Zaginiona Ekspedycja 05 Mali mieszkańcy wielkich gór

„Ten, który pyta, jest przez parę chwil głupcem, lecz ten, który nie zadaje pytań, będzie nim zawsze.”

stare chińskie przysłowie

Ciemność. Ciemność i zimno. A potem jasność, niebiesko-błękitna.

Skały i krzewy, szarpiące i dziurawiące ubranie, kaleczące dłonie Heinricha… Ale trzeba, trzeba iść do jasności. Byle szybciej, byle zdążyć… Znowu uderzenie, tym razem w goleń, potem coś chyba szarpnęło za sznurówkę, kolejny upadek, ponowny ból kolan i piekące dłonie. Ale trzeba, trzeba się śpieszyć, bo jasność przygasa, błękit zanika… znika… nie ma już… nie ma.

* * *

Heinrichowi trudno było ocenić, jak długo wędrował po górach. Męczyło go pragnienie, ziąb i zmęczenie. Widział swoje wychudłe, podrapane dłonie, którymi chwytał się roślin i podpierał na kamieniach przy wspinaczce. Dotykał językiem wyschłych, spierzchniętych ust. Czuł, że jest już u kresu sił. Ale chciał tam dojść. Tam… Tam gdzie czuł, że powinien dotrzeć. Nie wiedział dlaczego, ale nie o wiedzę tutaj chodziło, tylko o jakieś wewnętrzne czucie… Jakby coś go w te zaznaczone błękitną łuną góry ciągnęło… Jakiś zew… Tylko nie wiedział, czyj to zew.

Prawie nigdy nie zawiodła go jego intuicja, nie licząc domu Kaufmannów… Heinrich upadł na kolana, chwycił się oburącz za głowę i starał się uspokoić oddech, zwilżyć usta rosą, chwilkę odpocząć, przypomnieć sobie cokolwiek… ale nie miał na to czasu, czuł że im dłużej będzie zwlekał, tym ciężej będzie tam dotrzeć. Wstał i resztkami sił szedł dalej przed siebie, podpierając się znalezioną gałęzią.

Szedł wytrwale dalej. Wewnętrzny zew wzywał do marszu, duch chciał, ale sześćdziesięciopięcioletnie ciało w końcu odmówiło posłuszeństwa woli. Skrajnie wyczerpany Heinrich osunął się na kamienie.

Twarze… Twarze znajomych, przesuwające się przed oczami: Waltera, Georga, Lany, Geralda… Twarz szeryfa Haleigh, twarz jego pomocnika Regana… Twarze obcych ludzi: młodego Indianina, starego Indianina… Twarz Melindy, twarz dzikiego stwora, spotkanego w domu Kaufmanów… Sen czy jawa? To wszystko takie trudne do odróżnienia…

Heinrich powoli wracał do życia, jakby po wybudzeniu ze złego snu. Czuł ogromne zmęczenie psychiczne, jak po wyśnionym koszmarze. Czuł także ból całego nadwyrężonego i poobijanego, niemłodego przecież ciała. Jakże chciałby się obudzić w swoim łóżku, albo chociaż w hotelu… Był jednak na świeżym powietrzu, czuł lekkie drgania pachnącego górską świeżością wiatru na twarzy. Nie otwierał oczu od razu. Najpierw wsłuchał się w otoczenie: lekki szum wiatru i szelest liści, cicha rozmowa w nieznanym języku. Do jego nozdrzy dotarł także zapach palonego ogniska.

Potem powoli otwarł oczy. Leżał przy niewielkim ognisku, nad którym wisiał mały kociołek. Wokół ogniska leżały, ułożone na kamienistym gruncie, proste posłania z kocy, takie same jak to, na którym leżał on sam. Kawałek dalej, na dużym głazie, siedziała odwrócona tyłem kobieta. Jakieś pięć metrów od niej dwóch przykucniętych Indian – stary i młody – prowadziło cichą, ale intensywną dyskusję. Zaś na posłaniu znajdującym się tuż koło antykwariusza, praktycznie głowa w głowę, spoczywał siwy człowiek dużej postury. Heinrich popatrzył na jego twarz i poznał go. Śpiącym tuż koło niego człowiekiem był tajemniczy dziki wielkolud, którego zobaczył w domu Kaufmanów tuż przed tym, jak stracił przytomność.

