Zaginiona Ekspedycja 09 Silent night, unholy night

„Pewien mąż tak kochał swoją jednooką żonę, że sądził, iż wszystkie inne kobiety mają jedno oko za dużo.”

stare chińskie przysłowie

Później mówiono, że człowiek ten nadszedł od północy od Góry Hood. Szedł pieszo, nie prowadził z sobą nawet objuczonego konia. Był późny poranek i choć słońce jasno już świeciło, las wydawał się pusty. Było zimno, a człowiek ten nie miał na sobie czapki ani rękawiczek, miał za to w ręce naostrzony kij a przy pasie wnyki i stary, rzymski miecz. Zwracał uwagę.

028

Lana stanęła jak wryta.

– Heinrich….. Walter….. – patrzyła to na idącego z naprzeciwka antykwariusza, to na leżącego bezwładnie dziennikarza – Hienrich żyje!!! – obróciła się do towarzyszy – Ale co z Walterem? Ruszyła biegiem i w mgnieniu oka była przy dziennikarzu – Dzięki bogu żyje! Doktorze szybko, musimy go ocucić…

Gerald rozejrzał się szybko, oceniając czy nie grozi im jakieś nagłe niebezpieczeństwo – czuł, że to objaw lekkiej paranoi, ale niestety czuł się tutaj jak na froncie. Nie dostrzegł niczego niebezpiecznego. Przyklęknął przy leżącym – jak wygląda jego stan na pierwszy rzut oka?

Dunn zrobił kilka niepewnych kroków, jakby nogi odmówiły mu posłuszeństwa… Dobrze, że szedł pierwszy, to tylko Heinrich widział jego głupią minę z wpół otwartymi ustami.. – Hej! Kurwa! Myślałem ze nie żyjesz! – wykrzyknął i ruszył szybkim krokiem w stronę leżącego ciała, jednocześnie machając serdecznie do przyjaciela – Chodź do nas!

Heinrich stał przez dłuższą chwilę i nie wierzył własnym oczom. Może to znowu jego umysł go zwodzi, a może to jego prośby zostały wysłuchane, tak czy inaczej tym razem będzie ostrożny. – Lana, to Ty?? Gerald? – krzyczał, zbliżając się do grupki ludzi, zaciskając mocniej dłonie na drzewcu włóczni.

Widać było, że antykwariusz niejedno przeszedł. Ubyło go kilkanaście kilo, dłonie miał poranione, ubranie w strzępach – z dzidą w ręce wyglądał jak półdziki człowiek gór. Heinrich zauważył, że towarzyszy los także nie oszczędzał. Dało się poznać, że są w górach już przynajmniej od kilku dni. Byli nieogoleni, niedomyci i także widocznie chudsi. Co więcej, Lana zamiast jednego oka miała opatrunek.

Gerald zajął się leżącym Walterem. Wzdrygnął się, kiedy Smith otworzył oczy. Zamiast zmęczonego spojrzenia wyczerpanego wędrowca, Smith patrzył na wszystkich wzrokiem przerażonego zwierzęcia. Dziennikarz żył, ale nie był w dobrym stanie. Udało się go docucić, ale był przemarznięty. Oprócz hipotermii dało się u niego stwierdzić wstrząs mózgu i złamanie szczęki. Wyglądało, jakby na jego głowę spadł grad potężnych ciosów jakiegoś rozwścieczonego stwora. Członkom wyprawy od razu przyszedł na myśl ogromny, zwierzęcy malarz Kaufman. Wedle opowieści, to on miał takie piąchy…

mr-hyde-1932

George popatrzył na swoje dłonie. Kostki obu pięści miał przytarte i okrwawione, co zauważył już wcześniej. „Czyżbym to ja? Ja to zrobiłem Walterowi?” – pomyślał.

Nie ulegało wątpliwości, że gdyby Smith mógł, poderwałby się do ucieczki, jednak jego siły pozwoliły mu tylko powolnie i niezgrabnie unieść się na łokciu i rozejrzeć po okolicy. Choć dostrzegł przyjaciół wraz z Heirichem, wydawało się, że jeszcze kogoś szuka.

Heinrich poszedł do Lany, chwycił ja oburącz za głowę, mocno przytulił i wyszeptał ze łzami w oczach – Myślałem, że nie żyjesz, nic nie mogłem zrobić, przepraszam…

– Ale co nie mogłeś zrobić? – Lana zadrżała – Czy wiesz, kto mi zabrał oko…? Co się stało, kiedy wyszliśmy od tego przeklętego szeryfa…? Ja nic nie pamiętam…

– Nie pamiętasz? Poszliśmy przecież do domu Kaufmannow, nikt nie otwierał, weszliśmy bo mieliśmy złe przeczucie, przeszukiwaliśmy górę domu gdy Fraulein Kaufmann z dołu nas wywołała. Wyszliśmy na schody prosto pod lufę jej dubeltówki, krzyczałaś żeby rzuciła broń, że jesteś z FBI… Potem były dwa strzały… Mnie lekko musnęło, Twoje ciało potoczyło się na dół, Melinda osunęła się na podłogę trzymając się za brzuch. Próbowałem zejść do Ciebie, gdy z piwnicy wyszedł jej ojciec… Potem obudziłem się w górach, byli ze mną Kaufmannowie i dwójka Indian. Gdy się znowu obudziłem byłem już sam.

– Ale skąd pożar… Kto mnie wyniósł z ognia… – setki pytań cisnęły się Lanie, niektórych bała się nawet zadać, a jeszcze bardziej obawiała się odpowiedzi.

Dunn poklepał serdecznie po plecach przyjaciela – Opowiadaj, jak udało Ci się tu przeżyć? Wyglądasz strasznie – uśmiechnął się – bardzo się cieszę, że wróciłeś miedzy żywych… – odciągnął Heinricha dwa kroki od pozostałych i już ściszonym głosem dodał – widzę że masz miecz… A jak go odnalazłeś? I widziałeś profesora? – Patrzył prosto w oczy jak by próbując odgadnąć myśli towarzysza.

