Zaginiona ekspedycja 10 Cierpki obol pod drętwym językiem

Lanę oblał zimny pot. „Jurgen. Zwinkel. Profesor. Bestia. Sterowany przez Bigwooda” Już wiedziała, co ma zrobić. Odbezpieczyła rewolwer i powoli zaczęła mierzyć w kierunku swojego niczego nie podejrzewającego wroga. Bigwood nie wiedział, że za chwilę spotka go śmierć. Bestia przebiegła jak śnieżny cień w odległości dwóch jardów od ukrytej Lany i pomknęła do obozu, szybko zniknęła z pola widzenia.

hdrkrajobrazy010

Lana starała się ocenić swoje szanse na celne strzały do postaci, w której domyślała się Bigwooda. Miała jakieś 30 metrów dystansu a dla rewolweru to nie mało. Było ciemno. Nie miała oka… Tak, szansa na trafienie stąd była mała. Co innego, gdyby się spróbować jeszcze podkraść! A co jak bestia wróci za szybko!? Byle by śmierć nie dosięgła moich towarzyszy, przemknęło przez myśl Lanie i jak cień rzuciła się za Zwinkelem. Szaleńczy pościg na pomoc towarzyszom był ostatnią rzeczą, jaką sobie wyobrażała na tej wyprawie. Ale przynajmniej tyle mogła zrobić…. „Bigwood ucieknie? Nie. Będzie czekał aż bestyjka najedzona powróci. Ale Jurgenek nie powróci. Zanim się Bigwood zorientuje będzie już za poźno…” mówiła w myślach do siebie, biegnąc w kierunku obozu.

* * *

Kiedy Lana samotnie zniknęła w ciemności między drzewami zrobiło się dziwnie. Pozostali przy palącym się marnie ognisku jakby podskórnie czuli, że agentka poszła na śmierć. Że podjęła decyzję, dokonała wyboru – nie umrze kuląc się ze strachu przy ognisku, umrze jak żyła – w akcji, z rewolwerem w garści i bluzgiem na ustach. Ale umrze…

Śpiewu nie było już słychać. Mendoza mamrotał coś do siebie o śmierci, upiorach, wendigo i czarownikach. Ciężko było rozpoznać, czy to bardziej przez alkohol, czy przez strach.

Czekali w ciszy nasłuchując odgłosów w lesie. Ale minuta za minutą mijała a las był cichy.

Do Heinricha dopiero teraz dotarło to, co sam powiedział. Przecież jak tam będzie ojciec Melindy to rozszarpie Lanę na drobne kawałki, bez żadnych prób załagodzenia sytuacji. Podniósł się i powiedział: – Ona jest jedną z Nas, a dodatkowo kobietą, idzie ktoś ze mną?

Odpowiedziała mu cisza… Pozostali członkowie ekspedycji milczeli, unikali też jego spojrzenia. Chwycił więc winchester i ruszył więc w las sam, drogą, którą poszła wcześniej Lana.

Smith wstał spoglądając wymownie na Dunna. Marsz w lesie w ich sytuacji był niebezpieczny, ale rozdzielanie się… Najwyraźniej autorytet dowódcy wyprawy nie był tak wielki na jaki liczył dziennikarz. Walter zrobił kilka kroków w stronę lasu, oglądając się na pozostałych w obozie towarzyszy. Miał nadzieję, że ruszą za nim… jeśli nie, nie zdecyduje się podążać za Laną i Heinrichem.

Nie ruszyli. Pozostali w obozie. Jego spojrzenia też unikali. Tak naprawdę Walter nie winił ich za to tchórzostwo – sam się czuł sparaliżowany strachem. Popatrzył na znikającego między drzewami Heinricha. Potem na Geralda, Georga i Mendozę. Zastanawiał się, jaką podjąć decyzję. Ruszyć samotnie, niemal samobójczo, za przyjaciółmi w las, czy pozostać tutaj, przy dającym ciepło i jasność ogniu. Nie zdążył dokonać wyboru.

Cthulhu by HPL

Krzewy zaszeleściły. Skrzypnął śnieg. Ktoś biegł w stronę obozu!

