Kroniki Vaasy – rozdział pierwszy

Kiedy prowadzę, czasem robię „przygodę drogi” ze skakaniem po połowie mapy, odwiedzaniem przeróżnych, niezwiązanych z sobą lokacji. Częściej jednak biorę po lupę jakiś konkretny obszar mapy i – trochę sandboksowo – planuję go sobie dość szczegółowo: bohaterów niezależnych, znane i mniej znane miejsca i potencjalne wyzwania dla graczy z nimi związane. Wychodzi najczęściej żywa sieć zależności, która się zmienia na kolejnych sesjach, bo tak jak świat gry ma wpływ na postacie graczy, tak i czyny drużyny zmieniają świat.

Dungeons and Dragons 822

Prowadząc pierwszy raz w Fearunie bałem się też mojej niewiedzy na temat świata, o którym napisano przecież wiele tomów książek i dodatków. Skupienie się na początek na jego fragmencie, oddalonym od przygód opisywanych w kolejnych tomach, wydawało mi się bezpieczniejsze, niż wrzucanie graczy w lokacje doskonale znane im z Wrót Baldura czy książek. Bo w naszej ekipie o Forgotenrilmsach wiedziałem najmniej, znacznie mniej niż moi gracze.

No więc wydzieliłem kawałek mapy pod granie: daleka północ, pobliże wielkiego lodowca, kraina zwana Vaasa, spustoszona ciężką wojną w której udało się pokonać złego czarnoksiężnika. Kraina podnosząca się z gruzów wojny, pełna grasujących band, opuszczonych lokacji, będąca areną walki o wpływy sił wewnętrznych oraz państw i plemion ościennych. I żeby się upewnić, że w tych trybach machiny władzy na pewno się znajdą bohaterowie, postanowiłem ich od razu ulokować na dworze, jednego z nich robiąc następcą tronu. 

KORIN VERLING (Marcin) człowiek, wojownik, STR 14, DEX 14, CON 12, INT 12, WIS 11, CHA 12, książę. To właśnie następca tronu, który miał nadać ton kampanii i związać przygody z historią i polityką Vaasy. Pozostałe postacie w drużynie od razu na początku grania stanowiły jego mini świtę: ojciec uważał, że następca tronu będzie potrzebował po dojściu do władzy przyjaciół, z którymi nie jeden miecz za młodu na treningach wyszczerbił.

YEREF IVKISH (Marcin) krasnolud, barbarzyńca, STR 14, DEX 12, CON 16, INT 14, WIS 9, CHA 8. Twardy gość, z czerwonymi włosami z białym pasmem i ogoloną brodą – ale nie zwierza się z tego. Można na niego liczyć, zwłaszcza w bitce. Solidny filar w drużynie książęcej.

NYM DUSKRYN (Rafał) elf (drow), złodziej, STR 14, DEX 19, CON 10, INT 17, WIS 10, CHA 11. Drow, który ma na powierzchni pewną misję do wypełnienia. Chwilowo w drużynie księcia Korina. Generalnie, podczas czytania raportu, nawet mało uważny czytelnik zauważy, że postacią Nyma Salvadore inspirował się tworząc Drizza. 

ALBERT KAEDE (Szczur; przyznaję się, nie pamiętam jak Szczur ma na imię, wszyscy mówią po prostu „Szczur“) człowiek, mag, STR 11, DEX 11, CON 12, INT 14, WIS 11, CHA 17. Szalona postać. Masa pomysłów, wśród których duży procent nosi znamiona szaleństwa.

