Zaginiona Ekspedycja 08 Sweet dreams are made of this

George Dunn, ubrany w strój sportowy, stoi na stadionie. W rękach trzyma kij baseballowy. Kij leży dobrze, jakby był częścią ciała sportowca. Zwinnego, wysportowanego ciała – ciała z dawnych lat młodości… Ludzie na trybunach uśmiechają się, krzyczą, dopingując Dunna. Jest skupiony, pozwala sobie tylko na chwilę by podnieść wzrok na widownię, posyła serdeczny uśmiech ukazując piękne równe ząbki, po czym wraca do tego stanu umysłu… patrzy na miotacza… ocenia każdy jego ruch gdy ten bierze zamach, czas zwalnia…

babe ruth 3

Ludzie na trybunach krzyczą, wiwatują, krzyczą coraz głośniej i głośniej, ale teraz jakby w przerażeniu! Grunt zaczyna drżeć i murawa stadionu zapada się, krusząc i jakby wpadając do wnętrza ziemi, skąd wynurza się wielka macka! Kij odbija się od ziemi tańcząc szaleńczo – wypadł z dłoni w chwili, gdy Dunn cofał się w szoku. Na jego twarzy malowało się przerażenie, obracał głowę szukając jakiegoś wsparcia, drogi ucieczki, pomocy…

Boisko

Brzuch Georga zaczyna gwałtownie rosnąć a z ust zaczyna mu się wylewać niekończąca się struga whisky, kroki stawia coraz ciężej, za duży ten życiowy balast… Tymczasem z podziemi wysuwają się kolejne macki i jakby korpus stwora, pokryty guzłami nierównej skóry. W ciele istoty gorzeje wielkie oko, wpatrujące się w Dunna, który już wie, że po prostu biegnąc nie ucieknie. Pozostało się przeciwstawić i ocalić, lub przepaść. Długi kuchenny nóż, za duży by nim kroić ale w sam raz by wbić go w oko bestii, pojawił się nie wiadomo kiedy w dłoni Georga. Skoczył do góry lekki, niczym piórko i unosił się wyżej i wyżej… Chciał uciec, ale macki sięgały za nim…

tentacle monster

Poczuł się jak zwierzę zagnane w kat, ostatkiem sił walczące o wolność. Naparł w dół… Jak piorun, prosto w dół celując oburącz w oko bestii… Ten lot był czymś niesamowitym, powietrze wydawało się być jego przyjacielem. W powietrzu śmignęła jedna macka, potem druga – grube jak pnie drzewne – ale jakimś cudem nie trafiły futbolisty. Jakby w jednej chwili przepłynął w powietrzu z jednej miejsca w inne. Miał w żywiole powietrza swojego sojusznika, dzięki któremu z lekkością przemknął się pomiędzy uderzającymi mackami, by zadać ten ostatni, zabijający bestię cios w oko bestii. Uczucie zbratania z żywiołem i lekkości latania nie minęło nawet gdy bestia leżała już powalona na murawie stadionu do baseballa, z nożem wbitym w oko tak głęboko, że na kilka cali zagłębił się w mózgu.    

 

* * *

Lana Skylight biegnie truchtem między kontenerami ustawionymi w porcie. W rękach trzyma swój pistolet, za nią biegną ludzie z lokalnej policji. Ale to jej sprawa, jej dochodzenie, to będzie jej aresztowanie. Wyważa kopniakiem drzwi do hali. Zaskoczeni przemytnicy porzucają skrzynki z alkoholem, ale są już otoczeni i widzą to – poddają się. Ich przywódca, Krępy Dyllan June już wie, że przegrał. Lana patrzy na pokonanego zbira, triumf maluje się w jej niebieskich oczach. Długo czekałam na tą chwilę – mówi Lana mierząc do Juna ze swojego colta – jesteście otoczeni. Dzisiaj przegrałeś.

Dyllan patrzy na Lanę a miejsce strachu na jego twarzy zaczyna przejmować grymas złości i okrucieństwa. Ziemia zaczyna wirować, policjanci towarzyszący Lanie nie potrafią ustać na nogach, padają na ruchomą podłogę. Skrzynki z alkoholem wzbijają się w powietrze, zaczynając spiralnie kręcić się wokół Lany i Dyllana, któremu z brzucha zaczynają wysuwać się długie, cienkie macki.

– Wiedziałam! – słychać krzyk Lany. Pomiędzy wirującymi skrzynkami Lana dopada do Dyllana. Wijące macki oplatają jej ciało. Jej ciało wije się jak w tańcu. Jej umysł rejestruje wszystko jak zwolniony film. Klatka po klatce. To się dzieje naprawdę. Lana koncentruje energię. Kosmos zaczyna się załamywać. Lana wydaje polecenie swojemu umysłowi a umysł absorbuje energię.

