Zaginiona Ekspedycja 06 Blokhauz Bigwooda

– Ufff – Gerald zrzucił z ramion plecak i z ulgą przysiadł na przewróconym drzewie. Z całej czwórki bohaterów to właśnie on najgorzej znosił trudy wspinaczki, choć całodniowe podejście nie było wcale aż tak strome. Ewidentnie coś go męczyło, nie odzywał się prawie cały dzień. Całkiem dobrze sobie za to radził – zgodnie z oczekiwaniami – mocno zbudowany George, i – wbrew oczekiwaniom – wątły Walter. Nawet Lana szła dzielnie z zaciętą miną, błyskając spod bandaży jedynym okiem.

Jednak ze wszystkich uczestników w najgorszym stanie był Mendoza. Gdy w pośpiechu wyruszali nocą znaleźli go pijanego i mimo tego, że Beach starał się go docucić podczas przyśpieszonych zakupów u Otto Sanda, wciąż nie był za bardzo na chodzie. Teraz, po całym dniu marszu na rauszu a potem na kacu, wyglądał jak jedno wielkie nieszczęście.

Zresztą, pozostałym też wiele brakowało. Ostatnie wydarzenia odcisnęły na nich swe piętno. Bezsenna noc, gdy spłonął dom Kaufmanów i zaginął Heinrich a Lana została ranna, nocna debata a potem szybki wymarsz poprzedzony pośpiesznym pakowaniem i zakupami u rozbudzonego Otta, który znając sytuację bohaterów zaczął wyjątkowo cenić sobie swoje towary… I te wszystkie plotki i domysły, które zdążono im przekazać bladym świtem… Ponoć szeryf ze złą miną się o nich pytał w hotelu. Ponoć nie, nie chciał ich aresztować. Ponoć w zgliszczach nie znaleziono na razie żadnych zwłok. Ponoć…

– Trzeba by tu rozbić namioty. – powiedział Beach. Szczerze liczyłem na to, że uda nam się dzisiaj dotrzeć do gospodarstwa Sandersa i tam przenocować, ale skoro nie ma na to widoków, to przygotujmy się do nocy.

Waltera nie trzeba było przekonywać długo do postoju. Ostatnio dawał z siebie wszystko, czas było wreszcie odpocząć. Miał nadzieję, że koc i pledy, które kupił, wystarczą na zimną noc pod namiotem.

Beach rozpalił mały ogień i coś zaczął przy nim pichcić, ale grupa była tak zmęczona, że najchętniej położyłaby się spać bez rozkładania namiotów i bez kolacji. Dopiero po chwili odpoczynku siły zaczęły bohaterom wracać a zapach smażonego bekonu uświadomił im, jak bardzo są głodni.

Dunn szarpał się z namiotami. Jak każdy, chciał czym prędzej pójść spać – choć bardziej współczuł towarzyszom, oni w końcu nie spali prawie 24 godziny już chyba – Niech ktoś mi z tym cholerstwem pomoże! – rzucił w złości kijek o ziemię i machnął rękami – Walter, popatrz, może to tylko mnie przerasta? – zawołał przyjaciela by razem już szybciej rozłożyć namiot.

Gerard, podszedł do Lany trzymając małą buteleczkę i bandaż w ręku.

– Panno Skylight, proszę pozwolić na chwilę, muszę zmienić opatrunek. Jak się Panna czuje?

Lana nie wygladała dobrze. Wciąż nie mogła się otrząsnąć z szoku po stracie oka i Heinricha. – Nigdy nie czułam się lepiej – odparła, ale słowa przeczyły oczywistym faktom.

Po zmienieniu bandaży Wilson-Burch powoli zaczął rozkładać drugi namiot, zmęczenie i stres powoli zaczęły dawać mu się we znaki – podróż, ponad doba bez snu i trudna operacja na koniec. Po czym usiadł przy ogniu, mechanicznie rozłożył karabin i zaczął go czyścić. Zawsze go to uspokajało w okopach.

Tymczasem Beach zaczął rozdawać wszystkim miski z plastrami wypieczonego na smalcu bekonu i grubymi pajdami chleba.

– Jutro dotrzemy do gospodarstwa Desmonda Sandersa. Desmond dobry chłop jest, można u niego dokupić świeżego jedzenia i zatrzymać się na nocleg, jeżeli nam się nie śpieszy. Ale potem trzeba podjąć decyzję, gdzie dalej. Można do blokhauzu, gdzie mieszkała ekspedycja Zwinkela, ale tam teraz mieszka Bigwood i on na pewno nas nie przyjmie. Albo można bardziej na południe, do traperów. Tych, co z nimi mieszkał młody Orlando Shepherd, zanim go niedźwiedź nie zagryzł. Oni nas pewnie chętnie przenocują, chociaż syf u nich straszny, bo baby nie ma ani jednej. A potem to już chyba w kierunku góry Hood, co do niej chcieliście iść… Trzeba by to zrobić szybko i wracać, zanim śnieg nie spadnie.

– Myślę, że nikt za nami z miasta specjalnie nie będzie szedł, pewnie jak coś to szeryf poczeka na nasz powrót, czyli ścigamy się tylko z zimą i śniegiem – Dunn zbliżył się do ognia by rozgrzać skostniałe po rozkładaniu namiotu dłonie – Przenocujmy tu dziś i ruszajmy skoro świt do Sandersa, tam uzupełnimy zapasy i w zależności od siły pójdziemy dalej, bądź przenocujemy u niego. A potem droga do blokhauzu – tam bym się kierował i tak musimy pogadać z Bigwoodem, a jak nasz nie wpuści to rozbijemy obóz w okolicy i pójdziemy w góry, co Wy na to?

– Jestem za. Musimy dowiedzieć się o losach wyprawy jak najwięcej, nawet jakby Bigwood nie był skory do rozmowy. Każdy traper, który pomagał profesorowi może swoimi spostrzeżeniami uratować nam życie – powiedział wymownie patrząc na Mendozę.