Heinrich zwrócił lufę w stronę, z której było słychać bieg i chwilę wyczekiwał powtarzając sobie w myślach „Proszę Lana, bądź to Ty, nie wybaczę sobie jak drugi raz Cię zawiodę”.

W ciemnościach zobaczył jasną plamę futra. Wprost na niego wybiegł humanoidalny, bardzo potężnie zbudowany stwór. Mógł mieć ze dwa i pół metra wzrostu, chociaż biegł zgarbiony. W paszczy stwora błyszczały wielkie, zakrzywione kły zaś długie ręce miał zwieńczone kilkunastocentymetrowej długości szponami. Bestia! Stwór nie miał na sobie ubrania ani butów, za to był cały porośnięty gęstym futrem! Futro było białe, jedynie na łbie potwora widać było jeden ciemniejszy lok.

Heinrich wciągnął powietrze, wycelował i już miał nacisnąć spust, kiedy dosięgło go ramię potwora. Poleciał w bok jak szmaciana lalka, krwawiąc z rozciętego ramienia.

Walter odskoczył, a bestia nie zatrzymała się przy dziennikarzu tylko wpadła w środek obozowiska. Gerald zobaczył, że atak skierowany jest na niego. Oczami duszy zobaczył szpony rozszarpujące jego ciało. „Więc to tak wygląda śmierć” przemknęło mu przez głowę.

Muł rżał i się miotał. Mendoza zaczął wrzeszczeć, jakby go obdzierano ze skóry. Leżał na brudnym śniegu i rękoma trzymał się za głowę, jakby się bał, że mu pęknie.

Dunn rozglądał się jak by dogodnie przejść do ataku. Zerwał się już wcześniej, gdy usłyszeli pierwsze hałasy zbliżającej się postaci, lecz nie chciał wchodzić chłopakom na linię strzału. Nagle kij trzymany w jego rękach wydał się taki mały jak patyczek. Co ja tym mu zrobię? – pomyślał i nerwowo się rozejrzał. Szybko sięgnął po kawał porządnego płonącego drewna z ognia – będzie równie dobre, a płonie – uśmiechną się i ruszył z zamachem na bestię.

„To szaleństwo” pomyślał Smith mając przed oczami obraz zwłok młodego trapera i siwego włosia bestii, która go zabiła. Dziennikarz rzucił się w stronę atakującego potwora z trzymaną oburącz włócznią. Mimo że włócznia była tak naprawdę naostrzonym kijem, który Heinrich
własnoręcznie zastrugał, a Walter do siłaczy się nie zaliczał, czuł się w obowiązku nieść pomoc przyjaciołom. Chciał poczekać na dogodny moment i odwrócić uwagę, kiedy ten skieruje się do Dunna.

tumblr_mh5rzzXxBH1ramnx4o1_500

Gerald na widok szarżującej bestii podrzucił karabin do ramienia. Chciał raz po raz naciskać spust i przeładowywać, mając nadzieję, że to spowolni bestię, na tyle żeby oddać choć kolejny strzał. Widok potwora go paraliżował. Co innego strzelać do Niemców, co innego do stwora, który nie miał prawa istnieć. Strzelił raz – palce mechanicznie wykonały zakodowaną sekwencję ruchów, nie zawiodły go. Ale oko zawiodło. I jeszcze raz – znowu pudło. Trzeci strzał oddał, gdy bestia był tuż przed nim. Teraz nie mógł spudłować. Strzelił prosto w korpus włochacza, ale kula jakby ześlizgnęła się po stworze, jako jedyny widoczny ślad pozostawiając małą, ledwie krwawiącą szramę. Potężny brytyjski nabój .303, który jest w stanie przestrzelić dwóch ludzi! Z Geralda uciekła wiara… Upuścił karabin, stał i czekał na nieuniknione. „Tego czegoś nie da się zastrzelić” – pomyślał. Stwór dopadł doktora, chwycił w obie łapy – co bardziej wyglądało na nabicie go na pazury obu łap – i uniósł do góry, jak dorosły unosi dziecko. Otwarł paszczę i wyglądało na to, że ze moment odgryzie mu twarz.

