Zaginiona ekspedycja 12 Chodźmy na wschód, tam musi być jakaś cywilizacja

Bohaterowie patrzyli to na martwe ciało Heinricha, to na kopiec kamieni skrywający ciało Waltera, to na siebie. Co tu się działo? Czego właśnie byli świadkami i bohaterami? Co to za koszmar?!

A przecież właściwie się udało! Mieli z sobą dokumentację tajemniczego kamienia – własne notatki i zdjęcia oraz jeszcze dodatkowo zapiski wyniesione z chaty Bigwooda. Znaleźli tajemniczy miecz… Lara wspomniała także, że biały potwór to Zwinkel – choć akurat nie wyjaśniła, dlaczego tak myśli… Zostało tylko wrócić do domu. Wparować z uśmiechem do Parkdale, obśmiać ostrzegającego ich szeryfa, wypić kolejkę w barze i wsiąść do pociągu byle jakiego. I pełen sukces. Wywiady, autografy…

Arkham 007

A wszystko się zepsuło… Co gorsza, sytuacja wyglądała z godziny na godzinę coraz gorzej. Lana a zwłaszcza Gerald byli ciężko ranni, George nie miał aż tak wielkich obrażeń, ale był bez sił a Walter i Heinrich leżeli na zimnej ziemi Gór Kaskadowych, która wysysała ciepło z ich martwych ciał. Jedynie Mendoza nie był ranny – siedział skulony i patrzył na wszystkich szeroko otwartymi, przerażonymi oczami i coś cicho mówił, bardziej do siebie niż do obecnych. Zapasów było mało, muł uciekł, mróz był coraz mocniejszy, drogi do Parkdale nikt nie znał…

Dunn dotychczas klęczący przy ciele Heinricha wstał i ruszył chwiejnym krokiem. Złapał koc i przykrył nim ciało, po czym rozejrzał się trochę nieobecnym wzrokiem po obozie, jakby kompletnie ignorując pozostałych. Po chwili zrobił dwa kroki i podniósł z ziemi miecz. To jego szukał. Spojrzał na towarzyszy – Idę rankiem do Bigwooda – wycedził przez zęby – zabiję go – dodał z absolutnym spokojem w głosie. Po czym ruszył do plecaka i wygrzebał mała siekierkę i jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie podszedł do leżącego na ziemi truchła psa i zaczął je skrupulatnie ćwiartować.

Lana patrzyła. Widziała Dunna. Widziała Geralda. I zastanawiała się, który będzie następny. Jej emocje były tak zamrożone jak śniegi ze szczytów Góry Hood. Wiedziała, że jeśli będą obozować to nie dotrwają świtu. Już mówiła to przyjaciołom, ale oni nie słuchali. Teraz już nie żyją. A ci, co żyją…..

Lana patrzyła na truchło psa, straszliwie zmasakrowane. „Śmierć nadejdzie jutro” pomyślała „Mam nadzieję, że jej doczekamy”.

– Dunn, chodź do mnie – powiedziała.

George wstał i na odchodne jeszcze kopnął w las głowę psiaka. – Tak? – Odwrócił się do niej nie podchodząc jeszcze – wiesz, że musimy jakoś zabezpieczyć obóz i pilnować go do rana? A potem.. Potem sam nie wiem jak to zrobimy, ale trzeba będzie ruszać.

– Po prostu potrzebuję trochę ciepła. Nie można zawsze być twardzielem – mówiąc to Lana przytuliła się do Dunna – Jeśli nie znajdziemy dość siły w sobie to tu zginiemy.

Wydawało się, że Dunn wzdrygnął się jakby jej dotyk nie był przyjemny. Ale był i niósł ze sobą dziwne ukojenie. Już nie potrafił sobie przypomnieć, kiedy czuł ciepło kobiety. – Ach – syknął z bólu, gdy Lana go przytuliła – ten jebany psiak mnie ugryzł – wskazał na rozerwane spodnie, na których widniała rdzawo czerwona plama krwi – pomożesz mi to opatrzyć? – siadł już zabierając się do roboty.

– Czekaj, nie tak George, nie wygląda to dobrze, na szczęście mam coś, chociaż nie wiem czy pomoże… – Skylight wyciągnęła spod ubrania długo tajoną piersiówkę z whiskey i zaczęła dezynfekować ranę

– Mam nadzieję że nie wdało się zakażenie. Ty spałeś, Dunn, czy ktoś inny zasnął na warcie…? Skąd ten pies?

Gerald z szokiem patrzył na surrealistyczną scenę rozgrywającą się przed jego oczami. Powoli świadomość tego, że już nie śpi, że to co usłyszał i zobaczył jest prawdziwe docierała do niego…

A potem jego świadomość zwinęła się w siebie i przekształciła w coś innego, coś znajomego, coś, czego dawno nie pamiętał. Nie chciał pamiętać.

