Conan BRP odc. 48 – Dziecięca krew na piasku

Sekcja żeńska: 

Aegea (Madzia) – argosańska piratka pozbawiona okrętu i chwackiej załogi, w chwili obecnej zbiera na statek. Biorąc pod uwagę ceny, długo pozbiera:).

Sekcja karków:

Publius Maximus (Jaro) – aquiloński weteran legionu, setnik ciężkiej piechoty z Gunderlandu. zdyscyplinowany i zawzięty. Milkliwy („kurwa, Jaro!!! Walnij przemówienie, masz wysokie skille!!!” „Ale co mam powiedzieć?”)

Korgoth (Maro) – barbarzyńca cymmeryjski i setnik aquilońskiej armii, góra mięśni zakończona mieczem dwuręcznym (lub takowym toporem). Zapijaczona, wredna menda:).

Sekcja zamieszania:

Rhodd (Damian) – bossoński traper, niezrównany mistrz ściągania na siebie wszelkich nieszczęść.

Hanno Rasmusson (Grzegorz) – medyk z odległej Hyperborei. Wysoki jak tyka, nieźle zbudowany i kompletnie nienawykły do walki.

 1154_hires_ghul

Liny poleciały w dół i herosi (BG oraz Oliver) zsunęli się bezszelestnie w ciemność. Jakieś 30 metrów niżej dotknęli nogami podłoża. Było tu zupełnie inaczej niż rok wcześniej, kiedy podziemia te zamieszkiwali wyznawcy Seta. Setki na wpół rozkładających się trupów leżało stosem na kamiennej posadzce. W komnacie, na korytarzu. Wszędzie. Herosi wychynęli poza otwór wejściowe (ciężkie drzwi, leżały obok wyrwane z zawiasów) i rozejrzeli się. W migotliwym świetle pochodni dostrzegli wielkie zniszczenia, jakby coś obróciło w perzynę cały kompleks. Szczeliny rozcinały zygzakami ściany i sklepienia, gdzieniegdzie zalegały stosy gruzu i kamieni. Część korytarzy zawaliło się, w innym miejscach pootwierały się nowe przejścia.

Bohaterowie dostrzegli, że w miejscu, gdzie niegdyś znajdowała się ściana, teraz pojawił się wąski, naturalny korytarz. Prowadził mniej więcej w kierunku wielkiej komnaty, w której rok wcześniej stoczyli epicki pojedynek z kapłanem Seta – Gandavusem oraz jego akolitami. Teraz wszystko się zmieniło, zamiast draperii na ścianach, liszaje pleśni i wilgoć, miast zapachu egzotycznego piżma – trupi odór. Przeszli ledwie kilka metrów i znaleźli się w przestronnym korytarzu. Trupy i tu zalegały metrową warstwą, a pod ścianą, która zapewne odgradzała chodnik od wielkiej Sali coś wiło się i pulsowało. Coś na kształt macek lub korzeni, ciasno skręconych, wilgotnych, ocierających się o siebie w powtarzalnym ruchu. Korgoth nie odbył skradzionej brani, lecz swego potężnego dwuręcznego miecza z antycznej stali. Potężnie zamachnął się i ciął. Rozrąbane macki zaczęły wić się i skręcać, a zza ścian uszu herosów dobiegł przenikliwy kobiecy pis bólu. Po chwili korytarzami pomknęły ryki nadciągających ghouli i już po chwili bohaterowie toczyli krwawą walkę o przetrwanie. Cymmeryjczyk zatoczył młynka mieczem. Część stworów odskoczyła, ale 3 trupojady padły okaleczone na ziemię. Inne ghoule zaatakowały od tyłu, gdzie osłaniał grupę Hanno. Nienawykły do walki medyk zaczął się wycofywać. Wsparły go Rhodd i Aegea, ta druga strzelając z ciężkiego arbalestu. Pół kilogramowy bełt z ogromną siłą przebił dwa ciała ghouli, wypruwając z nich cuchnące blade flaki. Publius i Oliver także dołączyli do walki, odpierając ataki idące na Korgotha.

