Conan BRP odc. 47 – Adramelech i Larwia Matka

Sekcja żeńska: 

Aegea (Madzia) – argosańska piratka pozbawiona okrętu i chwackiej załogi, w chwili obecnej zbiera na statek. Biorąc pod uwagę ceny, długo pozbiera:).

Sekcja karków:

Publius Maximus (Jaro) – aquiloński weteran legionu, setnik ciężkiej piechoty z Gunderlandu. zdyscyplinowany i zawzięty. Milkliwy („kurwa, Jaro!!! Walnij przemówienie, masz wysokie skille!!!” „Ale co mam powiedzieć?”)

Korgoth (Maro) – barbarzyńca cymmeryjski i setnik aquilońskiej armii, góra mięśni zakończona mieczem dwuręcznym (lub takowym toporem). Zapijaczona, wredna menda:).

Sekcja zamieszania:

Rhodd (Damian) – bossoński traper, niezrównany mistrz ściągania na siebie wszelkich nieszczęść.

Hanno Rasmusson (Grzegorz) – medyk z odległej Hyperborei. Wysoki jak tyka, nieźle zbudowany i kompletnie nienawykły do walki.

Savage_Sword_of_Conan_009-29

Minęły cztery dni turnieju. W tym czasie Korgoth sprawił, że przynajmniej 4 matki opłakały swoich synów, Aegea wspięła się na pierwsze miejsce, by z niego potem spaść, Publius koszmarnie przepieprzył gonitwę konną, by w wyścigu rydwanów „absolutnie uczciwie” wygrać, a Rhodd poznała dogłębnie Straponusa i jego kilkunastu przyjaciół. Hanno obracał się gdzieś w tle, co tylko pozytywnie wpływało na jego majątek i przepływ ziół w obrębie Scandagi. W ciągu tych kilku dni herosi zwrócili na siebie uwagę Mercilusa i Straponusa, podpadli Nemedyjczykom (okay, głównie Publius), zawiązali sojusz z wyznawcami Asury i stali się gwiazdami w oczach plebsu Conawagi. I wpadli na trop spisku namiestnika…

9 dzień miesiąca Wróbla był niezwykle pogodny i ciepły. Choć wiosna ledwie kilka dni wcześniej zawitała na pogranicza, to śniegi zeszły zupełnie, a wiatr ze wschodu ogrzał zziębnięte ciała. Dla herosów świat jawił się jednak bardziej mroczny, zły… Wiedzieli, iż przetrzymywane gdzieś dzieci czy ranni gladiatorzy staną się ofiarą bluźnierczych knowań Mercilusa (tudzież jego herolda Straponusa).

Wraz z początkiem dnia BG podjęli decyzję, by zejść pod arenę. Sprzyjał temu fakt, że jedynie Korgoth miał brać udział w rozgrywkach w tym czasie. Kiedy ludzie zgromadzili się w amfiteatrze, a Korgoth po raz kolejny wyszedł przez jedną z bram, by zmierzyć z przeciwnikiem na oczach tysięcy widzów, Publius zdecydował się (przyznaję, za sugestią Korgotha) sprawdzić, co kryje się w podziemnych komnatach. Już wcześniej herosi uważnie obserwowali obsługę. Dostrzegli przy tym, że regularnie pod amfiteatr trafia rozmaite zaopatrzenie: żywność, trunki, oliwa czy broń. Właśnie wino czy oliwa transportowana była w wielkich beczkach. Wykorzystał to setnik aquilońskiej piechoty i wlazł do jednej z takich pustych beczek, a wieko zamknął jego cymmeryjski towarzysz. Niestety (a raczej tak jak zwykle, Jaro nie ma szczęścia w kostkach) miał pecha. Jasne, pojawiła się obsługa, ale okazało się, że wcześniej została ona zrugana przez któregoś z miejscowych zarządców za opieszałość. Tragarze zaczęli toczyć z werwą beczkę z Publiusem, klnąc przy tym, że widać nie została ona w pełni opróżniona. Czynili to tak zawzięcie i z niechęcią, że beczka parokrotnie wypadła im, potoczyła się po wybojach czy wreszcie spadła po stromych schodach do piwnic pod amfiteatrem.