Z klinicznym spokojem obserwował jak Gerald wstał, podszedł do leżącego ciała Heinricha i zaczął mu się uważnie przyglądać. Po drodze sprawdził mimochodem czy Mendoza śpi czy nie żyje. Traper nie spał, mamrotał do siebie pod nosem. W jego mamrotaniu dało się usłyszeć: …to z głodu, z głodu… indiańcy mieli rację… wendigo to klątwa… nie można… nie można jeść ludzkiego mięsa… nawet z głodu….

Cthulhu 047

Lana spojrzała na Mendozę analizując, co właśnie powiedział.

Gerald głosem pozbawionym intonacji rzucił do Dunna:

– Jeżeli już ćwiartujesz to truchło to rób to tak żeby się nie pochlapać. Jak zaraża przez ugryzienie to i przez krew. Jeżeli którykolwiek z was został pochlapany płynami psa lub Heinricha, proszę aby natychmiast przemył to jodyną. Mendoza chyba wychlał resztki spirytusu medycznego. – rzucił w przestrzeń, w sumie do nikogo szczególnego. – Prześpijcie się. Ja zostanę resztę nocy na warcie. Popatrzył na Lanę i Dunna kulących się przy ognisku. I trochę tu uprzątnę – dodał rozglądając się po obozie.  – Dość już się naspałem dodał nabijając niezgrabnie fajkę. Po czym podniósł swój karabin, przeładował i sprawdził czy wszystko działa gładko. Ciężko poszło przeładowanie karabinu ręką, która miała świeżą ranę w miejscu brakujących palców, ale wyglądało na to, że mimo mrozu i braku czyszczenia mechanizm zamka Enfielda działał świetnie.

– Doktorze, czy księgi z zapiskami Bigwooda mówiły cos na temat tajnych wierzeń indiańskich? Wendigo? Coś mi to mówi. Bajki starej niani, które przybierają ludzki kształt… – Lana podeszła do Gerarda – Czy nie jest tak, że da się ochronić przed tymi stworami… – jej umysł intensywnie pracował pomimo zmęczenia – Bigwood jak go widziałam stał w jakimś kręgu… Może coś przyzywał a może po prostu się chronił…

– Wendigo? niech pomyślę – Gerald zmarszczył czoło. Wiem że Indianie straszą nim żeby zniechęcić do kanibalizmu, ale to coś… – Zamyślił się starając sobie przypomnieć czy o tym czytał w „Monsters and their Kynde” albo  w „Wiedzmich kultach”.

– Nie, nie spałem. To ja byłem na warcie jak przyszedł ten pies – powiedział George otulając się kocem – stanął na krawędzi lasu i po prostu stał, sam nie wiem jak długo zanim straciłem cierpliwość i oddałem strzał. Potem się na mnie rzucił. A tak w ogóle to nie było w nim za wiele krwi – te słowa skierował do Geralda – ten pies był martwy od wielu dni chyba – dodał ze spokojem Dunn, tym bardziej brzmiało to jak koszmarny sen – to był martwy pies, dlatego tak trudno było go zatłuc.

Lana spojrzała ze zgrozą na Duna.

– To nie do wiary…

– Gerald – po chwili znów się odezwał George – uważaj proszę na wszystko a jak zauważysz coś podejrzanego to strzelaj. Strzelaj bez zastanowienia i tak byśmy się obudzili.

– Ja już chyba nie zasnę…

– W takim razie Panno Skylight, skoro obydwoje nie będziemy spać, chciałbym prosić o opowiedzenie mi dokładnie, co sobie Panna przypomniała, skąd przypuszczenie, że tym białym stworem był Zwinkel i jakim cudem Panna go rozerwała na kawałki. No i czemu Dunn zasnął z mieczem w ręku. Ja będę zważał na niebezpieczeństwo, a Panna  tymczasem opowie mi co nieco lub poszuka tych fragmentów  o Wendigo, o których wspominałem chwilę temu – Powiedział Gerald, spokojnym tonem, patrząc w ciemny brzeg lasu.

Cthulhu 011

Tymczasem Mendoza przestał mówić do siebie i ułożył się do snu. Był bardzo zdenerwowany i widać było, że trudno mu zasnąć.

