Zaginiona ekspedycja 11 Who let the dogs out

„Jak nie wiesz, co powiedzieć, to powiedz stare chińskie przysłowie.”

stare chińskie przysłowie

Las był czarny, przerażająco czarny. Nawet księżyca nie było widać zza chmur. Ciemność ledwo rozświetlały latarki i palące się słabo ognisko. Było zimno, bardzo zimno – ale nie to było największym zmartwieniem członków ekspedycji. Wszyscy byli poranieni i poturbowani, ale najgorsze były rany psychiczne. To co się właśnie wydarzyło, nie mogło się wydarzyć. Mogło być snem, opowiadaniem w groszowej powieści, filmem… Ale nie rzeczywistością!

tumblr_lslelwK3Iq1qdqn9ko1_400

Lana klęczała a po jej twarzy płynęły łzy, żłobiąc ślady w brudzie i krwi na policzkach. Osłabieni Dunn i Wilson kończyli opatrywać ostatniego rannego, Hertzberga. Wobec braków w środkach medycznych bandaże zastępowali płóciennymi koszulami i zapasowa bielizną. Cała ekspedycja wyglądała teraz, jakby po niej przeszłą kamienna lawina. Jedynie Mendoza nie był ranny, ale za to wciąż leżał w pozycji płodowej i drżał. Ciało Waltera leżało na ziemi wśród porozrzucanego sprzętu.

Wilson ostatnie co pamiętał wyraźnie to szok towarzyszący zaciskaniu się na dłoni zębów bestii i to że został przez nią odrzucony. Reszta to tylko przebłyski i niezrozumiale sceny. Nawet teraz, kiedy opatrywał towarzyszy poranionymi dłońmi robił to mechanicznie, jakby w transie, nie odzywając się do nikogo. Rozglądał się niewidzącymi oczami po pobojowisku i z wolna jego umysł przytomniał, pojawiały się pytania.  „Ja przywołałem dzieci Cthugi i widzę ze dostały tego stwora, ale niestety za późno by uratować Smitha. Ale co się z nim później stało? Kto go z taką siłą połamał? I czemu Dunn wygląda tak marnie mimo braku widocznych ran?”. Lecz zostawił te pytania na później. Teraz musiał zająć się towarzyszami.

Heinrich nic nie mówiąc opatrzył swoje rany i pomógł Geraldowi. Od uderzenia stracił przytomność i nie do końca wiedział jak się to wszystko potoczyło. Wiedział, że Walter nie żyje, ale chyba był zbyt zmęczony i przerażony żeby się nad tym rozczulać.

Dunn siadł przy krawędzi obozowiska, zaraz gdy skończył opatrywać opadł z sił, teraz siedząc na kamieniu łapał oddech. Czuł się jak po maratonie. Wydawało jak by chciał się odezwać, lecz wiódł tylko wzrokiem po członkach wyprawy i zgliszczach obozowiska. W końcu jakby sobie przypomniał o Walterze. Spojrzał na ciało przyjaciela, w świetle przygasającego ognia dało się zobaczyć łzę spływającą mu po policzku. Przeniósł wzrok na Lanę i gdyby ta tylko spojrzała, zobaczyłaby ogromną złość w jego oczach. Nic nie mówiąc wstał i zaczął przeszukiwać ich bagaże, gdy znalazł saperkę podszedł do ciała Waltera. Chciał podnieść je na ręce, lecz nie miał siły. Opadł na kolana i cicho zapłakał.

Roztrzęsiona Lana stanęła za Dunnem.

– To moja wina. Ja tu powinnam leżeć zamiast niego… – powiedziała cicho – Ale to już koniec… Misja wykonana. Profesor Zwinkel odnaleziony. – dodała wskazując na  rozerwane truchło białego stwora.