Poobijany Publius powoli dochodził do siebie. W ciemnościach czas wlókł się powoli. Wreszcie usłyszał ciężkie kroki, a potem ktoś zaczął toczyć jego beczkę. Nie wiedział, ile to trwało. Chłód narastał, pojawił się smród gnijących ciał. Wreszcie beczka zatrzymała się, a kroki oddaliły. Po chwili Publius usłyszał powarkiwania, chrząknięcia, dziwne mlaśnięcia. Trupi smród stał się niemal nie do zniesienia. Setnik zdecydował się wyjść. Wykopał wieko beczki i wyskoczył na zewnątrz. Znajdował się w rozległej, tchnącej stęchlizną i odorem komnacie. W ciemnościach dostrzegł zarysy poruszających się przygarbionych ciał o niemal psich pyskach. Ghoule! Stwory żerowały na setkach trupów. Dziecięcych i dorosłych. Publius rozpoznał w niektórych gladiatorów, którzy zginęli lub zostali ranni na arenie! Potwierdziły się plotki, walczący nie trafiali do świątyni Mitry lub medyka pod amfiteatrem, lecz oddawane były na żer ghoulom… i czemuś nieporównanie gorszemu! W ciemnościach poza ghoulami, które otoczyły kołem dzielnego wojaka, szczupłą postać o dziewczęcych kształtach. Piękna głowa kobiety obróciła się w stronę Publiusa, a z delikatnych ust (Publius nie widział ich, lecz mógł przysiąc, ze zapewne takie były) wydobył się melodyjny, kobiecy głos. Aquilończyk usłyszał słowa, lecz ich nie zrozumiał, dziwne, wypowiedziane w nieludzkim języku. Ghoule skoczyły naprzód, lecz Publius był na to przygotowany. Zatoczył krąg swym dwuręcznym mieczem i kilka stworów padło z rozrąbanymi korpusami. Pozostałe odskoczyły, lecz wciąż powarkiwały groźnie. W tym momencie kobieca postać uniosła się. Od pasa w dół jej ciało przechodziło w larwi monstrualny odwłok! Blady, wijący się, oślizgły! Groza z całą siłą uderzyła Publiusa, poczuł jak opuszczają go siły, spojrzał w nieludzko piękne oblicze. Ujrzał jak delikatne rysy rozciągają się, dolna żuchwa opada odsłaniając czarną otchłań okoloną długimi, ostrymi kłami. Świat zawirował przed oczyma Aquilończyka.

A na powierzchni Korgoth pokonał kolejnego przeciwnika. Walka tym razem trwała nieco dłużej, bo i gladiator był weteranem z Argos. Choć ranił Cymmeryjczyka, ten ostatecznie zakończył pojedynek jednym potężnym ciosem. Po walce herosi zgromadzili się, oczekują powrotu Publiusa z rekonesansu. Czas mijał, a ich towarzysz nie wracał. Pospiesznie opracowany ratunkowy plan był niezwykle prosty:

  1. Zejść do piwnic.
  2. Ominąć straże.
  3. Odnaleźć Publiusa.
  4. Spierdolić.

Wariantywnie:

3a. Rozpierdolić każdego, kto stanie na drodze.

Jak zaplanowali, tak zrobili. Zeszli niżej, pod poziom, który zajmowali gladiatorzy. Piwnice były zatęchłe i wilgotne. Długie, lecz wąskie korytarze biły prosto jak strzała gdzieś poza amfiteatr. Co jakiś czas boczne chodniki prowadziły do niewielkich, niewykończonych sal. Herosi nie ośmielili się zapalić świateł, gdyż wiedzieli, że ktoś patroluje ten obszar. Wkrótce, udało im się podkraść do jednego z patroli. Tworzyło go trzech wielkich wojowników. Potężni, umięśnieni mężczyźni w pełnym pancerzu i wielkimi hełmami z czarnego żelaza przyśrubowanymi do naramiennych płyt. Osobiści ochroniarze Mercilusa przywiezieni z Tarantii. Nie zwykli najemnicy, lecz niemi idioci, których nigdy nie widziano bez skrywających twarze hełmów.

Herosi spróbowali się przez nich przebić. Rozgorzała zawzięta i cicha walka. Niemi strażnicy w milczeniu zadawali ciosy toporami młotami czy groźnymi cestusami. Aegea i Rhodd zdołali jednego z nich powalić i unieruchomić, a potem dobić. Korgoth potężnymi uderzeniami w końcu rozrąbał ciężki, płytowy pancerz i skryte pod nim ciało. Wspólnymi siłami dobili trzeciego z przeciwników, sami jednak krwawili z odniesionych ran. Z ciekawości zdjęli hełm z trupa i ujrzeli szpetną, zdeformowaną twarz.