– Wie Pan doktorze – zaczęła Lana – nie jestem tu z wami przypadkiem. Miałam chronić misję i być świadkiem odkryć. Tymczasem widzieliśmy już dość strasznych rzeczy. Nigdy nie wierzyłam w te moce nadprzyrodzone. Gdyby nie to, że one wierzą chyba we mnie, to byśmy nigdy się nie spotkali… – opatulona ciepło kocami agentka uśmiechnęła się smutno, po czym podjęła coraz cichszym głosem – A jeśli chodzi o profesora Zwinkela, to… wszystko stało się dla mnie jasne w momencie kiedy zostawiłam was aby sprawdzić tajemniczy skowyt który tak przeraził Mendozę. W sumie większość rzeczy go teraz przeraża. Kiedy przemykałam się przez zarośla i hałdy śniegu, dostrzegłam polanę. Na polanie stał ktoś w stroju trapera. A nad nim monstrum, duży biały potwór, który was potem zaatakował. Traper stał w kręgu, jakimś dziwnym symbolu, w kręgu leżał też martwy pies… Między tym stworem a traperem toczyła się jakaś dziwna wojna w umysłach i chyba traper wygrał, ponieważ nagle wydał rozkaz potworowi. Do tej pory pamiętam jego złowieszcze słowa, powiedział: „Ich zabij, Jurgen! Ich”. Wtedy stwór rzucił się w waszym kierunku z  niesamowitą szybkością. A ja za nim, licząc, że jeszcze zdążę wam na pomoc… – tutaj głos Lany ucichł już całkiem. Gerald popatrzył na nią i zobaczył, że agentka śpi.

Dunn chwile się powiercił starając znaleźć jak najwygodniejszą pozycję i otulić się ciepło kocem, słyszał jeszcze fragment rozmowy zanim zapadł w sen. Niespokojny ciężki sen.

Pozostawszy samemu na warcie, Gerald z nienaturalnym spokojem zaczął kopać płytki dołek saperką żeby zakopać resztki psa. Nie szło mu zupełnie, ziemia była zmarznięta a łopatkę ciężko było chwycić mając okaleczoną jedną dłoń. Wytarł za to kolbę winchestera uważając żeby się nie ubrudzić. Zwłoki Heinricha przykrył śniegiem i gałązkami.

Starał się działać bardzo delikatnie, żeby się nie nadwerężyć – ale dzięki tym zajęciom udało mu się nie zasnąć na warcie. Miał już budzić Lanę na jej wartę, kiedy zobaczył, że Mendoza się przebudził. Traper wstał, poszedł w las się odlać, po czym wrócił i zaczął po ciemku grzebać w bagażach, w których były spakowane resztki prowiantu. Gerald zobaczył, jak wkłada kawałki sucharów i bekonu do ust, intensywnie je żując oraz do kieszeni kurtki.

– Panie Mendoza – Gerald powiedział cicho ściskając mocniej karabin – Pan się gdzieś wybiera? Koszmary pana obudziły?

– Idę stąd – powiedział traper z pełnymi ustami – Idę stąd, bo tu śmierć tylko. Źle się stało, że się na ten zarobek skusiłem. Ale zostawiam was, boście przeklęci. A mnie niech Bóg wspiera, to do ludzi dojdę i ocaleję. I pomoc dla was wezwę. Palcie ogień, żebyście nie zamarzli i żeby was było widać. – wstał i ruszył od obozowiska w kierunku, w którym pewnie się spodziewał Parkdale. Widać było, że jest rozedrgany emocjonalnie i że w jego decyzji jest więcej desperacji, niż racjonalnej kalkulacji.

– Nigdzie pan nie pójdzie panie Mendoza – spokojnie i zimno odparł Gerlald. – Nie będę tolerował dezercji. A poza tym, naprawdę chce Pan sam iść teraz do lasu, gdy Bigwood przygotowuje kolejne niespodzianki? Było już wendigo, był martwy pies. Czy uważa Pan, że sam by przeżył takie spotkanie? Czy uważa Pan że Pana oszczędzi po Pana dezercji? A jeżeli to Pana nie przekonuje to mogę pana zapewnić że po dezercji Pana zabiję, nieważne czy w lesie czy w Parkdale. Nawet  zza grobu jeżeli będzie trzeba – powiedział za odchodzącym.

– To strzelaj. – powiedział Mendoza nie odwracając się i dalej szedł w las. Gerald wiedział, że fizycznie trapera nie zatrzyma. Zdawał sobie sprawę, że gdyby chciał strzelać, to w ciemności strzał wcale nie będzie łatwy jak mogłoby się pozornie wydawać, szczególnie, że miał skaleczoną dłoń. Wiedział też, że już za chwilę straci Mendozę z oczu i wtedy pozostanie tylko szukanie go rano po śladach. Albo pozostawienie samemu sobie i walka o własne przetrwanie.

Gdy Gerald widział plecy Mendozy przez muszkę, w jego głowie toczyła się walka. – Nie kurde, to nie są okopy, wojna się skończyła! Nie będę strzelał komuś w plecy! Gerald opuścił broń.

Mendoza zniknął między drzewami, przebierając szybko nogami po śniegu i unosząc z sobą dużą część wspólnych zapasów żywności a Gerald przypomniał sobie o tym, że miał obudzić Lanę na jej wartę.