Najważniejsi beenowie to Angemon, ojciec Korina a także Digeza, macocha księcia (niezła lalka, która mogłaby być jego siostrą) mająca z władcą własne dzieci, przybysze z Damary zyskujący wpływy, koczownicy ze wschodu, miejscowy lud wraz z silnymi antagonizmami ludzko-orczymi i inni więksi i mniejsi gracze. Taka Gra o tron, tylko jeszcze przed Martinem. Wolę to od razu wyjaśnić, bo z raportami pisanymi z zacięciem literackim jest tak, że sa ładne, ale nie aż tak czytelne dla ludzi, którzy nie byli świadkami wydarzeń (graczami). Podobnie zrobiłem przy raporcie-ewangelii w KC, gdzie dodałem własny opis wydarzeń dla rozjaśnienia; raporty tutaj i tutaj.

Dungeons and Dragons 226

Pamięci Alberta…

Dobry był z niego herbatnik…

Rozdział I

…w którym Czytelnik dowiaduje się co nieco nie tylko o naszych bohaterach lecz także o sukcesji tronu w Vaasie.

Żaby! Jak ja nie cierpię tych płazów! Zimne, wilgotne, zielone i kumkające… Brrr… Okropność! Dlaczego tej wrednej francy przyszło na myśl zamienić mnie właśnie w żabę? Nie mogła wyczarować przemiłego, puchatego króliczka, albo malutkiej, słodziutkiej myszki? W ostateczności szczura –przecież to też sympatyczne zwierzątko. I do tego jakie pożyteczne. Nie! Stara prukwa musiała zamienić mnie właśnie w żabę. A wszystko to przez Alberta. Któż by pomyślał, że ten gówniarz o głosie zarozumiałego starca, wzroku maga – neofity i wyglądzie ilithida potrafi tak zwinnie uskakiwać. Niczym łasiczka. I kto do cholery wymyślił, aby drzwi otwierały się w prawą stronę. Akurat tam, gdzie zamierzałem uskoczyć! No i stało się. Żaba… pieprzona, zielona, kumkająca żaba. Po jaką chorobę wybrałem się z tym, pożal się boże, potencjalnym następcą tronu na to chędożone polowanie? Karibu mu się zachciało! I po jakie licho zostałem w tej zapadłej dziurze dumnie zwanej stolicą Vaasy? Przecież Darmshall z trudem może uchodzić za normalne miasto. No, może nie pod względem liczby ludności, bowiem nie co dzień spotyka się na Północy pięciotysięczne zbiorowiska ludzi, orków i krasnoludów wszelkiej możliwej proweniencji. Chodzi raczej o zabudowę. Kilkaset drewnianych kurników, ustawionych według chorej wizji jakiegoś zapijaczonego architekta, to chyba zbyt mało, aby mówić o tym miasteczku „stolica”. Niewtajemniczonych oświecę, że ozdobą „stolicy” jest „dwór królewski” –  drewniany budynek otoczony palisadą, wznoszący się na pagórku pośrodku miasta, z którego to czujnym okiem gospodarza patrzy na swoich poddanych król Angemon. Powiedziałem „patrzy”? Hmmm… Cóż za przejęzyczenie…

Dungeons and Dragons 251

Przecież każdy z tłumnie odwiedzających Darmshall podróżnych słyszał, że król właśnie pomarł. Niestety, mało który z nich wie, że za śmiercią króla stoi prawdopodobnie jego prześliczna małżonka, a prawowity następca tronu siedzi obok mnie i grzeje się przy ognisku po środku tundry. A wszystko zaczynało się tak niewinnie. Szlag by to trafił! Po jaką chorobę zgodziłem się szukać tego złodzieja? Przecież mogłem przypuszczać, że nie zagrzeje on ani chwili w Podmroku, a tym bardziej w Sshamath. Stutysięczne Sshamath… Piękne, tętniące życiem Ssamath… Perła Podmroku… Iluż znamienitych architektów poświęciło swe żywoty, aby stworzyć to cudowne miasto. Miasto pełne monumentalnych wież, strzelistych pałaców, bezcennych dzieł sztuki i śmiertelnie skomplikowanych intryg. Tutaj za szczyt sprytu uchodzi pozbycie się wroga przy pomocy nasączonego trucizną medalionu. Cóż za skomplikowana intryga! Jej pomysłodawca nie przeżyłby ani klepsydry wśród pozbawionych inteligencji duergarów! Pułapka w pułapce wewnątrz pułapki – oto szkielet prawdziwej intrygi, a nie piwne oczy i śliczny cycek! Oczy mogą być sposobem, drogą do osiągnięcia celu – podobnie jak biust – lecz bezmyślnym jest ten, kto bezgranicznie ufa w powodzenie swego jedynego planu. I w urok cycków… Swoją drogą, ciekaw jestem jak wyglądałaby śliczna buźka królowej Digezy w jednym z zamtuzów Ssamath. Tak piękna osóbka nie powinna marnować swojego potencjału na prymitywne dworskie intrygi.