Mendoza budził równocześnie wstręt i szacunek. Wstręt budziło jego opilstwo, jego brak kontroli i słaba kondycja, dziwna u kogoś, kto dużo chodził po górach. Szacunek zaś jego determinacja, by odwrócić kartę losu: od początku wyprawy, mimo że przepicie i brak kondycji ledwo na to pozwalały, szedł dzielnie. Cały czerwony, spocony i śmierdzący nie opóźniał jednak wyprawy bardziej, niż przeładowani sprzętem bohaterowie – widać jednak było, że każde sto jardów to dla niego walka.

Teraz, wyrwany do odpowiedzi spojrzeniem Smitha, powiedział krótko: – Jak coś sobie przypomnę, to powiem. Z Bigwoodem mało rozmawiałem, bo on dziwny był. Z nikim za bardzo nie gadał.

Gerard gestem podziękował Beachowi za jedzenie. – Zgadzam się, mamy się dowiedzieć, co się stało z wyprawą i profesorem, trzeba przynajmniej spróbować porozmawiać z Bigwoodem – informacje z pierwszej ręki są zwykle najlepsze.

– Ale podobno już się z nim widzieliście i nie porozmawialiście zbyt długo. – odparł traper – Mendoza, przynieś jeszcze drewna do ogniska! O czym to ja… A, Bigwood. Zapowiedział w miasteczku, żeby go nie nachodzić, bo sobie tego nie życzy. To dziwny człowiek jest… Jak dla mnie, to źle mu z oczu patrzy… Choć w to, że uroki rzuca, to nie wierzę…

Gerard skończył składać karabin i potrząsnął głową – Eh, źle zrobiliśmy nie szukając pana Hertzberga, dręczy mnie to. Ale na zmianę decyzji już za późno, mam tylko nadzieję, że nie będziemy tego żałować w przyszłości. Panno Skylight, nic więcej nie udało się pannie przypomnieć? – zwrócił się do Lany.

Jak byliśmy u szeryfa rozmawialiśmy o tej Kaufman. Ich dom spłonął. Ja żyję. Heinrich prawdopodobnie nie. Prawdopodobnie żyję dzięki niemu… – głos Lany się załamał.

Dziennikarz przyglądał się lekarzowi polowemu, a zwłaszcza bagażom, które ten zapakował na muła i woził ze sobą. – Panie Gerardzie, gdy służył Pan podczas Wielkiej Wojny, dowodził Pan ludźmi? Chodzi mi o to, że nigdy nie byłem w takich kryzysowych sytuacjach, a dobrze byłoby wiedzieć, co robić jakbyśmy zostali zaatakowani na przykład przez Indian.

– Nie, niestety nie dowodziłem niczym poza zespołem sanitariuszy i raz zdekompletowaną drużyną, gdy okazało się ze wyższych stopniem zabił szkopski granat i snajperzy. Jedyne, co wtedy zrobiłem to bezpiecznie wyprowadziłem pozostałą czwórkę dzieciaków ze strefy walki do okopu i potem do obozu. Nic więcej nie dało się zrobić, wycieczka skończyła się całkowitym fiaskiem. A co do Indian i innych wyżej rozwiniętych napastników to chyba mogę powiedzieć tylko tyle: nie dać się złapać na odsłoniętej pozycji, chronić się wzajemnie, nie dać się otoczyć – takie proste zasady taktyczne. I tak nigdy do końca nie działają.

George Herman Dunn zawsze był spostrzegawczy. To pomagało mu i na boisku, i w życiu. Także i teraz to właśnie on wypatrzył przypatrujące się im z mroku, spod gałęzi niedużego świerka, oczy. Wilcze oczy. Wilczur stał tam jakby przyczajony, prawie niewidoczny w zapadającym zmroku i patrzył na obozowisko.

– Hej Beach – baseballista podszedł do trapera – spójrz tam – wskazał głową miejsce gdzie stał wilk – dużo tu ich będzie? Troszkę się boję zasnąć z myślą, że kręcą się przy obozowisku… Może by tak strzelić do niego?

Beach poderwał się do swojej strzelby, leżącej przy jego plecaku, a w tym czasie Dunn miał okazję przyjrzeć się wilkowi. Osobnik był chyba stary, bo miał chudy, siwy pysk i nie był zbyt duży. Popatrzył jeszcze chwilę przenikliwym, bystrym wzrokiem, schował się pod gęste gałęzie świerka i tyle go było widać. Wtedy podbiegł traper ze strzelbą, wycelował w miejsce, skąd obserwował ich wilk i wypalił w tamtym kierunku ze strzelby. Śrut poszarpał gałęzie. Na odgłos wystrzału z broni gładkolufowej i widok zniszczonych śrutem gałęzi Lana wzdrygnęła się.

Huk wystrzału rozbrzmiał w głowie Lany ponownie. Przebłysk świadomości przebił się z  niebytu, ale podświadomośc natychmiast wyrzuciła złe wspomnienie. Lana zacisnęła zęby. „Trzeba iść i walczyć”

Gerard załadował karabin, coraz bardziej zły, że nie może po prostu położyć się spać. Jeżeli jest tu wilczur, to pewnie też samica i reszta watahy, Wilson-Burch rozejrzał się uważnie. Nie dostrzegł jednak ani starego samca, ani innych wilków. W ogóle nie widział zwierząt, widocznie ogień i wystrzał odstraszyły je skutecznie.

Dunn siadł przy ogniu chcąc złapać jak najwięcej ciepła. Rozglądał się po okolicy jak by chciał przebić wzrokiem ciemność i okoliczne zarośla – Nie podoba mi się spanie tu – marudził jak przystało na miastowego nie czuł się dobrze nocą w lesie. Pociągnął solidny łyk whisky z butelki na podniesienie ducha – Beach, czy robimy jakieś warty? Kto jak się czuje? Ja jak coś mogę pierwszy pilnować ognia, w końcu spałem kawał czasu i chyba ja jedyny jestem wypoczęty, jako tako. Niech karabin ma ktoś, kto umie strzelać, ale ja jak bym miał warte to chętnie go pożyczę, nawet po to, by strzelić do wilków, by obudzić wystrzałem całą ekipę.