* * *

Gerald potrząsnął ramieniem Lany – Proszę wstać panno Skylight!

Lana była strasznie zaspana, więc z trudem udało ją się dobudzić na jej wartę. Kiedy wreszcie się zebrała, zobaczyła że ciało Heinricha jest równo przykryte gałęziami a winchester ma odczyszczoną kolbę. Dunn spał drżąc z zimna i starając się jak najlepiej okryć. Nie widziała nigdzie Mendozy. Nad nią stał Gerald, który ją właśnie obudził.

Lana Przetarła oczy i usiadła. Nie wiedziała ile spała ani czy wspomnienia, które do niej wróciły, były tylko koszmarnym snem czy…. rzeczywistością.

– Doktorze, ile spałam…? – spytała.

Cthulhu 060

– Została jeszcze godzina do świtu. Panno Skylight, prześpię się z dwie godziny i potem mam nadzieję ruszymy w dół. Gerald powoli ułożył się do snu przy ognisku, starając się oszczędzać zranioną dłoń.  – Mendoza uciekł, chciałem mu przemówić do rozsądku, ale nie mnie nie posłuchał, jedyne co by skutecznie zatrzymało to strzał mu w plecy. Mam nadzieję, że nie będziecie mieli mi za złe, że tego nie zrobiłem. To jednak nie są okopy, a my jednak jesteśmy ludźmi. – dodał już leżąc.

* * *

To była długa noc. Długa, zła i pamiętna. Ale jak po nocy przychodzi świt, a po burzy spokój, tak i po tym nocnym koszmarze nastał ranek. Zaczynało już świtać, kiedy Lana znużona po nocnej warcie, obeszła cały obóz zbierając co cenniejsze porozrzucane przedmioty, jednocześnie patrząc na śpiących płytkim snem towarzyszy.

Potem wzięła odrobinę śniegu przemyła twarz i ręce. Cała była pokiereszowana, niczym nie przypominała już tej Lany, która wyruszała nie tak dawno z Arkham. „Oczy są zwierciadłem duszy” pomyślała dotykając swojego oka „moja dusza istnieje już tylko w połowie…”

Lana otrząsnęła się z ponurych myśli. Teraz liczy się tylko przeżycie…

Skylight zaczęła przepatrywać to co dało by się zjeść. Niewiele tego zostało… Zaczęła zagryzać suchary a potem poszła obudzić swoich towarzyszy. Promienie słoneczne niesione przez mroźne górskie powietrze przebiły się przez konary drzew i rozświetliły krajobraz po bitwie.

– Wstawajcie Panowie. Musimy się dziś porządnie najeść. Ostatni posiłek. Zjedzmy tak ile się da. Będzie mniej do niesienia. A nasze ciała szybciej odzyskają siły. A jeśli będziemy mieli  tu umrzeć to przynajmniej nie z głodu… – uśmiechnęła się smutno agentka do swoich, budzacych się i powracających z krainy Morfeusza, przyjaciół.

Bohaterowie mogli w świetle dnia rozejrzeć się po obozowisku. Dużo sprzętu wyprawy, którego nie dało się teraz – wobec braku muła i ciężkiego stanu wszystkich trzech pozostałych badaczy – zabrać z sobą, walało się wokół ogniska. Na śniegu były ślady krwi, spalenizny i śluzu. Kawałek dalej leżało ciało białej bestii. Widać było także oba kopczyki skrywające ciała Waltera i Heinricha. Brakowało także Mendozy i połowy żywności. Co gorsza, pozostałym przy życiu bohaterom naprawdę brakowało sił i być może czekało ich tutaj dłuższe obozowanie.

Dunn rozcierał skostniałe palce rozglądając się po tym czym co było nie tak dawno ich obozowiskiem. -Gdzie Mendoza? – spytał zaspany – gdzie polazł ten stary wariat? – Wstał powoli prostując się z grymasem bólu na twarzy. – Dobra to zjedzmy jak najwięcej i zróbmy sanie na bagaż, może uda nam się w ten sposób zabrać więcej z tego obozu, a z górki i po śniegu to powinno jakoś nam się udać.

Bohaterowie popatrzyli po obozie. Podjęli decyzję o wymarszu, która mogła im przynieść wybawienie, lub przyśpieszyć ich zgubę… Zjedli prawie całe pozostałe jedzenie, resztki spakowali do kieszeni. Mieliby więcej, gdyby Mendoza nie zabrał wspólnych zapasów. Mocny posiłek nie był zresztą głupią decyzją – byli dwa, trzy dni drogi od Parkdale i naprawdę potrzebowali energii, żeby przebyć tę drogę. Poza tym, im bliżej miasta, tym większa szansa, że spotkają kogoś, kto im pomoże.