            I pomyśleć, że mogłem spokojnie mieszkać pośród ciemnych uliczek Ssamath, a nie uganiać się po jakimś zapomnianym przez bogów kraiku. Długo jeszcze będę przeklinał dzień, w którym zostałem zaszczycony rozmową z Szacownym Mistrzem Calimarem Arkhenneldem. Mistrz mimo swoich trzynastu wieków trzyma się niezwykle dobrze. Jak na licza, oczywiście. Pewnie miałby się jeszcze lepiej, gdyby nie – jak to określił Szacowny Calimar –  „pewien drobny złodziejaszek”, który śmiał cichcem wedrzeć się do jego wieży i wynieść stamtąd „pewien magiczny kamień”. Zastanawiające jest, jak „drobny” był ten złodziejaszek, skoro udało mu się pokonać te wszystkie straże, pułapki i magiczne zabezpieczenia oraz zwinąć najcenniejszy eksponat z kolekcji – przedmiot westchnień wielu magów. Można się tylko domyślać, w jaką wściekłość wpadł Szacowny Calimar. Jej efekty widać było już następnego dnia rano. Okna wieży zapełnione były sługami maga, zawieszonymi na solidnych linach. Dało się zauważyć, że nadworni oprawcy Mistrza w pocie czoła i niesłychanie skwapliwie wykonywali karę wymyśloną przez swojego chlebodawcę. Każdy z nieszczęśników pozbawiony był nie tylko oczu, lecz także skóry, a sądząc po odgłosach dochodzących nocą z wieży, pokuta wykonywana była bez znieczulenia i w wyjątkowo finezyjny sposób. Trzeba przyznać Szacownemu Calimarowi, że w sztuce tortur nikt mu nie mógł dorównać. Podobnie jak w sztuce negocjacji…

Dungeons and Dragons 214

            Widok obdartych ze skóry trupów poparty zapewnieniami, że podobna rzecz może przytrafić się nie tylko sługom Mistrza, ale także i tym, którzy go zawiodą, był wystarczająco przekonywujący, abym dwa tygodnie później znalazł się na statku płynącym na południowo-wschodnie wybrzeże Morza Upadłych Gwiazd. Sięgający horyzontu błękit, niebo pozbawione najmniejszej chmurki i wiatr dmący w seledynowe żagle. Do końca życia będę pamiętał ten widok. Żadne, nawet najpiękniejsze jaskinie nie są w stanie konkurować z urokiem morza. Cieszę się, że dane mi było ujrzeć coś tak oszałamiająco pięknego. Chociaż, z perspektywy czasu dochodzę do wniosku, że pewnie jeszcze nie raz dane mi będzie to zobaczyć. Mija już piąty rok odkąd wyszedłem z Podmroku, a efekty moich poszukiwań są, delikatnie mówiąc, mizerne. Co to jest pięć lat dla tysiącletniego licza – zapytacie. Niby niewiele. Ale gdy skradziono Wam kamień, który w magiczny sposób powstrzymuje proces starzenia, a macie na karku ponad tysiąc trzysta lat, to sytuacja zaczyna być mało zabawna. Dla mnie te pięć lat kojarzy się z dziesiątkami portów, niezliczoną ilością tawern, tysiącami przepytanych ludzi i jedną konkretną informacją, że Attilla Vey udał się prawdopodobnie do Waterdeep. Ale Waterdeep jest daleko, a ja tkwię gdzieś na pustkowiach Vaasy i patrzę jak niedoszły następca tronu pożera nasze ostatnie zapasy.

