Zaginiona Ekspedycja 07 Kamień (który bije i nożyce, i papier)

Ruszyli wczesnym świtem. Wyprawa szła dziarsko w kierunku rysującej się na horyzoncie Góry Hood. Nawet Beach się dziwił, że poranne tempo było tak dobre. Czy bohaterowie zaczęli nabierać formy, czy też tak bardzo chcieli się oddalić od chaty Bigwooda? Liczyli, że na pierwszym, dłuższym niż zazwyczaj postoju uda im się w świetle dnia dokładniej obejrzeć zabrane ze skrzyni doktora materiały. Walter zabrał z sobą notatniki i tuby. Chłopaka zdecydowali się zostawić w blokhauzie, mimo sprzeciwów Geralda. Pogoda była dobra – mimo, że było przenikliwie zimno, świeciło słońce i nie było żadnych opadów. Zabrali ze sobą zarówno znalezione notatniki jak i „Wiedźmie Kulty”. Ruszyli na Górę Hood, wprost do miejsca, gdzie spodziewali się znaleźć ryty naskalne i gdzie wyruszyła poprzednia ekspedycja. Popasy planowali raczej krótkie, dopiero ten ostatni wieczorny dłuższy – chcieli zatrzymać się jakąś godzinę wcześniej by mieć czas na regeneracje siły. Oczywiście pod warunkiem, że traperzy znajdą dobre miejsce by się zatrzymać.

Gerald na każdym postoju siadał z „Wiedźmimi Kultami…” i pilnie je kartkował szukając informacji o tym czymś, co znalazł na rycinie. Jego notatnik zapełniał się uwagami. Po jednym dniu uznał, że więcej się z tej książki nie dowie i zabrał się za pozostałe, szukając wzmianek i odnośników do tego samego tematu. Drugim molem książkowym był Walter. Czytał w każdej wolnej chwili. I kilkukrotnie wyrażał dezaprobatę, że skoro mają dzienniki, to może nie byłoby potrzeby dalej iść, jeśli ich treść by wystarczyła. Ale nie dużą dezaprobatę, nie chciał podważać niczyjego autorytetu. Dawał także pozostałe dzienniki i arkusze innym chętnym członkom ekspedycji.

Pierwszy gruby notatnik zawierał spore fragmenty jakiejś księgi w języku arabskim, zatytułowanej „Al Azif”, lub jakoś podobnie.

W notatniku były skrzętnie przepisane arabskie urywki tekstu oraz ich tłumaczenia na angielski. Tłumaczenia były niepewne, wariantowe, dopuszczające kilka możliwych wersji. Całość była opatrzona komentarzami profesora Zwinkela. Bardzo racjonalnymi komentarzami, odnoszącymi się do tekstu z antropologiczną i historyczną metodologią, wskazującymi ich alegoryczność i bogatą symbolikę. Druga porcja komentarzy była inna. Równe, gęste pismo Bigwooda znakowało kawałki, w których wiedza wyniesiona z Al Azifa została potraktowana niemal dosłownie a opisane magiczne rytuały zawierały dopiski z praktycznymi wskazówkami, jak je należy odprawiać.

Drugi notatnik zawierał przepisane fragmenty dzieła „Cthaat Aquadingen”. I podobnie, oprócz naukowych tłumaczeń i komentarzy Zwinkela były tam także uwagi i dopiski Bigwooda, w praktyczny sposób podchodzące do zapisów. Drugi notatnik wyglądał jakby zawierał trochę mniej nadprzyrodzonej wiedzy i rytuałów, choć wciąż całkiem dużo.

Trzeci notatnik dotyczył księgi „Monsters and their Kynde” z XVI wieku. Ten najmniej opowiadał o czarach i rytuałach, za to bardziej dotyczył wyimaginowanych istot i potworów, w które ludzie wierzyli. Stanowił także niejako komplet z Wiedźmimi Kultami, gdyż oprócz Bigwood naniósł w nim sporo uwag dotyczących nie tylko samego szesnastowiecznego dzieła, ale także potworów opisanych w „Kultach” oraz występujących w wierzeniach zabobonnych Indian północnoamerykańskich.