Po walce zdecydowali się cofnąć. Przeciwnik nie był łatwy, a przebijanie się siłą mogło skończyć się tylko w jeden sposób – śmiercią któregoś z herosów. Ostatecznie dalej ruszył tylko Korgoth, jako specjalista od skradania się. udało mu się wyminąć kilka posterunków i dotrzeć do większej z komnat, na środku której znajdował się masywny właz. Już miał ruszyć w jego kierunku, gdy nagle dostrzegł, iż płyta z wolna się unosi. Korgoth mocno ujął broń i spiął się do ataku. Ale wtedy usłyszał jakby znajomy szept. Gorączkowo powtarzane słowa, zlewające się w jeden szeleszczący ciąg. Klapa uniosła się wyżej i Cymmeryjczyk zobaczył oblicze Publiusa. Oczy setnika lśniły szaleństwem. Korgoth przypadł do przyjaciela i wtedy usłyszał słowa przepełnione strachem i grozą: „Paszcza-paszcza-paszczęka-pa-szczę-ka!”

Cymmeryjczykowi udało się wyprowadzić Publiusa. Wspólnymi siłami odprowadzili towarzysza do tawerny, gdzie Publius zapadł w głęboki sen. Sami, przy poitaińskim winie, zasiedli, by podyskutować o tym, co się zdarzyło. Po jakimś czasie Awuilończyk obudził się, osłabiony ranami, ale znów zdrów na umyśle. Atak szaleństwa minął, mógł opowiedzieć to, co widział. Choć skołatany umysł wyparł z siebie co gorsze obrazy. Publius pamiętał, iż toczył bój z ghoulami, pamiętał też jak przez mgłę dziwną istotę o robaczych splotach.

Usłyszawszy opowieść przyjaciela, herosi odwiedzili Iswaraniego. Tam też okazało się, że kapłan Asury zdobył nowe informacje, które pokrywały się idealnie z tym, co wiedzieli lub przypuszczali bohaterowie. Mercilus i Straponus mogli być związani z kultem niejakiego Adramelecha (zwanego Molochem lub Adar Malikiem). Wedle mitologii shemickiej ów zapomniany bóg jest przeklętym, bękarcim bratem Niebiańskiego Byka – Anu. Zrodzony z Derketo i Gut-Moloka, demona Bladych Piekieł, zszedł u zarania ludzkości na ziemię. Gdzie szedł, tam trawa usychała, drzewa marniały, zwierzęta padały martwe i gniły. Na ziemi posiadł swą kochankę Salomi-Nene (znaną także jako Ninshuber, Larwią Piękność czy Robaczą Matkę Trupów). Po wszystkim podarował jej złotą maskę, w którą przelał swą miłość. Tę maskę skradł Salomi-Nene nie kto inny, lecz Bóg Złodziei – Bel. Wygnał w ten sposób Adramelecha ze świata śmiertelnych. Od tego czasu Moloch nienawidzi Bela i ludzkości. Pragnie powrócić, lecz bez maski nie przynależy do tego świata.

Jak łatwo się domyśleć, herosi dostrzegli, iż opis Larwiej Piękności dziwnie pasuje do tego, co zobaczył Publius. Wszystko wskazywało na to, że pod ziemią kryje się Matka Trupów, matka ghouli, z którymi zmierzył się Aquilończyk. Nie pozostało nic innego, jak zejść pod ziemię. Wedle szpiegów Iswaraniego korytarz, którym niesiono beczkę wiódł do kompleksu, który jakiś rok wcześniej część z bohaterów już odwiedziło. Niegdyś znajdowała się tu świątynia Seta. Po jej zniszczeniu przez BG Arrigus Barrabus zapieczętował zejścia do kompleksu, ale kiedy został odesłąny do Tarantii, Mercilus przejął m.in. dawną willę Gandavusa (w chwili obecnej opuszczoną), skąd mógł spokojnie schodzić pod Scandagę. Herosi usłyszeli jeszcze od Iswaraniego, że zwykła broń nie ima się Molocha czy jego demonów. A jaka? Różnie mówiły mity. Najczęściej pojawiała się wersja, iż musi być to broń „nienależąca do wojownika”.

Nocą herosi opuścili karczmę i udali się do jednego ze znanych sobie wejść do kompleksu – szybu umiejscowionego w pobliżu portowych kei. Po drodze włamali się do jednego z warsztatów zbrojmistrzów, skąd zrabowali broń (tak zrozumieli słowa Iswaraniego), którą mogliby ubić Molocha.

Po północy stanęłi przed wejściem. Szyb przykrywała ciężka, kamienna płyta, ale co to za przeszkoda dla herosów. Odsłonili ją i zagłębili się w mroczną czeluść.

Ps. No i dotarliśmy do momentu, który umownie można nazwać „Pierwsze zejście herosów do podziemi”.

Reklamy

komentarze 2

  1. „Wbiegłem” uradowany na bloga bo w mailu powiadomienie. Jest nowa notka!!! A to z wczoraj. Bue. Czekam znaczy się na dalszy ciąg :).

  2. Dalszy ciąg jutro, a potem 9 sierpnia, wpisy zaplanowane.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s