Dungeons and Dragons 316

            Pamiętam dzień w którym go poznałem. Pierworodny syn króla Angemona, doskonale pasujący do stereotypu następcy tronu: „mężczyzna w wieku dwudziestu kilku lat, wyglądający na równe dwadzieścia, a zachowujący się jakby miał niecałe pięć”. Jednym słowem, wykształcony lecz rozbestwiony gówniarz, który myśli, że niejedno już w życiu przeszedł. Od tego dnia minął już prawie rok. Rok, który odcisnął się silnym piętnem na jego osobowości. Przykro jest patrzeć na kogoś, kto w przeciągu kilku tygodni utracił dzieciństwo, ojca i został wrzucony w wir wielkiej polityki. Jeżeli w przypadku Vaasy można mówić o czymkolwiek wielkim. Poza wielkim zadupiem, oczywiście. Jedyne, co mu pozostało, to garstka przyjaciół i świadomość, że poza nimi nie ma tak naprawdę nikogo, komu mógłby zaufać. Nie wiem czy na jego miejscu byłbym w stanie zaufać komukolwiek, a w szczególności tej różnobarwnej zbieraninie. Czy byłbym w stanie zaufać szalonemu, początkującemu magowi, któremu nigdy nie wiadomo co strzeli do głowy? Oczywiście, Albert Kaede zna parę przydatnych zaklęć, ale rzuca je w niewłaściwych momentach równie często jak miewa szalone, a często wręcz kretyńskie, pomysły. Jedno czego nie można mu odmówić, to gadane. Myślę, że nasz „nadworny” (w końcu od paru tygodni przebywamy „na dworze”) mag zamiast gotować wywary z żab powinien pójść w adwokaty. Nie raz udało mu się uratować nasze tyłki „słodkim pierdzeniem”. Siedzący obok krasnolud też nie wzbudziłby mojego zaufania. Bezbrody, pozbawiony elementarnego poczucia humoru chłystek, który nad siłę rozumu przedkłada siłę topora. W dodatku włazidup, bez przerwy smarujący pod Korinem wazeliną. I ten czerwono – biały, mokry od wspomnianej wazeliny, opadający na jego plecy warkocz… Nie, on też nie wzbudzi niczyjego zaufania. Podobnie jak zwinięty w kłębek drow. Drowom nie ufa się z natury, a w szczególności tym, które były kiedyś żabami, a teraz udają że śpią, łypiąc spod półprzymkniętych oczu na lewo i prawo. Nigdy nie wiadomo, czy w najmniej spodziewanym momencie nie wbije Ci sztyletu w plecy, lub nie przetnie liny po której właśnie się wspinasz. Dobry drow to drow w potrawce – mawiają krasnoludy i chyba mają rację. Z takimi towarzyszami z pewnością nie zdobędzie się zaufania wasali i nie zjednoczy się kraju pod jedynie słusznym berłem. Swoim. Jednakże to właśnie ta banda gotowa była pójść za księciem i ratować jego dupsko od klątwy, którą z rodzicielską miłością obłożyła swojego pasierba Królowa Matka. Ta sunia z uroczym uśmiechem, falując prześlicznym biustem nie tylko wmówiła Korinowi, że jest jego szczerą przyjaciółką, lecz także obdarowała pewien ochronny amulet. Amulet, dzięki któremu mag rzygał przez 5 dni, książę przez 2, krasnolud o mało co nie został rozdeptany przez giganta, a drow poczuł na własnej skórze, co to znaczy być zamienionym w płaza. Nota bene gorszy od bycia płazem był pocałunek dziewicy, ale o tym sza…