– Miecz znalazłem w jaskini nieopodal, tam nocowałem dziś, są tam trzy szkielety, zebrałem, co się dało – mówiąc to wcisnął kartki papieru w ręce Dunna – możemy tam iść, tylko dajcie mi jeść.

– Doktorze, co Walterem? Ciekawe, kto mu to zrobił? – Lana przyjrzała się rannemu towarzyszowi.

Pan Smith jest mocno poturbowany – odpowiedział Gerald starając się opatrzyć szczękę dziennikarza. – Lecz nie jest to nic bardzo poważnego. Oczywiście mówię o stanie fizycznym – Doktor się zafrasował. Przesunął świeczką przed oczami Waltera. – Ma rozszerzone źrenice, wygląda mi to na wstrząs mózgu. I najwyraźniej jest w szoku. Nie wiem czy nas poznaje. Panie Smith, czy Pan mnie słyszy i rozumie? Proszę kiwnąć głową. Smith wykonał polecenie doktora, widać było, że próbuje coś powiedzieć, ale jego cichy i zachrypnięty głos załamywał się.

– Musimy zadecydować, co dalej – donośnie rzucił George – jeśli chodzi o mnie to jestem za powrotem do obozu, minięciem go i wróceniem po naszych śladach w stronę miasteczka. Nic tu po nas, a sytuacja nie jest optymistyczna, nie chcę by ktokolwiek ucierpiał jeszcze i liczę, że się zgadzacie. Mamy zapiski profesora – to musi wystarczyć Lidze.

– To Lidze nie wystarczy, ale zważywszy na sytuację trzeba podjąć decyzję o powrocie. Chociaż czuję, że jesteśmy już blisko celu naszej wyprawy – odparła Lana. Potem zaczęła się rozglądać, badając ślady. Podeszła do leżącego w śniegu Winchestera i zbadała, czy nie ma śladów walki. Podniosła karabin ostrożnie i obejrzała go. Karabin był w świetnym stanie, miał wystrzelony tylko jeden pocisk. Upadek nie odbił się ujemnie na jego kondycji.

Widząc Winchestera, jakby nowe siły wstąpiły w Heinricha – dajcie mi tą broń, a upoluje Człowieka Gór, widzieliście go prawda? To on zabił tego trapera…

– Jak myślisz, warto poszukać śladów w okolicy? – spytał Dunn podchodząc do Lany – skoro strzelał to może kogoś trafił i będą ślady krwi czy coś? Przejdę się szybko w najbliższej okolicy i poszukam.

– Sam sobie odpowiedziałeś, Dunn – odrzekła ponuro Skylight – Wiesz, jaka jest zasada w tych górach. Ilu badaczy potrzeba do zbadania śladów? Wszystkich. Zostań i ruszymy razem za chwilę.

– Szkoda naszego czasu… Będę w zasięgu wzroku a Ty pomóż pozbierać wszystkich. Za kwadrans wyruszamy – George ruszył obejrzeć okolicę. Był ostrożny – nie zapuszczał się dalej niż zasięg wzroku, w końcu jeśli padł strzał który miał kogoś trafić to na pewno na właśnie na takiej odległości, a nie na oślep.

Lana spojrzała na Dunna jak na niesubordynowanego skauta, i pokręciła głową.

– Dunn uważaj na siebie, żeby był jeszcze z ciebie potem pożytek. – uśmiechnęła się lekko.

Nagle Smith zauważył stojący na środku głaz i po chwili osłupienia zaczął czołgać się jak najdalej od polany. Starał się coś przekazać pozostałym, ale z jego gardła dobywał się jedynie zachrypnięty świst.

Blue Glowing Eye 4

Gerald ze spokojem powstrzymał wysiłki Waltera. Jego samego jednak ta dziwna skała w dziwny sposób fascynowała.

Skylight obróciła się gwałtownie w stronę pełzającego w śniegu Smitha, po czym jej wzrok padł na głaz stojący pośrodku polany. Prehistoryczny kamień przerażał Waltera, ale Lanę fascynował. Nigdy wcześniej tak nie miała i w to nie wierzyła. Ale czuła moc.

Obchodząc najbliższą okolicę Dunn nie znalazł niczego ciekawego. Żadnych dodatkowych śladów w śniegu, żadnych połamanych gałęzi… Ani śladu żywej duszy.

Lana podeszła bliżej do kamienia i zaczęła go obchodzić uważnie oglądając. „Co w nim jest takiego że przyciaga. Ta skała wygląda jak rdzeń… naładowany mocą…”

– Lana! Zostaw to! – Dunn podbiegł łapiąc ją za ramię i odwracając do siebie przodem – Zostaw, musimy iść i to jak najdalej. Nie znalazłem żadnych śladów w okolicy, ale nie mam i tak zamiaru spać w pobliżu tego głazu, tym bardziej, że potrzebujemy szybko dostać się do szpitala z Walterem – wskazał na przyjaciela – naprawdę czas nagli. Panowie! – odezwał się głośno by wszyscy słyszeli – ruszamy do miasta i to z jak najmniejszą ilością postojów, myślę że wrócimy po naszych śladach czyli znowu okolice Bigwooda. Wolałbym ominąć blokhauz, ale to chyba najszybsza droga. No, zbieramy się!

Walter nie wierzył w to co słyszał. Nie miał sił, aby wyrazić aprobatę, ale uważny obserwator dostrzegłby błysk w oku dziennikarza w momencie, w którym Dunn wspomniał o powrocie.