Smith był zawiedziony, że dzienniki nie zawierają konkretnej relacji z wyprawy. Wiedział, że zainteresowania członków Ligi były różnorodne i mógł domyślać się, że Indiańskie ryty były dziełem szamanów, ale po profesorze spodziewał się raczej analizy z perspektywy zachowującego dystans badacza. Walter podczas postojów wspominał towarzyszom, że niestety zapiski są znacznie mniej szczegółowe niż się spodziewał, oraz że musi przeczytać dokładnie całość zanim się wypowie. „Przecież te notatki mogłyby być doskonałym ubarwieniem dowolnego artykułu” pomyślał przeglądając następną stronę dziennika.

George nie zaglądał do ksiąg, za to żywo i z ciekawością słuchał na każdym postoju opowieści dziennikarza. Im dalej szli, tym większe miał wątpliwości – podczas jednego z postojów dało się nawet od niego wyciągnąć, że planował jak najmniej czasu spędzić na samej górze, może nawet tylko jeden dzień jeśli, to okaże się możliwe. Zrobić zdjęcia dla Ligi i szkice, i zejść z powrotem jeszcze przed atakiem zimy.

Przysłuchując się rozmowom towarzyszy Lana Skylight zastanawiała się, którego brakującego elementu tej układanki jeszcze brakuje. Oczywiste fakty i rzeczy niedopowiedziane  dziwnie układały się w jedną całość. Lana czuła, że między wierszami dzienników kryje się jakaś brutalna i odrażająca tajemnica…

Walterowi z trudem przychodziło tłumaczenie, co dokładnie wyczytał w księgach, choć starał się odpowiadać towarzyszom na ich pytania. Przede wszystkim martwiło go jednak, że nie znali losu samej wyprawy i profesora. Sugerował kilkukrotnie, kiedy dr Gerald przypominał o chłopaku, że być może konieczne będą odwiedziny Bigwooda w drodze powrotnej. W górach mogą się przecież na nic nie natknąć.

„Nawet najtrudniejsze sprawy mają najprostsze wyjaśnienia” myślała Lana. „Najbardziej podejrzany jest ten którego się podejrzewa najmniej”  Skylight analizowała teraz już szybko. Bigwood na początku nie był podejrzany, bo był jednym z nas.

Był…

Bigwood.

Doktor czy traper?

Opiekun dzieci czy raczej ich oprawca?

Nie ulegało wątpliwości, że na znalezionym chłopaku ktoś odprawiał mroczne rytuały.

Nie ulegało wątpliwości, że chłopak wiedział że księgi zawierają jakieś porażające tajemnice… Bał się ich. Wiedział, co jest w środku. Wiedział to na własnej skórze.

Wilsona-Burcha coś ewidentnie dręczyło, było to po nim widać. Na warcie z zadumą popatrzył na odpoczywających towarzyszy. – Zostawienie chłopaka na pastwę Bigwooda to był błąd, pomyślał – jeszcze za to zapłacimy.

Trzy kolejne dni wyprawy minęły im szybciej, niż oczekiwali. Weszli w rutynę codziennego marszu, biwaków na posiłki, oporządzania muła i nocnych wart. Tylko tempo podróży… No cóż, pozostawiało wiele do życzenia. Trasa między blokhauzem Bigwooda a podnóżem góry Hood, którą Beach oceniał na półtora dnia intensywnego marszu, zajęła im już pełne trzy dni a wciąż nie dotarli do rytów. Szli powoli, bardzo obciążeni sprzętem, zatrzymywali się często. Szczególnymi orędownikami postojów byli Walter i Gerald, którzy wykorzystywali – a czasem wręcz prowokowali – przerwy w podróży na zczytywanie materiałów ze skrzyni Bigwooda. Gerald zresztą radził sobie z marszem gorzej od pozostałych, nie był już młodzieniaszkiem. Zaś pod koniec drugiego dnia, na wyjątkowo stromym zboczu, coś pękło w psychice Georga, bo rzucił plecakiem, usiadł na głazie i powiedział, że dalej nie idzie, bo nie ma już siły. Na odpoczynku i mobilizowaniu go do marszu przyjaciele stracili prawie dwie godziny.