Police action 1

Stwór już to czuje i zatrzymuje się.

Nie widzą, że wokół rzeczywistość rozsypuje się jak puzzle.

Energia kumuluje się w Lanie. Jak Światło Nieba. Lana ma już dość siły. Potężnym i szybkim jak błyskawica ruchem chwyta stwora i przyciąga go do siebie. Jeszcze szybszy cios jest zadany we wnętrzności stwora. Ale ręka Lany nie wraca na pozycję. Lana drugą ręką chwyta za brzeg brzucha stwora.

Rzeczywistość nie istnieje. To tylko projekcja tego czego się boimy albo tego o czym śnimy.

Obie ręce Lany wywracają teraz stwora wnętrznościami na zewnątrz. Słychać potworny ryk bólu.

Jeszcze chwila i energia zostanie uwolniona. Atomowy rozbłysk wypełnia kosmos rozrywając wybebeszonego stwora na miliardy atomów.

Lana chwyta się za głowę. „Gdzie ja jestem”

 

* * *

Gerald Wilson-Burch prowadzi operację. Warunki wyjątkowo ciężkie, ziemia w namiocie szpitalnym drży od dalekich wybuchów, brakuje materiałów medycznych a asystująca pielęgniarka pada z nóg ze zmęczenia. Gerald zna i lubi  chłopaka, którego operuje. Młodzik z tej samej miejscowości, jego ojciec szył kilka razy Geraldowi buty. Ale wszystko idzie dobrze – ranę w brzuchu udaje się jakoś pozszywać, młody chyba był na czczo, kunszt lekarza w połączeniu ze zdrowym młodym organizmem powinny dać dobry efekt. Gerald poczuł dumę z dobrze wykonanej roboty. Operował bez myślenia, jak w transie, 48h na nogach robią swoje. Dobrze, że udało mu się zdrzemnąć te 15 min rano, obudził go wybuch pocisku niedaleko okopów. I od razu zaczęli pojawiać się „klienci”. Chłopak był jednym z ostatnich…

Wtem lekarz słyszy wystrzał i czuje drżenie ziemi. Potem następny i jeszcze jeden. Potężny huk wystrzałów, grzmią armaty, haubice i moździerze. Przygotowanie artyleryjskie, zaraz zacznie się atak! Tylko kto atakuje? Dźwięk gwizdków podrywający żołnierzy na nogi – a więc to nasi wskakują właśnie na drabiny prowadzące z transzei na otwarty teren. Nagle coś zrywa gwałtownie brezent namiotu i Gerald widzi, że jest w samym centrum bitwy. Dookoła ocean błota, archipelag lejów po bombach, wypełnionych żółtą wodą. Żołnierze w mundurach niemieckich i amerykańskich strzelają do siebie, dźgają się bagnetami, roztrzaskują głowy saperkami. Blisko, niemal na wyciągnięcie ręki! Gerald kuca  przy ziemi koło pobliskiego kopczyka i krzyczy na resztę zespołu medycznego – „kaczka!!!” Zasada numer jeden lekarza polowego – jak zginiesz to nikogo już nie uratujesz, więc ratuj swoją skórę najpierw. Rozgląda się w którym kierunku podąża natarcie, a który byłby dla nich najbezpieczniejszy. „Musze ich stąd wyprowadzić, odpowiadam za nich” – pomyślał.

swamp thing 1

Woda w bajorach zaczyna bulgotać, zwłaszcza przy brzegach lejów. Z brązowej, bulgoczącej wody zaczynają wychodzić ludzie… Nie, nie ludzie… Mają zgarbione sylwetki, błony pławne między palcami, narośla na głowie i reszcie ciała… Długie pazury i ostre zęby. Stwory rzucają się na walczących i zaczynają ich wciągać w wodę – żywych, zabitych, rannych. Kilka stworów ociekając błotem i brudną wodą rusza bezpośrednio ku Geraldowi.

Gerald zmartwiał. – To nie może być prawda! – pomyślał patrząc na scenę rozgrywającą się przed jego oczami – w sekundzie uświadomił sobie że to kolejny z koszmarów które go męczyły od czasów wojny! Postanowił zastosować technikę, którą podpowiedział mi pewien młody psycholog, u którego szukał pomocy w związku z tymi koszmarami. Świadome śnienie, trzeba przejąć kontrolę nad snem i rzeczywistością snu.