– Panie Hertzberg, proszę dać się obejrzeć – Powiedział Gerald, kiedy opatulił Smitha kocem. Rozumiem, że czuje się Pan w miarę dobrze poza głodem? Te trzy szkielety, o których pan wspomniał, to Profesor i reszta? Ma Pan jakieś tego potwierdzenie? Osobiście uważam, że zanim wrócimy do miasta powinniśmy przynajmniej tam pójść i pochować naszych kolegów z Ligi. – rzucił do Dunna. I przy okazji  – kto ma aparat? Uważam że warto by było zrobić zdjęcia temu kamieniowi. Głaz stojący na środku polany niezmiernie przyciągał wzrok Doktora…

– Jestem głodny i zziębnięty, ale zaprowadzę Was. Jaskinia jest niedaleko, trafiłem tam po śladach tego stwora, co tu grasuje – mówiąc to obracał strzelbę w dłoniach – to mógł być Wielka Stopa, ja myślałem ze to tylko legenda, a on  istnieje naprawdę. Co do trupów to nie jestem pewien kim byli, znalazłem przy nich tamte notatki, miecz i liny, ale mogłem coś przeoczyć, byłem wyczerpany…

Dziennikarz popatrzył błagalnie na doktora i wskazał ręką w stronę jego plecaka. Gerald podał Walterowi kartkę papieru i ołówek – Proszę nic nie mówić, ograniczenie się tylko do pisania zmniejszy ból. – Po czym sięgnął po plecak. – O co chodzi, czego pan potrzebuje? – popatrzył pytająco na poturbowanego kolegę. Smith drżącą ręką nabazgrał kilka wyrazów. Choć pisanie przychodziło mu z trudem, z kartki, którą przekazał doktorowi dało się wyraźnie wyczytać niepokojące zdanie: „Uciekajmy, w nocy nie jesteśmy sobą!”.

Lana Skylight w ogóle nie zwracając uwagi na resztę drużyny, oglądała z fascynacją blok skalny na środku polany. Okrążała go powoli i wracały do niej przebłyski, kiedy jako mała dziewczynka bawiła się w posiadłościach swoich dziadków. Tam pewnego wieczoru, kiedy już wszyscy szykowali się na spoczynek, a pogoda była wietrzna i deszczowa, nastąpiło pewne niezwykłe wydarzenie. Na niebie zasnutym chmurami nagle coś rozbłysło, a horyzont przecięła błyskawica, która była śladem lotu jakiegoś dużego powietrznego pocisku. Jej grandpa wybiegł przed dom. Lana wybiegła chwilę później i razem zobaczyli jak coś uderza w powierzchnię ziemi kilka kilometrów od ich domu. Zaraz też las w tamtym miejscu stanął w płomieniach, które na szczęście ugasiło nagłe uderzenie burzy. Dotarli tam z dziadkiem dopiero rano. Na miejscu uderzenia leżał kamień nieznanego pochodzenia. Zupełnie jak ten…

– Lana, weź aparat i pstryknij fotki kamieniowi – George już zbierał ekipę do drogi – jest w moim plecaku, tam go wrzuciłem. Reszta pomoże rannym iść do obozu. Przejrzyjmy co tam nasz sprzęt i zabierzemy najpotrzebniejsze rzeczy bo jest nas mniej do dźwigania. Przykro mi to mówić, Gerald ale nie idziemy do jaskini, biorę to na siebie przed Ligą i jak coś to ja się będę tłumaczył, według mnie to praktycznie 100%, że to zwłoki profesora i poprzedniej ekspedycji, ta jaskinia będzie ich grobowcem – rzekł Dunn już ściszonym głosem – Robię to dlatego, by nie była i naszym. Ruszamy i skoro trasa jest taka sama do miasta to może do traperów pójdziemy zamiast do Bigwooda. Mendoza – tu słowa skierował do ich jedynego przewodnika już – trafisz tam i zaprowadzisz nasz do miasta?

– Nie wiem, dawno żem tu nie chodził. Ale trafię, co bym miał nie trafić… – odpowiedział niepewnie alkoholik.

Przeszukanie plecaka trwało bardzo krótko i już po chwili Lana zbliżyła się do głazu ponownie. Ustawiła cały sprzęt, sprawdziła czy są załadowane klisze i uruchomiła migawkę. Coś jednak było nie tak. Aparat uparcie nie chciał zrobić zdjęcia. A przecież nie wyglądał na uszkodzony… – Dunn, co z tym aparatem, Doktorze może Pan się zna…. –  Lana rozejrzała się za pozostałymi członkami ekspedycji.

Smith patrzył jak Ms Skylight nieporadnie próbuje przygotować sprzęt. Chociaż dostrzegł, że zakłada kliszę odwrotnie, postanowił nie ingerować. Udawał słabszego niż w rzeczywistości się czuł i cieszył się w duchu, że nikt nie prosi go o pomoc – po ostatniej nocy był pewien, że niektóre rzeczy nie powinny dotrzeć do szerszej publiki. Dziennikarz zaczynał rozumieć Bigwooda i serdecznie żałował, że było już na to za późno.

– Nie znam się na tym więcej niż troszkę, ale proszę pokazać – Gerald wziął aparat od Lany. Widać było, że jest wzburzony decyzją Dunna. W szczególności dlatego, że jeszcze nie było południa, z pewnością by zdążyli. Pstryknął kilka zdjęć, ale wobec pośpiechu nie za dużo i pewnie nie za dobrze ustawionych i doświetlonych, i także się zaczął zbierać do marszu.

– Ruszajmy – powiedział Dunn, gdy wszyscy się w miarę ogarnęli – trzeba zabrać prowiant, broń i materiały poprzedniej ekspedycji… jak uniesiemy to inne potrzebne rzeczy… Tu liczę na Pana, Mendoza, w końcu to Pan wie co jest najpotrzebniejsze, ale kierujemy się w dół, od zimy i mrozu i to jak najszybciej.

