Conan BRP odc. 42 – W podziemnym świecie

Sekcja żeńska: 

Aegea (Madzia) – argosańska piratka pozbawiona okrętu i chwackiej załogi, w chwili obecnej zbiera na statek. Biorąc pod uwagę ceny, długo pozbiera:).

Rhodd(esia) (Damian) – bossoński traper, niezrównany mistrz ściągania na siebie wszelkich nieszczęść, w chwili obecnej w ciele ponętnej Bossonki o wzorcowym stylu prowadzenia się („Daję, ale swoim!”)

Sekcja karków:

Publius Maximus (Jaro) – aquiloński weteran legionu, setnik ciężkiej piechoty z Gunderlandu. zdyscyplinowany i zawzięty. Milkliwy („kurwa, Jaro!!! Walnij przemówienie, masz wysokie skille!!!” „Ale co mam powiedzieć?”)

Korgoth (Maro) – barbarzyńca cymmeryjski i setnik aquilońskiej armii, góra mięśni zakończona mieczem dwuręcznym. Zapijaczona, wredna menda:).

Sekcja zamieszania:

Zhuge Liang (Paweł) – khitajski czarownik, mistrz mrocznej sztuki sypania piaseczkiem po oczkach i puszczania wiatrów. Aha lubi też ssać. Energię magiczną.

Hanno Rasmusson (Grzegorz) – medyk z odległej Hyperborei. Wysoki jak tyka, nieźle zbudowany i kompletnie nienawykły do walki.

Sekcja ciężka (zeNPeCowana, w zestawie z Korgothem robią „żółwika” tarczami):

Łysy (NPC) – legionista gunderski, kawał byka w ciężkim pancerzu i z ogromną tarczą. Prosty niczym drzewce włóczni.

Początek sesji. Sprawdzanie kto co wziął po zabitym gigantycznym ożywieńczym władcy (poprzednia sesja):

Ktoś: Kto wziął po nim hełm?

MG: Korgoth. Udaje małego powstańca.

Korgoth: Magneto!

Publiusz [spokojnie]: Raczej Lorda Hełmusia.

                Odpoczywali kilkanaście godzin. Trzymali warty, bo choć poziom został oczyszczony, to ocalało jeszcze kilka ghouli, których wycia niosły się po korytarzach. Wreszcie zebrali ekwipunek i wrócili do zejścia na kamienisty żleb prowadzący stromo w dół. Idąc nim, wsłuchiwali się w echo, niosące się po ogromnym, podziemnym pomieszczeniu. Po długim marszu w ciemnościach znaleźli wejście do kolejnego z kompleksów korytarzy. Dość szybko odnaleźli tutaj ślady mieszkańców. Stare, dość prymitywne ryty na skalnych ścianach ukazywały pokraczne, humanoidalne sylwetki nietoperzowych skrzydłach i niewielkich rogach. Uzbrojone w prymitywną broń palną dawały odpór takim samym żaboludom, które wcześniej spotkali bohaterowie.

                Penetrując korytarze, herosi odkryli kolejne ryty a nawet jedną z sal, w której najprawdopodobniej „nietoperzowaci” składali swe ofiary. Teraz jedna ze ścian komnaty była zniszczona i wlewała się przez nią wodą. To miejsce jak i kolejne zdawały się wskazywać, że żaboludy zdołały dokopać się do poziomu nietoperzy i teraz zaprowadzały na nim swoje porządki. Niejednokrotnie dochodziło do starć między BG a przedstawicielami obu ras, jednak z reguły bohaterowie unikali przeciwników, starając się wykorzystać fakt, że trwa tu najwidoczniej nieludzka wojna.

W końcu jednak dotarli do zespołu komnat, które stanowiły najpewniej ostatni punkt oporu „nietoperzowatych”. Bohaterom udało się ominąć jednym z korytarzy większą grupę obrońców (ci nie bardzo chcieli ścigać nowych intruzów, z żaboludami mieli dość kłopotów) i znaleźć niewielkie wyjście z poziomu, z którego dęło świeżym pachnącym roślinnością powietrzem…

Jakież było ich zaskoczenie, gdy znaleźli się na rozległej półce skalnej, z której rozciągał się widok na podziemną dżunglę, prawdziwy las! Powietrze biło wilgocią i słodkawym zapachem egzotycznej roślinności, z daleka niosły się piski, skrzeki i wycie nieznanych zwierząt. Gdzieś głęboko w podziemiach odkryli krainę wiecznej wiosny.

Zeszli po stromym zboczy i znaleźli się na krawędzi dżungli. Jakoś nikt nie miał ochoty zapuszczać się głębiej pomiędzy drzewa. Dżungla wabiła, zdawała się być buchającą życiem ostoją bezpieczeństwa. Jakże mylne to było wrażenie, bowiem ledwo Aegea i Rhodd zapuściły się głębiej, stały się ofiarą ataku jednego z drapieżników.