* * *

… tam gdzieś w okolicy czai się Bigwood i to on nasłał na nas Jurgena. Bigwood jest potężny i panował nad umysłem tej bestii. Ale w jaki sposób Zwinkel zmienił się  w tak odrażającego stwora…? I czym był ten energetyczny wampir, który wyssysał krew? – mówiła trochę do siebie, a trochę do przyjaciół Lana, pomagając przygotować grób dla Waltera i kończąc szczegółowy opis tego, co zobaczyła wieczorem.

hdrkrajobrazy015

– To był profesor Zwinkiel? – Geraldowi kaszlnął zaskoczony. Po czym zamilkł i dalej znosił kamienie i kładł je koło kopanego wspólnie grobu. Dunn cały czas się nie odzywał tylko pracował w milczeniu układając kamienie, teraz siadł nieopodal ciężko sapiąc cały zlany potem. Lana kończyła układać ostatni kamień na miejscu gdzie spoczął Smith. – Nigdy cię nie zapomnimy Walterze… Chyba, że pamięć o nas całkiem przepadnie, kiedy i my tu zginiemy. Tego Walter by nie chciał. – zwróciła się do towarzyszy –  Ruszamy z tych gór albo umrzemy próbując… Jak się czujecie?

– Dobrze nie jest, ale mogło być gorzej – burknął George – masz racje, ruszamy jak tylko się troszkę rozwidni. Idźcie spać, ja popilnuje a jak będę senny to kogoś obudzę.

Na razie była ciemna noc. Zegarki wskazywały kwadrans po północy. Pogrzeb zajął bohaterom znacznie więcej czasu, niż podejrzewali – ale co się dziwić. Zrezygnowali wprawdzie z kopania choćby płytkiej dziury w zmarzniętej ziemi, ale szukanie po ciemku kamieni i znoszenie ich w jedno miejsce nie trwało krótko… A i tak miejsce spoczynku doczesnych szczątków Waltera nie wyglądało imponująco. No i czas miał pokazać, jak uda im się wytłumaczyć policji, że wrócili z gór bez dwóch członków wyprawy…

Wilson wygrzebał suszone liście koki i przygotował słaby napar. – Napij się – powiedział podając kubek Dunnowi – to cię trochę wzmocni. I obudź mnie, na drugą wartę. Panno Skylight – Gerald zwrócił się do kobiety przypominając sobie jej uwagę o Zwinkelu, chyba Pani wie więcej o tym, co się teraz tu dzieje niż reszta z nas. Czy mogłaby Pani nam coś więcej powiedzieć? Ale lepiej rano, dodał patrząc na pozostałych towarzyszy, teraz chyba wszyscy potrzebujemy odpoczynku.

Heinrich wyczuwał panującą w obozie napiętą atmosferę, ale nie starał się jej rozładować. – Żeby tylko dotrwać do świtu – powtarzał sobie po cichu wykonując polecenia Dunna.

Dr Wilson-Burch usiadł w swoim śpiworze, jednak po chwili mimo wszystko wygrzebał notatnik z plecaka i podszedł do truchła bestii. Przy świetle ogniska zaczął coś notować. – Jestem zbyt zmęczony by po prostu zasnąć, odpowiedział na pytające spojrzenie Dunna.

– Póki żyjemy, mamy szansę wydostać się z tego koszmaru – Lana dotychczas milcząca teraz znów się odezwała. Towarzysze patrzyli na nią z ukosa i Lana wiedziała, że patrzą na nią jak na następnego potwora. „Wszyscy byśmy zginęli gdyby nie ja… ale czemu ten biedy Walter wszedł mi wtedy w drogę…” w myślach Lana analizowała szereg wydarzeń „Widziałam Bigwooda, odprawiał rytuał, zapewne przyzywał Jurgena… albo tego demonicznego stwora… Po zabiciu obu potworów teraz będziemy musieli stanąć do konfrontacji z Bigwoodem… Kwestia czy dać mu się znaleźć czy samemu go poszukać… Inna sprawa, że chłopaki ledwie dyszą… Nie wyjdziemy z tego… ” pomyślała Skylight, po czym już na głos dodała: – Panowie zbierajmy się, wyjdziemy z tego a na dole czeka na nas dobra whiskey, Doktorze przetrwamy tą wojnę, Dunn wygramy ten mecz, Hienrich…. no już podnoście się, idziemy…!

Dunn wstał i spojrzał na Lane ze złością – Oszalałaś! Teraz?! Nigdzie się nie ruszamy! I pierwszy który wpadnie na pomysł łażenia po górach nocą dostanie ode mnie po głowie – wydawało się ze naprawdę spełni tę obietnicę – Zostajemy tu do rana i o świcie ruszymy, może Mendoza dojdzie do siebie do tego czasu – wskazał ręką nadal zwiniętego trapera – a jak coś tu się pojawi to znowu stawimy mu czoła lub polegniemy tam gdzie zabiłaś… – zwiesił głos jak by dopiero po tych słowach zorientował się co mówi – gdzie poległ Walter. A teraz idź spać ja pilnuję pierwszy a potem budzę Wilsona – George uznał chyba ze to koniec rozmowy bo odwrócił się od Lany i podszedł bliżej dogasającego ogniska.