– Dunn, widzę, że ewakuacja idzie nam znaczenie lepiej niż zdobywanie szczytów – Lana uśmiechnęła się zgryźliwie – Dobrze możemy się zbierać zdjęcia zrobione. Ale i tak mam dziwne przeczucie, że jeszcze tu wrócimy…

Heinrich posilając się prowiantem szedł z reszta grupy. Upewnił się ze broń jest sprawna, załadował naboje i maszerując przed siebie rozglądał się na boki… jakby liczył ze Coś tam jest…

I ekspedycja ruszyła powoli w dół zbocza, po swoich własnych śladach widocznych na śniegu, w kierunku Parkdale. Zmęczeni bohaterowie dreptali powoli. Było im jakoś dziwnie. Jakby czuli smutek i ulgę równocześnie. Gdy zobaczyli pojedyncze ślady odłączające się w bok od głównego, wydeptanego przez nich tropu wiedzieli, że do wczorajszego obozowiska już niedaleko.

Minęli ślady i niespełna pół godziny później byli już przy swoim obozowisku. Pozostawione rzeczy były porozrzucane byle jak, w rozdeptanym obcasami świeżym śniegu, ale chyba nikt tutaj nie grasował. Wyglądało na to, że wszystko jest dokładnie tak, jak zostawili. Mogli tutaj coś zjeść, spokojnie się przepakować i ruszyć dalej.

– Dobrze – Dunn sapał chyba z pośpiechu – dobrze, uff, teraz zobaczmy czy czegoś więcej nie bierzemy – zrzucił plecak i przeglądał rzeczy porozrzucane w obozie, dopakowując resztki prowiantu, ubrań. Uznał, że najważniejsze jest żarcie, poza tym zapiski z wyprawy oraz namiot, choć jeden na wypadek jak by było zimno – by w nim spać. Uznał, że ubrania na zmianę można sobie darować, mogli przecież iść w tym co mieli na sobie. – Myślę że mamy godzinkę na przejrzenie tego, zjedzenie i ruszamy dalej. Ranni odpoczywają, ci co mogą niech zobaczą co się nada i dopakują sobie plecaki.

Heinrich zmienił swoje ubranie na coś cieplejszego, włożył dwie pary skarpet, czapkę i rękawice, szczelnie otulił się szalikiem i zaczął pakować prowiant. Przypasał nóż po przeciwnej stronie niż miecz, kieszenie wypełnił nabojami. Zbierali co się dało, chociaż zdawali sobie sprawę, że pakują za dużo – to jednak żal im było się pozbywać kupionego za ciężkie pieniądze i być może potrzebnego im sprzętu.

Wtem ciszę panującą w lesie przerwał odległy ryk. Wściekły, głośny ryk, którego nie mógł wydać z siebie człowiek – raczej wielkie, dzikie zwierzę. Ryk, mimo że odległy, zmroził badaczom krew w żyłach. George, Gerald, Heinrich i Lana w pierwszej chwili zaczęli rzucać bagaże i biec – pragnienie ucieczki mocno rysowało się na ich twarzach. Tylko Walter pozostał w miejscu, stojąc sztywno jak żona Lota i lekko drżąc.

I w tej chwili, widząc panikę na twarzach towarzyszy i to, że zaczynają się rozbiegać każdy w innym kierunku Gerald, już nie doktor, a pułkownik Wilson-Burch ryknął.  – Stać do k@#$* n#%^* !!! W lesie się chcecie w pojedynkę z niedźwiedziem ganiać?! Jesteśmy na polanie, tu przynajmniej zobaczymy go jak będzie się zbliżał. – Nie od razu posłuchali, więc poparł swoją delikatną sugestię wystrzałem w powietrze. – Szeregowcu Dunn – przejmuję chwilowo dowodzenie! Dunn, z rewolwerem na lewą flankę, Heinrich z Winchesterem na drugą. Mendoza tył a ja z przodu. Jak zobaczycie że coś się rusza – krzyczcie, ale na razie nie strzelajcie.

Skylight mocno ścisnęła w garści pożyczony rewolwer, skokiem zwinnym jak kocica przyczaiła się w załomie, namierzając ukrytego wroga. Miała ochotę go wybebeszyć i rozerwać na strzępy wypruwając mu flaki serią, a potem najlepiej gołymi rękami wypatroszyć mu bebechy… Niech się tylko ruszy…

Smith wzdrygnął się słysząc ryk bestii, ale głos doktora – pułkownika spowodował, że dziennikarz aż podskoczył w miejscu. Nie było tu miejsca na nieposłuszeństwo, ten człowiek wiedział co robi i co mają robić inni. Najsprawniej na ile pozwalał mu jego stan Walter zabrał się do zabezpieczania bagaży, chociażby przez zebranie ich na środku polany.

Heinrich poderwał się na nogi i ruszył kilka kroków w stronę, z której dobiegł ryk. „Tak… to na pewno jesteś Ty” pomyślał z radością w sercu..

Man_of_the_wood_1.preview

– Na razie jest daleko. Lana, Smith postarajcie się zabezpieczyć resztę bagaży; wykopcie płytki dołek, przykryjcie je kocem i przysypcie igliwiem. W sumie jak idzie prosto do nas to lepiej będzie walczyć nam tu na polanie niż na ścieżce. Heinrich, idzie do nas? Pułkownik pytająco i domyślnie popatrzył na Heartsberga.

– Taak – odpowiedział spokojnie i udał się na pozycję, którą przydzielił mu Gerald

Pod wpływem głosu Wilsona-Burcha zaczęli sprawnie wykonywać polecenia. Jedni czaili się z bronią przygotowaną do strzału, wypatrując niedźwiedzia, drudzy układali bagaże w prowizoryczne umocnienia. Ale las milczał. Bestia nie nadeszła ani po pół godziny, ani po godzinie. Zdali sobie sprawę z tego, że czekając tutaj tylko tracą czas. Czas, którego nie mieli teraz w nadmiarze.

Zebrali więc co lżejsze bagaże, zostawiając wiele sprzętu na pastwę dzikiego lasu. Pozostawili obie liny, namioty, poza jednym, łopatę, łom i kilof, choć zabrali siekierę. Wzięli też trochę, ale niedużo, jedzenia dla siebie i paszy dla muła. Zostawili większość garnków i patelnię – trudno, trzeba będzie się zadowolić jedzeniem zimnych racji popijanych gorącą kawą lub herbatą. Oddalając się widzieli porzucony byle jak, nie zabezpieczony przed pogodą sprzęt.

