Hejterska 42-ga edycja karnawału blogowego: The Deadlands was a nice idea…

Smakowity temat ma bieżąca edycja karnawału. Wprawdzie mam kilka pomysłów na kolejne blogowe wpisy – uśmiercanie postaci, źródła inspiracji erpegowych, alkohol na sesjach – ale skoro jest okazja ponarzekać, to jako Polak czystej krwi nie mogę jej przecież przepuścić, prawda? Narzekanie ma w naszej kulturze wspaniałą tradycję i absolutny priorytet. A w Internecie to już zwłaszcza.

Najgorsza sesja?

Gorący temat. Subiektywizm zaszyty w istotę takiego ocenienia jest ogromny.

zywefilmy024

Sesja, a właściwie cykl sesji, który bez cienia wątpliwości uznaję za najgorsze granie w moim życiu, nie powodował podobnego rozgoryczenia i złości u pozostałych graczy.

Ale po kolei.

Wiadomo, każdemu zdarzają się większe lub mniejsze potknięcia. Zawalenie jednej czy kilku spraw, nawet „grubszej”, nie musi oznaczać nieudanej sesji. Przecież, fabuła to tylko jeden z aspektów wspólnego grania. Ważne też jest, by się spotkać, pogadać, pobyć z sobą w dobrej atmosferze.

Ostatnio grałem sesję w klimatach SF, troszkę w stylu Obcego. Sesja długo nie mogła nam wystartować. Lecieliśmy statkiem, sprawdzaliśmy systemy, monitorowaliśmy cargo, gadaliśmy o prowadzeniu statku, celu misji, znowu sprawdzaliśmy systemy… I nic, zero zahaczki fabularnej. Po prostu wszystko było ok. i nic się nie działo. Nuda, proszę pana. Po ponad dwóch takich zmarnowanych godzinach grania znaleźliśmy na korytarzu naszego spejsszipa (i, oczywiście, w luku wentylacyjnym) gęsty śluz i jakąś jakby gadzią skórę z wylinki. Od tego momentu sesja potoczyła się naprawdę żwawo. Tropienie „pasażera na gapę”, przetrząsanie statku, pierwszy trup wśród załogi (BN). Nie skończyliśmy przygody, bo brakło czasu. Naprawdę nie wiem, czemu nasz MG, doświadczony MG, nie dał nam znaleźć tej skóry dwie godziny wcześniej. Nie wiem, czy mając dwie godziny więcej skończylibyśmy wczoraj przygodę, ale na pewno więcej zrobilibyśmy. Zwłaszcza, że skończyliśmy grę z głowami pełnymi pomysłów i jeszcze w samochodzie, wracając z sesji, omawialiśmy co trzeba w naszej sytuacji zrobić i od czego zaczniemy następną grę.

Ten jeden niedopracowany element nie zepsuł sesji, było miło i dobrze, choć z fabularnego punktu widzenia należało ten czas lepiej wykorzystać. Nie ukrywam, że takie właśnie niedoróbki warsztatowe trochę mnie irytują. Za dużo sesji poprowadziłem w życiu, za dużo we mnie Mistrza Gry. Wiem o tym bardzo dobrze, dlatego bardzo pilnuję się. Na sesji staram się być graczem, uwagi i sugestie zgłaszam dopiero po sesji, w formie przyjacielskich porad „co zrobić, żeby było jeszcze lepiej”. Zazwyczaj mi się udaje, he, he.

Co mnie najbardziej razi na sesjach?

Staram się doskonalić swój warsztat MG. Czytam wypowiedzi i opinie na forach, uwagi na temat prowadzenia w różnych systemach czy osobne opracowania w stylu Gamemasteringu Briana Jamisona (polecam). Stawiam sobie wymagania, kiedy prowadzę i w mojej opinii upoważnia mnie do stawiania wymagań Mistrzowi, kiedy jestem graczem. Chcę logiczną, zwartą historię (niekoniecznie skomplikowaną – przecież i tak ją skomplikują gracze), chcę wśród uczestników (gracze + mg) wzajemnego szacunku dla siebie i swoich pomysłów, chcę grania z dużym polem manewru dla graczy (jak prowadzący sam chce tworzyć historię, to niech napisze książkę), chcę przyzwoitego tempa grania, abym po sesji czuł, że „dużo się działo”, i wcale nie mam na myśli walki. Męczą mnie dłużyzny, rozstrzyganie sytuacji za graczy i ciężko denerwują railroady. Railroad jest fajny tylko wtedy, gdy gracze rzeczywiście jadą po torach przygotowanych przez MG, bo tak chcą, bo im się podoba, a nie dlatego, że tak wypada, bo się boją, że jak się wyłamią to usłyszą że psują przygodę i zabawę prowadzącemu albo innym graczom.