* * *

Noc minęła bohaterom spokojnie. Byli bardzo zmęczeni, więc poza tymi, którzy w półdrzemce pilnowali obozowiska, spali mocnym i głęboki snem, zupełnie nie zakłóconym przez zimną noc, trudne warunki i ostatnie wydarzenia.

Rano zebrali sprawniej, niż wieczorem rozbijali obozowisko i ruszyli w drogę, zostawiając po sobie ciepły popiół ogniska, trochę śmieci i resztek jedzenia, którego mieli na razie w bród. Kiedy nadszedł późny ranek i wyprawa odeszła, zapanowała leśna cisza, zakłócana tylko szumem wiatru w gałęziach i śpiewem ptaków. Wtedy spod gałęzi wyszedł chudy wilk. Podszedł do resztek, czujnie nasłuchując. Postał chwilę wpatrzony w porzucone miejsce biwakowe, jakby nasłuchując czy wąchając a potem podszedł nieśpiesznie i zabrał się za przegryzanie pozostawionych resztek.

* * *

Wyprawa dotarła po kilku godzinach do rancza Sandersa. Już z odległości widać było piękne łąki, na których pasły się owce. Desmond Sanders okazał się być bardzo gościnnym człowiekiem. Miło porozmawiał z przybyłymi, którzy wzbudzili ciekawość jego, jego obu dorastających córek i nielicznych pracowników. Zaopatrzył ich także w świeże sery owcze i gotowane jajka, biorąc za nie śmiesznie małe pieniądze.

Kiedy odchodzili w dalszą drogę, koło godziny 14, osobiście ich żegnał i udzielał ostatnich porad i wskazówek, odpowiadając na ich pytania.

Smith próbował zagadnąć juhasów o okoliczną faunę, w szczególności o pumy śnieżnej maści i żółtogłowe kosy, a także o przypadki błękitnej zorzy polarnej. Ciekawiło go, czy z dala od Parkdale nieufność wobec obcych też była tak silna, liczył na to, że jednak nie zrazi do siebie pasterzy i dowie się czegoś przydatnego.

* * *

Szli, szli i szli. Do wieczora, potem cały dzień i jeszcze większość kolejnego dnia. Fakt, że podróż zabiera dwa razy więcej czasu niż powinna, nie wydawał się stresować Beacha. W końcu płacone miał od dniówki a podróż nie była zbyt ciężka. Wprawdzie teren był trudny a noce bardzo zimne, ale jednak żywności mieli dużo, ekwipunek odpowiedni a ubrania ciepłe. W dodatku nie szli szybko, więc wyprawa miała w sobie coś z wycieczki krajoznawczej.

Zaniepokojony był tylko raz, kiedy znaleźli na szlaku ślady jakiegoś obozowiska. Odciski podkutych butów, ślady podków… Kilka osób urządziło sobie tutaj nocleg, nie dalej niż tydzień temu. Beach stwierdził, że dwie, może trzy osoby – ale czy się nie mylił?

Do blokhauzu dotarli późnym popołudniem. Budowla wyglądała ponuro. Kanciasty budynek z surowych bali drzewnych, niewielki i niski, jakby nadepnięty butem olbrzyma, wydawał się być wtopiony w leśne zbocze. Zamiast okien miał zbite z desek okiennice, podobnie drzwi były zrobione z surowych, nieheblowanych desek. Nad pokrytym mchem dachem wznosił się komin, z którego wydobywał się niewielki dym. Poza blokhauzem, jedynymi widocznymi śladami obecności ludzi były wydeptane ścieżki. Nic więcej tutaj nie było. Żadnego ogródka, pola uprawnego, stajni…

Dunn podszedł wolnym krokiem do drzwi, rozglądając się uważnie po okolicy. Odwrócił głowę i spojrzał po twarzach towarzyszy, po czym mocno pięścią załomotał o drzwi – Panie Bigwood! Proszę otworzyć! Musimy porozmawiać! – krzyknął i jeszcze raz załomotał.

Po chwili drzwi otwarły się powoli i spojrzenie Dunna spotkało się ze spojrzeniem wystraszonego, umorusanego chłopca, na oko dziesięcioletniego. Młody był ubrany w noszące łaty, trochę brudne ubranie. Patrzył na górującego nad nim, mocno zbudowanego futbolistę z wyraźnym przestrachem.

– Jest tu ktoś dorosły? – Smith nie chciał zabrzmieć groźnie dla dzieciaka, ale chyba wypadł ostrzej niż zamierzał, może przez tą myśl, która zakiełkowała mu, gdy nie zobaczył w drzwiach spodziewanego Bigwooda – że pod jego nieobecność mogliby wedrzeć się do baraku siłą i traper nie mógłby ich zignorować, tak jak w mieście. Zwłaszcza, jeśli chłopak byłby z nimi.

Chłopak zastawił sobą wejście, starając się nie wpuścić obcych do środka. W blokhauzie było ciemno i pachniało z niego stęchlizną i stajnią.

– No młody, odpowiadaj jak Cię starsi pytają – Dunn poklepał malca po ramieniu i już połową ciała był wewnątrz zaglądając w głąb czy kogoś innego tam nie widać.

Dzieciak, który mimo oporu został stanowczo odsunięty na bok, zdenerwował się. – Yyyyyeee – wystękał głośno jak niedorozwinięty, choć nic nie wskazywało, żeby był opóźniony w rozwoju. Blokhauz wyglądał w środku biednie. Mocne i bezpieczne schronienie przed pogodą i niebezpiecznymi zwierzętami miało tylko jedną dużą izbę, która była równocześnie sypialnią, kuchnią i stajnią. Piec z blachą do gotowania był przy ścianie mniej więcej w środku pomieszczenia. Na lewo od pieca stały łóżka, skrzynie i półki – to była ewidentnie mieszkalna część – a z drugiej strony, na wysypanej podściółce, stał sobie muł, przy którym leżały dwa wiadra, kilka worków z paszą a na ścianie kilka narzędzi.