Ruszyli w dolinę, najpierw wzdłuż trasy prowadzącej do blokhauzu Bigwooda, którą tutaj przyszli a potem odbili w prawo, w kierunku chaty traperów. Heinrich miał jednak wrażenie, że Mendoza prowadzi ich mało pewnie – nie zachowywał się jak ktoś, kto dobrze zna drogę. Tak jakby nie szli najkrótszą drogą, tylko minimalnie kluczyli. Z zaciętej miny alkoholika wyczytał raczej zmagania z własnymi umiejętnościami, niż próbę celowego spowolnienia podróży.

– No to żeśmy dużo przeszli, tera czas na wieczorne spanie. – powiedział Mendoza po kilku godzinach intensywnego marszu. Faktycznie, miejsce wyglądało na przyjemne. Ogromna sosna zasłaniała światło innym roślinom, więc poszycie nie było gęste a płynący nieopodal strumień gwarantował świeżą wodę.

Przygotowywali ognisko i wieczorny posiłek. Z ogniskiem nie było łatwo, brakowało im Beacha, który zawsze się tym zajmował. Gryzło ich to trochę – w końcu nie przeszukali obozu i nie wiedzieli, co się z Beachem stało. Może teraz leżał gdzieś w wykrocie ze złamaną nogą i czekał na pomoc… Mendoza po zrzuceniu bagaży też gdzieś się zapodział, pewnie za potrzebą. Ale w końcu udało im się rozpalić ogień i płomienie zatańczyły na namokniętych śniegiem patykach, dając sporo dymu. Przegryzali suchy prowiant a w ostatnim zabranym dzbanku zabulgotała kawa, dając wspaniały, wyczuwalny w całej okolicy aromat. To pokrzepiło zmarzniętych wędrowców.

– George – Heinrich zagadał do Dunna – Ile minęło dni, od kiedy z Laną poszliśmy do szeryfa? Ile potrwa droga powrotna?

– Oj nie wiem.. Straciłem rachubę tutaj – podrapał się po zaroście, a raczej już małej brodzie Dunn – kurde będzie z 6 dni? – bardziej spytał niż odpowiedział . – A gdzie Mendoza? Jezu, już popadam w paranoję – westchnął – może jak byśmy zaszli do obozu traperów to uda nam się namówić kilku na szybką wyprawę ratunkową dla Beacha – widać i Dunna gryzło sumienie – Dobra ogień jest, teraz ciepła herbata, świat po niej będzie na pewno lepszy – uśmiechnął się grzebiąc w zapasach.

Smith słysząc rozmowę Georga i Heinricha wyszperał z bagaży jakąś kartkę i coś do pisania. Nie mógł pozwolić, żeby wyprawa traciła czas potrzebny na ucieczkę, miał nadzieję, że to co przekaże raczej przestraszy i pospieszy towarzyszy podróży niż ich zaciekawi i skłoni do powrotu. Po dłuższej chwili gryzmolenia podał kartkę Dunnowi. Koślawe litery nie przekazywały dobrych wieści:

„Beach najprawdopodobniej nie żyje. Tamtej nocy próbowałem obudzić wszystkich, bo na niebie znowu widoczna była niebieskawa poświata. Tylko On i ja wybudziliśmy się bez przeszkód. Pozostali byli w transie – każdy z Was maszerował w stronę łuny, chcieliśmy Was zatrzymać. Ja za kimś pobiegłem i Beach został z tyłu. Potem słyszałem strzał. Nie wiem kto strzelał do kogo, ale gdyby Beach przeżył, odnalazłby się przy kamieniu. Boję się, że strzelał Bigwood, albo jeden z Was wyrwał skutecznie broń traperowi.”

Dunn trzymał kartkę w zmarzniętych dłoniach wpatrując się w nią tępym wzrokiem… Czytał kolejny raz słowa napisane przez Waltera szukając w nich sensu, jakiegokolwiek poparcia w rzeczywistości, po czym uświadomił sobie, że to co dotychczas znał i uznawał za pewnik przestało istnieć, poczuł się jak we śnie, ten świat w około jest nierealny! To wszystko jest jakieś popieprzone! Kartka wysunęła mu się z dłoni i upadła na śnieg. Zacisnął pięści czując ból w dłoniach, tak rzeczywisty ból zdartej skóry. Krew pulsowała w skroniach, głosy przyjaciół stały się odległe i nierealne.. Tylko miarowe łupanie serca. Bum, bum.. „Ja wariuję” – pomyślał – „Wariuję!”

W lesie panowała cisza. Szybko zrobiło się ciemno i tylko w blasku dużego, ale słabo palącego się ogniska widać było rozświetlone, niepewne twarze członków wyprawy. Cisza w lesie była dziwna, nienaturalna. Jakby coś wypłoszyło wszystkie leśne zwierzęta…

I wtedy ponownie usłyszeli ryk w głębi lasu. Głuchy wrzask gniewu, zew polowania bestii. W panującej ciszy był jeszcze bardziej donośny i przejmujący. Niósł z sobą groźbę, nasuwał wizje rozdzieranych mięśni i ścięgien, łamanych kości, świeżej krwi. Podnosił włosy na karku i przedramionach. Spowalniał bicie serc.

Ryk sprowadził Dunna do pionu, skoczył na równe nogi, przebiegł kilka kroków i z plecaka dobył baseballa. Znajomy ciężar dodawał mu otuchy. Stojąc tak w pobliżu ognia, w centrum obozu rozglądał się czujnie po otaczającym ich lesie.

babe ruth 1

Heinrich czuł podniecenie jak za dawnych lat. Nie pamiętał, kiedy ostatnio tak ekscytował się trzymając broń w ręku. Było w tym coś wspaniałego, jak i mrożącego krew w żyłach, czujnie rozglądał się po lesie, licząc że to on pierwszy wypatrzy przeciwnika…

„Zaczyna się” przemknęło przez myśl Lanie, kiedy jak w transie, wyuczonym ruchem dobywała rewolwer. „Jestem zwierzyną czy myśliwym” uśmiechnęła się w duchu. „Zwierzyna ucieka, myśliwy wyciąga broń. I zabija”.

