PŚŻnMT 04 Morskie Opowieści: Regeneracja

Występują:

Hum: Adalbert – Żołnierz Okrętowy
Piotrek: Siegfried – Żeglarz
Romek: Yawandir – Wędrowny Czarodziej !!! (awansik był :))

W poprzednich odcinkach:

***

– Nie wróżę wam sukcesów na arenie szpiegowskiej z tymi gołębiami. Spójrzcie prawdzie w oczy. Po prostu mam większego ptaka…

***

– Oh! Żołnierzu, widzę że nie tylko ręce masz silne !

***

– Podejrzewam że wiem co wam dolega, ale żeby mieć pewność muszę nakłuć organ… o cholera, przeszło na wylot…. !

***

01

A teraz ciąg dalszy:

Było piękne lato, choć czasem padało…

Mało kasy się miało… i dużo pływało…

Tak toczyła się nasza morska przygoda,

Oni byli w łódce, a wokół tylko woda…

.

Tak więc nasi podróżnicy korzystali z uroków rejsu podczas drogi powrotnej do portu Luccini. „Syrena” mknęła lekko po przybrzeżnych wodach. Wiatr wyjątkowo sprzyjał, a Siegfried zręcznie to wykorzystywał znacząco skracając czas podróży. Adalbert dziękował bogom za pomyślność wiatrów, zwalniającą załogę z konieczności wiosłowania, Yawandir natomiast wykorzystywał czas wolny na odtworzenie Księgi Wiedzy Tajemnej przehandlowanej w Remas.

Płynącym blisko brzegu marynarzom udało się nawet dokonać zakupu świeżego prowiantu, także mieli wszelkie powody do zadowolenia, gdy o zmroku zatrzymali się w niewielkiej zatoczce na popas. Podróżnicy, najadłszy się do syta, rozdzielili między siebie obowiązki wartowania i udali się na spoczynek.

Noc upływała spokojnie, jednak na warcie Yawandira wydarzyło się coś nieoczekiwanego. Daleko od brzegu, niemal na samym horyzoncie, pojawiła się kawalkada świecących, bliżej nieokreślonych punktów. Korowód światełek powoli sunął w kierunku, z którego nasi bohaterowie właśnie przybyli.

Zaniepokojony czarodziej zbudził towarzyszy by pokazać im osobliwe zjawisko. Niestety elf znacząco przecenił prymitywną ludzką percepcję. Adalbert kompletnie nic nie widział w zalegających ciemnościach, Siegfried w pełnym skupieniu wgapiał się w horyzont, niemal klocka z tego skupienia postawił, ale też nic nie dojrzał.

Marynarze, rozeźleni niepotrzebnym przebudzeniem, wrócili na spoczynek. Padło przy tym kilka inwektyw, których Yawandir na szczęście już nie dosłyszał (coś o nadwrażliwych zmysłach, starych rasach i bodajże częściach rowerowych…). Reszta nocy upłynęła bez dalszych niepokojów.

02

Następny dzień powitał żeglarzy równie udaną pogodą, także dalsza podróż przebiegła równie sprawnie i już po południu nasi podróżnicy dotarli do portu Luccini. Ich oczom ukazał się dość osobliwy widok.

Wylot portu był praktycznie całkowicie zablokowany okrętami w pełnej gotowości bojowej. Zmobilizowane zostały najwyraźniej wszystkie jednostki pływające o jakiejkolwiek przydatności militarnej, łącznie z gigantycznym okrętem flagowym księcia, okrętami floty Admirała, a także elfim Niedościgłym. Nad wszystkim unosiła się atmosfera napięcia i powszechnego niepokoju.

Poszukiwacze, z braku lepszego pomysłu, wywiesili banderę Luccini, ażeby nie oberwać jakimś wystrzelonym w nerwach pociskiem i przybili do okrętu flagowego Admirała celem zdobycia informacji.

Admirała nie zastali. Kapitan jednak udzielił im szybkiego wprowadzenia. Przez przybrzeżne wody przepłynęła kawalkada orczych okrętów – to była przyczyna powszechnego niepokoju. Flota wroga w sile najprawdopodobniej dwudziestukilku statków kierowała się w stronę Remas. Tu Yawandir nie mógł sobie odpuścić spojrzenia satysfakcji w stronę towarzyszy-niedowiarków, znaczącego skruszenia jednak się z ich strony nie doczekał.