– Może by tak zrobić kilka zdjęć, tego stwora żeby jakieś dowody mieć? – powiedział Heinrich do Geralda, po czym zwrócił się do Lany – o czym Ty mówisz? Jak Bigwood mógł kontrolować tego stwora? A co do dalszych planów wydaje mi się że daleko nie zajdziemy, zostały nam resztki sił, a tu przynajmniej ognisko jest rozpalone, przenocujmy tu…

Arkham 059

„…zabiłaś…” słowa Duna trawiły niczym kwas duszę Lany a przez głowę przelatywały jej obrazy kiedy opuściła swoich towarzyszy aby zbadać tajemnicze jęki i wycie z głębi  puszczy, jak przedzierała się przez las aby w końcu zobaczyć Bigwooda odprawiającego jakiś przerażający rytuał i walkę umysłów między traperem a wielką białą bestią, aż potem kiedy usłyszała słowa „Ich zabij Jurgen, ich” i wszystko stało się tak klarowne jak to możliwe, i kiedy stwór przemknął obok przyczajonej Lany aby zmasakrować jej przyjaciół, jak szybko biegła aby im zdążyć na pomoc…

„…zabiłaś…”

Lana załadowała pusty bęben rewolweru.

– Nie chciałam go zabić… – popatrzyła ze smutkiem na Dunna jak by był dla niej obcym człowiekiem. – Później będzie czas na opowieść Heinrich.

Bohaterowie zdawali sobie z grozy swojego położenia. W dzikich górach, w których chwycił mróz i spadł już pierwszy śnieg. Oby dalszych opadów nie było… Gdzieś tam czaił się dziwny i niebezpieczny Bigwood. Ich zapasy żywności były małe a co gorsza, w ferworze starcia przepadł gdzieś muł. Bez muła nie byli w stanie zabrać wystarczająco dużo jedzenia, by wrócić do Parkdale. Jeżeli tam w ogóle trafią… Bez Beacha, z odchodzącym od zmysłów Mendozą…  Nie mówiąc o potrzebnym sprzęcie – byli tak słabi, że z trudem byli w stanie sami się poruszać, a co dopiero nieść cokolwiek. Ale szukanie muła w nocy w tym lesie też nie wyglądało na dobry pomysł…

Geraldowi ciężko było prowadzić jakieś konkretne oględziny po ciemku, poza tym był ciężko ranny i padał ze zmęczenia. Zrobił tylko kilka notatek i pobrał kilka próbek. Lana spod zmróżonej powieki obserwowała Dunna. „Co on kombinuje… tak się dziwnie zachowuje, to jakaś paranoja…” Na wszelki wypadek sprawdziła czy ma broń w zasięgu ręki. Instynkt podpowiadał jej, że to nie koniec długiej nocy i że jeszcze nie jedno się może wydarzyć. Wolała być przygotowana na to, co nadejdzie. Skrajne wyczerpanie objawiło się u wszystkich uczestników zajścia dokładnie tak samo: najpierw leżeli w śpiworach i pod kocami drżąc z zimna, rozdygotani pod wpływem ostatnich zajść, głęboko przekonani, że w tych warunkach przez całą noc nie zmrużą oka a potem nagle otulała ich ciemność i sen głęboki jak śmierć, jakby spadali w otchłań bez dna.

CocaineToothacheDrops

Jednynie Dunn, który objął pierwszą wartę, nie spał. Dunn wiedział że nawet liście koki nie powstrzymają go od uśnięcia, a w tych warunkach sen oznaczałby śmierć jego i jego przyjaciół, którzy mu przecież zaufali. Postanowił zająć się czymś by zabić uczucie senności. Nie oddalając się od obozowiska spacerował pilnując ognia. Trzymał się ciągle w kręgu światła czasem wpatrując w ciemny las. Zabrał karabin, nawet nie myśląc o strzelaniu z niego a raczej jako element alarmowy, huk wystrzału obudzi na pewno wszystkich – powtarzał sobie w duchu chodząc dookoła paleniska. Czasem słysząc coś w lesie zamierał świecąc latarką po gęstwinie drzew i wstrzymując oddech ze strachu.