– Wygląda na to, że nikogo nie ma. Ojciec jest w mieście? Będziemy musieli schronić się u Was, chociaż na dzisiejszą noc. Mam nadzieję, że się pomieścimy – Smith wszedł do środka pilnując, żeby chłopak miał zastawione wyjście. Zapytał go o ojca odruchowo, nikt im nie mówił nic o rodzinie Bigwooda. Możliwe, że chłopak rzeczywiście był upośledzony i traper przygarnął go żeby pomagał mu w obejściu. Albo w innych celach – Ci wieśniacy już niczym by go nie zaskoczyli.

Przerażony chłopak najpierw zaczął wypychać przybyłych na zewnątrz – wydając przy tym to samo niepokojące „Yyyyyy” co poprzednio, potem rzeczywiście wyglądał, jakby chciał w panice czmychnąć z chaty a wobec zatarasowania wejścia poszedł w kierunku muła i siadł skulony pod ścianą, obserwując przybyłych spod oka.

Gerard widząc, że jego współtowarzysze dobrze sobie radzą, postanowił zabezpieczyć tyły, ściągnął plecak i broń z ramienia, uważnie się rozglądając po okolicy. Zwrócił się do traperów:

– To syn Bigwooda? Widzieliście go tu wcześniej? Podczas wyprawy Profesora tez tak tu wyglądało czy coś się zmieniło?

– Ja tu nie byłem. Mendoza, co pamiętasz?

– Tak było, jak jest, tylko blokhauz nowszy był. A potem tu nie łaziłem, co innego robiłem. Chłopaka pierwszy raz widzę, ale słyszał żem, że doktor przygarnął jakiegoś pętaka sierotę. Nie pamiętam, jak mu było, ale to pewnie ten.

Okolica, którą obserwował Gerald, wyglądała spokojnie. Las był wprawdzie niepokojący – ciemny, ponury i gęsty, ale nie wyglądało na to, żeby ktoś nadchodził albo ich obserwował. Lana nie miała złudzeń – nic się tu nie dowiedzą, jednak wszystkim należał się postój. Nie podobało jej się, że nie ma Bigwooda. Skylight chłodnym okiem zlustrowała okolicę i blokhauz.

– Przeczucie mówi mi, że noc tutaj będzie długa. Beach ile stąd drogi teraz do celu?

– Normalnie jakieś półtora dnia. Czyli jak dla nas – trzy dni, jeżeli nie będzie dodatkowych utrudnień.

Dunn rozglądał się już w środku, jakby nie dowierzając, że chłopak sam siedział w blokhauzie, ale przecież nie było tu innych pomieszczeń, nie było gdzie się schować, więc Bigwooda nie ma. „Sam nie wiem czy to dobrze czy źle” – pomyślał. – Hej Panowie, ładujcie się wszyscy, bo zimno się robi z tymi otwartymi drzwiami – swoją droga George zastanowił się, czy wszyscy się zmieszczą? I jak na to zareaguje malec? Podszedł do niego i kucnął, by zrównać się z nim choć troszkę – Hej, jak Ci na imię? – spytał najspokojniej jak umiał, uśmiechając się przy tym – Ja jestem George – wskazał palcem na siebie – a Ty? Gdzie jest Twój… hmm.. ojciec? Mówił, kiedy wróci? Musimy z nim porozmawiać – wyszczerzył zęby w serdecznym uśmiechu.

Chłopiec nie reagował na próby porozumienia czynione przez Georga. Popatrzył na rozglądającą się po obszernym, choć niskim pomieszczeniu grupę ludzi, po czym schylił głowę między kolana i nakrył ją rękami. Na skórze rąk chłopaka George zauważył blizny i tatuaż. Jedne blizny były nieregularne, jakby były efektem ran lub głębokich zadrapań, inne przeciwnie, układały się w tajemnicze symbole. Podobnie tatuaż przedstawiał jakiś dziwny znak lub symbol, chociaż został wykonany brzydko, jakby chałupniczo.

A to ciekawe – pomyślał – po czym wstał nie zajmując się dłużej chłopakiem – Nie zabawimy tu długo – rzucił wszem i wobec Dunn – proponuję przeszukać dokładnie cały blokhauz i najbliższą okolicę, a rankiem ruszamy dalej w góry. Młody nie bardzo jest skory do współpracy, więc w miarę możliwości zróbmy mu delikatnie zdjęcia, bo poza tatuażem – wskazał na malca – ma też coś jak rytualne blizny, sam nie wiem, niech ktoś rzuci okiem – powiedział Dunn i już po chwili rozglądał się i metodycznie, ale ostrożnie przetrząsał zakamarki chaty.

– Blizny? – Smith zainteresował się.- Nic dziwnego, że jest taki wypłoszony… Panowie, Bigwood ma reputację „dziwaka”, nie widzicie, co się tu dzieje? Może potrzeba będzie zabrać to dziecko… -dziennikarz podszedł do chłopaka i łagodnym głosem starał się go uspokoić. – Już dobrze, nie jesteśmy wrogami. Przyszliśmy tylko schronić się przed nocą. Pokaż, co tam masz – powiedział nachylając się powoli i oglądając ręce chłopca. Żałował, że nie wzięli z Parkdale czekolady do swoich zapasów na drogę. Tatuaże ani blizny – te, które układały się we wzory – nie wyglądały jednak dla Waltera znajomo.