Gerald pałał do tych stworów nienawiścią, gorącą, pałającą nienawiścią. Nie był jednak w stanie całkowicie przełamać poetyki koszmaru, musiał działać w ramach tego, co widział. 

 – Do mnie!, krzyknął strzelając z podniesionego z ziemi Enfielda do stworów, starał się celować prosto w paskudne pyski. Gerald wycofywał się krok po kroku strzelając i przeładowując. – Richard – tam jest gniazdo KM, zbierz kogo się da i ładujcie do tych kreatur. Elizo, zobacz, niemiecki miotacz ognia, chroń lewą flankę! Stefan, ty chroń prawą! 

Widząc, że jest ktoś, kto chce i umie skutecznie ogarnąć chaos bitwy, ludzie – trochę wbrew sobie – zaczęli wykonywać polenia Geralda. Najpierw zorganizowaną walkę podjął personel medyczny, ale szybko za jego przykładem poszli kolejni żołnierze obu armii, czująć wewnętrzny przymus do walki z silniejszym i przerażającym przeciwnikiem i widząc w tym jedyną szansę na przetrwanie.

Gerald starał się opanować sytuację i przemienić chaos w taktyczną bitwę. Te stwory zawsze atakują en-masse, hordą, zorganizowana obrona je wykończy – pomyślał, rozglądając się za innymi ludźmi, bronią i miejscami które by było lepsze do obrony niż gniazdo niemieckiego maxima. Może ten brytyjski Mark IV się nada?

Mark_IV

Chwilę później Gerald siedząc w otwartym włazie czołgu wykrzykiwał rozkazy, jednak mimo wszystko to nie wystarczyło. Pazurzastych stworzeń nie ubywało, mimo że pobliskie rowy i doły wypełniły się częściowo ich ciałami. Jego ludzie mimo męstwa tracili grunt stopa za stopą. Gerald w błysku olśnienia przypomniał sobie coś co przeczytał niedawno w „Wiedźmich kultach Starej Anglii”,  – kiedy to było? nie pamiętam.. – przemknęło przez jego myśl.  Notatka Bigwooda opisująca akcentowanie stanęła mu wyraźnie przed oczami. Elizo, Stefan, podpalcie te ruiny! krzyknął. Kiedy płomienie objęły zrujnowane zabudowania Gerald wyrecytował inkantację patrząc w kierunku nocnego nieba, prosto na gwiazdę Fomalhaut. Inkantację zakończył słowami – „Dzieci Cthugi, przybywajcie na moje wezwanie! Wypalcie tę zarazę z powierzchni ziemi!” 

Po chwili z nieba zaczęły spadać iskry, trochę większe niż normalne, rożnych kolorów i co najdziwniejsze – nie gasnące…

Fale gorąca zaczęły przebijać się przez szeregi nieludzkich stworzeń, ich ciała stawały w ogniu…

 

* * *

 

Zaczęli się budzić mniej więcej w tym samym czasie. Pierwszy wstał Gerald i rozejrzał się po obozowisku. Było już jasno, w powietrzu mróz i lekki wiatr. Ognisko wygaszone, przysypane warstwą śniegu… Jeden z namiotów wywalony. Pozostali uczestnicy wyprawy zagrzebani w kocach, także przysypanych białym puchem. Tylko chyba nie wszyscy, chyba ich było jakoś mniej…

Gerald opatulił się mocniej kocem obejrzał się pobieżnie czy nie ma odmrożeń. Uszy, nos, palce u rąk i nóg wyglądały dobrze. Zaczął budzić towarzystwo, poczynając od najbliższej zaspy.  Okazało się, że to był Dunn. Po zmuszeniu go do wstania i rozruszania kończyn  i upewnieniu się, że nie ma groźnych odmrożeń Gerald rozejrzał się po obozie – kogo brakuje? Wyglądało na to, że w obozie oprócz Geralda, są tylko Lana, George oraz Mendoza – ale, co dziwne, ten ostatni związany liną. Obaj ruszyli budzić pozostałych. Gerald wyciągnął z plecaka butelkę whiskey i sole trzeźwiące – któreś z tych na pewno zadziała. Mendozę planował rozwiązać, bo ocenił, że pozostawanie w bezruchu może zagrozić jego życiu a przynajmniej zdrowiu.

Dunn poruszał się nadal niczym kukła, mechanicznie przykląkł przy Lanie starając się ją dobudzić delikatnie. Wyglądał jak zbity pies, nadal nie bardzo wiedząc, co się stało, nie ogarniał jeszcze braku w ludziach… – Hej Maleńka – potrząsnął agentka – hej, no nie rób mi tego, wstawaj.