Problemy językowe u MG

MG: To strome zbocze. Ostrożnie ze… zespinasz się.

Rhodd: „Schodzisz”

MG: Możliwe, ale nie podoba mi się dwuznaczność tego słowa.

Wreszcie stanęło na tym, że bohaterowie ruszą owym skalistym pasem niczyim pomiędzy zboczem o lasem. Kierowali się w stronę majaczących daleko jaskiń, wznoszących się wysoko po ścianie skalnej, ponad korony drzew. Po drodze przekroczyli krystalicznie czystą rzekę i wreszcie dostrzegli, że gdzieś w centrum dżungli rośnie gigantyczne, naprawdę ogromne drzewo. Jego pień piął się w górę setki metrów, rozrastał w nieogarniętą zmysłami koronę bujnego listowia, osobny świat. Krańce drzewa niknęły wysoko w ciemnościach, sugerując, że może gdzieś tam będzie wyjście na powierzchnię.

Bohaterowie przedarli się przez dżunglę i stanęli u korzeni przeogromnego drzewa, być może jednego z tych, które w przyszłości dadzą źródło legendom o magicznym jesionie Yggdrassil. Pień jego był szeroki na ponad sto metrów, poczerniała ze starości kora, spękana i pełna naturalnych stopni, dzięki którym herosi mogli rozpocząć wspinaczkę. Wchodzili coraz wyżej z mozołem, przekraczali kolejne gałęzie, które same w sobie mogłyby stanowić dom jakiegoś plemienia dzikusów… Wreszcie, kilkaset metrów ponad ziemią znaleźli się na terenie opanowanym przez czakany, dzikie humanoidy, które wyczuły w nich obce istoty. BG udało się pokonać pierwszą grupę, ale by uniknąć dalszych walk, wysmarowali się odchodami małpiopodobnych bestii (poza Publiuszem) i ponowili wspinaczkę. Czakany o dziwo zaprzestały ataków, choć przeczuwając intruzów, marszczyły pyski, warczały i krzywo spoglądały na herosów.

Głęboka ciemna studnia. Jak zmierzyć jej głębokość?

Korgoth [wrzuca kamień do studni i zaczyna monotonie mówić]: Jeden mastodont, drugi mastodont, trzeci mastodont…

MG: Słychać odgłos spadającego kamienia.

Aegea: Jak głęboko?

Korgoth: Pięć mastodontów.

Wreszcie BG zagłębili się w plątaninę gałęzi, pnączy, tworzącą koronę drzewa. Gałęzie i pnącza coraz bardziej zaczęły przypominać korzenie, zrobiło się ciemno, a herosi poczuli zapach ziemi. Wszystko wskazywało na to, że drzewo, po którym się wspinali posiadało korzenie z obu stron. Podążając korytarzami wydrążonymi przez nie, dotarli do zimnych, wilgotnych korytarzy, a te wreszcie po długiej wędrówce wywiodły ich na powierzchnię.

BG znajdowali się jakieś 10 km od Wyjących Jaskiń. Wyszli pośród zalesionych wzgórz Oriskonie, teraz przykrytych grubą warstwą śniegu. Wysłani na zwiady Rhodd i Korgoth dostrzegli w skrytej pośród drzew kotlinie o stromych zboczach sześciometrową iglicę, monolit z czarnego kamienia o kształcie walca. Stał na środku wielkiej polany. Niegdyś rosły tu drzewa. Wszystkie jednak były teraz przewrócone, tak jakby tam, gdzie znajdował się monolit doszło do ogromnej eksplozji, której podmuch przewrócił stare dęby i klony. Herosi z wolna zaczęli zbliżać się do tajemniczego monolitu. Chmury zasnuły niebo, zgęstniały, poczerniały. Im bliżej BG byli środka polany, ty mroczniej się robiło. Wreszcie z oddali poniósł się głuchy pomruk burzy. Uderzyły pierwsze błyskawice, prosto w monolit! Ten zajarzył się światłem… Herosi zrozumieli, w czym rzecz i rzucili się do ucieczki. Wszyscy poza Publiuszem dotarli do krawędzi lasu, gdy nastąpił eksplozja. Potężny podmuch zerwał śnieg z ziemi, poturlał wiatrołomami. Setnik aquiloński schował się w za jednym z nich i okrył tarczą. Nie uchroniło go to od ran, ale przynajmniej przeżył. Po takim przeżyciu BG zaznaczyli na swej mapie to przeklęte miejsce i ruszyli z powrotem. Stanowczo mieli dość przygód.

Wieczorem zmęczeni i zziębnięci, przedarłszy się przez śnieg, do Andagi, przyjaznej im wioski, gdzie zostali po raz kolejni ugoszczeni.

Pictland sesja 42

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s