Wielkolud wyglądał źle. Bardzo źle. Klatkę piersiową miał obandażowaną a spod bandaży sączyła się brudna krew i ropa. Na skórze widać było sine pręgi zakażenia. Oddychał chrapliwie i płytko przez sen a na jego brzydka i straszna twarz kurczyła się co chwilę w grymasie bólu.

Starszy z Indian podszedł do Heinricha, kończąc ucierać na płaskim kamieniu jakieś liście. Posmarował powstałą maścią pokaleczone dłonie starego antykwariusza. Potem zaczerpnął brudną metalową miską z kociołka, długo dmuchał w wywar a w końcu dał antykwariuszowi do wypicia. Smakowało jak rosół. Ale jakby nie rosół… Albo zestaw warzyw był inny w tej zupie, albo nie była robiona na mięsie drobiu… W każdym razie Heinrich poczuł miłe ciepło w żołądku, rozchodzące się na całe ciało.

Kiedy poczuł błogość i wielką chęć na skok w objęcia Morfeusza, podeszła do niego kobieca postać. Melinda Kaufman. Jakaż ona była śliczna… Ubrana po męsku, do wyprawy w góry. Kucnęła przed nim lekko rozchylając smukłe nogi ubrane w mocne wełniane spodnie, ciężkie buty i wypuszczone na wierzch skarpety. W zębach trzymała fajkę, w nozdrza Heinricha uderzył zapach aromatycznego tytoniu i dobrych perfum. W prawej dłoni trzymała colta model 1911. Wielka spluwa dziwnie wyglądała w jej małej dłoni.

– Wiesz, stary idioto, naprawdę chciałam cię zabić – powiedziała. – Za to, co zrobiłeś mojemu ojcu i za wchodzenie z butami w cudze życie. Ojciec został postrzelony przez szeryfa a jego zakażona rana go zabija. Kiedy włamałeś się do mnie z tamtą kretynką właśnie szłam z prośbą o pomoc do waszego lekarza, Wilsona-Burcha. Miałam przeczucie, niemal pewność, że on by pomógł, że on uratowałby życie ojcu. Ale nie, przydarzyliście się wy. Dlatego jak już leżeliście na podłodze nieprzytomni a ja zdecydowałam podpalić dom, was dwóch mocno skropiłam naftą. Życzyłam wam, żebyście tuż przed śmiercią w płomieniach się ocknęli i poczuli, jak boli umieranie w ogniu. – Zamyśliła się na chwilę, pyknęła kilka razy fajkę – Nie wiem, jakim cudem jesteś żywy. I jakim cudem znowu znalazłeś się na mojej drodze. Teraz, kiedy widzę, że jednak się wymknąłeś z pożaru, nie życzę ci już źle. Nawet tej suki, co tam spłonęła, mi żal. Ale nic, stało się. Ojca nie ocalą te dzikusy, ich prymitywne szamaństwo jest dobre na drobiazgi – ból zęba albo problemy żołądkowe, ale śmierci nie odegnają. On umrze. A ty żyj, rozmyślaj o tym, co narobiłeś i obyśmy się już nigdy nie spotkali.

Heinrich zapadł w sen. Mocny, długi sen. Obudziło go zimno. Było ciemno. Ognisko dogasało. Nie było nikogo. Zniknęli Indianie, zniknęli Kaufamnowie. Nie było nawet posłania, na którym wcześniej leżał. Gdyby nie posmarowane maścią z miażdżonych liści dłonie, mógłby myśleć, że to wszystko mu się przyśniło…

Antykwariusz podniósł się, otrzepał ubranie ze ściółki i zaczął rozglądać się za śladami pozostawionymi przez „towarzyszy”. Zdawał sobie sprawę, że dłużej nie może tu zostać i że sam w górach ma marne szanse, ale nie chciał umrzeć, nie bez walki… Ruszył dalej prowadzony przez swoją intuicję.

