PŚŻnMT 02 Hej, ha, kolejkę nalej…

Komentarz Mistrza Gry do poprzedniego raportu (uzupełnienia):

– Vyverny zostały zestrzelone z kusz, łuków i rusznic – a nie z armat. Hum miał w tym istotny udział, ale nie zrobił tego samodzielnie
– na pokładzie statku orków nie było zasadzki, z tego co pamiętam (za to była bitka na jednej z tratw po drodze na pokład)
– czar „niezdarność” się nie udał (ork rzucił na sw); pokonanie go było możliwe dzięki grupowemu działaniu żołnierzy

Nazwiska kluczowych postaci:
admirał – Boris von Hecklermann
mistrz czarodziej wysokich elfów  – Turiel Cavindell
książę Luccini: Orso Bonaventura Trocci de Lukano
Hum: Adalbert
Piotrek: Siegfried
Romek: Yawandir

Warhammer 133

Komentarz Romka, autora tekstu:

Dzięki za ciepłe przyjęcie moich wypocin – zawsze chętnie posłucham słów krytyki pod warunkiem że wyrażają pozytywną opinię.

Co do nadmienionych poprawek to:
– żeglarz ze mnie jak nie przymierzając z koziej rzyci trąba, także faktycznie kogi od galeonu nie odróżniam
– zdecydowanie mogłem się pomylić co do sposobu zestrzelenia Vyvern – w tej części rozgrywki jeszcze aktywnie nie występowałem więc na szybko doczytywałem zasady z podręcznika i słuchałem tylko jednym uchem
– wydawało mi się że zasadzka na pokładzie była i że faktycznie Hum zebrał jakieś obrażenia, ale teraz to skutecznie zasiałeś we mnie ziarnko wątpliwości toteż ręki sobie za to obciąć nie dam. Trzeba by zapytać innych współgraczy.
– co do czaru niezdarność to zdecydowanie obstaję przy swojej wersji. Naprawdę pamiętam, że Ork upuścił swój topór. Wpłynęło to na zmianę taktyki walki Huma, który zamiast uderzać i parować zaczął po prostu napierdalać. Tłumaczyłeś zresztą, że ork, chociaż przerośnięty, to jednak był całkiem zwykłym orkiem i w gruncie rzeczy miał niskie SW. Zapamiętałem zresztą ten moment jako właściwie jedyny, w którym moja postać wykazała jakąkolwiek przydatność podczas rozgrywki, więc podważając go ograbiasz mnie z połowy radości z sesji wyszło by na to, że moimi jedynymi osiągnięciami były zarzyganie własnej odzieży i wdepnięcie w pułapkę na niedźwiedzie, (co z pewnością jest pewnym osiągnięciem na otwartym morzu, ale nie do końca o taki sukces tu walczyłem).

Komentarz mój (Masha):

Aby wątek uporządkować, będę kolejnym raportom nadawał wspólny człon nazwy „PŚŻnMT”, co można rozwinąć jako „Przygody Śmiałych Żeglarzy na Morzu Tileańskim”. Prawa autorskie zastrzeżone Mistrzowi Gry. Tak, wiem, tytuł troszkę bez fajerwerków… No trudno.

I chciałem też zauważyć, że Gerwazy, Senek i Hum mają po kilkanaście lat doświadczenia w fabkach, ale autor tekstu, Romek, swoją pierwsza przygodę rpg rozegrał raptem rok temu. Raporcik z niej jest tutaj.

A teraz, przechodząc do adremu, ciąg dalszy morskich opowieści (hej, ha, kolejkę nalej),

No to jadziem:

Dawno temu w odległej galaktyce… a w każdym razie w uroczym Tileańskim porcie Luccini, poprzez miejską ciżbę torowała sobie drogę grupa budzących grozę zakapiorów. Przemarszowi bandziorów towarzyszyły trzaski szybko zamykanych okiennic pobliskich domostw oraz szczękanie zębów postronnych przechodniów, którzy z braku lepszej perspektywy pierzchali szybko z drogi i kulili się ze strachu za czym tylko się dało. Przemierzająca uliczki grupa liczyła sobie około dwudziestu rosłych mężczyzn, nie specjalnie silących się na ukrycie swojego bogatego arsenału uzbrojenia. Tylko twarze skrzętnie skrywali pod szerokimi rondami kapeluszy tudzież w głęboko nasuniętych kapturach. I dzięki niech będą bogom, bo brzydcy byli jak dupa zwierzoluda.

Warhammer 124

Co bardziej spostrzegawczy czytelnicy zapewne już z wstępnego opisu bezbłędnie wywnioskowali, że rzeczonymi zakapiorami byli nie kto inni jak Admirał Boris von Hecklermann, wraz ze swoją eskortą w osobach żołnierza Adalberta, marynarza Siegfrieda oraz kilkunastu innych rosłych załogantów wraz z kapitanem jednego z okrętów armady.

