Conan BRP odc. 40 – W Wyjących Jaskiniach

Sekcja żeńska: 

Aegea (Madzia) – argosańska piratka pozbawiona okrętu i chwackiej załogi, w chwili obecnej zbiera na statek. Biorąc pod uwagę ceny, długo pozbiera:).

Sekcja karków:

Publius Maximus (Jaro) – aquiloński weteran legionu, setnik ciężkiej piechoty z Gunderlandu. zdyscyplinowany i zawzięty. Milkliwy („kurwa, Jaro!!! Walnij przemówienie, masz wysokie skille!!!” „Ale co mam powiedzieć?”)

Korgoth (Maro) – barbarzyńca cymmeryjski i setnik aquilońskiej armii, góra mięśni zakończona mieczem dwuręcznym (lub takowym toporem). Zapijaczona, wredna menda:).

Sekcja zamieszania:

Zhuge Liang (Paweł) – khitajski czarownik, mistrz mrocznej sztuki sypania piaseczkiem po oczkach i puszczania wiatrów. Aha lubi też ssać. Energię magiczną.

Rhodd (Damian) – bossoński traper, niezrównany mistrz ściągania na siebie wszelkich nieszczęść.

Sekcja ciężka (zeNPeCowana, w zestawie z Korgothem robią „żółwika” tarczami):

Łysy (NPC) – legionista gunderski, kawał byka w ciężkim pancerzu i z ogromną tarczą. Prosty niczym drzewce włóczni.

Grom (NPC) – legionista gunderski, kawał byka w ciężkim pancerzu i z ogromną tarczą. Prosty niczym drzewce włóczni. Aha, wedle niektórych chłopak Aegei.

Gęsta puszcza, 10 kilometrów od na wpół spalonej, odbudowywanej Andagi, miesiąc Niedźwiedzia – ostatnie podrygi jesieni. Bohaterowie odpoczywają pośród uchodźców z Lenty i planują eksplorację Wyjących Jaskiń. Wreszcie wskazują osadnikom drogę na Andagę, a sami ruszają w kierunku zakazanego miejsca. Jakby za sprawą magii ciemne chmury zasnuły błękitne niebo i zbitą powałą zawisły ponad głowami herosów. Temperatura spadła, mróz ściął ziemię, wciąż rozmokłą po niedawnych ulewach. Wreszcie w powietrzu zamigotały pierwsze, wielkie płatki śniegu. Chwilę później widoczność spadła do kilkunastu metrów, a do wieczora bohaterowie brodzili już po kolana w miękkim, puszystym śniegu. Zimno było przenikliwe i choć drzewa chroniły herosów przed wiatrem, dość szybko przemarzli do szpiku kości. Mimo to maszerowali naprzód, w kierunku majaczących wzgórz, w których krył się labirynt jaskiń.

             Savage_Sword_of_Conan_009-01  Bohaterowie maszerowali jeszcze jakieś dwie godziny po zmierzchu, korzystając z faktu, że śnieżne noce nie są aż tak ciemne. Wreszcie dotarli do celu. Stojąc na szczycie jednego z porośniętych gęstym lasem wzgórz, dostrzegli wysoki, stromy masyw skalistych wzniesień, obecnie pokrytych śniegiem. Naturalny szlak wchodził pomiędzy dwie, wznoszące się na 30 metrów skały i niknął w kotlinie. Gdzieś tam znajdowały się Wyjące Jaskinie. Nawet teraz można było usłyszeć basowy pomruk, przeplatający się z jękliwym wyciem. Dźwięk był tak charakterystyczny, że trudno było orzec, czy to wicher, czy nieludzkie bestie z legend osadników. Poza tym nie działo się nic niepokojącego.

 Korgoth jak zwykle daje pokaz znajomości fauny i flory.

Obłąkany mężczyzna (NPC): Śmierć spod ziemi…

Korgoth (pewny siebie): Mordochuje jaskiniowe!

Chwilę potem inny element fantastycznej fauny z pogranicza się pojawia:

Korgoth (nie mnie pewny siebie): Kaczochuj piktyjski.

MG: Ech, jak wam wpierdoli to będzie kaczarsis.