Rozglądając się po okolicy, kilkanaście stóp od dogasającego ogniska Heinrich zobaczył kupę kamieni. Jej kształt wskazywał, że ktoś został w niej pogrzebany – choć nie było żadnego krzyża czy tabliczki, zaś jej wielkość, że nieboszczyk był ponadprzeciętnego wzrostu. Mimo ciemności antykwariusz bez trudu odnalazł ślady obozujących i podążył za nimi – ale bardzo szybko stracił je z oczu. Ufając swojej intuicji starał się kierować w wyżej położone partie gór… Widocznie jakaś wewnętrzna logika podpowiadała mu, że właśnie tam znajdzie wybawienie. Czymkolwiek by ono nie było. Szedł przez ciemność, potykając się. Zimny wiatr przewiewał mu ubranie a brak czapki i rękawic bardzo dawał się we znaki. W końcu padł w jakimś wykrocie i tam spędził noc, drżąc z zimna i ledwie łapiąc krótkie fragmenty snu.

Rano wyruszył dalej. Czuł ogromne pragnienie i wielkie ssanie w żołądku. Szukając roślin możliwych do zjedzenia szedł dalej przed siebie. „To drzewo chyba już mijałem… Nie, nie, jednak nie… Dobrze idę…”Szedł w ciszy nasłuchując odgłosów lasu. Las szumiał tajemniczo i obco. Momentami Heinrich miał wrażenie, że zaraz zemdleje z głodu i pragnienia, ale dzielnie parł przed siebie. Czuł się fatalnie, ale wiedział, że musi znaleźć coś konkretnego do jedzenia i coś do picia, bo miękkie łodygi traw i zlizywana z liści rosa nie były wystarczające. Nie wiedział, ile czasu minęło. Czy było już popołudnie, czy wciąż rano. Marzył o wodzie bardzo intensywnie. Wtem nagle chyba jego marzenie się spełniło. W szumie lasu usłyszał cos więcej, jakby szum wody. Faktycznie, kawałek dalej płynął, klucząc między kamieniami i w zagłębieniach gruntu, mały strumyk. Heinrich dopadł go szybko. Wiedział, że nie powinien pić dużo na raz, ale nie mógł się powstrzymać. Woda była bardzo zimna i trochę zamulona, mimo tego, że był to górski strumień.

Kiedy antykwariusz wreszcie się oderwał od strumienia, rozejrzał się przytomniejszym wzrokiem po okolicy. I wtedy zobaczył, raptem kilkanaście kroków w górę strumienia, leżącą w wodzie martwą sarnę. Pierwszą i oczywistą reakcją było obrzydzenie – do sarny i do dopiero co wypitej wody – ale już drugi rzut oka wygłodniałego podróżnika pozwolił dostrzec w rozkładających się zwłokach szansę na bogaty w białko posiłek…

Heinrich powoli, nieufnie zaczął zbliżać się do truchła. Starał się opanować przed rzuceniem się na surowe mięso, ale w końcu dopadł sarnę i zaczął palcami wyszarpywać włókna mięśni zdatne do jedzenia. Oczami duszy widział już je piekące się nad ogniskiem… Wtedy zobaczył, że z brzucha padłej sarny wylały się jelita. Leżały w wodzie, poruszane prądem strumienia. Ale jakoś tak pod prąd… Dziwne… To nie były wnętrzności zwierzęcia! Z jego brzucha wystawały jakieś długie, cienkie, elastyczne maski! Jedna z nich wynurzyła się z wody i zaatakowała, chwytając Heinricha za lewą dłoń. W dotyku była zimna i twarda, jakby żylasta.