Rozbijali teraz obóz w skalistej, słabiej pokrytej roślinnością okolicy górskiej. Nad nimi górowała bielejąca jęzorami lodowca i całorocznego śniegu masywna sylwetka góry Hood, groźna i piękna równocześnie.

Z dużym trudem tutaj dotarli, a nie próbowali na razie odszukać rytów.

– Trudno powiedzieć, ile nam zajmie szukanie tych malunków. – powiedział Beach. – Jak Mendoza sobie czegoś nie przypomni i nas tam nie zaprowadzi, to może znajdziemy je jutro, a może za tydzień. A robi się coraz zimniej. Dobrze chociaż, że śniegu jeszcze nie ma, bo to by nie było dobre, gdyby spadł. A w zeszłym roku o tej porze już był.

Walter miał rzucić jakiś komentarz o tym, że bezsensownie byłoby porzucenie przez przewodników swoich pracodawców gdyby spadł śnieg, skoro są już u kresu wyprawy i niedługo i tak dostaną wypłatę, nie był jednak pewien jak umawiali się z wypłatą. Ostatnio nie miał głowy do przyziemnych spraw, jego myśli pochłaniały badania prof. Zwinkela. W wolnych chwilach zapoznawał się z dziennikami, zaś podczas marszu starał się przetrawić ich treść. Nie była łatwa, ale na pewno była intrygująca.

No tak – Dunn załamał ręce – Panie Mendoza, jako że w Panu cała nadzieja teraz to proszę się sprężyć – miał serdecznie dość już łażenia po górach, nic nie szło po jego myśli, kiedyś wszystko wydawało się mu łatwiejsze, mieli e kilka dni dojść na górę, zrobić fotki.. a tu proszę prawie tydzień się wleką. George podrapał się z zadumą w brodę, przypomniał sobie ze się nie golił i zarósł jak jeden z traperów już prawie. – Musimy iść dalej.. szukać samemu śladów i liczyć przy okazji że Pan Mendoza sobie przypomni okolice. Gerald z ciekawością czytał notatki wyprawy Zwinkela. Niestety, luźne kartki wyciągane z tub nie były pamiętnikiem profesora czy dziennkiem wyprawy i nie dało się z nich wyczytać losów ekspedycji. Zawierały natomiast naukowe opisy rytów, ich rysunki i komentarze antropologiczne. Suchy, naukowy język, niespecjalnie ciekawy do czytania. Wyglądało na to, że bohaterowie wszystko mają podane jak na tacy – mieli w posiadaniu dokładne, naukowe rysunki z komentarzem. Jeżeli chcieli mieć poczucie, że wykonali tą część zadania na sto pięćdziesiąt procent, wystarczyło ryty odnaleźć, zobaczyć na własne oczy i sfotografować. Nie wiedzieli za to, co też się mogło stać z profesorem Zwinkelem…

Trzeba jednak powiedzieć, że notatki dotyczące rytów były po prostu nudne. Za to materiały, które Gerald przeglądał wcześniej, czytało się jak groszową powieść. Coraz to inne potwory, grożące rodzajowi ludzkiemu, opisane w wielką fantazją i swadą. Bagienne stwory o ciałach pokrytych łuską, mające błony pławne między palcami. Przynoszące pecha szakalopy – rogate króliki. Pokryty gęstą, brunatną sierścią dziki człowiek, Wielka Stopa, silny lecz łagodny, nazywany przez Indian Sasquachem. Składający się z macek i kościanych wyrostków pasożyt, gnieżdżacy się w brzuchu i kręgosłupie ofiary i przejmujący nad nią kontrolę. Europejskie wampiry i wilkołaki, indiańskie wendigo, afrykańska mngwa… Wyobraźnia i fantazja ludzi wymyślających tak dziwne stwory wydawała się nie mieć granic. Gerald bardzo żałował, że zaledwie prześlizguje się po tych tematach, ale wiedział, że po powrocie do domu znajdzie czas na dokładne studiowanie materiałów.