Pierwsze ataki zostały odparte, przynajmniej tuzin ghouli zostało ubitych, ale wciąż przybywały nowe. W końcu dołączyli do nich niemi strażnicy Mercilusa. Ogromni, skryci za swymi ciężkimi zbrojami. Korgoth jednego zabił, lecz po kilku ciosach i jemu zajrzała śmierć do oczu. Oliver osłaniał tyły, uratował Hanna, lecz już spływał krwią. Własną i wrogów. Rhodd i Aegea osłaniały towarzyszy z broni strzleeckiej. Publius szykował się do odparcia kolejnego szturmu. Nie pozostało nic innego jak ucieczka. Ostatni szturm Korgotha, Publiusa i Olivera powstrzymał na chwilę przeciwnika i pozwolił BG dobiec do szczeliny, którą się tutaj dostali. Odwrót osłaniał Poitaińczyk, płacąc za to kolejnymi ranami. Trupojady i zdeformowani strażnicy atakowali z niebywałą zaciekłością. Wreszcie herosi, przyjmując i zadając ciosy, przedostali się do komnaty z liną, zablokowali wejście i zaczęli wspinaczkę. Szczęśliwie żaden z ich wrogów nie miał broni strzeleckiej. Ucieczka się powiodła, ale trzeba rzec, że byłą to najkrótsza w historii eksploracja podziemi. Udało im się sprawdzić ledwie jedną komnatę i fragment korytarza. Wciąż nie było wiadomo dokładnie, co Mercilus i Straponus skrywają w podziemnym kompleksie.

W połowie nocy drużyna powróciła do tawerny, po drodze obmywszy w jeziorze krew i trupi smród. Rankiem ruszyli na arenę. Korgoth miał stoczyć swą kolejną walkę, a Rhodd i Aegea wziąć udział w tajemniczej dyscyplinie, podczas której mieli prawo wziąć ze sobą dowolną broń strzelecką i zapas pocisków. Hanno nawiązał romans z Hollye, brythuńską pięknością i uczestniczką zawodów strzeleckich.

Po raz kolejny fanfary dały sygnał do rozpoczęcia walk. Zawodników było już coraz mniej. Przetrwali wszyscy faworyci (ok. ośmiu) i kilkunastu innych walczących. Korgoth tym razem spotkał swojego klanowego ziomka z Cymmerii, kuzyna z którejś tam linii. Obaj wojownicy zasalutowali sobie, a potem Korgoth skończył walkę tak jak zwykle, powalił współplemieńca i obciął mu łeb.

Obsługa uprzątnęła ciała i rozpoczęła przygotowania do ostatniego tego dnia wydarzenia – dyscypliny strzeleckiej, którą nazywano „liczeniem ciał”. Uczestnicy zostali wpuszczeni na arenę. 10 strzelców: Aerulus, Holly, Bolt z Bossonii, Cuthbartus, champiot Taelos z Tarantii, Ngone z dalekiego Kush, Iranistańczy, Ashur, vanirska rudowłosa piękność – Frigga wreszcie obecny faworyt Alvaro Valbroso z Zingary. Widzowie zamarli w oczekiwaniu. Nim jednak Mercilus dał znak na szczycie trybun zaroiło się od najemników kapitana Matineo i gwardzistów tarantyjskich Mercilusa (nie, nie tych niemych), pierwsza połowa z nich dzierżyła ciężkie miecze i pawęże, druga kusze. Osobiści gwardziści otoczyli ciasnym kręgiem trybunę możnych i dopiero wtedy rozległy się fanfary. Otworzyły się wszystkie drzwi wokół aren i strażnicy wypędzili przez nie małe dzieci. Takie same dzieciaki, jakie BG uratowali, zmierzając zimą do Scandagi. Wyjaśniło się, po co Mercilusowi dziatwa. To oni mieli być liczonymi ciałami. Kusznicy Matineo zwarli szeregi, choć w ich oczach odbijała się groza, to karnie wykonywali rozkazy swoich oficerów. Wypatrywali, czy któryś z uczestników nie wyceluje w gniewie do namiestnika, a przecież Aegea była tego bliska. Przepełniona gniewem już podniosła kuszę, przytknęła łoże do policzka i… zrozumiała, że przynajmniej dwa tuziny najemników celuje w nią. Dzieci zbiły się w grupki, część płakała, inne spoglądały szeroko otwartymi oczyma na swoich oprawców. Po raz kolejny zagrały trąby i Alvaro wystrzelił do pierwszego z dzieci. Ciężki bełt prawie rozerwał na dwoje małego kilkulatka. Po chwili przyłączyli się inni. Spośród strzelców jedynie Rhodd, Aegea, Bolt i Frigga. Blondwłosa Hollye, dotychczas odgrywająca rolę delikatnego, naiwnego dziewczęcia, z werwą szpikowała dzieciaki strzałami. Tłuszcza wyła na trybunach, a pozostali herosi tylko zaciskali pięści, myśląc, co zrobią, gdy wreszcie będą mogli się policzyć z Mercilusem.