– Aaaaaaa cooooo jest kurwa???!!! – krzyknął z przerażenia Heinrich, puścił mięcho i zaczął szarpać się z całych sił. Tymczasem z truchła wystrzeliły kolejne macki chwytając go za tułów i głowę i przyciągając do siebie. Bebech sarny rozpadł się, ukazując dziwną mieszankę żywych mięśni, ścięgien i chrząstek. Macki mocno ciągnęły osłabionego Heinricha, jego twarz była coraz bliżej tego przerażającego czegoś. Żeby do tego nie dopuścić Heinrich starał się przewrócić na bok, próbował podkulić nogi żeby móc odepchnąć to coś od siebie, jednocześnie uderzając ręką z mackami o ziemię, chcąc natrafić na jakiś rzeczny kamień. Mimo że był całkiem silny, istota była jednak silniejsza i przyciągała go coraz bliżej. Kiedy twarz antykwariusza była już tak blisko, że smród padliny zaczął dławić mu oddech, stwór trysnął mu w twarz długim strumieniem śmierdzącego zgnilizną płynu. Płyn był kleisty, szczypał w oczy, śmierdział utrudniając oddychanie. Macki cofnęły się uwalniając Heinricha.

Cofając się, Heinrich najszybciej jak tylko potrafił schylił się żeby przemyć twarz z cuchnących wydzielin. Gdy tylko to uczynił od razu zerwał się do biegu. Przebiegł kilkanaście metrów i chowając się za drzewem, żeby zaczerpnąć powietrza, wyjrzał w kierunku, z którego przybiegł. Wszystko wyglądało spokojnie i bezpiecznie. W nurcie strumienia leżała martwa sarna, nie widział żadnych macek ani niczego podobnego, strumyk wartko szumiał na wystających z dna kamieniach, od strony Góry Hood wiał zimny, przenikliwy wiatr. Gdyby nie ochlapane smrodliwą wydzieliną twarz i ubranie Heinricha, wszystko mogłoby by się wydawać snem lub przywidzeniem. Smród skutecznie stłumił apetyt Heinrich.

Podpierając się kijem, ruszył w górę strumienia, licząc, że może jeszcze dziś znajdzie jakieś pożywienie bądź schronienie. Nie uszedł daleko, gdy usłyszał hałas. Niedaleko od niego jakieś zwierzę głośno przedzierało się przez krzaki. Heinrich zatrzymał się i chwilę nasłuchiwał próbując odgadnąć co się zbliża. „Gdybym tylko miał swoją strzelbę ze sobą” – pomyślał – „nie musiałbym teraz uciekać…” Zebrał resztkę swoich sił i zaczął wspinać się na drzewo. Jednak wycieńczenie nie pozwoliło mu się schronić na drzewie… Heinrich kucnął przy drzewie, trzymając oburącz kij – jak włócznię – i rozglądając się za zwierzęciem – to może być ostatnie polowanie, nie tak sobie je wyobrażałem…

Przycupnął, wtulił się niemal w pień drzewa i czekał. Między skałkami i gęstymi, choć niskimi krzakami, w odległości kilkunastu metrów od niego przebiegł mały jelonek. Biegł szybko, ewidentnie uciekał. Za nim słychać było trzaski łamanych gałęzi… Już po chwili w pościgu za jelonkiem przebiegł jakiś stwór… Jak ze snu… Koszmarnego snu! Istota była humanoidalna, wysoka i bardzo potężnie zbudowana. Z punktu widzenia Heinricha miała chyba ze trzy metry, chociaż biegła zgarbiona. Olbrzym! Jednak najbardziej rzucało się w oczy to, że stwór nie miał na sobie ubrania ani butów, za to był cały porośnięty gęstym futrem! Futro było białe, jedynie na łbie potwora Heinrich dostrzegł ciemniejszy lok. Człowiek śniegu? Yeti? W paszczy stwora błyszczały wielkie, zakrzywione kły zaś na przednich łapach miał kilkunastocentymetrowej długości szpony.