Wilki morskie pielgrzymowały w stronę Świątyni Mannana – olbrzymiej budowli ulokowanej przy największym placu w sercu miasta. Plac przecinał sporych rozmiarów kanał morski, wpadający przez kilkunastometrowe wrota prosto do wnętrza świątyni, aby zakończyć swój bieg u stóp majestatycznego posągu przedstawiającego Boga Mórz w pełnej krasie.

Admirał jednak nie przybył do świątyni, żeby podziwiać widoki. Był umówiony na spotkanie z potencjalnym zleceniodawcą, co do którego miał mieszane uczucia, toteż wolał dmuchać na zimne i zabrał znacznie liczniejszą niż zwykle obstawę.

Na miejscu załoga oddała należny hołd Bogu Żeglarzy, po czym Admirał skierował grupę w stronę bardziej ustronnej części świątyni. W niewielkim pomieszczeniu na tyłach przybytku Admirała powitał bliżej nieokreślony, acz najwyraźniej bardziej znamienity kapłan, po czym, ku zdumieniu załogi, kapłan opuścił komnatę i zostawił drużynę samą sobie. Po kilku minutach nerwowego oczekiwania w pomieszczeniu otworzyło się tajne przejście. Z ukrytego tunelu wyszła wysoka postać o ciężkiej do określenia aparycji, od stóp do głowy owinięta jasną szatą, dzierżąca w ręku laskę z bliżej nierozpoznawalnego metalu. Cała twarz skryta była pod maską toteż nie było możliwe określenie nawet płci rzeczonej istoty. Jednak nie ona okazała się tu najważniejsza.

Z tunelu, w ślad za pierwszym osobliwym gościem, wyłonił się szlachcic o nie narzucającej się, acz bogatej prezencji (choć odrobinę przykurzonej po wyjściu z tunelu). Jak się okazało był to Kanclerz – syn miłościwie panującego Księcia de Luccano – i potencjalny zleceniodawca.

Kanclerz wyraził zdziwienie liczebnością gwardii admirała, a także ubolewanie nad tym, że przyniósł zbyt mało trunku by starczyło dla wszystkich zgromadzonych. Admirał, wciąż nieufny, wykazał się tutaj pewnym brakiem taktu wyznaczając jednego ze swoich ludzi do roli degustatora przyniesionego napitku. Kanclerz uprzejmie wyśmiał podejrzliwość rozmówcy i sam jako pierwszy poczęstował się winem, czym niejako rozładował napiętą atmosferę. Ku wielkiej rozpaczy Adalberta i Siegfrieda, napitku faktycznie nie starczyło dla wszystkich.

Po zwyczajowej wymianie uprzejmości Kanclerz wyłożył przysłowiową kawę na ławę: Elfy to podstępne szumowiny, które nie wychylą nosa ze swojej wyspy, jeśli nie wietrzą w tym interesu dla siebie. Mistrz Turiel, jakoby szlachetnie oferujący wsparcie przy pomocy artefaktów, które to ma nadzieje odnaleźć, prawdopodobnie zwinie cały swój majdan przy pierwszej okazji i zniknie na horyzoncie z najcenniejszymi znaleźliskami, zostawiając ludziom co najwyżej bezużyteczne śmiecie w stylu „miecza świecącego na niebiesko w obecności Orków”. Należy zatem dopomóc Elfom w poszukiwaniach rzeczonych artefaktów, wyeliminować z gry „Niedościgłego” ograniczając ekspedycję jedynie do ludzkich okrętów, a gdy tylko skarby zostaną odnalezione wysłać wiadomość do Księcia (w tym celu Siegfried otrzymał klatkę ze specjalnie do tego przeszkolonymi gołębiami pocztowymi; sprytny żeglarz postanowił przy pierwszej okazji dokoptować do stadka własnego gołębia celem informowania Admirała bezpośrednio). De Luccano wyśle wtedy statek pod piracką banderą – Czarnego Hipogryfa. Piratom należy poddać się bez walki i oddać w niewolę. Książę wykupi statek wraz z całym towarem, gdy tylko piraci zawiną do portu i w ten zgrabny sposób artefakty zostaną zabezpieczone w jedynych słusznych rękach. Enigmatyczna zamaskowana postać miałaby tu pomóc w identyfikacji przydatności magicznych przedmiotów. Po dogadaniu szczegółów i ustaleniu honorariów rozmówcy rozeszli się w swoje strony.