W ciemnościach, na granicy widoczności coś się poruszyło. Jakaś człekokształtna istota przedzierała się przez krzaki w ich kierunku, łamiąc gałęzie.

– Tam! Uwaga! – Dunn stanął w pozycji dogodnej do ciosu, wziął głęboki zamach i czekał…

Smith patrzył z przerażeniem na krzaki i na swoich kompanów. „To nie może być koniec, musimy dać radę…” Wypatrywał, czy gdzieś nie leży żaden przedmiot, który mógłby służyć jako broń. W ostateczności chwyci stelaż od aparatu.

Gerald zdjął z ramienia Enfielda. – Czekajcie dopóki nie będziecie pewni strzału – rzucił do towarzyszy. – George, Walter – nie macie broni palnej, więc sprawdzajcie czy coś jeszcze na nas nie idzie z innego kierunku, nie dajmy się zaskoczyć. Lana, Heinrich – jakby zaszarżował odsuwajcie się w lewo i prawo, ja będę stał i strzelał tak długo jak się da, wy strzelajcie po przycelowaniu. – Powiedział, po czym głośno szczęknął zamkiem karabinu i krzyknął: – Stój! Kto idzie?! „Pewnie to jakiś zapity traper” pomyślał, ale mimo wszystko był gotowy do strzału.

Postać nie szarżowała, tylko parła do przodu w kierunku ogniska, łamiąc z trzaskiem krzaki i gubiąc horyzontalną sylwetkę poprzez podpieranie się rękami.

– Panie Smith, weź dzidę od Pana Hertzberga. I zostaw w spokoju ten aparat, chyba że chce Pan to coś oślepić fleszem, tylko proszę nas wcześniej łaskawie uprzedzić – W głosie doktora słychać było napięcie…

Heinrich rzucił Walterowi dzidę, nogą odkopał runo leśne, zrzucił plecak na ziemię, stanął pewnie i zaczął mierzyć do postaci. Spokojnie, tylko spokojnie – powtarzał sobie w myślach celując. Nie czuł się jednak dobrze. „Nerwy, to wszystko nerwy” pomyślał Heinrich, czując jak brzuch przeszywa mu mocny ból. Tak jakby zawiązywał mu jelita na supły. Chciał utrzymać karabin, ale nie potrafił. Opuścił lufę i zwinął się z bólu. Wykonał kilka głębokich oddechów trzymając się za brzuch – Dam radę, muszę… – spróbował opanować nerwy i przygotować się do celowania. Z dużym wysiłkiem, mimo bólu, uniósł lufę.

Sylwetka zaczęła iść na czworaka, potem znowu się podniosła. Zbliżała się do bohaterów, w świetle ogniska, które dawało więcej dymu niż światła, bohaterowie poznali Mendozę. Na jego twarzy malowało się przerażenie.

– Idzie! Idzie tu! Jesteśmy zgubieeeeeni! – zawył przeciągle, wciąż się potykając po drodze do ognia. W powietrzu dał się wyczuć mocny zapach alkoholu. Wyglądało na to, że traper w obliczu niebezpieczeństwa postanowił zalać strach skitraną gdzieś butelką. Podniósł się, potem znowu padł na czworaka i doczołgał do ogniska, które jak widać w połączeniu z obecnością członków wyprawy dawało mu poczucie bezpieczeństwa.

Smith trzymał niepewnie rzuconą mu włócznię. Nigdy nie wiadomo, jak zachowa się pijany człowiek w sytuacji, jaka ich czeka, więc ustawił się tak, żeby mieć na oku Mendozę. Kurczowo trzymał się myśli, że to pewnie tylko spłoszony dzik, ale nie chciał zastanawiać się długo nad prawdopodobieństwem tej wersji. Miał nadzieję, że walka włócznią nie jest wyjątkowo trudna.

Lana rozglądając się we wszystkich kierunkach skoczyła do Mendozy i lewą ręką chwyciła go za kołnierz a prawą uniosła broń.- Gadaj, co tu idzie? – wyszeptała, powstrzymując się od krzyku – co…???!!! – W blasku ognia zobaczyła oczy trapera błyszczące przerażeniem i poczuła jego ohydny oddech. Mendoza pachniał strachem i mocnym, tanim alkoholem.

– To… Śmierć! Jesteśmy martwi, to śmierć! – bełkotał pijany traper. Tracił kontakt z rzeczywistością, przestawał reagować na bodźce. Gdyby Lana nie trzymała go za kołnierz, pewnie padłby na ziemię i leżał szlochając ze strachu.

A las był cichy, cichy jak grób.

Muł, wyjątkowo spokojne zwierzę, nerwowo drobił kopytami w miejscu.

Bohaterowie wypatrywali oczy i wytężali słuch starając się dostrzec niebezpieczeństwo. Heinrich i Walter zaczęli mieć wrażenie, że w ich głowach pobrzmiewa jakiś delikatny zaśpiew. Coś jakby indiańska inkantacja. Coraz głośniejsza. I zdali sobie sprawę, że to nie tylko w ich głowach. W ciemnościach nocy, może dwieście jardów dalej w lesie, zobaczyli kilka niewyraźnych ogników – jakby malutkich ognisk. To od nich dolatywał ledwo uchwytny dźwięk zaśpiewu.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Smith wzdrygnął się patrząc na Mendozę. Żałował, że nie mieli czasu na przestudiowanie ksiąg o zwyczajach miejscowych Indian, ale był pewien, że lepiej przekonać się co robią tubylcy. Znali ten las lepiej i z ich pomocą mogliby przetrwać spotkanie z czającą się bestią… Głęboko w to wierzył. Złapał kontakt wzrokowy z Heinrichem i kiwnął głową wskazując w stronę ogniska.