Problemem były bagaże. Rozsądek podpowiadał, że skoro są ranni i wycieńczeni, to najlepiej zabrać tylko jedzenie i wodę – bo niczego innego nie będą w stanie nieść. Tylko zostawić wszystko? Namiot? Koce i śpiwory? Ciężki aparat fotograficzny? Zestaw klisz, w tym także te naświetlone? Ciężką broń palną – dwa karabiny i rewolwer? Stalowy miecz? Księgi znalezione u Bigwooda? Notatki w tubach? Próbki tkanek stworów? Wszystko wydawało się potrzebne, choć każda jedna z tych rzeczy zmniejszała ich szansę na szybkie dotarcie do cywilizacji.

Czuli się jak w kasynie, gdzie zaraz wynik rzutu kośćmi zdecyduje o zwycięstwie lub przegranej. Tylko że stawką nie były dolary. Stawką były teraz ich życia.

– Ech – Dunn westchnął rozglądając się dookoła po obozie – dobra, trzeba się zastanowić, co i jak zabieramy – Obok niego leżały prowizoryczne nosze, które konstruował ostatnią godzinę. Dwa większe kije złożone w literę V splecione sznurem i mniejszymi gałęziami. Już leżał na nich namiot i koce.  – Bierzemy dokumentację, klisze – mówił do siebie pakując po kolei wszystko – aparat zostaje, dziadostwo za ciężkie. Broń – pomacał miecz podwieszony u pasa jak by chciał upewnić się, że nadal tam jest – Co jeszcze Panowie? – schylił się próbując jak ciężki już pakunek przyjdzie im ciągnąć ze sobą.

– Dunn, najważniejsze są koce, broń i jedzenie. Rewolwer mam przy sobie, bierzmy jedzenie i cos żebyśmy nie zamarzli nocą. Liga kazała nam dbać przede wszystkim o własne bezpieczeństwo. A zatem dowody i księgi które mamy możemy tu zostawić, jeśli to ma nam uratować życie… zawsze możemy je jakoś ukryć i kiedyś po nie wrócić.

– Gerald kiwnął głową potwierdzająco,  – Jeszcze leki – dodał, i zabrał się za przepakowywanie plecaka.

Kiedy bohaterowie, którzy podjęli decyzję, że zabierają tyle sprzętu, ile uciągną, pakowali tobołki na sporządzone przez Georga nosze, Lana zauważyła, że kopczyk gałęzi, którymi było przyłożone ciało Heinricha, poruszył się. Czyżby antykwariusz jednak żył? Tak się w sumie czasem zdarza, że samobójcza kula przejdzie przez czaszkę nie uszkadzając mózgu, a jedynie rozrywając tkanki twarzy czy łamiąc kości czaszki… Lana poczuła równocześnie nadzieję i obawę.

– Widziałeś Dunn? – Lana trąciła Georga i odbezpieczyła rewolwer – Heinrich, niech spoczywa w pokoju, się poruszył… Niech to szlag!

– Jak kurwa się poruszył? – Dunn momentalnie wysztywniał, mając jeszcze świeże wspomnienia ataku zombi psa nocą. Niech to tylko będzie złudzenie, prosił w myślach, nie mógł sobie wyobrazić walki z przyjacielem.

Gałęzie pokrywające ciało Heinricha poruszyły się ponownie. Wyraźnie. Nie mogło być mowy o złudzeniu.

– Heinrich, przyjacielu, żyjesz! – krzyknęła Skylight, mierząc w kierunku kopca gałęzi i obchodząc go bokiem wystudiowanym, ostrożnym krokiem, jednocześnie pokazując Dunowi i Wilsonowi żeby zrobili to samo.

– Nie żył, kiedy go tam układałem – powiedział Gerald z ponurą i zaciętą miną – nie miał pulsu i części mózgu.

George wcale nie czuł się dobrze z tym, co podpowiadała mu wyobraźnia. Ruszył powoli ze skwaszoną miną jak by szedł na skazanie. Dobył gladiusa i dzierżył go teraz dzielnie w dłoni powoli kierując się w stronę miejsca spoczynku ich przyjaciela. – A może po prostu stąd szybko pójdziemy, co? – rzucił z nadzieją w głosie do towarzyszy – bez zaglądania co tam się rusza.

Arkham 029

Jakby na życzenie Georga przestało się ruszać. Jeszcze przed chwilą wyglądało na to, że Heinrich zaraz o własnych siłach wygrzebie się spod sterty gałęzi, które położył na nim nocą Gerald, ale teraz wszystko leżało spokojnie.

– Hem.. – Dunn zatrzymał się w pół kroku – To co robimy? – znowu spytał z nadzieją w głosie – zbieramy rzeczy i wynosimy się stąd? Czy ktoś chce koniecznie tam zajrzeć? – wskazał kopczyk mieczem.