Czuł się senny, ale nie poddawał się senności. Przegryzł trochę prowiantu, by ją odgonić – i przy okazji zdumiał się jak szybko zużywają zapasy. No tak, potężny wysiłek i zimno robiły swoje – jeść się chciało cały czas. Tylko tego jedzenia bardzo mało już zostało…

Las był bardzo nieprzyjazny… Zimny, ciemny. Nad Dunnem świeciły gwiazdy. Patrzył w nie i zastanawiał się, co też może się w nich kryć. Czy istnieją tam jakieś myślące istoty? Nie wiadomo. Tutaj, wśród śpiących kolegów i w milczącym lesie George poczuł się samotny. Tak bardzo samotny. I malutki wobec wszechświata. Nie było mu z tym uczuciem dobrze… Zaczął przegrzebywać porozrzucane bagaże. Nawet sprawdził kieszenie Mendozy. I nic. Cholera! Ani kropli alkoholu w całym obozie?!

Niemożliwe żeby nic nie było – zastanawiał się patrząc bezwiednie po śpiących towarzyszach – ktoś może coś ma? – oddałby lewą rękę za porządne whisky – a w cholerę – zły kopnął w dal kamień. Teraz doczekać do rana i ruszamy, do traperów, oni będą mieć coś do picia – pocieszał się w myślach Dunn.

Żeby odwrócić myśli od alkoholu, skupił się na wartowaniu. Próbował przebić wzrokiem las. Niczego wprawdzie nie widział, ale czuł, że podnoszą mu się włosy na karku. „Pewnie z zimna” pomyślał, gdy wtem w ciemnościach zobaczył psa. Pies stał jakieś 20 jardów od obozowiska nie wydając z siebie żadnego odgłosu i patrzył się na Georga.

tumblr_lwxqg9Id9Y1r2tqfno1_400

O kurwa – stanął jak wryty i powoli przygotował winchestera do strzału. Lecz nie wypalił. Mierzył tylko w stojącego psa i czekał. Każda sekunda zdawała się wiecznością. Pies także jakby czekał. Stał i patrzył i nawet nie drgnął. Nawet nie zaszczekał, ani nie warknął nawet, tylko hipnotyzująco patrzył. Dunn czekał a gdzieś w głębi narastał niepokój, strach. Poczuł jak kropla potu spływa mu po czole kreśląc lodowaty ślad. BAM! Wypalił drżącymi palcami naciskając spust.

Huk rozdarł ciszę nocną. Pewnie nawet obudził śpiących towarzyszy, ale nie było szans, żeby szybko zareagowali wybudzeni z głębokiego snu. Dunn nie miał zresztą czasu patrzeć, kogo udało mu się obudzić. Jego strzał poszedł wysoko nad zwierzęciem, które bez wydania jakiegokolwiek dźwięku obnażyło kły i rzuciło się biegiem na baseballistę. George spostrzegł, że biegnący na niego pies ma przyczepiony do brzucha zwój liny. Nie było czasu by sięgnąć po kij. Sprawnym ruchem obrócił w dłoniach winchestera i trzymając za lufę zadał cios jak pałką. Z pełnego zamachu mierząc wprost w rozdziawioną paszczę psa. Zdążył jeszcze pomyśleć – „Lina? Po co mu ta lina?”.

Pies dystans dzielący go od Dunna przebiegł w kilku susach, po czym zaatakował. George machnął karabinem jak pałką, ale był bardzo osłabiony – jego ruchy nie miały tej szybkości, co normalnie. Nie trafił, a pies kłapnął szczękami tuż koło jego nogi. To był pierwszy dźwięk, który wydało z siebie psisko. George zamachnął się jeszcze raz i tym razem trafił. Jego uderzeniu brakło jednak krzepy… Zwierzę wprawdzie odrzuciło o jakiś jard, ale zaraz potem stało znowu na łapach i atakowało. Było silne i zwinne. I rude, co dało się dostrzec w blasku ogniska. Jednakże tym, co zwisało spod brzucha zwierzęcia, nie był zwój liny, tylko jelita. Jego własne jelita.