Wreszcie drużyna zeszła po zaśnieżonym zboczu i ostrożnie zbliżyli się do skał znaczących początek Wyjących Jaskiń. Tam też Aegea usłyszała czyjś agonalny jęk. Pod skalną ścianą leżał wynędzniały mężczyzna, zapewne jeden z zaginionych osadników. Pokryty ranami i zakrzepłą krwią majaczył o skarbach skrytych pod ziemią, śpiącym tam zapomnianym bogu dzikusów, wreszcie o samych Piktach oraz bestiach z piekła rodem. Aegea jak mogła, opatrzyła mężczyznę, lecz ten najpewniej nie miał już szans na przeżycie. Ostatecznie BG zostawili go tam, gdzie znaleźli.

Z przesmyku nie było widać dokładnie wnętrza kotliny, ale poprzez wciąż padający śnieg można było dostrzec obozowisko piktyjskie u stóp wzgórz, a na zboczach tychże wiele mniejszych czy większych wejść do jaskiń. By dowiedzieć się coś więcej o Piktach na przeszpiegi ruszył Rhodd. Udało mu się dotrzeć w pobliże obozowiska. Totem niedźwiedzia siedzącego na rybie sugerował, do którego szczepu należą Piktowie. Byli to głównie wojownicy, około dwóch setek. Z jakiegoś powodu nie palili ognisk oraz wystawili na obrzeżach obozu liczne czaty.

Po powrocie Bossończyka herosi zdecydowali się wejść na zbocze wzgórz i tak dotrzeć do jaskiń, omijając przy tym lewą stroną obóz Piktów. Byli już zaledwie 200-300 metrów od jaskiń, z góry spoglądali na piktyjski obóz, gdy nagle w powietrzu poniosło się prawdziwe wycie, do którego dołączyło kilkadziesiąt podobnych głosów. Nadchodziło coś paskudnego. Herosi spojrzeli w kierunku, skąd dobiegł ich ten opętańczy dźwięk, i ujrzeli na tle nieba stojące na szczycie grani humanoidalne choć przygarbione sylwetki o nieco wydłużonych pyskach. Nie czekając na nadejście bestii herosi pobiegli naprzód i skryli się w najbliższej z jaskiń. Wejście do niej było niskie i wąskie, a sama pieczara obniżała się coraz bardziej, by skończyć się po ok. 8 metrach. Zalegały w niej ludzkie kości okryte resztkami skór. Miejsce grzebalne, być może starożytnych Piktów lub innego ludu, który tu niegdyś zamieszkiwał.

Kiedy część z BG eksplorowało jaskinię, (oczywiście Rhodd, grzebiąc w kościach, skaleczył się… lub jedna z czaszek go ugryzła :)) legioniści gunderscy zablokowali wejście do niej swoimi wielkimi tarczami. Od stronu obozu dochodziła wrzawa, zapewne Piktowie szykowali się do odparcia ataku, do którego jednak nie doszło. Bestie krążyły po wzgórzu, niektóre przechodziły niezwykle blisko schronienia bohaterów. Czuć było wtedy ohydny, trupi odór, który sprawił, że część z BG wyrzygało swoje posiłki.

Herosi odczekali z godzinę i opuścili swoje schronienie. Obozowisko Piktów rozświetlały teraz liczne ogniska, w większości rozstawione na jego skraju. Sami Piktowie w większości zajmowali pozycje przy swoich tipi, czekając na atak. Dziwne bestie jednak zniknęły, skryły się pośród śniegu? Odeszły? Bohaterowie nie czekali, lecz czym prędzej pobiegli do wysokiego i szerokiego na około sześć metrów wejść do jaskiń.

Znaleźli się w szerokim i prowadzącym łagodnie w dół korytarzu. BG zapalili pochodnie i ruszyli naprzód. Co kilkanaście metrów mijali nisze położone jakieś 1,5-2 metry nad ziemią. Znajdowały się w nich obwiązane skórami szkielety. Wreszcie dotarli do systemu kawern, podziemnego labiryntu, który zaczęli eksplorować.