Po dwu minutach zwłoki sześćdziesięciorga maluchów zaległy na zakrwawionym piasku. Najlepsi, tacy jak Cuthbartus ubili tuzin. Aurulus był zaraz za nim, obejmując prowadzenie. Alvaro spadł na trzecie miejsce, a Aegea z Rhodd niemal na sam koniec. Dla Argosanki to był koniec zawodów, zdecydowała się wycofać, nie chcąc brać udziału w tak okrutnym widowisku. Rhodd zdecydowała się uczestniczyć w dwu ostatnich dyscyplinach, które ostatecznie miały wyłonić zwycięzcę: męczeniu Pikta oraz labiryncie.

Po wszystkim herold Mercilusa zapowiedział walki dnia następnego. Tym razem mieli ze sobą walczyć weterani lub zgoła legendy areny. Tylko oni jeszcze żyli. Dziwnym trafem Korgoth został wylosowany do pojedynku z Oliverem. Po ogłoszeniu tego Cymmeryjczyk dostrzegł jak Mercilus wpatruje się w nie triumfalnie chorobliwie lśniącymi oczyma.

Gwałt na Rhodd, uśmiercanie gladiatorów, znoszenie trupów do podziemi i żywienie nimi Larwiej Matki i ghouli, wreszcie krwawa łaźnia dzieci na arenie, tego wszystkiego razem było zbyt wiele. Herosi po raz kolejny spotkali się z Iswaranim. Kapłan Asury dowiedział się o fiasku ich nocnej wyprawy, ale i z tego wyciągnął wnioski. Wedle niego te wszystkie śmierci na arenie, trupy w podziemiach to zbieranie niezbędnej energii, dzięki której Adramelech będzie mógł w jakiś sposób objawić się w tym świecie. Choć wedle legend nie może pozostać na tej ziemi póki nie odbierze Belowi złotej maski, to nie znaczy, że jest niegroźny. Herosi za wszelką cenę muszą zejść do podziemi i dowiedzieć się, co tam się znajduje.

Droga spod areny czy przez szyb w dzielnicy portowej były spalone, zresztą tę drugą, wedle szpiegów Asury, w ciągu dnia zawalono. Pozostało ostatnie znane herosom wejście – przez dawną willę Gandavusa. W tej chwili, spalona rudera ponoć należała do Mercilusa. Nikt w niej nie mieszkał, otaczał ją zaniedbany ogród, w którym jednak widywano strażników. Bohaterowie dotarli na tyły posiadłości, przeszli przez ogrodzenie i zagłębili się w ogród. Strażników nie było. Dopiero w cuchnącej spalenizną willi starli się z dwoma niemymi gwardzistami Mercilusa. Przeciwnik został ubity (nie bez problemów, Rhodd oberwała ciężką szafką rzuconą z piętra), a bohaterowie zeszli po schodach ukrytych w dawnej sypialni kapłana Seta. Po raz kolejny poczuli smród zgnilizny, wilgoć, usłyszeli ryki ghouli, ciężkie stąpanie niemych strażników. Przyjęli tym razem inną strategię. Przekradali się w ciszy, unikając straży. Czasem długie minuty kryli się w ciemnościach, czekając aż ghouli czy pancerne niemowy przejdą obok nich. Widzieli jak ghoule żywią się zwłokami, jak strażnicy niosą ciała ubitych na arenie dzieci w głąb kompleksu. Wytrzymali. Nie rzucili się z rykiem wściekłości na nich. Po ponad godzinie marszu udało im się dotrzeć w pobliże południowych wrót, wiodących do wielkiej sali. Wkradli się do środka. W gigantycznym hallu, pośród trupów i pożerających je ghouli znajdował się monstrum – Matka Ghouli, Ninshuber, Salomi-Nene, Robaczywa Matka Trupów – od pasa w górę delikatna piękność o cudownej, bladej twarzy, poniżej ogromny, napęczniały odwłok, z którego wyrastały setki więźlastych macek. Ninshuber otwierała swą paszczękę i wpychała do niej kolejne zwłoki. Przez jej odwłok przebiegło drżenie i z otwory na jego końcu wyśliznął się pokraczny, pokryty śluzem stwó® – narodził się kolejny trupojad. Przed Matką Ghouli hołd składał sam Straponus, modląc się żarliwie. Nagle czarny zygzak rozdarł materię powietrza, jakby z nicości pojawiło się szczudłowate, owadzie odnóże, potem kolejne i kolejne, wreszcie płaski łeb pokryty chityną wdarł się do naszego świata, a za nim żmijowatym ruchem wpełzł pokryty cuchnącą szczeciną korpus. Adramelech, sam Moloch pojawił się, zadrżał od skrytej żądzy i wpełzł-wbiegł na odwłok Salomi-Nene. Oczu Matki Ghouli przymknęły się ze skrytej rozkoszy… Po wszystkim Moloch spełzł ze swej małżonki i jednym ruchem zakończonego pazurem odnóża zdarł skórę z klęczącego Straponusa. Herold, w tej chwili wrzeszczący z bólu krwisty kłębek mięśni, miotła się na posadzce. Adramelech przemknął, stukocząc odnóżami, obok niego i wpełzł do piekła, z którego przed chwilą się wyłonił. A Salomi-Nene krzyknęła, wrzasnęła przenikliwie, przez jej cielsko przebiegło drżenie i z tyłu odwłoku wypełzło jej kolejne dziecko, tym razem poczęte z Molochem. Stwór podniósł się chwycił leżącą skórę Straponusa i założył ją na siebie. Ta przyległa do jego ciała i po chwili fałszywy Straponus ruszył do wyjścia.