Warhammer 073

W tym samym czasie odprawę przechodził Yawandir wysłuchując od Mistrza zarysowanego z grubsza planu: Ludzie to podstępne szumowiny, które palcem nie kiwną, jeśli nie wietrzą w tym interesu dla siebie. Przy pierwszej okazji gotowi zwinąć odnaleziony skarb i zniknąć na horyzoncie. Trzeba temu przeciwdziałać, ale z gracją, żeby nie wzbudzić podejrzeń. Zaraz po wypłynięciu „Niedościgły” zawróci do portu pod pozorem choroby Mistrza a poszukiwania kontynuować będzie Uczeń z pokładu ludzkiego okrętu. Zbrojną eskortę ludzi trzeba maksymalnie wykorzystać do uproszczenia poszukiwań. Po osiągnięciu celu należy natychmiast zawiadomić Mistrza (w tym celu Yawandir otrzymał z deka umagicznionego sokoła). Na spotkanie poszukiwaczom wypłynie piracki okręt – Czarny Hipocentaur. Korsarzom należy poddać się w niewolę, a Turiel przy pierwszej okazji wykupi od piratów uprowadzony statek z całym bogactwem inwentarza. W ten zgrabny sposób artefakty zostaną zabezpieczone w jedynych słusznych rękach.

Dopełniwszy formalności, Mistrz wysłał Yawandira do miasta w celu ustalenia gdzie właściwie powinni wyruszyć. Uposażył Ucznia w informacje na temat poprzedzającej ich o 300 lat wyprawy, która wyruszyła z Elfiej wyspy w tym samym celu, co oni, i niestety przepadła gdzieś bez wieści. Yawandir miał wybadać dokąd udała się wyprawa Elfiego Księcia Mathrilla, aby po odkryciu celu dawnej ekspedycji móc wyruszyć jej śladem.

Uczeń, wraz z przydzieloną mu eskortą Siegfrieda i Adalberta, ruszył na poszukiwanie informacji. Za radą towarzyszy zawitał do portowej strażnicy celem zbadania tamtejszych rejestrów. Te niestety datowały się najdalej do dziesięciu lat wstecz, więc niczego istotnego nasi poszukiwacze się nie dowiedzieli.
Pomysłu towarzyszy dotyczącego rozpoczęcia poszukiwań w tawernach i burdelach Yawandir nie podchwycił.

Poszukiwacze ruszyli w stronę pałacu Księcia z nadzieją znalezienia informacji w tamtejszych archiwach. Uczeń po drodze zbierał różnego rodzaju śmieci, w jego mniemaniu przydatne przy ewentualnym rzucaniu zaklęć, a towarzysze wycieczki wyjątkowo kulturalnie i w milczeniu tolerowali dziwactwa Elfa.

W zamku drużyna odnalazła Kanclerza, od którego uzyskała dokument potwierdzający ich działanie na rzecz księstwa i z ramienia de Luccano oraz zgodę na korzystanie z książęcej biblioteki. Archiwa książęce niestety okazały się niewiele przydatniejsze od portowych. Poszukiwacze dowiedzieli się tylko, że kronikarzem wyprawy Mathrila był nowicjusz Desiderio ze świątyni Mannana.

Ekipa udała się zatem w kierunku świętego przybytku z nadzieją odnalezienia dalszych wskazówek. Na miejscu przychylność lokalnych kapłanów zapewnił drużynie list sygnowany przez Kanclerza. Okazało się jednak, że poszukiwany nowicjusz na przestrzeni lat uzyskał status Opata w Remas i to właśnie w tym mieście należy szukać jego kronik, jeśli oczywiście przetrwały do dnia dzisiejszego.

Drużyna wróciła do portu w celu zrelacjonowania najnowszych odkryć swoim przełożonym. Adalbert i Siegfried otrzymali rozkaz wypłynięcia do Remas w celu kontynuowania poszukiwań. Remas leżało stosunkowo niedaleko, nie było więc potrzeby angażowania wielkiego okrętu. Marynarze otrzymali w tym celu wynajęty kuter rybacki o wdzięcznej nazwie „Syrena”, oraz znaczącą sumkę w złocie na niezbędne wydatki.

Uczeń został oczywiście wysłany wraz z Marynarzami, otrzymawszy wcześniej znacznie, znacznie, znacznie mniejszą sumkę z namacalnym wręcz bólem wyskrobaną z sakiewki przez Mistrza Turiela.
Po zgromadzeniu zapasów i złożeniu stosownej ofiary w świątyni, brygada ruszyła w podróż. Wymodlona pogoda okazała się nadzwyczaj ładna. Za ładna.

Już drugiego dnia podróży w przyjemnym słońcu wiatr ustał i niemal całkowicie uniemożliwił dalszą podróż. Mimo usilnych starań Siegfrieda łódź wlekła się niemiłosiernie a wycieczka zamiast spodziewanych 4 dni zajęła żeglarzom półtora tygodnia. Syrena wpłynęła do portu w Remas popołudniem dnia dziesiątego. Żeglarze zameldowali się w gospodzie „Pod meduzą”, która faktycznie wyglądała jak coś, co może znajdować się pod meduzą, zwłaszcza taką co to za dużo czasu leżała na słońcu… W każdym razie, wzmocnieni posiłkiem, ruszyli odrabiać stracony czas.