Do świadomości Lany przedarły się jak rozdzierający huk czyjeś głosy. A może głos… Chciała się zerwać błyskawicznie. Nie mogła. Powoli otworzyła oczy. Potem wyprostowała się gwałtownie, rozejrzała i wykrzyczała: – Co się stało… ?!!!

Gerald widząc jak się porusza George krzyknął: – Panie Dunn! Proszę się ruszać! Nawet potruchtać w miejscu, ruszać palcami rąk i nóg – jak zaczną boleć to dobry znak! I proszę energiczniej budzić pannę Skylight, postawić ją na nogi i zmusić do chodzenia! To zalecenie lekarza! – dodał na koniec, chcąc wybić Dunna z marazmu.

Sam zajął się Mendozą. Rozciął mu więzy, poklepał po policzku, a potem wlał łyk whiskey do gardła i siłą posadził. Panie Mendoza – proszę się obudzić! Gdzie są pozostali!

Różnica między obecnymi członkami drużyny a Mendozą była widoczna. Lana, Gerald i George byli zmarznięci, ale tylko trochę. Ot, jakby poleżeli na lekkim mrozie i zimnie, ale przedtem się ruszali i byli rozgrzani. Wystarczyło trochę energicznych ćwiczeń, wzmocnionych wyjętą przez Geralda whisky i krew zaczęła szybciej krążyć, przywracając sprawność ich organizmom. Z Mendozą sprawa wyglądała gorzej – przeleżał dłuższy czas mocno związany, nie miał siły się podnieść i ruszać a zsinienie skóry wskazywało na mocną hipotermię.

Tylko gdzie podział się Beach? I gdzie do cholery był Smith?

Lana czuła się dziwnie. Nie wiedziała czy dziwnie oznacza dobrze, czy źle, czy po prostu dziwnie. „Jakbym nie była sobą” pomyślała. Teraz już wszyscy towarzysze dostrzegli nieobecność Smitha i Beacha.

– Panowie nie wiem, co jest gorsze – czy rzeczywistość, którą mamy, czyli brak Waltera i tego drugiego trapera, czy też to co mi się śniło dzisiaj… – Lana już teraz była śmiertelnie poważna. – Czy ktoś wie co miało miejsce w nocy…?

Eechh – sapnął Dunn przecierając twarz dłońmi, chyba dochodził do siebie – miałem strasznie głupi sen, to chyba od tego mrozu… Bardziej niż snem martwił bym się stanem naszego obozu i faktem, że nikt nas nie obudził a stało się na pewno coś nie za dobrego nocą. Nie wyobrażam sobie, by Walter i traper tak po prostu sobie stąd poszli w góry. Skylight przyjrzała się pozostałym członkom wyprawy i nie widziała w ich oczach niczego pozytywnego.

– Musimy sprawdzić obóz i poszukać śladów – to mówiąc zaczęła się rozglądać po obozowisku w poszukiwaniu odcisków butów lub innych wskazówek, które by pokazały, co zaszło tej nocy. Ślady butów były bardzo wyraźne, w końcu od wieczora padał lekki śnieg. Tutaj, w obozie, śladów było mnóstwo, mocno zadeptanych oraz świeżych. Wychodziły z niego także ślady w kierunku góry Hood, ale te, choć widoczne, były już częściowo przysypane śniegiem, który wciąż prószył.

– Ruszajmy ich śladem póki możemy – George już zaczął zbierać obozowisko – mam wrażenie ze każda minuta jest ważna! – popatrzył na Mendozę – nie wiem tylko co z nim zrobić, wolał bym się nie rozdzielać a jedyna rozsądna rzecz jaka przychodzi mi do głowy to szybki pościg w góry i zostawienie kogoś z Mendoza by o niego zadbał.. co myślicie?

Gerald, popatrzył na Mendozę – nie ma odmrożeń. Wydaje mi się, że nacieranie skóry, opatulenie kocami i małe ognisko w pół godziny postawia go na nogi. Mogę tu zostać z nim, ale wolałbym żebyśmy się nie długo nie rozdzielali. Kto z was umie czytać ślady? Proponuję krótki rekonesans – 2 osoby pójdą 30 min za śladami, może nasi towarzysze są 5 minut drogi stąd! Jak nic nie znajdą, to zawrócą do obozu. A ci, co zostaną, jak tylko uda się postawić Mendozę na nogi to ruszą za wami. Pewnie wyjdzie, że spotkamy się w połowie drogi. – Co wy na to?

– Nie, jak nie chcę tutaj zostawać – wystękał wystraszony Mendoza. Jak trza iść, to chodźmy wszyscy. Dam radę – powiedział, chociaż widać było, że nie da rady. Może za chwilę, jak się rozrusza i ogrzeje, ale jeszcze nie teraz.