Źle znoszę, jeżeli ktoś drastycznie łamie którąś z tych zasad, choruję, gdy łamie równocześnie większość z nich.

garyland008

Najgorsza sesja w moim życiu to tak naprawdę cykl sesji.

Cykl, który miał wiele zadatków na to, by stać się najlepszą kampanią, w której uczestniczyłem.

1. Świat: Deadlands, edycja pierwsza. Mało elegancka mechanika, ale kapitalny świat. Od dziecka mam słabość do westernów. Z ojcem wspólnie oglądaliśmy „Siedmiu Wspaniałych”, „Rio Bravo”, „Dobrego, złego i brzydkiego”. Do dziś lubię sobie zanucić „My Pony, My Rifle and Me”. Świat Deadlands jest bardzo przygodowym światem. Dwa colty w rękach, preria, ożywieńcy, plugawa magia, złe bandziory do odstrzału i damy w opresji do uratowania. No miodzio.

2. Drużyna. Zebrało się kilka świetnych osób. Część znałem od dawna, część poznałem na planszówkach. To była nasza pierwsza przygoda rpg, ale wszyscy jak jeden zafascynowani fantastyką, świetni do wypitki i do pogadania. Chętnie bym z nimi jeszcze kiedyś pograł.

3. Prowadzący. Nie nazwę go Mistrzem Gry, bo słowo „mistrz” wskazuje na to, że jest się w czymś dobrym, a to najgorszy prowadzący u jakiego grałem. Gość, który używa trudnych słów, z których części nie rozumie, bo używa ich w niewłaściwym kontekście. Chętnie wymądrzający się na wszelkie tematy, choćby pierwszy raz o nich słyszał. Mega przewrażliwiony na punkcie swojej osoby. Ale mający ogromną zaletę: jest wspaniałym gawędziarzem. Naprawdę wspaniałym. Aż chce się go słuchać. Czy mówi o ważnych rzeczach, czy o bzdurach, czy o tematach na których się całkiem nie zna – opowiada ze swadą, barwnie i interesująco. No mogę go słuchać jak koza grzmotu.

4. Piątek wieczorem. Pora na cotygodniowe sesje wybrana tak, aby wszystkim pasowała. Wyglądało na to, że piąteczek ach piąteczek to dzień na który warto czekać, by po ciężkim tygodniu pracy odpocząć strzelając do zombich i Indian.

5. Kampania. Prowadzący wymyślił ciekawą przygodę. Południe podzielonych przedłużającą się wojną secesyjną Stanów, pogranicze z Meksykiem, do tego potwory, skarb, azteccy kapłani i francuska Legia Cudzoziemska. Do tej pory jestem ciekawy, do czego to wszystko miało prowadzić, ale podobało mi się.

w046

Jak wyszło?

1. Tworzenie postaci. Prowadzący tworzył postacie przed graniem, żeby od razu na pierwszej sesji szybko wskoczyć w przygodę. Chciałem zagrać woźnicę dyliżansu, bo mi to pasowało do klimatu dzikiego zachodu. Polosowałem współczynniki, porozdzielałem tak, jak mi polecił (!). Dopisałem ekwipunek, jaki mi wybrał. Wymyślił dla mnie charakterystyczne gogle oraz dwa obrzyny, po jednym do każdej ręki. Żeby jednak dać coś od siebie, wypisałem w domu kilka faktów z życia mojej postaci. Samo mięso – wrogowie, i dlaczego, zagubiona rodzina, konkurencja dyliżansowa, takie tam – zahaczki do wykorzystania przez prowadzącego. Prowadzący powiedział: „Fajne, ale wiesz, nie podoba mi się. Bo nie moje, ha, ha”. Wtedy myślałem, że to żart. Ale nie wykorzystał nic z tego, co napisałem, na żadnej z kolejnych sesji. Fakt, miał prawo.

2. Przygoda była taka: w małym miasteczku, gdzie się spotkaliśmy i szukaliśmy pracy, jedyną ofertą było odstawienie dyliżansu do jeszcze mniejszej mieściny w Meksyku. Tylko trzeba było najpierw odzyskać dyliżans, zagrabiony przez złą bandę. Po odzyskaniu dyliżansu i zapakowaniu tajemniczego ładunku pojechaliśmy na południe. Po drodze napadły na nas wielkie pająki. Dojechaliśmy do miasteczka, nad którym górował mały klasztor. Okazało się, że w miasteczku otoczył nas spory oddział francuskiej Legii Cudzoziemskiej. Chcieli przejąć ładunek naszego dyliżansu. Ładunkiem okazało się złoto, którego rzecz jasna, nie chcieliśmy oddać, oraz nowiutkie karabiny. Skończyło się walką z legionistami na uliczkach miasta.