– Hej chłopcze, jak ci na imię – Lana podeszła lekkim krokiem do dziecka i delikatnie, żeby nie przestraszyć, uśmiechnęła się. Efekt niestety popsuło zasłonięte oko, ale dobrą intencję dało się wyczuć. – Co robisz sam na takim odludziu…?

Zainteresowanie Waltera i Lany nie zmieniło postawy chłopca. Dalej siedział skulony, nie reagując na ich próby delikatnego nawiązania kontaktu. Co jakiś czas spoglądał na przybyłych, lecz w jego spojrzeniu nie było już strachu – bardziej rezygnacja, współczucie i smutek. Rękami obejmował teraz chude kolana i dziennikarz wraz z agentką dokładnie widzieli blizny na jego rękach. Oraz te, które miał na torsie i które wystawały spod rozpiętego kołnierza znajdującej się pod swetrem zbyt dużej męskiej koszuli. Rany, które je spowodowały, z pewnością były dla dziecka bardzo bolesne.

Dunn, który rozglądał się po izbie, widział, że dużo miejsc do przeszukania nie ma. Na piecu coś bulgotało w garnku. Coś, co całkiem smakowicie pachniało. Przy piecu stały dwa niestarannie wykonane regały. Na pierwszym poukładane były okopcone naczynia – garnki, patelnie, metalowe kubeczki. Na drugim stały worki z mąką, kaszą, suszonym mięsem a także zioła. Łóżka nie wyglądały zachęcająco, nawet te dwa, które były używane. Koło łóżek stały dwie skrzynie – bardzo duża, drewniana, wyglądająca na dość nową i mniejsza, także drewniana, tylko z metalowymi okuciami. Ta była zamknięta na kłódkę. George nie zauważył żadnej klapy w podłodze ani niczego podobnego, chociaż być może jakieś schowki tutaj były. W sumie cały blokhauz był urządzony bardzo spartańsko i ewidentnie nie oferował żadnych wygód. Dziwne, że ktoś z tytułem doktora chciał mieszkać w takim miejscu…

– Co sądzisz o tym Dunn – Lana rozejrzała się teraz dokładnie – Ten mały chyba sam sobie nie gotuje posiłku, a to znak że Bigwood jest blisko. A patrz na te skrzynie. Ta nowsza, ciekawe, co ma w środku. A ta zamknięta. Sprawdzamy obie…?

– Troszkę to niegrzeczne – George posłał Lanie uśmiech – pewnie, że sprawdzimy, zacznijmy od tej otwartej – po czym już się do niej dobierał – otwarta – znaczy można spokojnie obejrzeć – powiedział jak by sam siebie usprawiedliwiał. Skrzynia była bardzo duża i zawierała ubrania. Same ubrania, których zmieściło się do niej całkiem sporo. Spodnie, koszule, bielizna, kilka kurtek. Jakieś zużyte trzewiki. Dwa kraciaste koce. Niektóre ubrania były czyste i poskładane, ale większość zabrudzona i wbita w skrzynię byle jak.

Potem Dunn obejrzał drugą skrzynię, tą zamkniętą, starając się ocenić czy ciężko będzie ją otworzyć i czy w ogóle warto się do niej dobierać… Skrzynia była przynajmniej o połowę mniejsza od tej z ubraniami i okuta. Kłódka, na która była zamknięta, wyglądała solidnie – ale nie była jakimś szczytowym osiągnięciem techniki w dziedzinie zabezpieczeń.

– Nie jesteśmy złodziejami, ale jak przytomnie zauważyłeś, blokhauz i jego wyposażenie były finansowane przez Ligę – powiedział Smith raczej do traperów, niż do Dunna. – Znam się trochę na otwieraniu zamków, mógłbym spróbować. Dobrzy byłoby jakby tylko ktoś stanął na czatach.

Kiedy Walter zaczął operować przy kłódce od okutej skrzynki, chłopiec poderwał się na nogi i z głośnym krzykiem rzucił się biegiem w jego kierunku. Głośny, nieartykułowany krzyk w zamkniętym pomieszczeniu zabrzmiał przeraźliwie, świdrując uszy obecnych.

– Czekaj! – krzyknęła Lana w kierunku Dunna i przytomnie pochwyciła chłopaka, który wyrywał się jak węgorz krzycząc przeraźliwie. Dźwięki wydawane przez chłopaka nie przypominały mowy, bo i nie mogły jej przypominać. W otwartych w świdrującym krzyku ustach chłopca Lana zobaczyła świeżą, nie wygojoną jeszcze ranę po wyrwanym lub wyciętym języku. Kto mógł tak okaleczyć dziecko? Chwilę zaskoczenia dzieciak wykorzystał, by wyswobodzić się z uchwytu Lany. – Łap go Smith!

Gerald słysząc wrzask ze środka krzyknął na Mendozę – Zostań tu! – po czym przymrużył oczy i z impetem wparował do blokhauzu rozglądając się za źródłem niebezpieczeństwa. Zmrużenie oczu i otwarcie ich dopiero w pomieszczeniu pozwoliło mu szybciej dostosować wzrok do panującego w izbie półmroku. Zobaczył Waltera nachylającego się nad kłódką od okutej skrzyni oraz wrzeszczącego dzieciaka, który wyrwał się z uchwytu Lany i pędził w kierunku dziennikarza.

Dunn poderwał się o mało nie waląc głową w sufit, obrócił na jednej nodze i rzucił za małym. Po krótkiej chwili szamotaniny i pogoni złapał wijącego się jak węgorz chłopaka swymi silnymi dłońmi i potrząsnął silnie – Uspokój się kurwa! – trzymał mocno dziwiąc się ile siły może być w tak wątłej osóbce. Młody krzyczał cały czas, trzymany w mocnym uścisku byłego baseballisty. Wtedy także George zobaczył w ustach chłopaka niewygojoną ranę po usuniętym języku. Poczuł, że przechodzą go ciarki a jego wielkie łapska pokryły się gęsią skórką.

– Czekaj! – krzyknął Gerald, orientując się w sytuacji – może on nie chce nas powstrzymać ale ostrzec przed tym co jest w skrzyni!