Walter także pilnie czytał i na bieżąco cytował kolegom i koleżance co bardziej interesujące wyrywki. Cały ten Al Azif wydawał się bardzo mroczny, wręcz przerażający. Czytał już opis rytuału pozwalającego wezwać z kosmosu dziwne, latające stwory. Widział szczegółowo rozpisane zaklęcia pozwalające przejąć kontrolę nad jaźnią i ciałem innej osoby. Bzdury i fantazje… Sam nie wiedział, skąd te ciarki wzdłuż kręgosłupa, które mu towarzyszyły podczas czytania fragmentów księgi oraz notatek Zwinkela i Bigwooda. Teraz trafił na kolejny niepokojący, ale wciągający fragment: rytuał pozwalający zabezpieczyć jakieś miejsce przed intruzami. Czar rzucony na jakiś przedmiot, na przykład drzwi od komnaty, powodował że osoba, która jako pierwsza je otwarła, w ciągu dwóch a najdalej siedmiu dni doznawała wielokrotnych obrażeń wewnętrznych oraz krwotoku z ust, nosa i uszu, które przeżyć mogły tylko silne i w pełni zdrowe osoby – a i to nie zawsze.

Niesamowite. Aż trudno uwierzyć, że ktoś o tytule profesora czy doktora wierzyłby w coś takiego. Smith doskonale zdawał sobie sprawę jak działają tego typu sztuczki, nie raz redagował rubrykę z horoskopami i przez zręczne połączenie aury tajemniczości i zwykłych, przydarzających się każdemu zdarzeń, nawet niektórzy sceptycy zaczynali wierzyć w czary. Zupełnie jak z tym jego skurczem w chacie Bigwooda – dziennikarz był pewny, że gdyby znosił wyprawę tak kiepsko jak Gerald pewnie już zacząłby się niepotrzebnie przejmować… Na szczęście zachował zdrowe podejście i zimną krew, co nie znaczy, że zapiski go nie ciekawiły.

Gdy Walter pokazał opis zaklęcia Lanie, przez jej jednookie oblicze przeleciał mroczny cień niepokoju. Cały ten Bigwood. Kroniki policyjne, które czytała w przeszłości, odnotowywały takie przypadki. Kulty wierzące w magię. Najgorsze i niepojęte, że ta magia czasem działała. Czar rzucony na przedmiot na przykład drzwi od komnaty. Albo na przykład na skrzynię…

– Doktorze – zwróciła sie Lana do Geralda – oglądał pan tego chłopaka. Jako lekarz, jak dawno powstały na jego ciele te znaki i te dziwne tatuaże? Jak Pan myśli? To ważne…

– Doktor popatrzył pustym wzrokiem na Lanę i jak przez ostatnie dni chwilę upłynęło zanim odpowiedział, wyglądało jakby jego umysł z trudem wracał do rzeczywistości – Rany były zaleczone, poza wyrwanym językiem – ta była świeża. Doktor nie czekając na komentarz Lany wrócił do wertowania lektury…

Niegościnna ciemność rozświetlona ogniskiem była zimna i wietrzna. Nagle, dodatkowo stała się jeszcze mokra. Bohaterowie poczuli na twarzach zimną wilgoć – zaczął padać pierwszy tej zimy śnieg.

– no i mamy – Dunn popatrzył z obrzydzeniem gdzieś w niebo a jeden z płatków opadł mu na twarz, zimny, wilgotny rozpłynął się od razu na cieplej skórze pozostawiając po sobie dreszcz.

Smith przyzwyczaił się do późnego zasypiania, więc z chęcią zgłosił się na ochotnika, żeby czuwać na pierwszej warcie. Może zasłoni się płaszczem i zanim się rozpada na dobre w spokoju przejrzy jeszcze raz mniej jasne fragmenty notatników. Chociaż skłamałby, gdyby powiedział, że jakakolwiek część zapisków jest dla niego jasna.

– Dobra Walter, to Ty pierwszy a ja obejmę wartę po Tobie – i tak coś czuje że nie pośpię tu dziś.. – gdzieś tam w środku narastało w nim uczucie że każdy kolejny dzień tu jest zagrożeniem – cholera, że też nie możemy po prostu stad pójść z zapiskami – powiedział prawie szeptem jak by do siebie George.  Doktor Burch był piekielnie zmęczony marszem i wyrywaniem każdej chwili na czytanie. Nawet liście koki w fajce już nie działały. Nie zwrócił uwagi na pytanie, tylko po prostu zasnął od razu po rozłożeniu namiotu.