3. Jechaliśmy tego railroada. Na początku nie było najgorzej, choć zaobserwowałem dziwną cechę. Prowadzącego cieszyły niepowodzenia graczy. Jeden z bohaterów miał zawadę „weteran dziwnego zachodu” i wielką ropiejącą ranę na twarzy, wybraną przez prowadzącego, który lubił mu na sesjach dogryzać z tego powodu. Lubił też szybko zerknąć na czyjąś kartę postaci, by zaraz potem kazać testować te umiejętności, które postać miała nisko. Jak nas zaatakowały pająki, to kazał mi testować prowadzenie dyliżansów. Jak mi wyszło, to kazał jeszcze raz. Wtedy dyliżans się wywrócił i zepsuł. Na twarzy prowadzącego pojawił piękny uśmiech triumfu.

4. Bardzo nie trzymał tempa akcji. Trzy sesje upłynęły nam na tym, że przegadaliśmy bandziorów, żeby oddali dyliżans, pojechaliśmy nim do miasteczka w Meksyku, opędziliśmy się po drodze od pająków i zaczęliśmy pertraktować z legionistami w sprawie oddania ładunku. Trzy sesje, ale fakt, było tam sporo opowiadania przez prowadzącego o świecie gry. Takie sesje do słuchania.

5. Wreszcie doszło do spotkania z legionistami. Chcieli nam odebrać złoto, my go nie chcieliśmy oddać. Byłem przekonany, że prowadzący oczekuje od nas, że nie oddamy. Zresztą, strzelanina w miasteczku, próba wyrwania się dyliżansem, szaleńcza galopada – to miałoby fajny smaczek, bardzo filmowy, myślałem, że tego oczekuje. A sesja tak się niemiłosiernie wlokła, że aby przyśpieszyć nieuniknione, podczas negocjacji z legionistami zastrzeliłem ich oficera. Stwierdziłem, że do walki i tak dojdzie a lepiej, jak będą niezorganizowani, bez dowódcy. To był już koniec sesji, na następnej mieliśmy szybko przebić się odciążonym z niepotrzebnych ciężarów dyliżansem przez legionistów w miejscu, w którym uznamy, że jest ich zbyt mało, by nas powstrzymać. Liczyłem, że będzie łatwiej, skoro nie mają dowódcy.

I teraz mega smaczek:

Jednakże, sesja nie odbyła się. Przed sesją prowadzący napisał do nas długiego maila. Napisał, że zakończyliśmy poprzednią sesję będąc w trudnej sytuacji i że on w domu rozegrał tą walkę z legionistami za nas. Naprawdę. I że niestety wszyscy, poza jedną postacią, której udało się uciec, zginęliśmy. I jeszcze napisał, że to generalnie moja wina, bo zastrzeliłem oficera.

Czujecie to? Zagrał walkę za nas. Ręce mi opadły.

Nawet nie chodzi mi o utratę postaci, choć to też niefajny temat, ale jak już mam tracić postać, to chcę mieć z tego trochę funu. Przeżyć te ostatnie chwile, ostrzeliwać się ostatkiem sił przeważającemu przeciwnikowi, zabrać jednego albo dwóch z sobą, turlając kostuchami krytyki…

Choć śmierć moja postać miała epicką – umierała wykrwawiając się na wyrwanych drzwiach kościoła. Skąd wiem? Jak mówiłem, prowadzący nam to pięknie w mailu opisał. Każdemu jednemu.

Po czym zapytał, chyba szczerze, kiedy umawiamy się na robienie nowych postaci. O dziwo, nikt nie chciał.

w025

Byłem dzielny. Choć nie podobało mi się ignorowanie pomysłów graczy (tylko jeden z graczy miał wystarczającą charyzmę, by czasem przekonać prowadzącego do swoich pomysłów), choć zniszczyło mnie zabicie drużyny między sesjami, choć uraziło mnie szczucie pozostałych graczy na mnie („to przez niego zginęliście” padło kilka razy), stwierdziłem, że nie ma niereformowalnych ludzi i jeżeli troszkę popracuję nad tematem, to dojdziemy do naprawdę rzetelnie prowadzonych fajnych sesji. Odczekałem kilka tygodni, ale głód grania mnie przyparł i spróbowałem się z chłopakami skontaktować.

Najpierw zaproponowałem, że mogę poprowadzić przygodę od miejsca, gdzie się skończyła. Przez kilka sesji, dla odmiany i urozmaicenia. Zgrana drużyna, fajne postacie, tysiąc sposobów na wyjście z sytuacji inaczej niż poprzez total party kill. Tylko trzeba dać drużynie pokombinować. Tutaj dodam, że z ludźmi, z którymi najczęściej gram, robimy zmiany w mistrzowaniu co 2-5 sesji. Po prostu, kiedy ja mam prowadzić, moja postać wybiera się odwiedzić rodzinę, wydać zarobioną kapustę i punkty doświadczenia a kiedy kolejny kumpel zaczyna prowadzić, to moja postać wraca, a jego „załatwia swoje sprawy”. Wplatamy to sprytnie w fabułę i jest git.