            Wspomniany amulet miał zapewnić księciu ochronę podczas polowania. W końcu nigdy nie wiadomo, co może się przydarzyć, gdy rozwścieczone karibu, nafaszerowane strzałami tak, że przypomina bardziej jeżozwierza, zacznie szarżować wprost na następcę tronu. Podarunek był tym bardziej cenny, że królewski mag – jasnowidz, pogrążony od dłuższego czasu w alkoholowym upojeniu, nie był w stanie przewidzieć nic poza chorymi, pijackimi wizjami, które nijak się kupy nie trzymały. Trzeba przyznać, że swoje zadanie wisior wypełnił znakomicie. Podczas drogi do wioski, która miała być naszym punktem wypadowym, nic nie odważyło się nas napaść. Co bardziej złośliwi twierdzą, że nie była to zasługa magicznych właściwości amuletu, lecz trucizny w nim zawartej. Jak związek ma trucizna z bezpieczeństwem? Wbrew pozorom oczywisty. Nasz kochany Albert, liznąwszy nieco nauk w wielkim świecie, wyznaje zasadę, że nic tak dobrze nie pozwala wyczuć magii jak analiza organoleptyczna. Spróbowawszy więc, jak smakuje ów amulet, rzygał przez 5 dni, a smród był taki, że nie tylko wszystkie karibu pouciekały, ale nawet, na odległość strzału z kuszy, nie było widać wyleniałego królika. Oczywiście nikt nie powiązał dolegliwości żołądkowych magusa ze swoistymi właściwościami amuletu. W końcu przed samym wyjazdem odbyła się pożegnalna uczta, a kto jak kto, ale Albert wypić lubi. Oj, lubi…

Dungeons and Dragons 386

Podróż, urozmaicona wyziewami maga, minęła jak z bicza strzelił, choć książę zaczął przebąkiwać coś o „gospodarskich powinnościach”, „tuczeniu konia” i „pańskim oku”. Wszystkich zaskoczyła ta nagła zmiana postępowania następcy tronu, który znany był z tego, że ponad politykę i gospodarkę przedkładał okoliczne zamtuzy i królewską piwniczkę. Jej powodów upatrywaliśmy się w napotkanej po drodze damarskiej  karawanie, wiozącej zaopatrzenie do nowo otwartej kopalni krwawnika. Znając życie, księcia najbardziej interesowała możliwość ściągnięcia z kopalni dodatkowych pieniędzy, a „gadki o popieraniu rodzimej gospodarki i przemysłu wydobywczego” można między bajki włożyć. Lecz jak wiadomo książęca wola świętą jest, więc radzi – nie radzi pojechaliśmy wraz z karawaną do kopalni. Ugoszczono nas tam przednio, ponarzekano o lokalnych kłopotach z orkami (Książę zobowiązał się rozwiązać ten problem w sposób dyplomatyczny.) i przedstawiono kontrakt, na mocy którego kopalnię wydzierżawiło Królestwo Damary za przysłowiowe „bóg zapłać”. Umowa ta nie spodobała się księciu, lecz jako człowiek honoru postanowił wypełnić dane Damarczykom słowo i dyplomatycznie rozwiązać problem orków.

Dyplomacja rozpoczęła się od furkotu strzał, krasnoludzkiej szarży na kucu bojowym i trzech orczych trupów, a zakończyła popisową przemową książęcą przed palisadą wioski. W tyradzie dzielnie pomagał księciu mag Albert. Niestety, wobec siły orczych argumentów nasi dyplomaci byli już bezradni i jedynie szybka decyzja o odwrocie poza linię ostrzału pozwoliła uniknąć strat wśród początkujących polityków. Niezrażony chwilowym niepowodzeniem książę zdecydował się kontynuować podróż do wspomnianej wioski, aby tam z lubością oddać się polowaniu.