Smith zadrżał słysząc reakcję dziecka. Nie miał jednak czasu obserwować szamotaniny… Improwizowane narzędzia, z których korzystał, mogłyby się złamać w zamku pod naporem jego noża. Ostatnio, przy włamaniu na posterunek, miał chociaż narzędzia z garażu szeryfa, teraz tylko swój kozik i drucianą oprawę okularów.

Kłódka szczęknęła i otwarła się. Walter podniósł wieko skrzyni, po czym naprężył się jakby rażony prądem, wygiął w łuk i runął do tyłu na podłogę, wciąż wygięty do tyłu, uderzając głową o podłogę. Oczy miał otwarte, ale jakby nieobecne. Skrzynia była pełna książek i innych papierów. Niektóre książki wyglądały na stare, wszystkie zaś były mocno zużyte.

Walter leżał przez dłuższą chwilę starając się pozbierać myśli. „Żyję” pomyślał. „Co się stało? Co ja zobaczyłem w tej skrzyni?”. Dziennikarz wstał i otrzepał się spoglądając na towarzyszy. – Przepraszam Panowie, to chyba jakiś odruch nerwowy, skutek stresu i przemęczenia. – Spojrzał ukradkiem na chłopca i podszedł do skrzyni. – Tak więc co my tu mamy? – zaczął delikatnie przeszukiwać zawartość, starając się niczego nie uszkodzić. – Zapiski profesora? Dunn trzymając chłopca podszedł bliżej by widzieć, co jest w środku.. Zdał sobie sprawę, że z napięcia chyba przydusił gówniarza i skarcił się w myślach – wiele przeszedł młody… kto mu to zrobił? Bigwood? Szaleniec… a w mieście sprawiał wrażenie nieszkodliwego.

W skrzyni Walter znalazł zestaw przyborów do pisania: ołówki, inkaust i kilka wiecznych piór, ryzę czystych kartek. Były też książki i zapiski, a wśród nich pięciotomowe wydanie „North American Indians”, „Common Patterns in Primal Religions”, oraz smakowitości takie jak „The Witch-cult in Western Europe z 1921 oraz „Der Hexenhammer”, wydanie niemieckie z roku 1906. Były także cztery grube, twardo oprawione kajety pełne notatek i zapisków, owinięte troskliwie, jakby dla ochrony, kawałkiem cienko wyprawionej skóry. Trzy z notesów były wypełnione notatkami i czasem rysunkami, trzeci zapisany najwyżej w dwóch trzecich. Czwarty był czysty. Były także luźne kartki, zrolowane i wsunięte do dwóch kartonowych tub.

Smith całkowicie zatracił się w przeglądaniu zdobyczy, zapominając całkowicie o chłopaku. Odłożył na bok większość książek – o Indianach pewnie więcej praktycznych rzeczy wiedzą ich traperzy a księgi o wiedźmach badacze zabrali zapewne tylko dla zabicia nudy. Jego uwagę zwróciły natomiast kajety i tuby. – Zapiski wyprawy profesora… Panowie, Ms. Skylight – jeśli dobrze poprowadzimy rozmowę z Bigwoodem, może nie będzie potrzeby ruszać w góry. Dowiemy się, co stało się z wyprawą. Byle tylko wśród tych rzeczy były rysunki rytów. Proponuję to schować i nie wspominać na razie gospodarzowi, że odebraliśmy własność Ligi. Jutro moglibyśmy zrobić postój trochę wcześniej i chociaż pobieżnie zapoznać się z materiałami.

Grube bruliony zawierały sporo notatek pisanych równym pismem, zielonym atramentem. Wyglądało na to, że są w nich przepisane całe rozdziały książek, także obcojęzycznych, wraz z tłumaczeniami i komentarzami. Co więcej, znajdowały się tam także naniesione na tekście i na marginesach dalsze komentarze, tym razem w kolorze ciemnogranatowym. W trzecim tomie już większość tekstu była pisana już tylko na granatowo. W tubach były zaś notatki na temat Gór Kaskadowych i – zgodnie z przewidywaniami Waltera – były także rysunki jakichś znaków. Być może były to właśnie te ryty naskalne, o które chodziło naszej wyprawie… Walter z zafascynowaniem oglądał papiery i był tym tak pochłonięty, że nie zwrócił nawet uwagi na cienką strużkę krwi cieknącą mu z nosa. Dopiero, gdy parę kropel rozbłysło czerwienią na przeglądanych papierach Bigwooda, zauważył krwotok. „Cholera” pomyślał, ocierając twarz rękawem i zatykając nos – No nic, za dużo tego na dziś wieczór, może jeszcze do snu poprzeglądam… Na razie przepraszam wszystkich. – powiedział, po czym wstał i wyszedł na z blokhauzu. Okrążył budynek, żeby nie stać akurat pod oknem i pochylił głowę pozwalając spłynąć krwi. „to tylko pozory z tym brakiem zmęczenia, zwykła adrenalina. Coś czuję, że odchoruję jeszcze jak wrócimy do domu”. Krwotok nie był duży, krew szybko przestała płynąć.

George pomimo tak okazałych znalezisk nie przykładał już więcej uwagi do książek i zapisków. Przeszedł z malcem pod pachą do tamtego miejsca, gdzie wcześniej siedział skulony i tam go posadził obserwując reakcje na dalsze grzebanie w skrzyni. Malec siedział spokojnie, obserwując tylko przybyłych z miną dzikiego zwierzątka. Dunn zastanawiał się, jak zareaguje Bigwood i kiedy przyjdzie, bo miał przeczucie ze lada moment stanie w drzwiach.