Tak czy owak, Admirał wraz z Mistrzem Turielem i innymi dostojnikami przebywali właśnie na naradzie wojennej w pałacu księcia, także tam ruszyli nasi bohaterowie.

Sytuacja na brzegu wyglądała jeszcze gorzej niż w porcie. Atmosfera strachu i paniki była tu dużo silniejsza, przerażeni mieszkańcy biegali z miejsca na miejsce tworząc morze ludzkich ciał, przez które naszym towarzyszom przyszło mozolnie się przedzierać.

03

Drużyna w pocie czoła przeciskała się przez ludzką ciżbę, ostrożniej niż zwykle pilnując swojego dobytku. Yawandir rozświetlił magicznie swój kostur, ażeby wymusić zachowanie niejakiego odstępu na bogobojnej tłuszczy. Bogobojnej tłuszczy było niezmiernie wszystko jedno. Nikt się nie odsunął, toteż ekipa dalej mozolnie przedzierała się do bramy zamku.

Dokument z sygnaturą Kanclerza bezproblemowo zapewnił drużynie wejściówkę na naradę. Książe wraz z Kanclerzem, Admirałem i Mistrzem Turielem odeszli w bardziej ustronne miejsce by wysłuchać sprawozdania naszych towarzyszy.

Doniesienia na temat obecności Mathrilla w Bretońskiej osadzie Schatau de Prievot uznali za na tyle interesujące by skierować naszych podróżników w dalszą drogę. Z przyczyn oczywistych nie przydzielono żeglarzom żadnej bojowej jednostki pływającej. Poszukiwacze zresztą wcale na to nie nalegali – woleli pozostać niezauważeni. Jednakowoż optowali za jakowąś eskortą, która byłaby jednocześnie napędem dla ich łodzi.

Po krótkich negocjacjach Książe przydzielił wojakom niewielkiego sloopa i obstawę dziesięciu ludzi. Admirał również wyraził zgodę. Yawandir szukał kontaktu wzrokowego z Mistrzem celem uzyskania jego aprobaty. Wzroku zapatrzonego w mapę Turiela co prawda nie ściągnął, jednak usłyszał wewnątrz własnych myśli magiczny przekaz mentalny od Mistrza jednoznacznie stwierdzający, że najważniejsze w tej chwili jest odnalezienie Mathrilla (oraz, jak wiadomo, odzyskanie kontroli nad służbami specjalnymi – ale tego Mistrz już nie dodał :))

Nikt z drużyny nie chciał tego pokazać, ale wszystkim wyjątkowo się śpieszyło ażeby opuścić niespecjalnie bezpieczne w tym momencie miasto, toteż ustalono że wypłyną następnego dnia o świcie.

Poszukiwacze zaopatrzyli się jeszcze w książęcej zbrojowni w niezbędną broń strzelecką. Yawandir wrócił na Niedościgłego zabrać magicznego sokoła. Żeglarze natomiast odkryli niewielką lukę w ich planie wysyłania szpiegowskich gołębi pocztowych. Tym drobnym szczegółem był fakt, iż obaj byli niepiśmienni. Nie wiedzieć czemu z usług wykształconego w tej materii Yawandira nie chcieli skorzystać 🙂 Problem na szczęście sprawnie rozwiązał Admirał przydzielając im kulawego, zabiedzonego skrybę. Siegfried uradowany tym zrządzeniem losu szybko przekazał w ręce pismaka gołębie wraz z całym bogactwem inwentarza.

Bladym świtem eskadra zebrała się w porcie i zapoznała resztę załogi. Dziesięciu zbrojnych prezentowało się zaskakująco dobrze – rycerze to to nie byli, ale na wymoczków też nie wyglądali, broń również mieli zadbaną.