W wiosce zostaliśmy przyjęci iście po królewsku. Powitanie, w połączeniu z widokiem pilnującego bramy giganta, zapadło w książęcą pamięć tak bardzo, że nawet nie śnił o polowaniu (Widok ten, jak się później okazało, miał się śnić Korinowi po nocach.). Dowiedziawszy się, że w pobliżu mieszka wiedźma mogąca pomóc w cierpieniach Albertowi, książę, w trosce o zdrowie swego przyjaciela, nakazał nam niezwłocznie wyruszyć na bagna i odszukać wiedźmie siedliszcze. Nie myślcie, że w czasie, gdy my braliśmy lecznicze kąpiele w borowinie, książę figlował z wioskowymi dziewicami. Co to, to nie. Po pierwsze książę bohatersko dołączył do nas. Po drugie, jak się później okazało, w wiosce nie było dziewic.

Wyprawę na bagna i rozmowę z wiedźmą można wręcz streścić w kilku słowach. Podróż minęła w miarę spokojnie, jeśli nie liczyć rewolucji w książęcym żołądku. Owe rewolucje zainteresowały sporą pijawkę, która odurzona fetorem wydobywającym się z trzewi następcy tronu, zgłupiała doszczętnie i o mało co nie odgryzłaby mi nogi. Na szczęście Yeref wykazał się godnym łasicy refleksem oraz siłą, której nie powstydziłby się nawet gigant. Po trupie pijawicy dotarliśmy do wiedźmy, która okazała się przemiłą staruszką. Powitanie było niezwykle wylewne i nawet tak drobny zgrzyt, jak zamiana drowa w ropuchę nie mógł zepsuć uroczej atmosfery. Stara jędza zapluła się bredząc o jakiejś klątwie rzuconej na księcia, o dziesięciu dniach i śmierci w straszliwych męczarniach. Wiedźmie omamy pozytywnie wpłynęły na nasze samopoczucie oraz szybkość podejmowania decyzji. Po krótkiej rozmowie, starucha zobowiązała się, za drobną przysługą, odczynić zaklęcie wiszące nad Korinem, lecz zastrzegła, że do rytuału odczynania pomocnym okazałby się jakiś nieszczęśnik, który przyjąłby klątwę na siebie. Natomiast jeśli chodzi o żabę, to aby zamienić ją w elfa niezbędna jest dziewica, która swym pocałunkiem odczyni czar.

Dungeons and Dragons 277

Bogatsi o tą wiedzę wyruszyliśmy z powrotem do wioski. Podróż w magowskim kapturze okazała się nad wyraz przyjemna i nawet topór, którym powitał nas wściekły gigant, nie mógł zepsuć żabie wspaniałego humoru. Po raz kolejny Yeref udowodnił nam, że opowieści o niezręcznych krasnoludach można między bajki włożyć. Dzięki sprawnej pracy nóg oraz niesamowitej zwinności kończyn górnych Ivkish wręcz rozpłatał giganta na dwoje. Chrzęst pękających kości zlał się w jedno z wrzaskami rannego księcia. Na szczęście następca tronu nie został śmiertelne ranny, czego nie można było powiedzieć o gigancie. Walka trwała tak krótko, że nie zdążyłem wyskoczyć z magowskiego kaptura, aby, wcielając w życie plan Yerefa, bohatersko rzucić się gigantowi pod nogi. Taktyka krasnoluda opierała się głównie na sprowadzeniu przeciwnika do parteru, czemu miała służyć pewna żaba, na której to gigant niechybnie by się poślizgnął i przewrócił. Założenie było słuszne, niestety krasnolud nie przewidział sytuacji, w której płaz nie będzie chciał samodzielnie wyleźć z kaptura i dokonać swojego żywota pod nogami poczwary. Na wyciągnięcie siłą żaby z kaptura za nóżkę jakoś nie starczyło czasu.