– Zaraz wszyscy zwariujemy…  Nie takie powinno być ostatnie pożegnanie, nie wiem jak wy ale bym spaliła ciało Hienricha, w sumie stos juz jest. Ty Dunn masz zdaje się zippo w kieszeni? – Lana nie miała już ochoty na nic – Dr. Wilson mamy coś na podpałkę…? Może książka? Podeszła z boku do miejsca prowizorycznego pochówku i odkopnęła na bok dużą gałąź. Pod spodem dostrzegła kawałek postrzępionej kurtki Heinricha, z materiałem na brzuchu rozerwanym i przesiąkniętym zamarzniętą krwią. Z brzucha wystawały czerwonawe, długie i cienkie macki, które się poruszały. Jedna z nich wystrzeliła w kierunku nogi agentki, jakby ją chciała pochwycić.

Gerlad pamiętał jak ułożył ciało. Bez słowa podszedł kopczyka gałęzi, zabierając po drodze saperkę i z rozmachem wbił jej ostrze tam gdzie powinna być głowa i szyja tego, co było kiedyś Heinrihem. Zgrzytnęło, ostra łopata uderzyła przez gałęzie o kości i zamarznięte ciało antykwariusza. Dobrze, że gałęzie zasłaniały ten widok…

Zanim ktokolwiek zdążył pomyśleć, Lana zdążyła wykonać błyskawiczny unik i jednocześnie z hukiem wypalić z rewolweru wprost do wijących się macek. Trzy wystrzały jeden po drugim – i trzy pudła, będące pewnie skutkiem zmęczenia, niewyspania, utraty oka i innych ran. Lana odskoczyła na tyle daleko, aby ocalić nogi. Ale nie Heinricha…

Gerald widząc macki odskoczył. W samą porę, bo kolejna macka i jego usiłowała zaatakować.

– Ty skurwysynu – krzyknęła Lana wycofując sie krok za krokiem do tylu i jednocześnie prując z rewolweru do maszkary – Za to, co zrobiłeś Heinrichowi…!!!

Lana wystrzeliła ostatnie trzy naboje, tym razem z większą skutecznością. Żaden nie trafił w mackę, natomiast dwa wylądowały w brzuchu Heinricha, w którym gnieździło się ciało istoty. Tymczasem macki gwałtownie zaatakowały Lanę. Jedna śmignęła milimetry od jej uzbrojonej w rewolwer ręki, a druga mocno oplątała się wokół lewej nogi agentki i zaczęła ją ciągnąć w kierunku zwłok antykwariusza. Wyglądało na to, że dystans dwóch jardów bardzo szybko się zmniejszy, bo cienka, elastyczna macka napięła się i ciągnęła w dużą siła.

Dunn stał jak wryty patrząc na to, co się dzieje. Wszystko to jakoś szybko zaistniało, nawet nie zdążył zrobić kroku. Poczuł dreszcz przerażenia przebiegający po plecach na widok wijących się macek i cofnął się. Potrząsnął głowa – Nie! Nie będę się cofał! Zabiję to coś! ZABIJĘ! – i ruszył biegiem dzierżąc mocno miecz. Dopadł do macek i raz za razem ciał je nie zważając na leżące zwłoki przyjaciela – ZABIĆ! – tylko ta myśl pulsowała mu w skroniach.

Gerald krzyknąl  – Dunn! odetnij mackę i uwolnij Lanę! I do tyłu! To chyba nie może się  za bardzo przemieszczać! „To musi być jakiś pasożyt, tak jak tasiemiec ucieka z martwego ciała i będzie szukał nowego żywiciela! Zostawione samo sobie pewnie zdechnie” Przemknęło mu przez głowę.

Dunn zaczął machać mieczem jak oszalały. Ciachnął napiętą mackę, odcinając ją całkiem. Lana upadła w tył, gdy stwór przestał ją ciągnąć. Tymczasem George ciął mieczem jak oszalały – brzęczało ostrze, krzesząc iskry na kamieniach, szatkując gałęzie, wyrywając kawałki stwora z brzucha Heinricha. Aż nagle rozległ się głośniejszy brzdęk i ostrze gladiusa ukruszyło się, kilka cali poniżej rękojeści. Brzeszczot poleciał kilka jardów w powietrze a George z resztą miecza w ręce odskoczył od stwora.

Gerald złapał płonącą gałąź z ogniska i zrobił dwa kroki przygotowując się do osłaniania odwrotu towarzyszy.

Jednak, kiedy wszyscy się odsunęli od stwora, ten schował macki i choć gałęzie były porozrzucane, zwłoki Heinricha poharatane a brudny śnieg obozowiska splamiony kolejną ilością wydzielin, wszystko wyglądało spokojnie.