Lana czuła  że coś niedobrego może się stać. Blokhauz Bigwooda. Walter otwierający skrzynię, który padł jak rażony piorunem. Zaklęcie zabezpieczające z ksiąg Bigwooda…

Skylight nigdy nie czuła takiego przygnębienia jak dziś. Choć do tej pory magia i rytuały były dla niej majakami chorych schizofreników, wydarzenia ostatnich kilku dni sprawiły, że była skłonna uwierzyć, że istnieje w nich przerażająca nieuchronność i skuteczność. Lana z troską spojrzała na Waltera. „Pora wracać, zanim wszyscy zginą… ” pomyślała. „A póki co, muszę mieć na oku Smitha… Może jak przeżyje to dostanie jednak tego Pulitzera…” uśmiechnęła się do siebie smutno, układając na posłaniu. Lana pozwoliła swojemu ciału odpoczywać, lecz natrętne mysli i niepokój o Waltera nie pozwolił jej zasnąć.

Warta upływała na Walterowi na rozmyślaniach. Obszedł kilka razy obozowisko, dorzucił trochę drewna do ogniska i znowu usiadł, zatapiając się w kontemplacji. Co on, dobrze zapowiadający się dziennikarz, człowiek miasta – robił w takim miejscu? Przy ognisku, z karabinem między kolanami? Czuł się jak bohater tych strasznych historii, które opowiadają sobie dzieciaki przed snem, żeby się nastraszyć. Padający śnieg chłodził jego rozpaloną głowę a panująca cisza sprzyjała rozmyślaniom.

Cisza. Głucha cisza. To nie było coś, do czego Walter przywykł podczas wyprawy. Zawsze las szumiał, sowy i inne ptaki pohukiwały lub śpiewały, przez gąszcz przedzierało się hałasując jakieś zwierzę. A teraz cicho jak makiem zasiał. Popatrzył na muła – zwierzę było spętane, ale wyraźnie podenerwowane. I wtedy dziennikarz zobaczył coś jeszcze – leciutką niebieskawą poświatę, tylko tym razem nie na horyzoncie, a jakby niedaleko, za wzgórzem.

Dreszcz niepokoju skutecznie rozbudził Smitha. Zrobił kilka ostrożnych kroków w kierunku poświaty, po czym cofnął się i zaczął budzić doktora Geralda, starając się nie hałasować niepotrzebnie. „Trzeźwe naukowe spojrzenie i doświadczenie w wojennych warunkach to nieocenione cechy w takich sytuacjach” – pomyślał Walter przykładając palec do ust. Chciał nakłonić obudzonego doktora do zachowania ciszy i wskazać mu łunę.

Doktor Wilson-Burch otwarł powoli oczy. W jego źrenicach błyszczało podobne ciemnobłękitne światło, jak błyszczało za wzgórzem. Gerald podniósł się, jakby mechanicznie, jak żywa lalka, po czym spokojnym, nieśpiesznym krokiem ruszył w noc, w stronę łuny.

Walter z przerażeniem oglądał doktora, który zachowywał się jakby był zahipnotyzowany nieodległą aurą. Bał się stanąć mu na drodze i spróbować go ocucić, i choć początkowo chciał udać się w stronę poświaty, teraz ten pomysł nie wydawał się tak dobry podbiegł do Dunna i zaczął cicho wybudzać całe obozowisko. Panika nie była wskazana i starał się za wszelką cenę zachować spokój, choć czuł jak dłonie pocą mu się w rękawicach.

Dunn otwarł oczy. Oczy, w których pełgały niebieskawe płomienie. Odepchnął zaskoczonego Waltera z dużą siłą, aż ten przewrócił się do tyłu na śpiącą Lanę, po czym wstał powoli i podążył za Gerardem w stronę widniejącej za wzgórzem łuny. Żaden z nich nie miał ubranej czapki ani rękawic, ani tym bardziej broni przy sobie.