– Ciiiiiiiiii – uciszył wszystkich Heinrich – Słyszycie? Indianie, to mogą być ci sami co pomogli mi i Kaufmannom. Heinrich przez chwilę wsłuchiwał się czy dźwięk się zbliża, ale miał wrażenie, że raczej cichnie, niż się wzmaga – Lana, jeżeli będzie z nimi Melinda, proszę Cię o opanowanie, Oni na pewno mają przewagę w tych terenach, a nie chcemy chyba już nikogo stracić, dobrze? – zwrócił się do towarzyszki.

Kolejnym dźwiękiem, który przebił się przez ciszę lasu był skowyt. Bolesny, przeciągły skowyt cierpiącego psa lub wilka. W skowycie zawarta była ogromna dawka bólu i cierpienia, jakby ktoś się nad zwierzęciem potwornie znęcał. Ten dźwięk, dochodzący z kierunku, w którym Heinrich i Walter widzieli ogniki, był doskonale słyszalny przez wszystkich przy ognisku, wwiercał się w uczy i chwytał za serce.

– Co tu się dzieje? – Dunn opuścił kij – tylko niech nikt mi nie mówi, że idziemy to zbadać – powiedział stanowczo – zostajemy w kręgu ognia, dorzucamy i dbamy by nie zgasło, musimy przeczekać do rana. A i żadnego chodzenia za potrzebą!

– Musimy to zbadać Dunn – Lana spojrzała na towarzyszy – Ktoś słyszał ten skowyt? Kto idzie ze mną?

Smith wątpił, żeby czekanie w miejscu było rozsądne, ale nie miał możliwości spierać się z Dunnem. Miał wrażenie, że nadchodząca noc będzie wyjątkowo ciemna i pełna strachów.

Zwierzęcy skowyt bólu przybrał na sile, słychać było jeszcze przez chwilę, po czym ucichł.

„Bam!” – usłyszeli głośny wystrzał. Nie daleko w lesie – tuż, tuż! To Heinrich zgięty paroksyzmem kolejnego potwornego ataku bólu brzucha wystrzelił z winchestera. Karabin, który antykwariusz trzymał w rękach był lekki, o stosunkowo słabym naboju – ale wobec panującej w lesie ciszy i napiętych nerwów bohaterów wystrzał zabrzmiał jak huk armaty.

Spłoszony muł zarżał i ruszył przed siebie w las tak szybko, na ile pozwalały mu spętane przednie nogi.

– Łap muła Dunn! Doktorze nic nie wskóramy stojąc tu, trzeba działać  – Lana spojrzała na Dr. Wilsona – Z Heinrichem co jest? On i Walter nie nadają się do akcji – rzut oka wystarczył żeby ocenić sytuację. Dunn skoczył za mułem. „Nie może biec szybko, w końcu związaliśmy mu nogi” pomyślał. Starał się się biec ostrożnie by nie wpaść w jakąś dziurę. Zareagował szybko, muł nie odbiegł daleko. Złapał muła i zaczął go prowadzić do ogniska

– Ruszamy w kierunku tych dźwięków, ale ostrożnie, huk wystrzału mógł zdradzić naszą pozycję…

– Lana – to jest bardzo zły pomysł z tym łażeniem po nocy – wystawmy straże poczekajmy do świtu i idźmy dalej – George był pewny że to najlepsze wyjście, no i bardzo chciał żyć, a plan łażenia nocą po ciemnym lesie pełnym dziwnych stworzeń nie wydawał się rokować dożyciem starości.

– Dunn, zobacz że nikt poza tobą nie protestuje… – Lana uśmiechnęła się z przekąsem do reszty towarzyszy – czyli skoro nikt nie protestuje, Doktorze, Dunn ruszajmy. Heinrich, Walter dacie radę iść…?

– Popieram Dunna – bieganie w nocy po lesie po terenie, który nam jest nieznany a im, czy też jemu – tak, jest głupotą. I mamy trzy osoby w ten czy w inny sposób unieruchomione lub spowolnione, których nie możemy zostawić. Zostańmy tu.

– Cholera! Lana! Na serio? – Nie wytrzymał – chcesz zaciągnąć nas w ten ciemny las, by zbadać co to za światła i hałasy? Już zbadaliśmy – wskazał na rannych – i nic dobrego z tego nie wyszło! Chcecie naprawdę tam iść?! – spytał podniesionym głosem towarzyszy? Ale naprawdę?! A co z rannymi? Zostawimy ich tu? – Dunn usiadł. Para zeszła.. – a róbcie co chcecie, wasze życie.

– Koledzy – powiedział Gerald wciąż trzymając karabin w zanadrzu – proponuję dyżury po dwie osoby. W ten sposób choć trochę odpoczniemy, a jak wszyscy będą czuwać, to okaże się że wszyscy nagle zaśniemy.

Heinrich tarzał się po ziemi trzymając się za brzuch. – Dlaczego? Co się ze mną dzieje? Nie tak chce umrzeć, nie tak, nie tak… – wołał w ciemną noc.

Gerald uklęknął przy Heinrichu i uważnie go oglądał, sprawdzając bolący brzuch. Gdy Gerald dotknął brzucha Heinricha, to poczuł jak coś mu się rusza pod skórą. Jakby miał tam jakiegoś dużego robaka, albo coś takiego. Ale tylko w pierwszym momencie, potem już wszystko było normalnie. Nie wyczuł niczego nieprawidłowego, tylko to pierwsze dotnięcie…

Lana odeszła kilkanaście kroków w czarny głąb lasu i odwróciła się na odchodnym w stronę obozowiska. George właśnie przyprowadził muła do obozowiska, Heinrich leżał na ziemi w rozpiętej kurtce, ale widoczne było, że atak bólu mu mija, bo już się nie wił na ziemi i twarz miał spokojniejszą a Gerald pochylał się nad nim i badał mu brzuch. Mendoza skulony był jak embrion a George siedział z baseballem między kolanami, z obojętną miną pogodzonego z losem skazańca.