Wtedy od tyłu doskoczył Walter i z całej siły dźgnął włócznią. Niemal trafił! Jednak jedynym efektem jego działania była jedynie króciutka chwila zawahania bestii. Chwila, w której lekarz przypomniał sobie zdjęcia z autopsji młodego Orlando. I potworne rany zadane chłopakowi kłami i pazurami. Nie chciał tak skończyć! Mimo bólu, potwornego uścisku mocarnych łap i wbitych w niego pazurów odzyskał wolę walki!

Gerald, mogący coś zrobić chyba tylko dzięki adrenalinie, widząc zbliżającą się paszczę bestii wyciągnął ręce, złapał potwora za boki głowy i usiłował wbić kciuki w głęboko osadzone płonące czerwienią oczy. Nacisnął na gałki oczne potwora, który ryknął, zarzucił głową wyrywając się łatwo z chwytu lekarza i kłapnął paszczą, odgryzając mu dwa palce prawej dłoni. Krew chlapnęła na kurtę Geralda i na futro bestii.

Bezowocność wysiłków dziennikarza nie była pokrzepiająca. Smith rzucił się w stronę bagaży szukając rac alarmowych, które kupili w Parkdale. One powinny odciągnąć uwagę bestii… jeśli tylko zabrali je ze sobą.

Heinrich podniósł się, a widząc, jakie draśnięcie zrobił Gerald swoim karabinem, nawet nie próbował strzelać z takiej odległości winchesterem. Najszybciej jak mógł ruszył w stronę ogniska po płonące żagwie, „takie futro musi się zapalić” – był pewny siebie. Chwycił dwa grube palące się patyki i starał się zajść stwora od drugiego boku niż Walter. Dopadł do ogniska i chwycił żagiew. Była solidna, długości mniej więcej tego tajemniczego miecza, który znalazł w jaskini ze szkieletami, a który miał przy pasie, ale nie płonęła zbyt mocno – wilgotne od śniegu drewno nie zajęło się ogniem jak łuczywo.

Timeless_Books

Walczącemu o życie Geraldowi przed oczami stanęły zapiski z ksiąg znalezionych u Bigwooda oraz dziwny sen, który miał dwa dni temu blisko szczytu góry… Drżącym z początku, ale coraz potężniejszym głosem zaczął wymawiać dziwne sylaby, usiłując przez cały czas utrzymać pysk z dala od siebie. Gdy zakończył niezrozumiałą litanię powtarzał w kółko już po angielsku – „Dzieci Cthughi, spopielcie tą białowłosą bestię i spokojnie powróćcie do swych domów przy Fomalhaut…”

Na polanę wbiegła Lana. W ręce trzymała przygotowany do strzału rewolwer. Omiotła polanę spojrzeniem i w jednej chwili zdała sobie sprawę z powagi sytuacji. Stanęła jak na strzelnicy w pozycji strzeleckiej i otworzyła ogień mierząc precyzyjnie w stwora. Jej okrzyk „Giń” zmieszał się z hukiem wystrzałów – kula leciała za kulą… Jednak z sześciu pocisków wystrzelonych w ciemnościach nocy jedynie jeden dosięgnął stwora, i w dodatku nie wyglądało na to, żeby zrobił mu jakąś szczególnie dużą krzywdę. Pozostałe pięć kul poszło obok bestii, jedna z nich zahaczyła o kurtkę Geralda i przestrzeliła ją, jemu samemu nic jednak nie robiąc.

Dunn podbiegł do stwora i uderzył go z całej siły płonącym polanem. Kawał drewna mocno zadudnił na potężnym ciele stwora, ale nie wyglądało na to, żeby zrobił mu wielką krzywdę. Nawet futro się nie zajęło od ognia, jedynie trochę przypaliło w miejscu uderzenia. Skonsternowany George machnął jeszcze dwa razy, ale chyba stracił wiarę we własne umiejętności, bo nie udało mu się trafić bestii.