Smith stał jak wryty. Coraz trudniej było mu zachować zimną krew i zastanawiał się, czy lepiej budzić pozostałych czy starać się powstrzymać doktora i Dunna. Potok myśli utrudniał mu racjonalną ocenę sytuacji: „Ale jak miałbym to zrobić? Co jeśli baseballiście nie spodoba się wybudzanie go z letargu? Co robić, co tam jest co się dzieje” – po czym usłyszał przeraźliwie głośny huk – bezwiednie wystrzelił w powietrze z trzymanego winchestera.

Walter poczuł pod sobą ruszające się ciało. Odruchowo, także pod wpływem wystrzału, który rozdarł głuchą ciszę, odskoczył szybko w bok ślizgając się po śniegu. No tak, po odepchnięciu przez Georga upadł na śpiącą Lanę, która przebudzona właśnie wstała i także zaczęła iść w kierunku, w którym podążali poprzednicy. Tym samym mechanicznym krokiem… Jakby ich wszystkich wzywał jakiś zew. Tylko co to był za zew?

Co więcej, wystrzał obudził obu traperów. Beach rozejrzał się rozespanym wzrokiem po obozowisku, popatrzył na stojącego z dymiącym karabinem Waltera a potem na ruszającego w kierunku łuny Mendozę, po czym zapytał dyplomatycznie: – Co się kurwa dzieje!?

Walter rozglądał się spanikowany: – Nie wiem, ja … Oni…

– Trzeba go łapać! – Beach rzucił się za Mendozą i chwycił go wpół, ale w zapijaczonego przewodnika jakby jakieś dodatkowe siły wstąpiły. Wyrwał się, obalając Beacha i dalej parł przed siebie. – Pismak, pomóż! – stęknął Beach, znowu zrywając się by przytrzymać Mendozę.

Krzyki Beacha uświadomiły Walterowi, że to jednak nie jest zły sen. Zerwał się w stronę zahipnotyzowanego przewodnika i starając się wykorzystać szamotaninę Mendozy i Beacha zamachnął się w tego pierwszego kolbą karabinu, modląc się, że cios będzie na tyle silny by ogłuszył trapera. Cios był mocny. Kolba siadła idealnie na czaszce Mendozy. Traper zachwiał się. Z rozbitej głowy popłynęła krew. Szarpał się i dalej chciał iść naprzód, ale widać było, że wyrywał się słabiej, niż przed chwilą.

– Leć po linę do rzeczy, albo coś innego skombinuj i zwiążmy go, póki jest zamroczony. – wydusił z siebie czerwony z wysiłku Beach, trzymając Mendozę.

Dziennikarzowi nie trzeba było powtarzać dwa razy. Rozkazy Beacha dawały mu poczucie, że chociaż on ma kontrolę nad sytuacją i wie co robić, więc Smith z radością wykonywał polecenia. – Co z nimi – wskazał na na Dunna i doktora, którzy zniknęli już między drzewami – Co z Ms. Skylight? Co to za łuna, widziałem ją wcześniej z Parkdale, na pewno coś o niej wiesz!

– Po kolei. Zwiążmy tego, a potem biegiem za tamtymi – wydawało się, że także traper w działaniu odzyskuje pewność siebie, nawet jego język stał się na powrót elegantszy. W dwójkę łatwiej było związać szamoczącego się i krwawiącego Mendozę, choć wciąż nie było to łatwe. – Trzeba ratować wszystkich, nie wiadomo, co to jest. Nie znam, nie słyszałem, może pan dziennikarz coś więcej wie?

– Ja wiem więcej? – Napięcie nie miało uspokajającego wpływu na Waltera – A kto tu jest traperem i zna okolicę? Nie widzisz, co się dzieje, nie słyszałeś o pożarze, o śmierci doktora, dalej masz zamiar udawać, że nic nie wiesz i robić z nas idiotów? Najpierw ten krwawy malarz, potem Bigwood, a teraz kolejna lokalna tajemnica, pewnie, niech miastowi i pismak się wykrwawią, po co mielibyśmy starać się coś zrobić, przecież TO TYLKO NORMALNE GÓRSKIE MIASTECZKO! – Smith z każdym słowem przybliżał się do Beacha, ostatnie zdanie wykrzykując mu w twarz, ale wiedział, że nie pora teraz na przyciśnięcie jego i Mendozy. Odwrócił się i pobiegł do Lany ze zwojem liny i karabinem zawieszonym na ramieniu a Beach został by dokończyć wiązanie drugiego trapera.