No więc nie udało się. Prowadzący się obraził, że chcę mu odebrać drużynę, graczy i przygodę. Fochem zarzucił, trochę poobgadywał przed innymi, niepodzielającym jego spojrzenia szczegółowo tłumaczył, dlaczego taka propozycja to bucówa. Ze względów towarzysko-koleżeńskich dałem sobie więc spokój z tym pomysłem, chociaż mogło fajnie wyjść – bo generalnie nie mam o sobie jakiegoś wyolbrzymionego wyobrażenia jako o MG, ale w sumie jestem często za prowadzenie chwalony, więc jakiś tam poziom trzymam.

Jeszcze nie koniec.

Po kolejnych kilku miesiącach znowu przejawiłem inicjatywę.

Czemu? Bo widziałem potencjał, w pomyśle na przygodę i przede wszystkim w drużynie. I dlatego, że lubię grać. I że nie lubię zostawiać rzeczy niedokończonych. Taka cecha charakteru.

Zwołałem wszystkich i pozamawiałem na granie. Taki Deadlans Reload (he, he – byliśmy pierwsi) od miejsca, w którym według prowadzącego wszystko się zepsuło. Czyli od rozmowy w oficerem Legii, w której został zastrzelony. Powiedzieliśmy sobie, co nam się podobało i co nie wyszło. Na co zwracamy uwagę i czego oczekujemy.

Tym razem nie miałem zamiaru wychodzić przed szereg. Inicjatywę pozostawiłem innym postaciom, przyglądając się przygodzie, aktywnie działając kiedy trzeba, ale nie narzucając reszcie swoich rozwiązań. Szczególnie ciekawy byłem, jak wybrniemy z trudnej sytuacji. Oblężeni, w posiadaniu kasy i karabinów – ale bez możliwości podjęcia walki, bo znowu zginęlibyśmy (między sesjami). Już za pierwszym razem miałem wrażenie, że prowadzący także w tym zakresie zaplanował dla nas rozwiązanie, tylko na nie po prostu nie wpadliśmy, więc nas za karę pozabijał.

Tym razem jednak nie poszło lepiej. Oficer dał nam czas po czym odjechał a my całą sesję rozkminialiśmy co zrobić. W końcu chłopaki wymyślili żeby… uciec dyliżansem do klasztoru. (Tak, mało to się różniło od poprzedniego rozwiązania, bo i tak sprowadzało się do zatargu z Legią i strzelaniny, nikt nie miał co do tego wątpliwości). Na kolejnej sesji pojechaliśmy, i tak, oczywiście skończyło się strzelaniną z legionistami, ale szczęśliwie dowieźliśmy dyliżans, złoto i karabiny za mury klasztorku. Tam miały miejsce kolejne sesje.

w053

Z dzisiejszej perspektywy oceniam sesje po reaktywacji gorzej, niż te sprzed.

1. Prowadzący nie trzymał zupełnie tempa sesji. Offtopy, same w sobie miłe, miały miejsce non stop. Bywało, że sam prowadzący co pół godziny przerwał prowadzenie, to żeby herbatę zrobić, to żeby na papieroska skoczyć, to do kibelka. I nie, nie jest tak że co godzinę, a ja zdziwiam. Naprawdę cała sesja potrafiła nam minąć na tym, że zaczęliśmy uciekać z miasteczka do klasztoru położonego tuż przy nim i pod koniec sesji tam dotarliśmy. Cała sesja! Zupełnie nie pomagało, że prowadzący nie znał mechaniki gry a uparcie chciał ją stosować, przez co co chwilę wertował podręcznik i czegoś tam szukał. Szczęście, że jeden z nas mechanikę znał dobrze, bo tłumaczył prowadzącemu na bieżąco jak wykonywać kolejne testy (!).

2. Kiedy wreszcie uciekliśmy pod ostrzałem z dyliżansem do klasztoru, tam prowadziliśmy akcję obronną, mobilizując tubylców do oporu i wyszukując zdrajców. Nocny zwiad pokazał, że legionistów wspierają dwaj azteccy kapłani, którzy chcą stworzyć armię umarłych. I że ci umarlacy też szykują się do ataku na nas, a potem na Konfederację. I że w sprawę jest zamieszana jedna z kompanii kolejowych. Armia umarłych. Źli kapłani, stara przepowiednia, odwołania do pisma świętego. Przygoda zachęcająca i miałaby ręce i nogi, gdyby nie była tak źle prowadzona. Na kolejnych kilku sesjach akcja była jeszcze wolniejsza, niż wcześniej. Zagraliśmy ich kolejne sześć czy siedem i dalej byliśmy w klasztorze. Prowadzący potrafił przez połowę sesji prowadzić solówkę graczowi, który poszedł na samotny zwiad. Taki zwiad u pozbieranego prowadzącego to pół godziny, godzina – ale u tego to trzy godziny słuchania, jak ktoś inny gra. Albo zmuszać nas do tropienia zdrajcy wśród zakonnic, co nas zblokowało, bo nie wiedzieliśmy kto to i długo nie mogliśmy do tego dojść. Dyscyplina erpegowa padła, ja wolałem posłuchać dowcipów, niż udawać, że gramy.