Heinrich dopadł do przeciwnika i uderzył swoim polanem, ale wirująca w środku obozowiska bestia nie była tak łatwa do trafienia, jak by się mogło wydawać. Drugie uderzenie także było pudłem, dopiero trzeci atak dosięgnął celu i żagiew pękła od uderzenia, przypalając bestii futro na nodze.

Stwór trzymając Geralda w łapach, przeskoczył zwinnie nad ogniskiem, odwrócił się i wgryzł w bark lekarza. Gorąca krew popłynęła pod ubraniem Wilsona i po paszczy stwora. Chciał ugryźć jeszcze raz, ale nagle potknął się o Mendozę i wypuszczając z łap zakrwawioną ofiarę przewrócił się na ziemię.

Bestia była szybka i zwinna, wiadome było, że wstanie za moment, ale przez chwilkę inicjatywa był apo stronie podróżników. Walter właśnie wyjął z plecaka pistolet sygnałowy i ładował racę. Żółtą, taka mu wpadła w dłoń. Heinrich, widząc w tym upadku ich szansę, wyciągnął z pochwy miecz i trzymając go oburącz rzucił się na leżącego stwora zadając cios za ciosem. Uderzył ostrzem w zmarzniętą ziemię, aż prysnęły grudy i śnieg. A bestia zaczęła się podnosić. Ciął raz jeszcze i miecz gładko przeciął skórę kolosa a jego krew trysnęła na śnieg. Ale bestia stała już na nogach i szykowała się do ataku.

Gerald leżał bez przytomności. Walter podbiegł z naładowanym pistoletem sygnalizacyjnym w stronę bestii i skierował lufę w kierunku pyska. „Obym nie chybił” pomyślał naciskając spust. Dunn nie dając za wygraną nadal okładał bestię po czym tylko się da w nadziei że ją rozproszy na tyle by Heinrih zadał celny cios mieczem. Raz za razem uderzał rozsypując snopy iskier z płonącej deski, którą walczył.

Wydarzenia toczyły się jak w kalejdoskopie, z ogromną prędkością następowały po sobie. Dunn wytężając mięśnie dopadł z boku do bestii i uderzył ją płonącym konarem w plecy a potem jeszcze mocno w nogę. Osaczona bestia machnęła potężnie łapą w jego kierunku i chybiła go o kilkanaście centymetrów. George wręcz usłyszał świst pazurów nad swoją głową. Heinrich dźgnął mieczem, ale niestety niecelnie – brak treningu szermierczego dał o sobie znać. Bestia machnęła łapą w jego kierunku i pazury dosięgły go, rozrywając zniszczone podczas samotnej tułaczki ubranie i zadając mu potworną ranę. Antykwariusz poleciał w tył upuszczając miecz i tracąc przytomność. Wtedy dobiegł Walter i trzymając pistolet sygnałowy oburącz wystrzelił. Wiedział, że słabo strzela, liczył że mały dystans i skrajna mobilizacja wzmocnią jego rękę i oko. I wystrzelił. Raca ciągnąc za sobą żółty warkocz dymu przeleciała dwa metry i trafiła bestię w głowę. To było piękne trafienie! Stwór oszołomiony bólem i dymem złapał się za łeb. Na futrze bestii osiadły duże iskry, najpewniej z ogniska, racy lub z pochodni, którymi okładali go Dunn i Hertzberg. Lecz gdyby ktoś się dobrze przyglądnął, zobaczyłby, że niektóre z tych iskier nie gasły tak szybko tylko przeskakiwały na inne miejsca na futrze potwora… Jak żywe…

Dunn poczuł mocne odepchnięcie, jakby między nim a bestią stanęła jakaś wielka istota. Albo szafa. Tylko, że tam nic nie stało! Nic!

Bestia coraz bardziej zajmowała się ogniem. Płomienie tańczyły po jej futrze a w powietrzu dał się wyczuć zapach palonych włosów a nawet tkanki mięsnej. Oszalały z bólu płonący stwór ruszył prosto na Waltera i na stojącą w pewnym oddaleniu za nim Lanę.