– Zanim ruszymy dajcie się obejrzeć – Gerald oddychał głęboko i kiwnął głową w kierunku nogi Lany – nie wiemy jak ten pasożyt się rozmnaża, mam nadzieje ze na mackach nie było jakichś sporów czy jajeczek. Parę minut nas nie zbawi, a potem może wam uratować życie. Noga nie była zraniona, ale faktycznie mogła zostać pokryta nieznanym pasożytem lub jego jajeczkami. Niebezpieczeństwo były znaczne – wobec ogromnej ilości zadrapań, otarć i otwartych ran, które pokrywały ciała wszystkich członków ekspedycji. „Do dezynfekcji może być wyciąg antygrzybiczny na na spirytusie – chyba nam się przyda.” – pomyślał Gerald po czym poprzecierał narażone na ewentualne zakażenie ciała całej trójki, nawet Georga, który wyjątkowo się wyrywał – szczypało jak diabli!

– A teraz wszyscy. Uwaga! Damy radę pociągnąć te sanie? Jeśli nie to musimy wyrzucać z nich to, co zbędne. Zresztą uważam, że nigdy nie należy przywiązywać się do rzeczy aż do śmierci – powiedziała Lana, nie  wiedząc nawet jak jej słowa mogą okazać się prorocze. – A zatem ciągniemy. Raaazem…

Trójka bohaterów złapała za prowizoryczne dyszle od sań, zaprała się i sanie powoli drgnęły.

– Myślałam, że będzie gorzej. Widzę słońce. Ruszamy, jest nowy dzień…!

I tak jak jeszcze parę chwil temu byli gotowi oddać swoje życia tylko za to, żeby nie zostawić przy życiu stwora gnieżdżącego się w trzewiach Heinricha, tak teraz ruszyli dzielnie w kierunku, w którym spodziewali się znaleźć ocalenie.

* * *

Cztery godziny później i zaledwie milę dalej Gerald zemdlał z wysiłku. George i Lana mieli potworne mroczki przed oczami i też ledwo stali na nogach. Temperatura spadła o dalszy stopień lub dwa a z nieba zaczął padać gęsty, biały puch. To już nie był lekki pierwszy śnieżek… Wyglądało na to, że do Oregonu zawitała prawdziwa zima.

Po docuceniu dzielnego lekarza próbowali jeszcze iść, ale padający śnieg i brak sił uniemożliwiły im to. Nie pozostało nic innego, jak przeczekać śnieżycę i noc, a potem rano ruszyć w dalszą drogę. Teraz pożałowali, że nie zostali w poprzednim obozowisku, tam mieli pod ręką więcej sprzętu. Dojedli teraz ostatnie resztki jedzenia. Nie udało się rozpalić ognia – gałęzie, które wygrzebywali spod śniegu były całkiem mokre. Siedzieli więc odrętwiali, czekając na lepsze warunki pogodowe lub na śmierć.

* * *

Mała dziewczynka biegnie z białego domu w kierunku stajni. Człowiek, który na nią patrzy, trzyma za uzdę białego, nakrapianego w brązowe plamy konia i wesoło gwiżdże. „To upalne lato, dawno takiego nie było”, myśli. „Kiedy wreszcie spadnie odrobina deszczu. Jak tak dalej pójdzie to przyjdzie nam całą kukurydzę wyrzucić na spalenie. A dorodna ta kukurydza. Złota. Smacznie pachnie przy gotowaniu”.

Dziewczynka śmieje się. Uważaj – mówi człowiek, który na nią patrzy. Tato, tato odkryłam coś. Dziewczynka podbiega i pokazuje ornamentowaną skrzyneczkę. W drzwiach białego domu staje kobieta. Kiedy wreszcie spadnie kropla deszczu? Nigdy nie wyjmuj tej skrzynki bez potrzeby. Zobacz. – Człowiek, który na nią patrzył, otwiera wieczko. Rewolwer. Nigdy nie sięgaj po taką rzecz bez potrzeby.

Tętent kopyt. Biały, nakrapiany w brązowe plamy koń zaczyna się rwać zaniepokojony. Skylight, jesteś złodzieju. Gdzie moja forsa? Jest susza. Niech spadnie choć kropla deszczu. Choć kropla deszczu. Nic z tego, mam tu papier na ciebie. Od tej pory to wszystko będzie moje. Kobieta, która stoi w drzwiach białego domu krzyczy. Wynoś się stąd i zostaw nas w spokoju. To wszystko moje. Za późno. Nie za późno. Klik. Strzał. Człowiek, który na nią patrzył, pada na ziemię. Jest upał. Ziemia barwi się na czerwono. Dziewczynka chwyta rewolwer. Klik. Strzał. Tamten spada ze swojego wierzchowca. Lana, córko, mówi człowiek, który na nią patrzył, widząc, że dziewczynka trzyma w ręku dymiący rewolwer. Powietrze jest tak gorące, że wszystko się rozmywa. Huk grzmotu. Idzie burza. Kropla deszczu. Chociaż kropla deszczu. Piękne oczy dziewczynki napełniają się łzami. Kroplami deszczu.