3. Z uzgodnień nic nie wyniknęło. Uparta, rogata dusza prowadzącego spowodowała, że za punkt honoru obrał sobie nie zmienianie absolutnie niczego w swoim sposobie prowadzenia. Dłużyzny, przytyczki do graczy, narzucanie jednego jedynego dobrego sposobu na przygodę. Nie było mowy o podarowaniu sobie tropienia zdrajcy. Nie było mowy o podarowaniu sobie tego miasteczka. Doszły za to niekonsekwencje w scenariuszu.

4. Najgorsze w tym wszystkim było to, że narósł na tym wszystkim wielki wrzód. Już nie jechałem na sesję z radością, że spotkam się z kumplami i zagram. Jechałem ze świadomością, że znowu zaliczę zmarnowany wieczór z pseudo erpegiem. Już nie liczyłem na prowadzącego. Liczyłem, że skończy wreszcie prowadzić a prowadzenie przejmie ktoś inny (inny kumpel miał zrobić neuroshimkę). Ale nie udało się. Nawet czas grania – piątkowy wieczór, pozornie atrakcyjna pora, okazał się nokautującym przeciwnikiem. Po całym tygodniu męczącej pracy nie miałem siły dokładać sobie na sesji. Wypoczęty, w niedzielę, miał bym więcej siły w sobie by tłumić niezadowolenie, gniew, oburzenie.

Wreszcie powiedziałem prowadzącemu szczerze, że wciąż jest słabiutko nie do wytrzymania, a nawet gorzej niż było. Nie fabularnie, tylko ogólnie – metagejmowo. Że właśnie nie wytrzymuję. Że odpuszczam sobie kolejne sesje. Napisałem mu potem w mailu dlaczego. Mailu tylko do niego. Odpisał do wiadomości wszystkich graczy, same nieprzyjemne rzeczy. Potem już poszło. Typowy flejm. Jeszcze raz odpowiedziałem tylko do niego z prośbą, żeby też nie włączał reszty w ten temat, ale tak głęboko chciał narobić syfu między mną a resztą kumpli, że nie umiał przestać. Odpowiedziałem tym samym. Poszła wymiana maili, pranie brudów, wyliczanie sobie wszelkich niedociągnięć. Tak, było niesmacznie. Żenująco. Głupio mi teraz na samo wspomnienie. Kurka, przeżywam to jak stonka oprysk. Ale chyba każdy musi choć raz w życiu dać się wciągnąć w wymianę argumentów z trollem, żeby zrozumieć, jakie to beznadziejnie daremne.

Dalej nie grałem. Nie wiem, do czego dalej drużyna doszła. Domyślam się, że też już długo nie pograli, bo było jak było, i też to widzieli.

w060

Nie twierdzę, że byłem w tym wszystkim kryształowy. Szczególnie na ostatnich sesjach, kiedy przestałem wierzyć w możliwość wprowadzenia zmian. Oczywiście nie byłem graczem torpedującym sesję, tak nisko bym nie upadł, erpegowa przyzwoitość by mi na to nie pozwoliła. Ale na pewno nie był ze mnie supportive player. Są gracze, którzy przez swoje zaangażowanie i pomysły potrafią „zrobić sesję” za mistrza. Właśnie taki już wtedy nie byłem. Wywołany do tablicy grałem, poza tym czekałem aż się wreszcie skończy mordęga. Na tym etapie irytowały mnie nawet drobne rzeczy, które się powszechnie na sesjach spotyka (choć nie w takiej kumulacji) i które mi nigdy wcześniej ani później sesji nie psuły: luki w wiedzy historycznej na temat Stanów Zjednoczonych czy brak podstawowej wiedzy na temat broni palnej, której nasze postacie używały.