– No nikt mi przecież nie uwierzy – powiedział sam do siebie – i tak umrę tu z głodu… Chwilę później po tych słowach, Heinrich wstał i najszybciej jak mógł udał się po śladach, które zostawił ten stwór. Idąc w stronę, z której przygnało jelonka, miał nadzieję, że uda mu się dotrzeć do leża, zanim to coś wróci. A może tam znajdzie jakieś resztki, żeby się posilić, przed ostatnia walką? Może uda mu się pułapka i będzie miał co opowiadac? Może to, a może tamto…Za dużo pytań i wątpliwości przesuwało się przez głowę starego, zmęczonego człowieka. Musiał się skupić. Skupić i naostrzyć swoją broń…

Pomysł, że by iść po śladach stwora był całkiem sprytny – zmniejszał szansę na jego spotkanie, a tego Heinrich zdecydowanie sobie nie życzył… Życzył sobie natomiast bezpiecznego schronienia i sytej, ciepłej strawy, a tego raczej nie miał dostać.

Heinrich ruszył przed siebie. Szedł coraz wolniej, coraz bardziej opadając z sił. Do wieczora udało mu się upolować jedynie jednego jeża, za to tłustego, przygotowanego do zimowania. Niedługo miało zrobić się ciemno, czas znaleźć jakieś miejsce na nocleg. Kolejna noc pod krzakiem nie uśmiechała się wycieńczonemu antykwariuszowi, więc gdy zobaczył wejście do jaskini, wyraźnie poweselał.

Skradajac się, Heinrich poszedł do wejścia od boku. Podnosząc z ziemi kamień nasłuchiwał odgłosów z środka. Stojąc plecami do skały, rzucił kamień do środka, chcąc wypłoszyć „lokatorów”.

Kamień stuknął głucho o ścianę jaskini, potem jeszcze raz i nastała cisza. Otwór wejściowy wyglądał na na tyle niewielki, że trzeba się było schylić, żeby tam wejść.

Zanim wszedł, kijem sprawdził głębokość jaskini, pozbierał gałęzi, runa leśnego i kamieni na prowizoryczne drzwi i ognisko. Poświęcając zapalniczką wcisnął się do środka…

Wejście do jaskini było na tyle niewysokie, że musiał się schylić, by wejść. Natomiast wewnątrz, po krótkim niskim korytarzu, jaskinia rozszerzała się w obszerniejszą komnatę. Idealne miejsce na nocleg! Bez wiejącego wiatru, padającego deszczu i na dodatek z wychodzącym na zewnątrz blisko sklepienia dodatkowym otworem, który, choć zbyt wąski by człowiek mógł się tamtędy przecisnąć, dawał trochę światła i mógł stanowić idealny komin wentylacyjny dla rozpalonego poniżej ogniska. Zresztą, ktoś tutaj już kiedyś palił ognisko, Heinrich widział popiół, ponadpalane kawałki drewna i kości, pewnie resztki z jakiegoś polowania.

Heinrich omiotł pomieszczenie wzrokiem, będzie jeszcze czas na dokładniejsze rozeznanie, jedyne o czym teraz marzył to ciepły posiłek i rozgrzanie zmarznietych starych kości. Wyszedł nazbierać chrustu…

Zbierał chrust póki jeszcze było choć trochę jasno i przynosił do jaskini. Szło mu niesporo, bo miał palce zgrabiałe z zimna i na dodatek ściemniało się już. Kiedy szedł z ostatnią wiązką chrustu poczuł coś mokrego na twarzy… Deszcz?  Nie… To był topniejący płatek śniegu. I następny. Właśnie zaczął padać pierwszy tej zimy śnieg.

Wczołgał się z chrustem do jaskini. Może i dzisiejsza noc będzie głodna, ale nie chłodna. Stare nadpalone drewna i potrzaskane kości rzucił w kąt jaskini i zabrał się za rozpalanie ognia. Kiedy płomienie objęły chrust i zaczęły przyjaźnie tańczyć na drewnie, rozgrzewając zgrabiałe ciało antykwariusza i rozświetlając mrok jaskini, Heinrich rozejrzał się szerzej. Kości było tutaj więcej. Połamanych, porozrzucanych. I czaszki. Ewidentnie ludzkie czaszki…

Heinrich poderwał się, wyciągnął z ogniska płonąca żagiew i zaczął przeszukiwać dokładnie całą jaskinię. – może to ekspedycja profesora? Musieli mieć jakaś broń – mówiąc to sam dodawał sobie otuchy i sił do grzebania przy szczątkach..