Uśmiech, który pojawił się na twarzy Smitha po celnym trafieniu zgasł szybko. Trzymał w rękach jedynie niezaładowany pistolet sygnałowy, nie miał szans na obronę. Poderwał się do ucieczki. „Jeśli zdołam biec szybciej niż to coś… na około obozu… może się uda.”

Ale bestia była tuż przy nim. Zanurkował brawurowo pod jej nogi <świetny unik; 05> a płonący coraz mocniej stwór przetoczył się nad nim. Ryczał przy tym potwornie z bólu a ogień obejmował go znacznie bardziej i znacznie szybciej, niż wynikało by to z ilości jego futra.

„Klik, klik, klik” powiedział rewolwer Lany.

„Najchętniej bym rozerwała na strzępy tą bestię” myśl jak błyskawica przeszła przez głowę Lany, kiedy załadowywała ponownie broń. „Wybebeszę cię jak Dyllana” kłębiło jej się w głowie, kiedy przeładowywała rewolwer by przygotować się do ponownego strzału.

Stwór przebiegł z rykiem jeszcze kilka kroków i stanął przed agentką, która wciąż nie skończyła przeładowywać rewolweru. Oszołomiony ogniem i bólem zaatakował z prawdziwą furią, obiema łapami na raz. Krew ciekła z jego ran a ciało płonęło żywym ogniem.

Tymczasem przy ognisku rozległ się dziwaczny, krwiożerczy chichot. Dunn poczuł, że coś właśnie spróbowało złapać go za nogę. Tylko że nie widział co. Uskoczył jak oparzony. Chciał odbiec od ognia, pobiec w stronę stwora, odwrócić jego uwagę od Lany. Odbił się znowu od czegoś wielkiego i niewidzialnego. Coś mocno chwyciło go za lewą rękę, jakby gruba konopna lina. Obok głowy coś zafurkotało, jakby powietrze zostało przecięte biczem. Udo Dunna oparło się o coś kolczastego i twardego jak róg – róg czegoś niewidzialnego, groźnego. Walter cieszył się mimowolnie, że śnieżna bestia nie była już nim zainteresowana – rozejrzał się wzrokiem w poszukiwaniu odrzuconej wcześniej włóczni. Musiał się spieszyć, jeśli chciał odwrócić uwagę stwora od Lany.

blue eye

Moc stężała, błękitne tęczówki Lany zamigotały w ciemnościach granatowymi rozbłyskami. Agentka dwoma zwinnymi susami, jakby grawitacja przestała działać, doskoczyła do płonącej bestii, łapiąc ją za pysk i wykręcając głowę do góry. Stwór zaryczał przeciągle i próbował kłapnąć kłami, lecz w tym samym momencie ręka Lany jak harpun uderzyła go w pod żebro, wbijając się do środka i rozrywając wnętrzności. Jucha bryznęła, bestia próbowała bezskutecznie wykręcić się żeby odgryźć rękę Lanie, gdy tymczasem agentka już obiema dłońmi zaparła się i rozerwała bestii klatkę piersiową.

Walter z włócznią w garści dobiegł akurat w momencie, gdy stwór z potwornie okaleczoną klatką piersiową i powypalanymi do kości dziurami w ciele padał bezwładnie na ziemię, choć w powietrzu wciąż słychać było jego gasnący ryk.

W twarzy Lany dziennikarz nie zobaczył ulgi spowodowanej wyeliminowaniem zagrożenia, ani przyjaznego uśmiechu. Zobaczył maskę furii! Agentka, schlapana krwią i poparzona ognikami, które podpaliły bestię, rzuciła się w jego stronę z wyciągniętymi do ataku rękami. Gołymi rękami, którymi zmasakrowała stwora! W ferworze walki bandaż spadł jej z twarzy i teraz jej oblicze, bezokie, pobliźnione, poparzone i schlapane krwią wyglądało jak maska wcielonej śmierci. Walter nagle poczuł, że ziemia pod jego stopami wiruje a on odrywa się od niej lekko i płynie w powietrzu. Dookoła tęcza światła, przesyt zapachów, muśnięcia błogości na całym ciele…