Podłoże przykrywała gruba pokrywa ludzkich kości. Wiele z nich okryte były zetlałymi resztkami skór. Każda kawerna, każdy korytarz zawierał setki trucheł, toteż bohaterowie robili duży rumor. W jednej z komnat pośród stosów kości dostrzegli ruch. Podeszli bliżej i drżące światło pochodni oświetliło ożywiony zmurszały szkielet wielkiego psa lub wilka. Nieumarły powoli człapał pośród stert kości, wreszcie wyczuł bohaterów. Zaczął się zbliżać niezgrabnie, można było dostrzec, że ma roztrzaskaną jedną z tylnych łap. Próbował zaatakować Aegeę, kłapnął w powietrzu pożółkłą paszczęką i Argosanka zaczęła się w panice cofać. Stwór napierał powoli, wreszcie przyparł do ściany piratkę, tak jak w amoku zasłaniała się przed nim, wołała o pomoc, ale sama nie zadała ciosu. Wreszcie Korgoth przerąbał kościopsa jednym ciosem miecza.

W jednej z kolejnych komnat, poza kośćmi, znajdowała się kamienna trzymetrowa statua pozbawiona głowy. W całości ludzka, górę korpusu miała porośnięta doskonale oddanymi przez rzeźbiarza piórami. Na resztce szyi wisiał złoty ciężki łańcuch z zielonym klejnotem. Herosom zalśniły pożądliwie oczy. Aegea zwinnie wdrapała się na postument i zdjęła łańcuch. Ledwie to uczyniła przez kompleks poniósł się głośny chrzęst i stukot przesypywanych kości. To umarli przebudzili się do życia. Setki, jeśli nie tysiące szkieletów powstały i ruszyły w stronę tych, którzy zaburzyli spokój tej nekropolii. Nieumarli otoczyli herosów, chcąc swą pordzewiałą bronią czy zwyczajnie, sękatymi łapskami wydrzeć z nich życie. Większość z bohaterów pobiegła w kierunku korytarza, by tam skuteczniej bronić się przed hordą szkieletów, ale Rhodd zabradziażył pod postumentem, a Zhuge zdołał jedynie przywołać wiatr. Zrobił to tak pospiesznie i panicznie, że fala wiatru uderzyła w promieniście od niego, ale na zaledwie kilka metrów. To przewróciło Rhodda, który w dodatku (jako świeży bohater w drużynie) nie zdawał sobie sprawy z mocy Khitajczyka. Wpadł więc w panikę i, powstawszy, porwał żółtego na ramię a następnie pognał do swoich, ustawiających szyk w korytarzu. Publiusz z Aegeą wziął się za nadciągające tunelem szkielety, a ich pleców chroniła minifalanga z Korgotha, Groma i Łysego. Na to wszystko wbiegł Rhodd z Zhuge. Fala wiatru uderzyła w Gunderów i Cymmeryjczyka. Choć Korgoth i Łysy ustali, Groma rzuciło wprost na Argosankę. Przygnieciona cielskiem Gundera Aegea (stąd się wzięło gadanie, że Grom ma dziewczynę), chciała się wyczołgać, lecz wtedy szkielety zarzuciły ciosami leżącego Groma. Ten z ledwością zasłaniał się przed nimi swą ogromną tarczą. Pośrodku szalał spanikowany Rhodd z Khitajczykiem, który dopiero teraz wpadł na pomysł, że przecież może kierować płaszczyzną, na której jest wiatr i unikać „trafiania” w towarzyszy. Mówiąc w skrócie, zapanowało to, co zwykle – ZAMORAŃSKI BURDEL PODCZAS ODWIEDZIN WOLNEJ KOMPANII. Mimo to herosi trzymali się, Publiusz zebrał kilka ciosów, ale stał krzepko. Legioniści i Korgoth twardo bronili tyłów. Jak długo mogli jednak tak trwać? Szkieletów było coraz więcej, widać ożyły trupy w całym kompleksie i z wolna zbierały się wokół BG. Za radą Korgotha bohaterowie zdecydowali się przebić do kolejnych komnat. Cymmeryjczyk wraz z Publiuszem wystawili tarcze i zaszarżowali. Rozbijali lekkie szkielety, na które wpadli, ale i zbierali sporo ciosów. Szczególnie Aquilończyk miał sporego pecha, inkasując kilka strzałów, które trafiły w słabe punkty pancerza.

Reakcje BG na widok szkieletów w dziwnych, czarnych zbrojach.