Swoje kroki skierowali w stronę lokalnej świątyni Boga Mórz. Ponieważ świątynie niejako rywalizowały ze sobą toteż starały się prześcigać wzajemnie w swojej monumentalnej wystawności. Tak zatem święty przybytek w Remas był równie urzekający jak jego Lucciniański odpowiednik, równie wielki, z podobnym kanałem wpadającym do środka, z tą różnicą, że nie było tam olbrzymiego posągu Mannana. Zamiast tego wewnątrz był imponujących rozmiarów zbiornik wodny, w środku którego leniwie unosił się …wieloryb!

Drużyna straciła tutaj dłuższą chwilę rozważając jak trudne mogło być utrzymanie takiego stwora, co właściwie jedzą wieloryby i jakim sposobem dostarcza się dla niego odpowiednią ilość planktonu. Poszukiwacze postanowili zasięgnąć w tej materii języka u jednego ze sprzątających świątynię nowicjuszy.

Okazało się, że nowicjusz bynajmniej nie ma żadnych problemów z waleniem i jest to raczej problem starszych akolitów. Skierował za to drużynę w stronę biblioteki, gdzie poszukiwacze skrzętnie się udali, pozostawiając kapłanom ich zmartwienia natury biologicznej.

Wizyta w lokalnej bibliotece zaowocowała jedynie przekierowaniem do innego budynku – głównego gmachu bibliotecznego świątyni. W gmachu tym nasi podróżnicy poznali kolejną ciekawą osobistość, a mianowicie mości Sergio Onda, najwyższego opiekuna biblioteki i archiwów świątyni Mannana.

Warhammer 103

Ku radości naszych podróżników, ów opiekun faktycznie był w posiadaniu szukanych informacji. Radość jednak była przedwczesna, bo nie zamierzał się nimi dzielić, a przynajmniej nie za darmo. Próba przekupstwa raczej nie wyszła, bo i nie bardzo było czym przekupić. Dokumentem od księcia Luccini też nie było sensu wymachiwać, bo księstwa Tileańskie nie pałały do siebie specjalną miłością. Bibliotekarz zaoferował jednak, o zgrozo, inne wyjście.

Opiekun ksiąg jak się okazało ubiegał się o godność Opata. Nie był oczywiście jedynym mającym nadzieję na piastowanie tego urzędu. Najgroźniejszym konkurentem był mości Salvatore Pieraddo piastujący godność świątynnego strażnika przypływów. Ów konkurent nie zamierzał niczego pozostawić przypadkowi. Uprowadził niejaką Valentinę Seno – konkubinę świątobliwego opiekuna ksiąg (suma sumarum okazało się że nie takiego znowu świątobliwego…) i zagroził wyjawienie prawdy o bezbożnym związku bibliotekarza w wypadku gdyby ten nie ustąpił ze swoich roszczeń do zaszczytnego tytułu.

Propozycja zatem była prosta: informacje o Desiderio w zamian za odcięcie strażnika przypływów od możliwości wymuszenia publicznych zeznań Valentiny.

Z braku alternatywnych możliwości poszukiwacze nie mieli innej opcji jak przystanie na nieciekawe warunki niesprzyjającej umowy. Pełni przemyśleń na temat jak to wszystko co złe na tym świecie kręci się wokół tego co u baby pod kiecką, ruszyli opracować plan mający uchronić ich przed utratą głowy dla byle dupy…

Reklamy

komentarze 4

  1. Grzesiu, zwolnij trochę z kolejnymi odcinkami. Najbliższa sesja może odbyć się za 3 – 4 tygodnie – i wtedy mniej więcej powstanie z niej raport.
    I jeszcze jeden detal – wyszło mi, że moje doświadczenia z rpg trwają już 21 lat…

  2. Nic się nie martw. Trzeci raport z PŚŻnMT jest już gotowy i zakolejkowany na poniedziałek. Ten z kiełbasami. Więc to raczej Wy zintensyfikujcie sesje. 😛

  3. Nie bardzo mi Twoja matematyka pasuje Gerwazy 🙂 ale może o czymś nie wiem… jako podpowiedz zarzucę ze własnie mamy 20-lecie powstania czasopisma Magia i Miecz 🙂

  4. Moja matematyka jest prosta – zaczęliśmy grać w 7 – 8 klasie, czyli wtedy, gdy ma się 13 lat. A teraz mam 34 – i tym sposobem wyszło mi tyle ile wyszło.
    Ps. w kioskach w Kielcach Magia i Miecz mogła pojawić się trochę wcześniej, ze względu na kłopoty z terminowością ówczesnej dystrybucji…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s