04

Zdecydowanie ciekawie prezentowało się natomiast ich doświadczenie bojowe. Na pytanie czy potrafią przypierdolić jeden odparł, że tydzień temu nieźle przypierdolił po pijaku w ścianę. Co bardziej lotni załapali że chodzi o przypierdolenie komuś, a nie w coś, więc zaczęli przekrzykiwać się swoimi dokonaniami: ten przypierdolił żonie, tamten teściowej a jeden nawet komuś w knajpie – niestety nie pamiętał co było dalej bo oberwał w gębę i stracił przytomność, wraz z większością uzębienia.

Wiosłować dla odmiany umieli wybitnie, co budziło przynajmniej nadzieję na uniknięcie wszelakich potyczek poprzez taktyczne wycofanie się z odpowiednią szybkością.

Załoga wyruszyła szybko tracąc z oczu postawiony w stan gotowości port. Pozostawiona w tyle atmosfera napięcia opuściła żeglarzy i wszyscy zaczęli odzyskiwać rezon. Wioślarze zadowoleni z możliwości wyrwania się z Luccini umilili poszukiwaczom czas śpiewając przebój.

Pod koniec dnia jednak zaczęły padać pytania na temat celu podróży. Pomimo sprytnych lawiracji Adalberta tłumaczących, że technicznie to zmierzamy do Bretoni, szybko  wyszło na jaw, że celem wyprawy są w zasadzie Złe Ziemie.

Morale natychmiast spadło. Usłyszeć można było stłumione komentarze na temat samobójczych misji, księcia i chyba znowu coś o częściach rowerowych. Bunt co prawda się nie podniósł ale ewidentnie nie było do niego daleko, a wioślarze umili poszukiwaczom dalszą podróż nie śpiewając już przeboju.

Tym oto sposobem eskadra patałachów dotarła do niewielkiego skrawka Bretoni. Oczom podróżnych ukazała się zabiedzona osada z dość solidnie prezentującym się zamkiem.

Już na pierwszy rzut oka widać było, że lokalni nie pogardziliby wsparciem. Piekąca się na rożnie konina świadczyła, że z zapasami też nie było najlepiej.

Nasi bohaterowie bez większych ceregieli dostali się przed oblicze Barona. Jako wysłannicy Luccini oferujący ewentualne wsparcie wpływowego portu zostali wprowadzeni w lokalną sytuację.

Aktywność orków na złych ziemiach znacząco wzrosła, gdy rządy nad nimi objął Gargloom Żelazny Ząb – wyjątkowo wielki i paskudny ork, któremu, według podań, towarzyszy jakiś człowiek. Orki na zamek co prawda jeszcze nie napadły ale spustoszyły okoliczne osady i wioski, pozostawiając twierdzę bez możliwości zaopatrzenia. W dodatku budują potężną flotę (której czwartą część widziano u wybrzeży Tilei) i aktywnie patrolują lokalne wody, co uniemożliwia pozyskanie zasobów drogą morską.

05

Drużyna zaoferowała jak najszybsze przekazanie prośby o pomoc, jednak przed wyruszeniem chciała jeszcze zasięgnąć informacji na temat wyprawy Mathrilla. Gdy tylko Yawandir wspomniał elfiego księcia, na sali zapanowało poruszenie.

Okazało się że Mathrill darzony był tu wielką czcią jako dobroczyńca i właściwie założyciel osady. Yawandira natomiast, prawdopodobnie z uwagi na przynależność rasową, wzięto za syna Mathrilla, co do którego odnosiło się proroctwo pozostawione tutaj przez elfiego księcia.

Drużyna została sprowadzona do katakumb gdzie pod ścisłym dozorem przechowywana była wiadomość dla książęcego syna pozostawiona przez samego Mathrilla. Yawandir magicznie rozświetlił ciemności, czym dodatkowo utwierdził Bretończyków w przekonaniu o powiązaniu z wielkim czarodziejem Mathrillem, po czym w najwyższą ostrożnością otworzył wieko rozpadającej się ze starości szkatuły i przestudiował wiadomość, której większa część uległa zniszczeniu przy próbie rozwinięcia pergaminu.

Yawandir poinstruował towarzyszy, że z zachowanego fragmentu wynika iż Mathrill znalazł obiecujący trop i wyruszył na południe do regionu Khemri. Wspomniał o podziemiach na Wyspie Piramidy… i tu w zasadzie wiadomość się urywała.