Zawahał się na chwile widząc wiszące wnętrzności, po czym naparł z jeszcze większa siłą. Jak zabić martwego psa? – myśli kłębiły się w głowie – martwego? Jak martwy pies może mnie próbować zagryźć?! – przestał się zastanawiać. W tym miejscu już nic nie było w stanie go zdziwić. Zadawał cios za ciosem, może nie był tak silny jak dawniej, ale to była jedyna szansa, tym razem iść na ilość!

Pies ponownie nieskutecznie zaatakował, na co George odpowiedział idealnym zamachem winchesterem i trafieniem kolbą w jego łeb. <Krytyk!> Jak za czasów NY Metsów! Chrupnęły miażdżone kości czaszki psa, ale albo cios wycieńczonego Georga nie był tak silny, jak mu się wydawało, albo to, co trzymało psa na łapach, było silniejsze od śmierci. Pies, z zapadniętą w jednym miejscu czaszką, znowu zaatakował. Znowu nieskutecznie i znowu George odpowiedział celnym uderzeniem. <Są efekty, pies wygląda coraz gorzej. Ale w końcu pewnie go zajedziesz w ten sposób. Albo on ciebie…>

Tymczasem z obecnych w obozie osób, obudził się tylko Heinrich. Poderwał się szybko na nogi, i – rozespany – chciał porwać leżącego obok winchestera, ale tylko macał bezskutecznie wokół posłania. Rozglądając się, z której strony dobiegł strzał, krzyknął – Wszyscy cali? Nikt mu nie odpowiedział. Heinrich spostrzegł, że George walczy z dużym psem, trzymając winchestera jak maczugę lub kij baseballowy i wywijając nim z wprawą. Widać jednak było, że Georgowi brakuje siły a psisko rzucało się na niego w ciszy, ale nieustępliwie. Wyglądało też na to, że pozostali członkowie wyprawy śpią w najlepsze.

Dunn nie przestawał atakować. Cios za ciosem szły w kierunku głowy psiaka z nadzieją, że pogruchoczą mu choć zęby, a może wykończą go po raz drugi. „I dlaczego nikt się nie obudził, gdzie pomoc?” – pomyślał zadając kolejny cios z potężnego zamachu – Heeej!- krzyknął donośnie – Kurwa – dodał zasapany już ciszej George.

Przyjaciele zawiedli. Spali, podczas gdy on zaraz zostanie rozszarpany przez tego dziwnego psa… Dobrze, że chociaż umiejętności go nie zawiodły – udało mu się ulokować dwa kolejne trafienia i samemu nie zostać ugryzionym. Chociaż było blisko!

Aaaghhhh! – George wydał z siebie krzyk przy kolejnym ciosie – Giń skurwielu!!


zombie-dog

– Trudno – powiedział Heinrich widząc że Dunn walczy bronią której on szukał, wyciągnął miecz z pochwy i rzucił się na pomoc towarzyszowi. Był to akt bohaterstwa bardzo nieprzemyślanego, był bowiem ciężko ranny i nie umiał walczyć mieczem. Podbiegł do walczących i wyprowadził kilka najsilniejszych pchnięć, na jakie było go tylko stać, w rozwścieczonego psiaka. Podbiegł do walczących, strząsając z siebie resztki snu i dopiero wtedy zrozumiał, co mu w tym psie nie pasowało. Co powodowało, że nie nazwałby go w życiu normalnym zwierzęciem…

Tymczasem Dunnowi dobra passa się odwróciła. Spudłował kilka razy a zwierz to wykorzystał i wgryzł się w jego prawą nogę. Tylko pozornie oznaczało to, że będzie psa łatwiej trafić. Bestia szarpała żywym mięsem, jakby je chciała oderwać od kości razem ze spodniami. Nie była wcale nieruchoma tylko szarpiąc skakała a Dunnowi ból przysłonił się wzrok…

Heinrich dopadł z mieczem i pchnął kilka razy. Już pierwszy cios był celny! Miecz wszedł głęboko w bestię, która tak mocno się szarpnęła, że Heinrich ledwo utrzymał rękojeść w garści. Ale tutaj jego umiejętności szermiercze miały swój kres… Każdy kolejny cios dźgał powietrze wokół walczących…

Wtedy Dunn wziął kolejny zamach i trafił zwierzę kolbą. Chrupnęły żebra.