– Doktorku postaraj się postawić na nogi Mendozę – Dunn już rozruszany zabierał się za zwijanie obozu – decyzja jest taka, zbieramy tyle ile się da, rzeczy zbędne, nie mieszczące się, zostają. Myślę ze szybkie spakowanie to jakiś kwadrans czy pół godziny, tyle masz czasu by się pozbierać do kupy, inaczej zostajesz z doktorem – te słowa już skierował do trapera w nadziei, że zmotywuje go do sprawnej rozgrzewki. – Musimy ruszyć za nimi i zobaczyć, co się stało. To nie jest alternatywa. – George sapiąc i coraz ciężej oddychając z powodu wysiłku przy szybkim pakowaniu ciągnął dalej – nie wiem jak daleko poszli, ale może to faktycznie kilkaset metrów. Im prędzej ich odnajdziemy tym prędzej stąd odejdziemy, bo ja mam już szczerze dość.  Po czym popatrzył na niebo ile realnie ma czasu na pakowanie wszystkiego by zdążyć iść po śladach.. kurwa – może za dużo chce na raz – pomyślał – czy jest sens ciągnąć Mendozę? Myśli biegły jak oszalałe, oglądał obozowisko starając się pakować najpierw najpotrzebniejsze rzeczy.. Żarcie, ubrania, broń… Dr Burch popatrzył krytycznie na Mendozę. „W sumie jak się zdołał sam ruszyć to nie jest tak źle” pomyślał.

– OK, dajcie mi 15 min,  rzucił do towarzyszy. – Mendoza, łyknij sobie jeszcze raz whiskey, byleby nie za dużo, żeby ci się żyły rozszerzyły i truchtać! Podskakiwać na palcach! Już! Jak boli to dobrze! To znaczy że, nie odpadnie! – Doktor rozgrzebał resztki ogniska i w najsuchszym miejscu zebrał kawałki gałęzi, podlał trochę wódką i zaczął rozpalać mały ogieniek, Gorzała gorzałą, ale trzeba mu choć letniej wody czy herbaty dać… pomyślał podgrzewając kubek wody nad ogniem. Katem oka popatrzył na Mendozę  – Mendoza, ręce zginaj! Wymachy!

Gerald miał wszystko nadal w plecaku, oprócz śpiwora, który i tak był przytraczany na zewnątrz w wodoodpornym pokrowcu. – Trzy minuty i będzie gotowy do drogi.! – oświadczył i jak tylko Mendoza zaczął wyglądać lepiej zagonił go do pomocy przy pakowaniu.

hdrkrajobrazy011

Bohaterowie czuli, że szybki wymarsz jest priorytetem. Spakowali się szybko, jak jeszcze nigdy podczas całej wyprawy i wyglądało na to, że udało im się zabrać większość rzeczy. Ruszyli coraz mniej widocznym w śniegu śladem. Mendoza starał się dzielnie iść. Z jednej strony wyglądał na spanikowanego na myśl o pozostaniu samemu w tej skalistej, coraz słabiej zadrzewionej okolicy. Z drugiej strony ruch faktycznie zdawał się go rozgrzewać – szedł coraz sprawniej. Po pół godziny od wymarszu odzyskał już pełnię swojej sprawności.

Tym, co budziło wielki zdziwienie drużyny był fakt, że szli nie po podwójnych śladach Smitha i Beacha, a po szerokim wydeptanym w śniegu tropie, który wskazywał, że przeszło nim z pięć osób, częściowo w obu kierunkach. To było bardzo dziwne…

W pewnym momencie dotarli do miejsca, gdzie od wszystkich śladów jedne się odłączały. Reszta prowadziła wciąż w tym samym kierunku, coraz bliżej szczytu Hood. Dunn zatrzymał się i przez chwilę patrzył za tropami, którymi poruszała się większa liczba osób. Odwrócił się do przyjaciół i wskazał ręką – Tam.. chyba trzeba iść dalej na górę.

Poszli dalej bardziej widocznym tropem. Kilkadziesiąt minut później weszli na polanę, na której stał duży, przynajmniej trzymetrowej wysokości głaz. Skała była oprószona śniegiem, zwłaszcza na szczycie. Wokół niej śnieg był bardzo mocno zadeptany. Leżało tam także, ciśnięte jak tłumok, przysypane śniegiem ciało Waltera.

Zanim zdążyli podejść bliżej, na zboczu powyżej zobaczyli samotną sylwetkę. Znajomą sylwetkę. Sylwetkę wychudzonego i wymizerowanego przyjaciela.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s