Smith zagłębił się między skały i drzewa. Wciąż panowała niesamowita, powodująca ciarki na plecach cisza. Nie widział nigdzie przyjaciół, ale w świetle księżyca i niebieskiej poświacie doskonale widział ich ślady na śniegu. Podążał więc za nimi, coraz bardziej zaniepokojony. Starał się iść szybkim krokiem – gdy nic mu zasłaniało pola widzenia, ale gdy las był gęsty i skałek było dużo, to szedł powoli i ostrożnie. Łuna dawała lekki poblask, księżyc też – raczej nie było szansy, by zgubić odciśnięte w śniegu ślady przyjaciół. Od strony obozowiska dobiegły go dwa, oddane jeden po drugim, wystrzały.

Smith na chwilę przystanął, ale ruszył jeszcze szybciej jak tylko uświadomił sobie, że Beach nie miałby po co strzelać do związanego Mendozy i najprawdopodobniej ich śladem szedł Bigwood… lub coś jeszcze gorszego. Zastanawiał się czy nie rozsądniej byłoby wrócić i upewnić się co się dzieje, ale zdecydowanie bardziej zależało mu na ratowaniu przyjaciół, jak to sobie tłumaczył. W głębi duszy czuł jednak, że ostatni strzał wcale nie musiał być oddany przez trapera, którego wynajęli… Zacieranie swoich śladów nie miało sensu. Dziennikarz zaczął biec, na tyle na ile było to możliwe bez ryzykowania złamania nogi.

Biegł przed siebie, po śladach wydeptanych w śniegu, mało zwracając uwagę na okolicę. Chciał szybko dotrzeć do przyjaciół, którym mogło grozić poważne niebezpieczeństwo. Jednak widok, który zobaczył po kilkudziesiędziominutowym biegu w odległości 50 metrów od siebie, zaskoczył go.

Źródłem coraz bardziej jaśniejącej łuny okazał się stojący na niewielkiej polance trzymetrowy głaz. Kamień bił niebieskim blaskiem, od którego tworzyła się widoczna z daleka łuna. Szczególnie mocno świeciły, na jasno niebiesko, wycięte w kamieniu ryty. Wokół kamienia stali Dunn, Wilson-Burch i Skylight. Ich ubrania były niedopięte i poszarpane, brakowało im czapek, szalików i rękawic. Gołe dłonie oparli o kamień i stali w świdrującej uszy ciszy, jakby czerpali z głazu jakąś moc. Albo może jakby moc oddawali. Walter zobaczył ich oczy… Nie pełgały w nich już granatowe błyski! Teraz ich całe ich oczy świeciły mocnym, błękitnym światłem.

Smith bał się, do jakich wniosków mógłby dojść, gdyby zaczął analizować całą sytuację. Naskalne ryty emanujące jakąś przyciągającą mocą, indiańska magia… Na szczęście okoliczności nie sprzyjały zadumie. Czuł, że przed sobą ma coś niezrozumiałego i przeczącego wszystkiemu, co dotychczas wyobrażał sobie o świecie, niczym plugawe bluźnierstwo wobec praw logiki i racjonalizmu, które zawsze były mu bliskie. Za sobą jednak zostawił równie nieznanie i zapewne równie groźne niebezpieczeństwo – dziennikarz ruszył w stronę przyjaciół rozpaczliwie starając się odciągnąć ich od pokrytego znakami głazu. Nie wiedząc czemu wydawało mu się to właściwe, zerwał swój szalik i starał się zakryć nim oczy Dunna, do którego podbiegł jako pierwszy.