Gerard nie wtrącał się w przeglądanie rzeczy Bigwooda, patrzył tylko z dezaprobatą na poczynania swoich towarzyszy. Zamiast tego postanowił się zająć chłopcem. Jak dzieciak usiadł ponownie w swoim „bezpiecznym miejscu”, lekarz podszedł do niego. Na początek zbadał stan chłopca i uważnie obejrzał blizny na jego skórze, krzywiąc się na myśl, jakie tortury chłopak musiał przeżywać. Postarał się przy okazji naszkicować znaki i blizny na wolnym arkuszu papieru. Chłopiec był chudy i zaniedbany. Miał brudne uszy, paznokcie i skórę. Miał usunięty język, ale jego słuch wydawał się prawidłowy – przy czym chłopak zdecydowanie nie ułatwiał Geraldowi badania. Gerald starał się z nim w jakiś sposób z nim porozumieć, starając się odgadnąć gesty chłopaka, pisząc słowa albo rysując ideogramy i pokazując mu je, ale nie przyniosło to pozytywnego rezultatu.

– Chyba będziemy go musieli zabrać ze sobą, – Wilson-Burch zwrócił się do towarzyszy wskazując na chłopca –  nie możemy zostawić go tutaj, aby był poddawany kolejnym torturom.

– Panowie – powiedział George – i droga Lano. Nie zabieramy chłopaka. Jak by mu było źle to by sam uciekł, skoro Bigwooda nie ma całymi dniami. Proponuję zbierać się do snu i uzgodnić warty, wiem że dziś też szliśmy cały dzień i wszyscy są zmęczeni, ale nawet tu nie bardzo uśmiecha mi się spać bez warty. Popadam w jakąś paranoję chyba – Dunn siadł na jednym z nieużywanych łóżek najpierw oklepawszy je by sprawdzić jego stan i zawartość robactwa. Łóżka były zaniedbane i w normalnych warunkach nie wyglądałyby zachęcająco, ale w sumie nie różniły się wiele standardem od posłań przy ognisku. Zaś na piecu coraz intensywniej pachniało przypalające się chyba jedzenie. Lana z niechęcią rozejrzała się po pomieszczeniu. Kiedy jej towarzysze przeszukiwali skrzynie i zajmowali się chłopakiem, podeszła do pieca i korzystając z leżących nieopodal szmat, tak aby się nie poparzyć, ściągnęła gotujący się gar z gorącej blachy. Gar okazał się lżejszy, niż podejrzewała. Był duży, ale porcja w środku była na jedną, najwyżej na dwie osoby. Apetycznie pachniała. To była aromatyczna porcja sofky, indiańskiej zupy na mące kukurydzianej, mamałydze i dowolnym mięsie z warzywami. „Kto to przyrządza… chyba nie ten mały”. Jakiś wewnętrzny głos zaczął jej podpowiadać niedobre scenariusze wypadków.

– Nie wiem czemu, ale mam przeczucie, że nie powinniśmy tu nocować… Panowie, który z was ma pożyczyć broń? – Lana zdrowym okiem przyjrzała się swoim zmęczonym przyjaciołom oraz traperom. Szczególnie traperom. Beach wyglądał na podenerwowanego. Wcześniej odradzał przyjście do tego miejsca a teraz rozglądał się niepewnie w przestrachu. Mendoza przez cały czas od wyjścia z Parkdale nie pił. Zebrał się w sobie i szedł tak dzielnie, jak umiał. Teraz przegrzebał półki z jedzeniem i znalazł tam flaszkę. Lana zobaczyła, że zdążył już pociągnąć kilka łyków i zamierza zciągnąć następne. Dunn też to widział i rozumiał Mendozę – gęsta atmosfera tego miejsca powodowała także w nim dziwny niepokój, tak łatwy do ukojenia kilkoma łykami czegoś mocnego… Oj tak – pomyślał – poczuć ten kojący smak.. – aż zamlaskał – ale sięgnął do tobołków i wyciągnął swoja flaszeczkę z alkoholem z hotelu. Chwile zmierzył wzrokiem jej stan – na dwa palce zostało.. westchnął i pociągnął spory łyk.

– Mendoza, Beach, gdzie według was może być teraz Bigwood? I jak to się stało, że udało wam się przeżyć ekspedycję Zwinkela?

Zajęty flaszką Mendoza zignorował pytanie, zaś Beach niepewnie odpowiedział: – Mam nadzieję, że daleko stąd. Zostawmy to wszystko jak jest i ruszajmy stąd jak najwcześniej rano. Ja w ekspedycji Zwinkela nie byłem, jak już mówiłem wiele razy, ale cieszę się z tego. Dziwnych spraw szukacie panowie, dziwnych… Boję się, czy to bezpieczne jest.

Po chwili Walter wrócił i zaczął szykować sobie miejsce do spania, zanim jednak się położył  poszukał jakiejś lampy Bigwooda i sprawdził jego przybory pisarskie. Szczególnie interesowało go, z jakich atramentów korzystał doktor. Buteleczka po zielonym była pusta, granatowego było jeszcze pół buteleczki.

Tymczasem zapadła już ciemność za oknem i czas był by zjeść kolację i położyć się spać. Chociaż atmosfera, która się wszystkim udzieliła, nie nastrajała do posiłku, to spać się wszystkim bardzo chciało. Beach wprowadził muła do środka i nakarmił oba zwierzaki. Potem zaczął szykować kolację dla wyprawy. Nikt nawet nie próbował jeść sofky gotującej się na piecu. – Dobra to może dla odmiany ja położę się spać i obudzicie mnie na ostatnią wartę? A Ty Mendoza nie pij tyle, lepiej być tu trzeźwym, to miejsce przyprawia mnie o gęsią skórkę, dobrze by było ruszyć bladym świtem – powiedział dobitnie George, tak by mieć pewność, że wszyscy słyszą.

– Dunn, może lepiej pełnić wartę po dwie osoby. Jestem przekonana, że skoro porcja posiłku jest przygotowywana na dwie osoby to ta druga, czyli Bigwood, zaraz się tu zjawi. A to myśliwy wyczulony na zwierzynę. Byłeś kiedyś zwierzyną? – spytała ponuro Lana.