* * *

Gerald ponownie brnął omalże na czworakach przez błoto, uginając się pod ciężarem.

– Frank damy radę, nie poddawaj się, szeptał. Powoli zbliżał się do zasieków, starając się trzymać tej samej drogi, jaką się wykradł na pole niczyje.

Na szczęście Frank jeszcze żył, kiedy do niego dotarł. Pasek zaciśnięty na ramieniu powstrzymał krwawienie, ale nie było już z nim żadnego kontaktu. – Musieliśmy się wycofać Frank, wiesz przecież wleźliśmy prosto pod szkopski KM, Ale wróciłem po ciebie, wszystko będzie dobrze. Gerald szeptał nie troszcząc się czy ktoś go w ogóle słyszy. Jeszcze parę minut Frank, jeszcze chwila.

Nagle ciało kolegi zsunęło się z jego pleców. Tak dziwnie, jakby o coś zahaczyło. Gerald zerknął za siebie zdziwiony, nie dotarli jeszcze do zasieków, drzew czy krzaków tez tu dawno nie było.

Ciało żołnierza powoli cal po calu przesuwało się w tył. Gerald intensywnie wpatrywał się w ciemność. Zobaczył ciemny przedmiot na tle jaśniejszej nogawki munduru obejmujący nogę franka, jakby rękę… Ale tu nie mogło być nikogo!

Zęby szczękały jak kastaniety w rękach młodej hiszpanki. George otulony kocem i ramionami siedział patrząc jak zahipnotyzowany w padający śnieg. Powoli opuszczała go świadomość. Odgłosy stały się jakieś odległe, przytłumione. Było mu już tak zimno ze przestał cokolwiek odczuwać.
George! Chodź do mnie! – usłyszał – Chodź! Jest bezpiecznie! – Ronald wołał do niego z środka stawu. Pierwsze dni wiosny i promienie słońca grzały tak przyjemnie w policzki. Lód okrywający staw przy 4th avenue pokrył się już cieniutka warstwą wody ulegając wiosennemu słońcu. Jak by na potwierdzenie swoich słów Rony podskoczył dwa razy niepewnie. Chodź do mnie Gorgy! – zawołał – po czym tupnął obcasem porządnie w lód, który odpowiedział z pomrukiem trzaskając gdzieś z boku. George stał na samej krawędzi stawu patrząc na brata jak ten ślizga się rozbryzgując wodę pod butami. Starszy brat zawsze był dla niego wzorem, a te 4 lata które ich dzieliły nigdy nie były przeszkodą we wspólnej zabawie. Teraz stał z boku bojąc się wejść na kruchy lód. Powoli przebierał nogami w miejscu a Ronald ośmielony wcześniejszymi próbami brał coraz większy rozpęd przed każdą kolejna jazdą na butach. Głośny trzask lodu niczym kłapnięcie zębów potwora wyrwał Georga z zamyślenia. Brat zniknął pod szklaną warstwą lodu. Chciał ruszyć, biec, pomóc mu ale nogi stały jak wryte i tylko patrzył w puste już jezioro. Biec po pomoc! Szybciej! Ale nie mógł zrobić kroku. Oczy napłynęły mu łzami. Dlaczego nie mogę się ruszyć?!

Cthulhu 077

Z dołu słyszał szloch matki i uspokajające słowa ojca. Siedział w pokoju brata, słońce za oknem nie świeciło już tak wesoło jak kilka dni temu. Patrzył tępym wzrokiem po półkach z nagrodami które Ron miał z małej ligi baseballa. Palce pobielały aż od siły z jaką ściskał w dłoniach piłkę. Piłkę, którą dostał od brata kilka dni temu – jego pierwsza własna piłka i rękawica.

Łzy powoli zamarzały na policzkach.

* * *

Lana nieludzkim wysiłkiem próbowała podnieść powiekę. Czuła, że leży pomiędzy Gerardem a Georgem. Oni chyba nie oddychali. Nie żyli. Lana chciała walczyć. Już nie miała siły walczyć. „Już po meczu George” pomyślała „Ostatnia bitwa doktorze, każdy z nas przegrał ją ze słabością ciała. Był to dla mnie zaszczyt Panowie”. Korony drzew zawirowały nad jej głową, kiedy jej myśli zmroził lód i Agent Specjalny FBI Lana Skylight odpłynęła w niebyt.

Reklamy

Jedna odpowiedź

  1. Przygoda do Cthulhu , to sa i mackowate stwory. Mistrzu Gry najbardziej jestem ciekav epilogu do tej dramatycznej przygody. A swoja droga masa czytania. Tak sie zastanawiam ile to jest w przeliczeniu na strony maszynopisu…. 🙂 daje podwojnego lajka

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s