Tym razem George nie odtrącił Waltera jak uprzykrzonej muchy. Rzucił się na niego z pięściami, z rządzą mordu wypisaną na twarzy. Twarzy, która ze świecącymi na niebiesko oczami wyglądała przerażająco! Ogromna przewaga siły i masy Georga nie pozostawiała złudzeń, co do wyniku nadchodzącego starcia. Walter cofnął się o krok, ściskając w jednej ręce szalik, a w drugiej karabin.

Dziennikarz cofał się, ale nie widział już nadziei na wybudzenie z transu przyjaciela. Puścił szalik i złapał oboma rękami za karabin, mierząc z biodra w Dunna, choć wątpił, żeby ten pojął groźbę. Smith sam nie wiedział, czy najpierw nacisnął za spust, czy pomyślał: „przepraszam”…

…ale nawet z tak bliskiej odległości nie udało mu się trafić. Najpierw dosięgła go jedna pięść baseballisty, potem druga. Więcej Walter nie zapamiętał.

Reklamy

komentarzy 6

  1. Swoją drogą tego nie wiedziałem że to Dunn pobił Waltera… Niezla sytuacja. Pamiętam tylko co robiła w tym czasie Lana ale to pewnie będzie w przyszłym odcinku.

  2. Dunn też tego nie wiedział. 😀
    To szło tylko w prywatnych mailach z Kubą (Walterem Smithem) a on nikomu o tym nie mówił. Jakoś też nie wspomniał nikomu, że strzelał do Dunna z karabinu…
    Odległość bliska, umiejętność x2, a i tak pudło…
    To jeden z wielu momentów przygody, od którego mogła się dalej całkiem inaczej potoczyć.
    To wyszło potem, ale nie wprost.

    Wytłumaczenie dla czytelników: bardzo dużo fragmentów przygody było rozgrywanych z graczami mailowo na solo i żaden z nich nie widział jeszcze tekstu przygody w całości (widzieli jedynie tyle, ile ode mnie dostawali w mailach – a dostawali to, co bezpośrednio dotyczyło ich postaci, kiedy były świadome). Kolejne publikacje odcinków na Lisiej Norze są więc absolutną nowością dla nich, wywołując dyskusje na naszej małej liście dyskusyjnej (pewnie dlatego tutaj nie komentują. A może troszkę się wstydzą…) 😀

    • 😀 czyżbyś Mash znów podpuszczał….?
      faktem jest że Walter się nie przyznał do tego że chciał zaszlachtować Dunna. To byśmy mieli niespodziankę po odzyskaniu świadomości……
      Swoją drogą , dlatego z niecierpliwościa czekam na każdy nowy odcinek, bo historie niby znam , ale się ciągle czegoś nowego dowiaduję.
      Inna sprawa że się wszyscy rozkręcamy literacko, co mi się niesamowicie podoba…. 😀

    • Z tą literackością bym nie przesadzał, to wciąż jest zapis sesji rpg. Faktycznie, coraz ładniej pisaliśmy, ale doskonale widać, gdzie były robione testy umiejętności i współczynników. Na przykład w powyższym fragmencie nie wyszły dwa testy Kondycji, w tym jeden został oblany krytycznie. I doskonale widać gdzie to było. Prawda?

  3. Wiesz, powiem tak: Ty znasz całą przygodę od podszewki i wiesz kiedy turlałes kostką za każdy, nawet najbardziej absurdalny test…. Ci którzy nie wiedzą mogą sie jedynie domyślać że kiedy napisałeś że ktoś sobie przysiadł na dwie godziny to było krytyczne oblanie. Ja na to nie zwróciłem tak uwagi wtedy, ani teraz. 🙂 najbardziej ewidentny teścik to ten z samego końca gdzie cos nie wypala, alby wypala ale nie trafia…. tak czuje że czytelnik bloga tego nie wychwytuje az tak bardzo, no chyba że zrobisz konkurs dla czytelników pt ” W którym miejscu testowałem?” a nagrodą będzie udział w Twojej kolejnej przygodzie……… 😉 pozdro Makaronku

    • Ta ekspedycja to juz chyba na dobre zaginęła, albo nie nakręcili juz nastepnego odcinka bo nowego posta nie ma od prawie dwóch tygodni…… Mistrzu daj nowy odcinek plisssss…….

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s