Las znowu milczał. Ani odgłosów cierpiącego zwierzaka, ani zaśpiewu. Tylko płomyki w głębi lasu Lana widziała wyraźniej, ale jakby mniej ich było. Cieniutka warstwa spadłego śniegu zamarzła na nocnym mrozie i z chrzęstem trzaskała pod okutymi górskimi butami Lany.

Heinrichowi minął atak bólu. Usiadł niepewnie i rozejrzał się przytomniejszym, choć wciąż zamglonym przez miniony ból wzrokiem. Zakaszlał kilka razy, zwymiotował i niepewnie podniósł się na nogi. – Chyba za dużo zjadłem po tak długiej głodówce – powiedział do towarzyszy. Przepłukał usta, przemył twarz wodą i odszedł kilka metrów załatwić swoje potrzeby. Nasłuchiwał czy nadal słychać śpiew. Nic jednak nie było słychać. Wrócił do ogniska i wtrącił się do rozmowy – Moim zdaniem nie powinniśmy zostawiać samej Lany, wiem że tu może być bezpieczniej, ale w grupie mamy większe szanse niż ona sama. A ci Indianie, co mnie opatrzyli nie wydawali się wrogo nastawieni. Może obejdzie się bez rozlewu krwi. A to wycie to może być Herr Kaufmann, ostatnio jak go widziałem był poważnie ranny…

Tymczasem Lana skradała się między drzewami. Dostrzegła kilka błysków, ale niezbyt daleko. Uznała, że nie ma co się śpieszyć i powoli skradała się do wybranego celu. Szła powolutku, jak na treningu, noga za nogą – tak, aby jak najmniej trzaskały jej pod buciorami gałązki i by nie chrzęścił śnieg. Zdała sobie sprawę z tego, że palce na kolbie rewolweru zaciska tak mocno, że prawie przestała w nich płynąć krew.

W końcu, po długim skradaniu, zobaczyła dziwny widok. W leśnym prześwicie, na śniegu, został wytyczony okrąg. Oznakowany dziwnymi symbolami i palącymi się w słoikach ciemnymi świecami. To chyba ich płomienie dały się zobaczyć z obozowiska, bo innego źródła światła Lana nie widziała. W środku okręgu leżało ciało wilka albo psa. Kilka metrów dalej agentka zobaczyła stojącą postać. Postać mężczyzny, ubranego jak traper, cicho śpiewającego dziwną, jakby indiańską melodię.

23838a

Właśnie miała podjąć decyzję, co robić dalej, gdy z głębi czarnego lasu wynurzyła się w bezszelestnym biegu ogromna sylwetka. Świece nie dawały dużo blasku, więc trudno było dostrzec szczegóły… Ale bez wątpienia był to ogromny, przynajmniej dwuipółmetrowej wysokości stwór. Bestia, nie człowiek. Od stóp do głowy pokryta jasnym futrem, z pyskiem pełnym ostrych zębów i długimi pazurami u zwisających niemal do kolan rąk. Wyglądało na to, że rzuci się na trapera. Lana zamarła… Cieszyło ją, że jest niewidoczna, ukryta za ośnieżoną gałęzią świerka.

Tymczasem między człowiekiem a bestią działo się coś dziwnego, jakby trwał pojedynek woli. Stali naprzeciw siebie, w odległości dwóch kroków i patrzyli na siebie. Traper wyglądał przy bestii wręcz krucho – żeby patrzeć jej w oczy podnosił głowę. W gardle bestii coś głucho drgało, jakby wewnętrzny warkot – ale stała i zamiast zaatakować wpatrywała się w oczy człowieka.

Lana wiedziała, że przerwać to starcie byłoby niebezpiecznie. Wiedziała też, że była przez chwilę świadkiem jakiegoś tajemniczego rytuału, kwestia była jedna: czy wielka człekoształtna bestia była jego częścią czy też raczej nieproszonym gościem. Lana wstrzymała oddech.

Czekała na rozwój wypadków i przyglądała się wszystkiemu najpierw, a szczególnie psu, czy jest zabity a jeśli tak, to czym. Przypatrywała się też bestii, jaki ma kolor sierści i jakie cechy charakterystyczne, i w cale nie czuła się pewnie w cieniu krzaków.

Było ciemno i Lanie ze swojej kryjówki ciężko było prowadzić obserwację. Kolor sierści psa trudno było rozpoznać w świetle księżyca i nielicznych świec, ale wyglądał na jasnobrązowy albo rudy. Psisko było raczej duże i leżało bezwładnie w takiej pozycji, że nie wyglądało, jakby spało. Nie ruszało się a wokół niego jasny śnieg był ciemniejszy, jakby coś na nim było rozlane.

Traper raczej nie miał przy sobie broni. Kawałek dalej leżał plecak i to o niego była oparta strzelba. Ciężko było zobaczyć, co jeszcze tam leży.

Bestia miała sierść bardzo jasną, być może białą. Z tej odległości trudno było Lanie zobaczyć jakieś szczegóły, była przynajmniej 30-40 jardów od oponentów, którzy stali naprzeciwko siebie i mierzyli się wzrokiem. Nie zwracali uwagi na otoczenie – być może dlatego Lana jeszcze żyła.

Potwór zamachnął się łapą w kierunku trapera… i… opuścił ją, bez zadania ciosu. Skulił się. Cofnął o krok.

– Ich zabij, Jurgen. Ich! – powiedział cicho, ale stanowczo traper i wskazał ręką w kierunku obozu bohaterów. Lanę od jego głosu, o miłym przecież brzmieniu, przeszły ciarki. Potwór zrobił jeszcze krok do tyłu, skierował wzrok w widoczne stąd ognisko wyprawy, po czym runął z ogromną prędkością w tamtym kierunku.

 

Reklamy

Jedna odpowiedź

  1. Dla mnie ta przygoda robi sie kultowa!!! Czytanie z zapartym tchem to nowa umiejętnośc która własnie opanowuję…. dzieki Mistrzu!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s