Dla herosów tego było zbyt wiele [czytaj: przydały się zasady utraty Poczytalności/Sanity], Rhodd oszalała (tzw. krótkotrwały obłęd), Korgoth i Oliver stracili przytomność, a i pozostali poczuli nagle śliski, zimny dotyk szaleństwa. Wrócili tą samą drogą, którą przyszli. W milczeniu, pośród ciemności, kryjąc się przed sługami Molocha.

Powrócili do tawerny, gdzie Hanno zaaplikował zioła lecznicze Oliverowi i Korgothowi. Trzeba przyznać, że dzięki temu obudzili się nieco zdrowsi, choć Hyperborejczyk nie powiedział im, że sen będzie trwał 24 godziny. Z tego powodu nie dotarli na arenę, nie stoczyli ze sobą pojedynku i zostali zdyskwalifikowani a przy tym obwołani przez herolda turnieju tchórzami.

Podziemia-Salomi-Nene

Ps. Przyznaję, na tej sesji była dwie z bardziej paskudnych scen, które zdarzało mi się opisywać w karierze MG.

Reklamy

komentarzy 6

  1. Tempo raportów tak wzrosło, że brak czasu na komentarze 😀

  2. @Jaro
    Z drugiej strony wydarzenia przedstawione w raporcie Tomek opowiedział mi przez telefon już kilka miesięcy temu. Więc fakt – nie ma się kiedy wpisem nacieszyć, bo już zaraz kolejny się pojawia – ale dobrze, bo nadgania z raportami. Jak ma wenę, to niech pisze. 😀

  3. Zastanawiałam się ostatnio czy gdybym wpakowała Merciliusowi bełta w łeb, to czy bym przeżyła, i czy by się to w ostatecznym rozrachunku opłaciło ( o ile bym wcelowała)?
    A w ogóle teksty z sesji się zgubiły? 😀

  4. Jakoś tak się trafiło, że na tej sesji nie notowałem i dupa:(.

    A co do wpakowania. Chętnie, bym Ci powiedział, ale nie wie. Całe to nasze granie bardzo rozwojowe jest. Sam nie wiem, gdzie to podąża. Zresztą pokazaliście to na ostatniej sesji :).

  5. „Przyznaję, na tej sesji była dwie z bardziej paskudnych scen, które zdarzało mi się opisywać w karierze MG.”

    mniam mniam mniam… więcej. więcej! więcej!!! 🙂

  6. Ostatnia sesja była rozwojowa bo Maro dawno nie grał i musiał postawić na swoim ;p

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s