Towarzysze elfa, nieufni w pełnie jego sprawozdania, zaproponowali ażeby ich przyboczny skryba sporządził kopię dokumentu. Yawandir chętnie przystał na propozycję, jednakże pismo przy próbie przekazania rozsypało się w proch. Doprawdy niefortunny zbieg okoliczności 🙂

Drużynie pozostało już tylko wrócić do Luccini po dalsze wytyczne, jednakże Bretończycy mieli jeszcze jedną prośbę. Mianowicie mieli nadzieję wykorzystać pomoc naszych bohaterów, a w zasadzie ich łodzi, do wykonania zaskakującego rajdu na stacjonujący przy ujściu rzeki garnizon orków.

06

Towarzysze nie mieli nic przeciwko rajdom na orki, o ile nie musieli brać w nich udziału. Zastrzegli, że ich załoga nadaje się co najwyżej do wiosłowania i wartości bojowej zasadniczo nie przedstawia, a co gorsza w kluczowym momencie może dać dyla z miejsca zdarzenia.

Bretończykom jednakże nie robiło to różnicy, bo w zasadzie potrzebowali jedynie środka transportu, a nie wsparcia militarnego. Na dowód zaproponowali, że wezmą własnych wioślarzy co umożliwi pozostawienie tileańskich orłów w zamku i odebranie ich w stanie nie uszkodzonym po akcji.

Jako, że domniemanemu synowi założyciela osady nie wypadało odmówić tak prozaicznej prośbie, drużyna przystała na oferowane warunki i w radosnej atmosferze wzajemnej nieufności ruszyła opracować plan przeżycia kolejnego dnia.

07

Nota od autora:

Dla tych, którzy zastanawiają się nad genezą tytułu dzisiejszego odcinka śpieszę z wyjaśnieniem. Osławieni amerykańscy naukowcy udowodnili, że w celu poprawy sprzedaży kolejnych, coraz słabszych odcinków kiepskiej epopei/filmu/książki należy na końcu tytułu dodać kretyński rzeczownik zupełnie niezwiązany z fabułą, możliwie odczasownikowy i koniecznie, ale to absolutnie bezwzględnie zaczynający się na „R”, np. Reaktywacja, Retrybucja, Rewelacja, Rewolucja itp. Z pomysłów, które przyszły mi do głowy najbardziej podobał mi się rzeczownik „Redystrybucja” ale postanowiłem zachować go dla Karola na wypadek kontynuacji raportu z Kryształów Czasu. Mam nadzieję że doceni 🙂

Pzdr, Romek

Reklamy

komentarzy 5

  1. W zasadzie jedyną wadą tego bloga jest mała liczba czytelników. A szkoda, bo raport zdecydowanie zasługuje na wypłynięcie na szersze wody.

  2. Ciężko porównać, bo nie wiem, ilu czytelników mają inne blogi. Pamiętaj też, że ilość komentarzy nie świadczy o ilości czytelników. Najwięcej komentarzy zawsze rodzą kontrowersyjne tematy, zwłaszcza flejmy. Jeżeli wpis jest fajny, ale nie budzi negatywnych emocji, to najczęściej kończy się na barku komciów. Jedną i drugą sytuację spotkasz w Lisiej Norze. 🙂

  3. Tutaj na flejma raczej nie ma co liczyć, ani w komentarzach ani w samych wpisach. Szkoda że nie ma przy każdej notce indywidualnego licznika jej wyświetleń. Można by wtedy badać efekty ewentualnej akcji promocyjnej.
    Do póki sprawa dotyczy opowiastek ze świata WFRP 2 ed., to można przymknąć oko na ograniczoną liczbę czytelników. Ale gdzieś w pobliżu krąży ewangelia Earendila, którą musi przeczytać KAŻDY w trosce o zbawienie swoje i lepszą przyszłość ludzkości 😉

  4. […] Musiałem się też śpieszyć, bo sesja była rozgrywana na sam koniec trzydniowego wyjazdu i miałem jakieś 3-4 godziny na rozegranie sesji zanim gracze uciekną, a graliśmy praktycznie na spakowanych walizkach. A tytuł wpisu jest nawiązuje do badań amerykańskich naukowców, przytoczonych przez Romka w tym poście. […]

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s