Umysł który dawniej panował nad ciałem Lany, teraz tylko biernie obserwował rozwój wypadków. Widział omdlałego Heinricha. Rejestrował to, że towarzysze stanęli kompletnie zaskoczeni. Widział krwawiącego, nieprzytomnego Geralda. Widział zataczającego się Georga. Widział Waltera wpatrującego się w Lanę z przerażeniem. I widział też to, czego inni nie widzieli. Odrażające rogate monstrum, pełne macek, chichoczące i toczące ślinę z krwiożerczych paszcz… Lana zaatakowała. Umysł Obserwował.

tumblr_mh3vhjF7aH1qm0waao1_500

George poczuł mokre plaśnięcie w szyję i jeszcze jedno, w okolicach kolana. Coś niewidzialnego wysysało z niego krew! I przestawało być niewidzialne… Każdy łyk wysysanej z niego krwi powodował, że pojawiało się przed nim coraz więcej koszmarnej istoty z zaświatów. Macki, ostre rogi, pazury… I chichot, dziwny cichy chichot, który znowu rozległ się w powietrzu… Widok stwora jednak nie wpędził baseballisty w poczucie beznadziejności – przeciwnie, zmotywował go do walki o życie.

Lana jednym susem dopadła Waltera. Chwyciła go i z całej rzuciła nim w niewidzialną bestię, której zarysy – w miarę ubywania krwi z krwiobiegu Dunna – były coraz bardziej widoczne. Rzuciła nim z ogromną siłą, jakby był zabawką ważącą ułamek swojej prawdziwej wagi! Ciało dziennikarza poleciało w stwora i uderzyło w niego mocno. Zderzeniu towarzyszył nieprzyjemny dźwięk pękających rogów istoty i łamanego kręgosłupa Waltera. Uderzenie było tak mocne, że stwór puścił Georga. Chichot umilkł.

Dunn zamroczony przewrócił się na brzuch, próbował wstać, ale tylko poślizgnął się, wiec ruszył na czworaka. Jak najdalej – pomyślał – obejrzał się za siebie – tu gdzieś jest ten miecz! Miecz! Magiczny kurwa miecz! Musi zadziałać! – odchodził byle dalej od tego czegoś co go chwyciło a wzrok omiatał okolice szukając broni. Jego wzrok padł na starą klingę po części wciśniętą w śnieg, leżącą koło ciała Heinricha. Jest! Ruszył chwiejnym krokiem zataczając się jak pijany w kierunku broni. Dobył jej dziwiąc się jak jest ciężka. Zginiemy tu – pomyślał – i ruszył z mieczem w garści na pojawiającą się istotę. Był bardzo, bardzo słaby. Czuł się, jak rozładowany akumulator. Dorosły, mocno zbudowany sportowiec o sile dziecka… Podbiegł chwiejnie i ciął bestię z całych sił. Ciął z zamachu zza pleców by cios był jak najsilniejszy. Trafił i rozpłatał cielsko bardziej, niż mógłby się spodziewać.

Lana podbiegła do stwora i chwyciła gołymi rękami za jeden z widocznych teraz rogów. Zaparła się mocno i wydarła go z ciała bestii! Na zdeptany śnieg chlupnęły żółtawe i białawe płyny organiczne stwora oraz świeża, szkarłatna krew.

Potwór nie chichotał już. Bluzgał juchą oraz limfą i powoli się dematerializował. W końcu zniknął całkiem. W ciemnościach pobojowiska, rozświetlanych jedynie porozrzucanymi płonącymi konarami z ogniska pozostały jedynie porozrzucane ciała, rozbryzgane po zdeptanym śniegu płyny ustrojowe, porozrzucany sprzęt, popiół, sadza i cisza, kompletna cisza.

Lana upadła na kolana i załkała.

* * *

Walter szedł kwiecistą łąką. Słońce świeciło nad jego głową, ale promienie nie były zbyt mocne, muskały go pieszczotą, podobnie jak lekki wietrzyk. Gdy dotarł nad rzekę, nie zdążył się nawet nadziwić, jaka jest szeroka, bo od razu dostrzegł dziewczynę. Piękna, bardzo piękna. Smukła blondynka z krótkimi, zaczesanymi w lekkie fale włosami i z karminową szminką na ustach, stała w białych szortach i bluzce na ramiączkach przy żaglówce i z uśmiechem machała do niego.

