi oczami… Światło  było coraz intensywniejsze, a kołysanie coraz bardziej miarowe… Lanie zdawało się, że słyszy głosy… Nagle krąg światła zaczął się materializować i przybierać kształty płomieni pełzających i błyszczących piekielnym blaskiem. Potem Lana zapadła w ciemność.

Do Lany, Geralda i Waltera podbiegł George. W rękach trzymał lampę i pled.

Gdy Gerald skończył, odezwał się:

– Panowie, proszę ją zanieść do felczera Knoxa. Ja go tu znajdę i przyjdziemy tam jak szybko to będzie możliwe, będę potrzebował asysty kogoś z medycznym doświadczaniem do asysty w operacji. Dziękuję panom za pomoc.

Smith poszedł za chirurgiem. „Nic konkretnego się dziś już nie dowiem.” – pomyślał – „W domu nikogo żywego pewnie już nie ma, a gaszenie pożaru nie ma sensu. Trzeba ratować rannych”.

George oddał lampę i pled miłej starszej pani, którą dodatkowo zaczął przepytywać, czy widziała coś podejrzanego. Niestety, nie widziała. Spała. Potem George, najsilniejszy w całej grupie, wziął Lanę delikatnie na ręce i poszedł z lekarzem.

Za nimi noc rozświetlona była płomieniami trawiącymi dom Kaufmanów. Wraz z domem płonęły meble, wyposażenie domu i słynne obrazy Kaufmana, a także, co prawdopodobne, szanse na skuteczne rozwiązanie zagadki zaginięcia profesora Zwinkela.

* * *

W gabinecie zabiegowym felczera Knoxa atmosfera była ciężka, gęsta, nieprzyjemna. Podwójnie nieprzyjemna. Powietrze pokoju zabiegowego przesiąknięte było nieprzyjemnymi zapachami: chemikaliami do balsamowania zwłok, różnorakimi lekami, odczynnikami do wywoływania fotografii, świeżą krwią i lekkim zapachem przepalonego prochu, to raz. Twarze obecnych były smutne, marsowe i skupione, to dwa.

Operacja powiodła się. Gerald Wilson-Burch dokonując cudów dokładnie wyczyścił całą ranę, oko i pozszywał wszystko mocnymi jedwabnymi nićmi. Panna Skylight mogła mówić o wielkim szczęściu – właściwie to, że wyszła jedynie ze stosunkowo niewielkim obrażeniami, zakrawało na cud. Lana wiedziała o tym, czuła się, jakby jej podarowano drugie życie.

Siedziała teraz na stole operacyjnym, z dokładnie obandażowaną połową głowy, w tym jednym okiem. Drugim patrzyła na pozostałych: Geralda, Waltera, Georga i Knoxa. Obecni w pomieszczeniu patrzyli zaś na siebie nawzajem, szczególnie na Lanę.

– Zmęczony jestem, idę spać. Jak skończycie, to zamknijcie sam gabinet, domu nie zamykajcie. Klucz dajcie do kredensu w sieni. Dobranoc. – powiedział Knox i wyszedł.

Bohaterowie zostali sami. Była późna noc, dochodziła godzina druga. Zdawali sobie sprawę, ile się zmieniło w ciągu ostatnich kilku godzin. Kiedy się widzieli ostatnio, wszyscy byli cali i zdrowi, pełni zapału do porannej wyprawy w góry. Teraz siedzieli tutaj zmęczeni i niewyspani, w pomieszczeniu, w którym zazwyczaj przygotowywano zwłoki do pochówku. Heinrich przepadł bez śladu. Lana została ranna. Najprawdopodobniej czekało ich długie, monotonne śledztwo i powrót do domu. Szanse na odnalezienie profesora Zwinkela i tajemniczych rytów zmalały drastycznie. A jeszcze z tyłu głowy mieli złą wróżbę żółtogłowego kosa …

Panno Skylight – Gerard przerwał milczenie – Wiem że jest Pani wyczerpana i chciałaby się Pani położyć – co zresztą jako lekarz sam bym zalecał, ale – lekarz stracil opanowanie – Co się tam do diaska stało?! I gdzie jest Pan Hertzberg?!

Gerard nerwowo rozglądnął się za fajką, usiadł na krześle czując ze ustępujące napięcie sprawiło, że drżą mu kolana i schował na chwilę twarz w dłoniach.

Lana nigdy nie lubiła sie rozczulac nad sobą.