– Uwierz mi, byłem i to nic fajnego – odparł baseballista ponuro – zresztą Ty też wiesz coś o tym Lano – trzeba mieć oko na wszystko.

– Od czasów jak ganiałeś za piłką basebolową George, to twój dowcip stracił nieco na celności – uśmiechnęła się Lana – Chyba, że chcesz, żebym miała oko na ciebie – powiedziała Lana puszczając oczko Dunnowi. – Swoją drogą najważniejsze żebyśmy mieli oczy dookoła głowy. A właśnie gdzie jest ten dzieciak?

– Chyba śpi, kleiły mu się oczka. – wtrącił się dziennikarz.

– Dobrze a co z notatkami Smith? Chyba ich tu nie zostawimy rano. Oczywiście, jeśli przetrwamy do rana…

– Wątpię. To znaczy, wątpię, czy je zostawimy. Jestem za odebraniem własności Ligi i zapoznaniem się z jej treścią, to nam może uratować życie. Swoją drogą, Bigwood chyba rzeczywiście nie próżnował w górach – sporo tu świeższych dopisków zrobionych tym samym atramentem, co jego. Mimo wszystko chciałbym go spotkać przed wyprawą jutro rano i zamienić kilka słów.

– Proponuję zamknąć blokhauz na noc i rano uważnie obserwować, czy ktoś, jak będziemy wychodzić, nie będzie chciał nas wystrzelać jak kaczki. Okopiemy się jak na wojnie, prawda panie Gerald? – Uśmiechnęła się Skylight – Masz to twoje – zwróciła się do chłopaka podając mu jego kolację na cynowej misie przyszykowanej uprzednio. – Jedz. Ale chłopak faktycznie już przysypiał. Uchylił jeszcze na chwilę oko, ale zamknął go znowu i skulony pod ścianą zasnął.

– Oby nie Panno Skylight, oby nie jak na wojnie… Proszę oto mój rewolwer, mi wystarczy Enfield. I proponuję żebyśmy wartowali dwójkami, mam złe przeczucia…

Dodatkowo Dunn i Walter zaoferowali Lanie świeżo zakupiony karabin Winchestera, z zastrzeżeniem, że będzie on wędrował w ręce osoby nie posiadającej własnej broni a aktualnie trzymającej wartę. Zdawali sobie jednak sprawę, że Lana po utracie oka i możliwości trójwymiarowego patrzenia, ze świeżą raną i bandażem na twarzy, nie była tym samym strzelcem, który zbierał wcześniej pochwały za celne strzelanie z pistoletu.

– Skoro barykadujemy się w środku, mogę stać na pierwszej warcie. – zgłosił się Smith. – Co prawda uważam, że patrolując teren mielibyśmy szansę przygotować się na spotkanie, ale to rejony Bigwooda, więc pewnie pierwszy by nas wypatrzył. Proponuję zaciemnić blokhauz, będę nasłuchiwał. Gdyby doktor wrócił i próbował wejść, zbudzę wszystkich.

Gerald zgłosił się na przedostatnią wartę, do tego czasu popalając fajkę z tytoniem wzmocnionym wywarem z liści koki przeglądał papiery. Jedna z ilustracji w „Wiedzmich kultach…” przywołała wspomnienia z trzeciej bitwy o Passchendaele, to coś z ilustracji… było tak podobne do tych sylwetek w ciemności… wczytał się w tekst z wielką intensywnością. Gdyby nie kontekst Wielkiej Wojny, tekst nie poruszyłby go pewnie zbytnio. Ale te sylwetki… I ryciny… Oraz koka w fajce… Przez to wszystko nie mógł zasnąć, gdy już wreszcie położył się na posłaniu. Za to gdy go obudzono na wartę, był podrażniony i niedospany. Przed wartą Gerald zrobił obchód dookoła blokhauzu i sprawdził dokładnie czy nie ma podkopów lub placków miękkiej ziemi koło budynku jak i w środku, ale teren na szczęście nie nosił podobnych śladów.

To nie była łatwa noc. Nerwy napięte do granic możliwości. Wartownicy nasłuchujący przez grube drewniane ściany, czy coś się nie czai w zimnych ciemnościach na zewnątrz. Pozostali uczestnicy wyprawy próbujący zasnąć, bijący się z bezsennością, złymi przeczuciami, grozą miejsca i własnym strachem. Chociaż ostatecznie noc minęła spokojnie, nie byli rano wypoczęci i wyspani.

Ale wreszcie przyszedł świt. Czas podjęcia decyzji co do dalszej drogi, nerwowego pakowania ekwipunku, dojadania na zimno niezjedzonej wczoraj kolacji. Twarze członków ekspedycji wyrażały ulgę z powodu opuszczania tego miejsca, które niby normalne, a jednak było jakieś inne, dziwne, złe…

Advertisements

komentarze 2

  1. Mistrz Podziemia się napracował w tym odcinku, trzeba przyznać że gracze się nie udzielali, straszne łotry, większość tekstu chyba Mistrz napisał…… ale tak czy inaczej: Kawał dobrej literatury……. 😉

  2. Nie, a wręcz przeciwnie.
    Większość wpisów to wpisy graczy – udzielali się aż miło. Kawał czasu zjadło mi nie tyle popełnianie wpisów MG, co korekta i dopasowywanie – często bardzo chaotycznych – wpisów drużyny. Ale jak w końcu skleję wszystko w kolorową całość, która zamieszczę do zassania, to zobaczysz, że wpisów graczy w całej przygodzie, także w tym kawałku, jest znacznie więcej niż moich.

    No i szacun dla wszystkich czytelników, którzy mają czas i cierpliwość czytać całe wpisy. Wiem, że są długie (psieprasiam!), ale nie chcę zrobić telenoweli na 1000 odcinków, a zapis całej przygody nie jest krótki… Dopiero się zbliżamy do połowy…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s