Staram się też zrozumieć prowadzącego. Nie chcę stawiać banalnej diagnozy, że styl prowadzenia w którym wszystkie elementy sesji zależą wyłącznie od niego coś mu kompensował, coś czego mu brakuje w rzeczywistym świecie. Ale na pewno było mu z tym błogo, czego nie ukrywał. Prośby o zmiany w prowadzeniu, najpierw delikatne, potem mocniejsze, a na końcu zamienione w zarzuty o błędy w prowadzeniu nadszarpywały autokreowany przez niego wizerunek świetnego mistrza gry. Wizerunek znawcy i guru szeroko rozumianej fantastyki, którym się szczycił i sycił. Wiem, że chciał dobrze. Chciał, żeby wszyscy się dobrze bawili (na jego warunkach, oczywiście). Przygotował przygodę. Przynosił na sesje zabawkowy rewolwer na kapsle, zrobił pyszną grochówkę „jak z ogniska”. Ale żadnych argumentów sugerujących zmiany nie chciał przyjąć, wolał robić coraz gorsze sesje niż uznać, że cokolwiek warto byłoby poprawić. Stanowczo odrzucając jakiekolwiek sugestie zmian w prowadzeniu zastosował jedyną strategię jaka przyszła mu do głowy – przerzucenie winy i odpowiedzialności na mnie, bo stałem się niejako rzecznikiem wprowadzenia choć kilku zmian. Nie poprzestał przy tym na zakwestionowaniu mojej postawy na sesjach czy warsztatu gracza (to byłoby małe piwo) tylko zaatkował mnie całościowo, wyzywając grubymi słowami, rozbierając w kolejnych mailach na detale każde wypowiedziane przeze mnie zdanie, szczując na mnie resztę kolegów. Słabo się to zakończyło, bardzo słabo.

Dzięki erpegom zyskałem wielu kumpli. Dla równowagi, jednego też przez erpegi straciłem.

Ale żeby skończyć optymistycznie i przydatnie, walnę przysłowiem: „nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło”. Dużo, naprawdę dużo mnie to granie nauczyło. O ludziach, ale także o graniu fabularnym, szczególnie o mistrzowaniu.

Nie wybieram za graczy jak mają grać i jak mają wyglądać ich postacie. Wiem bowiem dokładnie jakie to jest frustrujące, kiedy nie ma się wpływu na rozgrywkę, beenów a nawet na własną postać! Co więcej, dopieszczam pomysły tych, którzy przejawiają inicjatywę (w granicach rozsądku, oczywiście).

Nie robię railroadów. Nigdy. Zawsze przygotowuję na sesję jeden-dwa questy główne i 5-7 pobocznych. A jak to któryś z tych pobocznych stanie się głównym, to tylko się cieszę, że gracze mieli na sesji to, co woleli. Wiem bowiem, jak bardzo gracze pragną grać po swojemu.

Staram się pilnować tempa sesji. Kiedy gracze z zapałem dyskutują, to niech dyskutują. Ale jak przestają, to wprowadzam od razu następny element scenariusza. Czasem wprowadzam nawet zanim skończą dyskutować. Niech gra muzyka! Najgorsze co prowadzący może powiedzieć graczom, którzy wyczerpali pomysły na akcje i czekają na kolejny fragment przygody, to: „Co robicie”?

Unikam szerokiego offtopowania. Jak gadanie, to gadanie – to fajne jest – ale nie w każdym momencie sesji. Jak się przypomni dobry kawał podczas rozgrywania ważnej sceny, to go sobie trzeba zapisać i opowiedzieć w przerwie na siku czy herbatę. Offtopy są kochane, ale wiem, jak miażdżą płynność rozgrywki.

Nie boję się odpuścić graczowi, nawet jeżeli czuję, że nie ma racji – ale sprawa jest fabularnie błaha. Choćbym wiedział, że gracz deklarował, że boi się złodziei i zostawia sakiewkę w karczmie a teraz widzę, że o tym nie pamięta, bo szczerze upiera się, że ją ma i może kupić nowy miecz na targowisku. Czemu? Bo jak nie kupi od razu, to wróci do karczmy po sakiewkę, potem z nią na targ, tylko zły, że mu na siłę i bez powodu utrudniam. A wiem, jakie to męczące mieć prowadzącego, który na każdym kroku chce udowodnić, że w przeciwieństwie do ciebie wie wszystko.

I najważniejsze. Jak się jeszcze raz spotkam z sytuacją, że całkowicie nie dogaduję się z prowadzącym (lub graczem) w sprawach fundamentalnych dla nas obu, to zrezygnuję ze wspólnego grania zanim brak porozumienia zamieni się w krytykę, złość i eskaluje we wrogość. Przy drobnych różnicach można się dotrzeć. Przy całkowicie różnym podejściu do roli MG i graczy nie jest to możliwe. Lepiej się wtedy umówić na herbatę, pogadać o filmach, o babach, o życiu. I think, we all think, the Deadlands was a nice idea… But not pointing any fingers, they coulda been done better.