Dungeons and Dragons 291

Nim żołnierze ze stacjonującej w wiosce straży królewskiej zdążyli ochłonąć, Albert rozpoczął przygotowania do czaru zwanego „przemiana płaza w ssaka przy użyciu dziewicy”. Jak zwykle w takich momentach okazało się, że dziewice są równie mityczne jak trzygłowe smoki – mówi się o nich dużo, ale jakoś nikt ich na oczy nie widział. Teoria, jakoby defloracja następowała tuż po porodzie, została obalona przez wioskową brzydulę, która z zapałem wzięła się do całowania żaby. Muszę przyznać, że było to traumatyczne przeżycie. Dla żaby, oczywiście.

Po odczynieniu uroku rzuciliśmy się w wir pracy wywiadowczej. Z zebranych informacji wynikało, że gigant musiał zostać zauroczony przez przebywającego ostatnio w wiosce człowieka, który w dziwnym pośpiechu udał się na zachód. Z opisu wynikało, że ów zaklinacz ma gębę suto ozdobioną tatuażami, więc nie trudno będzie go rozpoznać. Chcąc, nie chcąc udaliśmy się w poszukiwanie tego podejrzanego osobnika. Ślady koni, niezwykłe umiejętności Osta – naszego przewodnika – oraz zapach pieczonej dziczyzny doprowadziły nas do zrujnowanej osady, gdzie, jak się chwilę później okazało, popasał „nasz” zaklinacz. Niestety, nie popasał on sam. Na szczęście krasnolud z drowem potrafili znaleźć odpowiednie wyjście z zaistniałej sytuacji, co pozwoliło na zredukowanie strat w naszych szeregach do minimum. Gdy opadły tumany kurzu i ucichły jęki dożynanych, oczom Ivkisha ukazał się wstrząsający widok. Obok konającego zaklinacza stała, słaniająca się na nogach ex-żaba z sejmitarem w łapce, a za rogiem, pośród orkowych trupów dało się zauważyć Alberta oraz Korina. Stan następcy tronu był na tyle poważny, że pod znakiem zapytania stała nasza wyprawa na wiedźmie bagniska. Z resztą Albert nie wyglądał lepiej. Bogom dzięki, że mieliśmy jeszcze w zanadrzu nieco ożywiającej ciało i umysł substancji. Pozwoliło to nam kontynuować podróż, chociaż do dziś zastanawiam się, co by było, gdybym, powiedzmy, stłukł flaszkę z tym magicznym „połszynem”… Oczywiście przez przypadek.

Koniec końców dotarliśmy do wiedźmy. Starucha odczyniła klątwę używając do tego sobie tylko znanych ingrediencji oraz wytatuowanego magusa. Odczynianie zajęło jej całą noc, ale było nad wyraz skuteczne. Książę rozpływał się w pochwalnych peanach, magus we własnych wymiocinach, a Albert podziwiał wiedźmią biegłość w magii. Niestety, wspaniały humor księcia został popsuty wieścią o śmierci ojca. Zastanawiam się, co bardziej przybiło Korina. Czy wieść o śmierci króla, czy też wieść o tym, że następcą tronu został jego przyrodni brat – Trigan. W każdym bądź razie książę rozkazał stacjonującym w wiosce żołnierzom aby rozpowszechniali wieści o jego tragicznej śmierci na polowaniu, a sam, z sobie tylko znanych powodów, udał się na zachód. Książęcy przyjaciele, chcąc – nie chcąc, podreptali za nim… W ślad za znikającą za horyzontem czwórką jednorożców.