Pies nawet nie zaskamlał z bólu. Odrzuciło go od nogi Dunna, w której zostawił dziurę w skórze i w spodniach po czym wybił się mocno z tylnych łap i skoczył celując w klatkę piersiową Heinricha. Uderzył mocno, obalając antykwariusza na ziemię. Miecz nie wypadł mu z dłoni, wciąż go trzymał a drugą starał się odepchnąć psa. Czuł na sobie silne ciało zwierzęcia, które szczerzyło kły, ale nie warczało. Całkiem zimne ciało…Trupio zimne… Kły, wciąż mokre z krwi Georga, były coraz bliżej jego gardła, czuł, że długo nie wytrzyma…

W akcie desperacji, Heinrich resztkami sił, spróbował wbić ostrze miecza od boku w podgardle psa, chcąc zachować dystans między nim samym a ostrymi kłami… Bezskutecznie. Czuł już dotyk kłów na swoim gardle…

Dunn zrobił dwa chwiejne kroki i zadał najsilniejszy cios, na jaki było go stać. Byle tylko stracić bestię z leżącego Heinricha. Włożył w ten cios całą swoją masę i uderzył wykonując krok. Karabin trzymany oburącz z wielką siłą uderzył w zwierzę. Trzasnął łamany kręgosłup. Wtedy Heinrich odsunął go na tyle, by ułożyć odpowiednio miecz i pchnąć. Wsunął mu go gładko w gardło, rozcinając szyję bardzo mocno.

Rozcięte szeroko gardło psa nie krwawiło. Pozostało suche, jakby rozcięto tuszę martwego prosiaka. Zwierzak zsunął się z Heinricha, który odetchnął głębiej – właśnie uniknął strasznej śmierci. Wtedy zwierzak chwycił go kłami za nogę. Mocno, pod materiałem spodni antykwariusz poczuł swoją ciepłą krew.

Arkham 153

– Aaaaaaa!!! – zawył z bólu i przebił czaszkę zwierzęcia. Pies szarpnął nogą Heinricha, wyrywając kawał mięsa, skóry i materiału spodni. Nie rozwarł pyska, jakby miał szczękościsk. Ciągnął za sobą bezwładny tył ciała i powoli przebierając tylko przednimi łapami, ślizgającymi się po śniegu, parł na Heinricha, który mimo bólu łatwo się odturlał. – Co to jest Dunn? Jakim cudem?- wyszeptał.

Z wielkim wysiłkiem, ranny Heinrich spróbował wstać. Chciał się podnieść i obchodząc psa od boku  przebić go mieczem na wysokości karku. Niestety, noga była bardzo zraniona – Heinrichowi zaczęły przed oczami migotać białe plamy i upadł, choć nie omdlał. Jednakże, chyba pod wpływem stresu, chwyciły go straszne bóle brzucha i kręgosłupa.

– Gerald, wstawaj, budź się, słyszysz mnie! – krzyczał do śpiącego kompana, zwijając się z bólu, ale zarówno Wilson jak i Mendoza oraz Skylight spali dalej mocnym snem. Pies nieustępliwie, łapa za łapą, wlókł za sobą bezwładne ciało czołgając się do Heinricha.

George naparł znowu na psa okładając leżące truchło raz za razem winchesterem jak pałką. Zgiń wreszcie! – wycedził między zębami.

Ciężko było powiedzieć, jaki wpływ wywarło to na winchester. Konsekwentne tłuczenie kolbą trzymanego za lufę karabinu mogło go przecież połamać, czy choćby pokrzywić, czyniąc strzelanie z niego znacznie trudniejszym. Na pewno wywarło wpływ na psa. Połamane żebra, rozbita do końca czaszka, porozrywana skóra, spod której wystawały okrwawione kości… Pies przestał się ruszać.

– Wreszcie – wysapał Dunn. Rozejrzał się i szybko rzucił okiem na karabin. Dzieła to draństwo? JEB! Wypalił w powietrze. Kolejny wystrzał głucho zabrzmiał w wyciszonym lesie. Po czym podbiegł do leżącego Heinricha – Jak tam noga? Pokaż! Obudzimy zaraz Geralda – po czym mocno szarpnął wspomnianego za kaftan – Wstawaj!

Dziękuję, bardzo dziękuję – wysapał cicho Heinrich krzywiąc się z bólu – obudź pozostałych… – dodał, ale sam nie był pewien czy Dunn usłyszał jego słowa. Położył się na plecach i patrząc tępym wzrokiem w niebo, próbował odejść myślami jak najdalej stąd. Leżał i płakał…ale nie z powodu rannej nogi… Zdawał sobie sprawę, że teraz jego osoba tylko dodatkowo utrudni marsz.