Oglądał porozrzucane elementy wyposażenia: podarte ubrania, połamany sprzęt do wspinaczki, porozrywane plecaki. Chociaż były bardzo zniszczone wyglądało na to, że nie są zbyt stare. Szukał broni i znalazł, ale nie taką, jakiej się spodziewał. Wśród kości, resztek lin, rozmokłych kartek i szczątków ubrań znalazł miecz. Heinrich obracał broń w dłoniach, próbując ocenić ile może mieć lat i czy nie zawiedzie go w walce. Miecz wyglądał jak stary, rzymski gladius – krótki miecz nadający się bardziej do pchnięć, niż do cięcia. Nie był zdobiony, rękojeść miał obciągniętą rzemiennymi paskami a głowica wykonana była z ciemnego kamienia. Okucia jelca i głowicy wydawały się być zrobione z posrebrzanego metalu i była to chyba jedyna ekstrawagancja tej broni. Miecz był ostry, minimalnie tylko podszedł rdzą. Dobrze leżał w dłoni. Kilka pociągnięć kamieniem po ostrzu, kilka machnięć w powietrzu wystarczyło, żeby Heinrich się zmęczył. Odłożył miecz i skupił się na dalszych poszukiwaniach, próbował zebrać wszystkie kartki, znaleźć jakiś przedmiot pozwalający zidentyfikować nieszczęśników tu spoczywających… Nic takiego jednak nie znalazł. Policzył jedynie czaszki – wyglądało na to, że leżały tutaj, rozwleczone przez dzikie zwierzęta, szczątki trzech osób. Gdy już kompletnie nie miał sił, dorzucił do ognia, sprawdził zamknięcie jaskini i położył się spać, trzymając w dłoni rękojeść miecza…

Noc nie minęła mu spokojnie. Źle spał. Męczyły go jakieś nieprzyjemne sny, w których nawiedzały go dziwne stwory, męczące umysł i nie pozwalające wypocząć ciału. Dokładał do ogniska przygotowanego wcześniej drewna i kulił się, bardziej z lęku niż z zimna. Widział, że przez większą część nocy pada śnieg, do tego pojawiła się dziwna, granatowo-błękitna łuna, jakby niedaleko jego jaskini. Gdy nie mógł spać, patrzył w płomienie i rozmyślał. Myślał o swoim dzieciństwie, o ojcu, wspólnych polowaniach, kłótniach, zgrabnie przeszedł do czasów spędzonych w Egipcie, otwarciu antykwariatu, wspólnych kominkach z gronem profesorów, Lidze, przyjeździe do Parkdale, raporcie…w myślach odtwarzał treść raportu sporządzonego przez ś.p. Marka… młody traper… jak mu było? Nie to nieistotne… liczne głębokie obrażenia szarpane, coś o brunatnych niedźwiedziach… śnieżnobiała długa sierść…

Gdyby tylko mógł komuś opowiedzieć o tym co widział, gdyby tylko mógł zorganizować polowanie na tego stwora, czyżby nie było to uwieńczeniem jego całego życia? Ech… gdyby tylko wiedział gdzie jest, gdyby miał swoją broń, gdyby nie przyszło mu umierać z głodu i zimna… nie, nie mogę się tak myśleć – skarcił się w myślach Heinrich, przecież na  pewno wysłali ekipę ratunkową za nim. Przecież jest jednym z nich, swoich się nie zostawia na pastwę losu… Pewnie go szukają, jedyne co on sam musi zrobić to nie umrzeć z wycieńczenia, zanim nadejdzie pomoc…

Rankiem, gdy miał trochę więcej sił, zaostrzył swój kij, ze znalezionych lin zrobił wnyki, przymocował miecz do pasa i ruszył na polowanie. Dziś wieczorem nie pójdzie głodny spać…

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s