– Nic mi nie jest – powiedziała cicho, zaprzeczając oczywistym faktom i uśmiechnęła się blado. – Dziękuję Panie Geraldzie. Naprawdę… Gdzie ja w ogóle jestem… Podniosła głowę.

– Byliśmy u szeryfa… z Heinrichem… potem wracaliśmy do domu… co mi się stało…?

Smith rozejrzał się nerwowo – Pani Lano, niech pani wybaczy, ale mam przeczucie, że nasz pokój hotelowy jest obecnie przeszukiwany przez Szeryfa. Jeśli nie chcemy zostać wrobieni w ten pożar i we wszystko co złe spadło ostatnio na Parkdale, trzeba uciekać. Teraz. – Smith spojrzał na towarzyszy – Nie wiem co z Heinrichem, ale trzeba szukać traperów i odebrać nasz sprzęt. Dla niepoznaki możemy wyruszyć jakąś okrężną trasą.

Dunn do tej chwili cicho chodził bez celu po pokoju przyglądając się wszystkim.. Myśli kotłowały mu się w głowie, to wszystko było jakieś dziwne.

– Dobra – nie wytrzymał w końcu – kto mi powie, co się stało? Tylko szybko i treściwie, najlepiej też tak bym wiedział, że mogę Wam zaufać, bo to, co się tu dzieje jest coraz bardziej popierdolone – machnął ręką jak by chciał pokazać ze całe to miasto jest domem wariatów – Lano opowiadaj, co się stało, co z Heirichem? Kto gdzie był, tylko błagam krótko a treściwie bo czasu mało, a gotów jestem wsiąść do pociągu i opisać cała sytuacje radzie już osobiście – zakończył dosadnie George.

Lana popatrzyła na swoich towarzyszy i bezradnie rozłozyła ręce:

– Panowie ja nie wiem co się stało. Nie wiem. Po prostu nie pamiętam…

– Nie czas na to panno Skylight – Walter wyraźnie się niecierpliwił. Musimy działać teraz, wspomnienia powrócą wraz ze zdrowiem. – Dziennikarz spojrzał na wszystkich zebranych – Przykro mi to mówić, ale skoro Heinrich wyszedł z Laną, to wszystko wskazuje na to, że razem z Nią był w domu Kaufmannów… i najprawdopodobniej już nie żyje. Jeśli się mylę, to chwała Bogu, ale musimy twardo stąpać po ziemi. Nie można wykluczyć, że morderca uszedł z pożaru. Do tego jest jeszcze uprzedzony do nas szeryf… Nie ma na co czekać. Mam większość pieniędzy, więc pójdę odebrać zamawiane sprzęty <kupuję wg ostatniej listy>, dobrze byłoby, żeby George obudził traperów – znasz ich, wiesz gdzie ich spotkać. Niech ktoś też odbierze nasze rzeczy z pokoju, ja nie mam nic poza swoim ubraniem i sprzętem do wywoływania zdjęć, który tu został, ale na nic się nie zda bez aparatu. Góry Oregonu czekają. George nie czekając na dalszy ciąg zarzucił płaszcz i już szykował się do wyjścia – dobra jak tak to mamy dużo do zrobienia jeszcze, wcale mi się nie podoba że nic nie wiemy o Heinrichu, ale jeśli przeżył to na pewno da sobie rade. Droga Lano – odwrócił się już w progu – proszę Cię jak sobie cokolwiek przypomnisz powiedz mi od razu, im więcej wiemy tym będziemy bezpieczniejsi. Ten zanik pamięci jest nam bardzo nie na rękę. Najchętniej przerwałbym tę misje już teraz, ale skoro wszyscy chcecie iść dalej to pozbierajmy się szybko zanim coś znowu nas zatrzyma w tym przeklętym miasteczku.

– Nie podoba mi się to. Nie powinniśmy zostawiać nikogo z naszych bez sprawdzenia czy nie można mu pomóc. Ale ten ciąg zdarzeń to nie może być przypadek – ktoś nas chce powstrzymać przed wyruszeniem w góry. Może jednak wyruszenie natychmiast będzie dla nas najlepsze. Panno Skylight, czy czuje się pani na siłach wyruszyć? – Jeżeli tak to idę do hotelu po plecaki, na szczęście jestem prawie całkowicie spakowany.- Gerald wstał i narzucił płaszcz. Był gotowy do wymarszu w góry, potrzebował tylko drinka, albo dwa, albo siedem.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s