– Cześć Walter, wreszcie jesteś. Ja jestem gotowa, wskakuj na pokład! – powiedziała niemal zalotnie. Oczy miała błękitne, pasujące do blond włosów i jasnej karnacji.

Dziennikarz nawet przez chwilę nie okazywał zdziwienia. Choć nigdy nie był specjalnie wierzący, jakaś część jego podświadomości wiedziała, że to już koniec i najwyraźniej trafił do nieba… Nie wiedział czym zasłużył na to wszystko, ale nie chciał wracać myślami do poprzednich wydarzeń. Tu i teraz było znacznie bardziej atrakcyjne… Uśmiechnął się do dziewczyny i wszedł na łódkę: – Cześć, dobrze Cię widzieć… – powiedział zdejmując płaszcz.

Tak, poszarpany zimowy płaszcz zdecydowanie nie pasował do grzejącego słonka i wiosennej łąki. Dziewczyna, która przy wchodzeniu na łódkę podała mu rękę – uścisk miała delikatny, ale mocny – chwyciła płaszcz i wrzuciła go w nieprzyjemnie czarne, chłodne odmęty rzeki. Utonął szybko.

– Napijesz się czegoś? Whisky z lodem? Wino? – delikatnym gestem poprawiła ramiączko bluzki.

– Możemy zacząć od Whisky, może być z lodem, jeśli nie masz nic przeciwko – rzucił figlarnie Smith i rozsiadł się wygodnie przy burcie i nie spuszczał wzroku ze schylającej się po drinki dziewczyny.

Widok był naprawdę wdzięczny. Pełne kształty, tu i tam, odsłonięte ramiona, zgrabne łydki. Może lepiej wyglądałaby z długimi, rozpuszczonymi włosami i bez tej wyzywającej szminki, ale co moda, to moda. Polała trunku na dwa palce i podała szklankę Walterowi. Znowu się ślicznie uśmiechnęła.

– Jestem Sharon. To co, jesteś gotowy, prawda? To jeszcze tylko kwestia formalna: moneta. Dawaj prędko obola, bo odbijamy. – powiedziała odpychając łódkę zgrabną nogą od brzegu.

W tym momencie Walter poczuł pod językiem jakiś twardy kształt. Z ust dziennikarza zniknął uśmiech. Myśli kotłowały mu się w głowie: „nie, niemożliwe, nie teraz”, obrócił się w stronę burty patrząc na oddalający się brzeg. Przez chwilę chciał wyskoczyć za burtę, ale przypomniał sobie, że nie jest najlepszym pływakiem… Nie zastanawiając się długo wypluł monetę prosto w toń. – To niemożliwe, nie mam monety! Muszę wracać! Czekają na mnie!

Sharon podeszła do dziennikarza i delikatnie chwyciła go za rękę.

– Boisz się, prawda? Nie ma czego się bać, naprawdę. – powiedziała. Była bardzo blisko, tuż obok i pachniała tak delikatnie, tak kobieco… Jej dotyk i jej zapach niósł ukojenie. Mimo to Smith płakał.

Advertisements

komentarzy 6

  1. Niezłe…

    Wrzuciłbyś tu gdzieś guzik do plusowania na G+.

  2. Musiałbym wiedzieć, jak to zrobić 🙂

  3. To samo mniej więcej Michałowi napisałem.
    No to jest nas dwóch, co nie wiedzą. Poszukam w wolnej chwili po sieci, może to proste jest…

  4. fuckin good…… no zupełnie się to czyta jak powieść, sam bym dał tu jakiegos lajka… ale wogóle nie powiem jaka postac najbardziej wymiata w tym odcinku…. Grzesiu mocne to jest 😉

  5. A wogóle jak sie to skończy……..??? tego sie nie mogę najbardziej doczekać…. Mashkaronku może nastepny odcinek…?:)

  6. Źle się skończy, rzecz jasna. To Zew Cthulhu.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s