Django 037

Reklamy

Komentarzy 18

  1. Polecam tekst. Długi jak cholera, ale warto przeczytać od deski do deski.

  2. Mistrz rozgrywający walki za graczy, między sesjami – boskie 😀 Jak zresztą i cały ten tekst.

    • Mnie też te walki między sesją rozwaliły… o_0, nigdy bym na to nie wpadł że można w ten sposób.

  3. Skąd się biorą tacy MG? 😉

    • Seji, myślę, że go znasz.
      Miasto, w którym mieszkamy, jest malutkie… Sam wiesz. Ciągle się trafia na ludzi, którzy znają tych samych ludzi co my… 😉

  4. ten Mashkaron to przecież nasz Grz..!
    Jak zacząłem czytać: deadlands, najgorsza sesja – pomyślałem, że to o mnie!

  5. „No mogę go słuchać jak koza grzmotu.”
    „Kurka, przeżywam to jak stonka oprysk.”

    Skąd Ty bierzesz takie wyczesane porównania?!

  6. Dooobry text. Jak wszystkie maszkarona 🙂 Napisał o rzeczach o których słyszałem, że sa tacy mistrze gry, i tacy gracze co nie wiedza że mozna inaczej i pozwalaja by ich postacie były NPCami 🙂
    Sam poprowadziłem pare naprawde kiepskich sesji i kilka takich przy których te kiepskie to majstersztyk 🙂
    Pamietam jednego MG co informował: „Otoczyło was 4rech drabów (5cio osobowa drużynę której trzonem był 14 poziomowy czarnoksięznik/mag/połbóg który zamieniał sie w złotego smoka) i załozyłem ze was pokonali i pijmali” 🙂 Po kłótni pozwolił rozegrac walke (aczkolwiek załozył że jestesmy zaskoczeni i przez …k10 rund nic nie możemy robic… turtur… turtur… turtur… turturturturtru… aha! 10 rund! 🙂 Ale jako że po tych 10 rundach zabilismy wrogów to ze zmeczenia padlismy inas pojmali 🙂 Dodatkowo ten MG nienawidził jak zabijalismy jego NPCów którzy bez powodu rzucali sie nam do gardła. Kończyło sie to tym że okazywali sie półbogami i rzucali przedsmiertne klatwy 🙂 Przygoda z nim jako MG była traumatyczna ale jako gracz był dobrym Budyzgranem 😉
    Choc do końca nie jestem pewien juz czy to był tem MG czy złozyłem dwóch innych 🙂
    A co do swoich kiepskich sesji to czasem mi sie zdarzały „sesje drogi”… 🙂 Jedziecie jedziecie jedziecie… i… jedziecie 🙂

  7. @Piastun
    Dzięki.

    @Łukasz, KFC
    To zdejmuje z barków graczy wiele trudnych decyzji, to dla ich dobra.

    @Gervaz
    Nie przypominam sobie ani jednej, dosłownie ani jednej, kiepskiej sesji z Tobą.
    To, że jesteś całkowicie nieprzewidywalny może na krótką metę utrudnić konkretne elementy przygody, ale w ostatecznym rozrachunku dodaje wspólnemu graniu smaku.
    Żeby wytłumaczyć temat: postacie Gerwazego zawsze zachowują się absolutnie zgodnie z logiką, tylko jest to niestety jego własna pokręcona logika. Dopóki ktoś nie będzie myślał jak on (a to jest mało możliwe) dopóty jego poczynania będą nieprzewidywalne.

    @Dzemeukis
    Mam wyczulone ucho. Jak ktoś przywali tekstem, jak łysy grzywką o kant kuli, to od razu jaram się jak flota Stannisa i szykuję jak górnik na Barbórkę. Aby pisząc posta nie czuć się niezręcznie jak osoba po amputacji rąk.

    @Atomicturist
    Problem, który opisałeś, jak sądzę wyniknął z prostej prośby przeniesienia do fabularki oskryptowanej sceny z erpega komputerowego. Chciał dojść w przygodzie do punktu, w którym ma Was na łasce wroga. Pewnie nie po to, żeby Wam jakąś straszną krzywdę zrobić, ale bo mieć wstęp do dalszej części przygody. Szkoda, że na siłę i bez polotu. I szkoda, że nie zareagował odpowiednio widząc Wasz sprzeciw odnośnie łamania reguł mechaniki i lekceważenia zdobytych poziomów.

    A w ogóle chciałem jeszcze się odnieść do jednej kwestii. Gry fabularne, jako rozrywka społeczna, nie podlegają jednowymiarowej ocenie: sesja zła, sesja dobra. W każdej sesji znajdzie się coś dobrego. W tych sesjach siłą była drużyna. Nie chciałbym, żeby któryś z czytelników posta odniósł wrażenie, że to były bezwolne owieczki, niemające swojego zdania w kwestii grania.