* * *

Gerald leżał wygodnie rozciągnięty w leżaku, rozebrany do szortów i koszuli z krótkim rękawem. Słońce grzało, było przyjemnie ciepło. Delikatnie przewrócił kartkę czytanej właśnie ciekawej książki, po czym podniósł ze stolika szklankę whisky i pociągnął mały łyczek, wciąż pogrążony w lekturze.

Nagle nie wiadomo skąd pojawił się pies. Chwycił nogawkę jego szortów i zaczął ją tarmosić. Szarpał i szarpał Geralda, aż ten zdecydował się odstawić szklaneczkę na stolik. Nie trafił w blat, brzdęk tłuczonego szkła zabrzmiał jak wystrzał z winchestera… A pies szarpał i szarpał… Gerald chciał go odgonić, ale zwierzak nie dawał za wygraną… Szarpał i mówił głosem Dunna: – „Wstawaj!”.

Kiedy udało się dobudzić Geralda, Lanę i Mendozę, rozespanym oczom ukazał się niepokojący widok. Heinrich siedział na śniegu i trzymał się za brzuch, nogawka jego spodni była rozerwana i z nogi, z której wyrwano kawałek ciała, ciekła krew. Rana wyglądała, jakby coś Heinricha ugryzło.

heretic skulls

Faktycznie, kawałek dalej leżało ciało dużego psa. Straszliwie zmasakrowane. Wyglądało na to, że pies zaatakował baseballistę i antykwariusza i zanim go zabili, zdążył ich obu ugryźć. Łatwo było także odnieść wrażenie, że po tym jak zabili zwierzaka, długo pastwili się nad jego ciałem – pies wyglądał, jakby lawina się przez niego przetoczyła. Zmiażdżone ciało, podziurawiona skóra, wyprute jelita, roztrzaskana czaszka… Musiał bardzo rozwścieczyć badaczy, skoro tak zmasakrowali jego ciało.

Kolba winchestera, który George budząc Lanę położył na śniegu, była cała pokryta resztkami tkanek zwierzęcia, zwłaszcza zaschłą krwią.

Heinrich był już daleko za granicą zdrowego rozsądku, frustracja towarzyszyła mu, od kiedy wylądował ranny w górach. To trochę za dużo jak na jednego starego człowieka… Będzie tylko opóźniał, marnował skąpe racje żywnościowe i przez niego jego znajomi mogą też zginąć… Może towarzysze nie zrozumieją tego od razu… Ale nic innego już zrobić nie mógł…Wspierając się na łokciach podsunął się jak najbliżej leżącego karabinu. Odwrócił się i spojrzał na Dunna, potem skierował wzrok na budzącą się Lanę, na koniec na Geralda… Po cichu przeładował karabin i z trudem wsunął lufę do ust. Poczuł zimną stal na podniebieniu. Zapomniał o bólu i głodzie. Jakie to było cudowne uczucie… Chciał, żeby ta chwila trwała wiecznie, a nie tylko do naciśnięcia spustu…

– Nie!!! – Dunn skoczył w stronę Heinricha wyciągając do niego rozpostarte ręce w geście rozpaczy, czy błagania, a może po prostu z zamiarem odebrania mu broni – Potrzebujemy Cię – powiedział patrząc mu w oczy.

– Heinrich zaczekaj!!! – groza biła z głosu Lany – Mam ci cos ważnego do powiedzenia…..!!!

Heinrich wyjął lufę z ust i przystawił ją pod gardło – Stój George, wiem co chcę zrobić i to zrobię. Jestem stary, ranny i nie dam rady dalej iść. – mówił z trudem – Nie chcę żebyście Wy zmarli tu w tych górach, a ja i tak do miasta nie dojdę. Poza tym widziałem, co się dzieje z ludźmi, których pogryzły wściekłe zwierzęta, a mnie pogryzło martwe psisko…Na pewno już jestem zarażony. Jest tylko jedno lekarstwo na to, i właśnie trzymam je w dłoniach… Spalcie moje ciało, żeby zwierzyna nie rozniosła tej zarazy… Pozdrowię Waltera od Was – dodał z lekkim uśmiechem, zamknął oczy i nacisnął na spust…

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s