Dungeons and Dragons 390

 

Advertisements

komentarzy 8

  1. Zawsze jak czytam sobie ten raport włączam (włanczam) 2Steps From Hell.
    Mash nie dodał że Marci, czyli ja, opierał sie rekami i nogami przed graniem z góry ustalona postacią i jak juz zaczął nią grac to uczynił z Korina ksiecia – idiote. mash troche sie obraził i obciał mi 1000 xpków z pierwsza sesję 🙂 Łachudra 🙂

  2. Skoro to mój pierwszy wpis tutaj, to pozwolę sobie przewitać się ładnie: „Dobry wieczór Państwu!”.
    Nie ukrywam, że jestem jednym z tych pechowców, którzy swojego czasu pogrywali z Grzegorzem w erpegi, a w szczególności mieli wątpliwą przyjemność przeżyć powyższego gniota osobiście.
    Dzisiaj rano, sprawdzając maile zauważyłem list od Grzesia, krótko i zwięźle informujący o publikacji „Kronik”. Przyznaję bez bicia, że od dłuższego czasu „lurkuję” Lisią Norę, więc temat lisionorowych raportów z sesji nie jest mi obcy. Natychmiast odpaliłem fajerfoksa i mym oczom ukazały się Grzesiowe kalumnie pod adresem R.A. Salvatore. Napisałem o tym Grzesiowi, który kazał mi się „nie krępować i wrzucić uwagi do komentów pod wpisem”, co też czynię:

    „Prawdą jest, że Salvatore zżynając postać Nyma dokonał modyfikacji nieobjętej prawem licencji i zmienił oryginalnego „łotrzyka” na „rangera”. ” 😛

    Zatem wszelkie uwagi odnośnie braku oryginalności drowa można między bajki włożyć. 🙂 Moim zdaniem jedynymi sensownymi profesjami dla drowa są: magus, wojownik, ranger i złodziej. Skoro sekcja magiczna oraz sekcja fizoli były już obsadzone, a osobiście nie lubię (o ile nie muszę) grać ani ludźmi (a ludzkimi kobietami w szczególności) ani postaciami z przewagą siły nad inteligencją, to wybór po raz pierwszy padł na złodzieja. Do drowów zawsze miałem słabość, podobnie jak do Chissów, więc powstał drow/male/thief/chaotic-neutral. I tutaj objawia się kolejna różnica z „literackim pierwowzorem”: chaotic-neutral a nie chaotic-good, więc proszę nie oskarżać pana Salvatore o plagiat, ok? 😛

    • Chyba nikt nigdy nie kazał ci grać ludzka kobietą? 🙂
      Dopiero czytając raport po raz 20 zorietowałem sie że wiedźma zapomniała kazać nam wyświadczyć sobie przysługe za odczynienie uroku z Księcia 🙂

  3. Ha, ha!
    Mówimy o sesji sprzed wielu lat. Kiedy to było? 2003? Tak bym obstawiał. Zupełnie już nie pamiętam szczegółów dotyczących samej fabuły, a co dopiero okoliczności okołogrowych…

    Granie postaciami przypominającymi bohaterów gier/filmów/książek ma tą ogromną zaletę, że ma się już taką postać wyobrażoną, sprofilowaną, konkretną. Więc jest dobre – bo przecież rpg generalnie na stereotypach stoi.

    Co do narzucenia, to wydaje mi się że mężczyznę/człowieka/wojownika sam wybrałeś a ja namaściłem go tylko na księcia (bo najbardziej z drużyny pasował).

    • Chciałem Maga 😦 co potem nadrobiłem 🙂 Ale granie księciuniem było fajne 🙂 Nie wiem tylko dlaczego odgrywanie księcia – idioty wziąłeś za robienie fochów i torpedowanie sesji? 🙂
      2003 Jesień. Albo 2004 wiosna. Chyba 2004 wiosna.
      Eh te czasy… 🙂

  4. Ja otwarłem własne notatki i niewiele z nich pamiętam…

    Ale co, nie mogłeś być księciem-magiem? Ja się nie zgodziłem? Ty nie chciałeś? Za mało postaci walczących w drużynie? Zupełnie nie pamiętam tej sytuacji…

    Ale, jak wiesz, dopytywałem się nawet o te postacie backupowe. Zupełnie nie pamiętałem, kim były i kto nimi grał (chociaż mam rozpisane ich staty i skille).

  5. […] Dla przypomnienia, rozdział I można znaleźć tutaj […]

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s