    To gracze z długim stażem erpegowym, grające od czasów pierwszych MiMów, czyli pewnie kilka miesięcy dłużej niż ja. Mam świadomość, że porównywanie długości rolplejowania jest jak porównywanie długości siusiaków i nic nie mówi o technice (grania, chłopaki, grania) ale coś jednak z niego wynika. Więc to nie był brak świadomości „jak powinna wyglądać sesja” tylko raczej akceptacja takiego prowadzenia, rekompensowana możliwością spotkania z kolegami, pogadania na tematy ogólno fantastyczne i inne, wynikająca z różnych uwarunkowań, takich jak długoletnie koleżeństwo, wyrozumiałość, wiara w możliwość dogrania się.
    Ja na przykład wielokrotnie umawiałem się z (innymi) kumplami na całonocne granie w Heroes of Migot and Magic III, chociaż nie lubię i nie cenię tej gry, która bandycko próbuje udawać grę strategiczną a jest tak naprawdę grą jednej słusznej drogi. Za to możliwość przegadania przy grze (i kilku półlitrowych butelkach z medżik połszynem) całej nocy – bezcenna. A za wszystko inne zapłacisz kartą Mastercard.

  8. Ciekawie się czytało, momentami niezła abstrakcja. Nawet dla takiego starucha jak ja co to grywał z różnymi ludzikami. Jakoś nie pamiętam złej sesji. Miewało się lepsze czy gorsze, prowadziło się lepiej lub gorzej, ale zawsze była to dobra zabawa z kumplami/przyjaciółmi. Właśnie najwięcej rozegranych sesji miałem z przyjaciółmi, starymi wyjadaczami już nie raz sprawdzonymi w boju i może to dlatego nie mogę nikomu nic zarzucić – każde granie było też pretekstem by się spotkać.
    Swoją drogą dawno się nie widzieliśmy Mash i nie miałem tak naprawdę okazji zagrać u Ciebie a uważam to za karygodne niedopatrzenie. Popraw się 😉

  9. Podobnie jak poprzednik – nie miałem sesji po której miałbym więcej wrażeń negatywnych niż pozytywnych. Może dlatego, że byłem bardzo wybredny przy wyborze towarzyszy rozrywki – i grałem tylko z najlepszymi mistrzami i graczami 🙂
    I podobnie upraszam się o wspólne zagranie.. Ośmieliłbym się wręcz rzec, że przez Twoją nieobecność nie poprowadziłem Only War na minionej IP 😦 Dla Ciebie bym nie pił i prowadził 😉

    A co do moich postaci i rzekomo ich pokręconej logiki: czy to takie dziwne, że oficer dba o to, by jego ludzie wykonali misję i nie ponieśli strat własnych? Czy to takie dziwne, że współczesny dziennikarz łamie się na sam widok szykującego się do tortur oficera SS? Czy to takie dziwne że Polak nie da skrzywdzić innego Polaka?

  10. ..czy to takie dziwne że weteran wojny w Wietnamie biega po mieście w stroju myszki miki z karabinem i oddaje ogień do co ciemniejszych zaułków? 😉

  11. Akurat w tą przygodę nie grałem z Grzesiem… A ta postać miała za sobą tragiczną historię (długą na 1 – 2 linijki tekstu) różnorakich traum i owe pozorne dziwactwa były jedyną drogą do zachowania w całości jej umysłu.

    • Wiem Gerwaz, wiem 🙂 przecież to ja załatwiłem Ci wtedy kostium Byś mógł się ruszyć z motelu 😀 Ech te nasze zakręcone przygody…

  12. @Ciekav
    Nie grałeś u mnie na żywo, fakt. Nie zapominajmy jednak o wspaniałej kreacji Georga Dunna w Zaginionej Ekspedycji.

    @Gervaz
    Tak jak napisałem – w obrębie własnego postrzegania świata Twoje postacie zachowują się racjonalnie. Ale nie jest to typowe podejście, prawda? Z pewnością są za to hmmm… powiedzmy: barwne i dodają kolorów do sesji. Zdecydowanie zwalczają sesjową nudę i rutynę.

  13. Gralem u jednego mg w podobmym klimacie. Moj wypakowany ponad wszelkie munchkinowskie standardy wiedzmin potykal sie (doslownie) na kazdym kroku. niemal wszystkie jego akcje konczyly sie porazka a walki konczyly sie srogimi ciegami. Na szczescie mial pomocnika NPCa (BG mojego mg u innego MG 🙂 ) ktory mu we wszystkim pomagal i ratowal z kazdej opresji. 🙂 Ale walka przez mejla to rekord swiata tak czy inaczej.

  14. @VanDeiMin
    I tym sposobem najlepszy gracz mógł pograć u najlepszego mistrza. Fajne, miłe, sycące. Tylko po co Ciebie w to wciągał?…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s