Korgoth: Są wielcy?

MG: Size 18, a ty?

Korgoth (radośnie): 18! Pasuje! Publiuszu, ty ile?

Publiusz (markotnie): 15, za duże są dla mnie.

Korgoth: E tam, napchasz waty, będzie dobra.

W kolejnej komnacie odkryli starą, zasypaną studnię. Na jej dnie migotało złoto. Nie było jednak czasu na eksplorację, szkielety wciąż otaczały herosów. Wciąż trzeba było się przebijać. Kolejna komnata okazała się ślepym zaułkiem, bohaterowie wspięli się na nisze skalne położone jakieś dwa metry ponad ziemią. Tutaj szkielety nie mogły ich dosięgnąć, była chwila na odpoczynek i opatrzenie ran (sporo opatrunków zeszło Aegei z ekwipunku). Trzeba jednak było coś wymyśleć. Korgoth wziął łańcuch od Aegei, obejrzał, a potem zniszczył zielony kamień. Nagle wszystkie szkielety rozsypały się, znów tworząc wielkie sterty kości.

Drużyna zeszła na dół i wznowiła eksplorację. Cóż skoro praktycznie wszystkie komnaty były już sprawdzone. Rozpoczęło się mozolne przeszukiwanie i opukiwanie ścian. Wreszcie w kawernie ze statuą jeden z BG odkrył, że ściana pokryta jest wapiennym naciekiem. Pod nim kryły się zbutwiałe resztki drzwi. Po przebiciu się weszli do kolejnej jaskini. Znajdowały się tutaj dwa trony, na których siedziały rosłe szkielety odziane w czarne płytowe pancerze wyobrażające szczerzące kły pyski demonów. Każdy ze szkieletów dzierżył wielki, czarny miecz dwuręczny – jednosieczny, tasak o szerokim ostrzu. Pomiędzy tronami znajdowała się niewielka szkatułka. Jak łatwo się domyśleć, ledwo bohaterowie się zbliżyli, strażnicy powstali. Rozpoczął się bój. Przeciwnicy byli zwinni i niebywale silni. Choć noszony przez nich pancerz częściowo już skorodował, to wciąż dobrze chronił przed ciosami. Po długiej walce oba szkielety padły (Publiusz podczas walki nawet przełamał na pół miecz jednego z nich), choć Aquilończyk o mało sam nie został okaleczony (potężne uderzenie z trudem zatrzymała tarcza i ciężki hauberk Publiusza).

W międzyczasie Rhodd otworzył szkatułkę i niestety został raniony przez pułapkę, niewielkie zatrute ostrze. Po raz kolejny. Bossończyk jak widać próbuje zdobyć immunitet na trucizny, wciąż dając się zatruwać.

Publiusz (do Rhodda): Jak ty to robisz? Użarła cię żmija, skrzynia, nawet czaszka.

W szkatułce znajdował się niewielki klucz z czarnego żelaza. Wrota do niego bohaterowie znaleźli w jednej z kolejnych komnat. Wielkie, kamienne, otworzyły się bez trudu po włożeniu kluczyka. Herosi weszli do korytarza i na prowadzące stromo w dół schody, wtedy Aegea wyjęła kluczyk i… wrota zamknęły się. Pech chciał, że od drugiej strony nie było dziurki od klucza. Nie pozostało nic innego jak znaleźć inne wyjście z kompleksu… lub zdechnąć z głodu.

Ale o tym to już na kolejnej sesji.

Pictland sesja 40UWAGI:

1. W takim tempie Rhodd albo nabędzie odporności na trucizny, albo zejdzie :).

2. Teraz to się dopiero zacznie. Pochodni i oliwy nie aż tyle, ile by się chciało, a droga do wyjścia zamknięta. Chyba nie będzie możliwości wyjścia na powierzchnię i uzupełnienia zapasów, jak w przypadku kopalni? No i zima nadciąga.

3. Maro pamiętasz jeszcze o Pimpuszku?

Reklamy

komentarze 2

  1. Widzę, że postanowiłeś rozpocząć nowy rok bez zaległości.. 😀 Wszystkiego naj…! 🙂

  2. Trochę czasu wolnego było. Jeszcze Eclipse Phase zostało :).

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s