Zagraj to jeszcze raz, Jaskier (by Domel).

Play it, Sam. Play „As Time Goes By.”

                                         (Ilsa Lund)

czyli króciutka recenzja „Sezonu Burz” pióra Andrzeja Sapkowskiego.

            Czytając deklaracje kolegi Błażeja o planowanym terminie zakończenia lektury „Sezonu Burz”, jak i prośby Mola o recenzję powieści, doszedłem do wniosku, że osobiście podzielę się z Wami swoją opinią o najnowszej książce Sapkowskiego. Nie wiem tylko, czy jestem odpowiednią osobą na odpowiednim miejscu. Dlaczego? Dlatego, że już raz, pośrednio przez Sapkowskiego, mało co życia nie straciłem, gdy Gucio i Marcellus rzucili się mi do gardła, po tym, jak ośmieliłem się stwierdzić, iż ekranizacja opowiadań o wiedźminie jest przeciętna, ale dobrze, że w ogóle powstała. Postanowiłem jednak zaryzykować, więc „let’s go”.

Komiks Wiedzmin 01

            Nie ukrywam, że siadając do lektury miałem mieszane uczucia. Z jednej strony cieszyłem się, że Sapkowski zdecydował się na napisanie kolejnej książki traktującej o wiedźminie, z drugiej zaś, zastanawiałem się, czy sensowne było „odgrzewanie kotleta”, skoro ów „kotlet” pozostaje zimny jak trup od ponad 10 lat. Dodatkowo pokrzepiła mnie opinia Błażeja o „miodności” nowego dzieła pana Andrzeja. Zdecydowałem się jednak odłożyć na bok wszelkie wątpliwości oraz uprzedzenia i zagłębiłem się w lekturze. I zaczęły się schody… Niby wiedźmin, niby styl znany z poprzednich książek Sapkowskiego, niby poniekąd wartka i pełna zwrotów akcja, ale coś mi zgrzytało. Zgrzyt ten przypominał odgłos, jaki wydaje zleżały papier torturowany przez mocno stępione pióro.

            Na początek co nieco o formie i stylu utworu. Wszystkich, którzy po „Sezonie burz” oczekują czegoś więcej, niż długiego opowiadania muszę rozczarować. Mimo licznych interludiów à la „Ostatnie życzenie”, powodujących, że całość kojarzy się bardziej z powieścią szkatułkową, okres, w którym rozgrywa się akcja powoduje, że w moich oczach książka ta stanowi bardziej opowiadanie rozciągnięte w formie i treści, niż powieść z prawdziwego zdarzenia.

            Tym, co mnie mocno zdziwiło, to natłok łacińskich premii przewijający się w ilościach hurtowych przez pierwsze kilkadziesiąt stron, jakby autor uparł się wtłoczyć na karty „Sezonu burz” lwią część książki Jana Rezlera „Język łaciński dla prawników”. Domyślam się, że zamiarem Sapkowskiego (po części udanym) było dodanie kolorytu „prawniczym” perypetiom Geralta. Szczerze mówiąc, maniera taka pasowała jak ulał do „trylogii husyckiej”, natomiast w przypadku wiedźmińskiego uniwersum, zachwiała nieco moim wyobrażeniem o tym świecie, bo skąd u licha łacina w Kerack? Dlatego też, przez pierwszą część lektury czułem się, jakbym, korzystając z wehikułu czasu, wylądował na wykładach z prawa rzymskiego i z ulgą odetchnąłem, gdy nasz bohater „opuścił obszary zurbanizowane i udał się w leśne ostępy”. Niestety, pod koniec książki Sapkowski przypomniał sobie o pewnej dozie legalizmu, którą eksploatował wraz z pierwszymi stronami „Sezonu burz”, co spowodowało, że czytając treść roszczenia zawartego w pozwie, który pojawia się pod sam koniec opowieści, czułem się, jakbym czytał pierwszy lepszy wzór pozwu o zwrot nienależnie pobranego świadczenia rodem z aplikacji Lex by Wolters Kluwer.

Wiedzmin 3 Dziki Gon

            Kontynuując wątek manier językowych, to, o ile mnie moja alzheimerowska pamięć nie myli, w poprzednich „wiedźmińskich” dziełach Sapkowski stosował ciekawą stylizację językową, ocierającą się o staropolszczyznę. Czynił to z umiarem i taktem tak wielkim, że momentami miałem poczucie niedosytu i z niecierpliwością czekałem na kolejną dawkę. Niestety, w przypadku „Sezonu burz”, po przeczytaniu kilkunastu stron, miałem owej maniery serdecznie dosyć i z ulgą przyjąłem fakt, że „im głębiej w książkę, tym maniery mniej”.

            Nie muszę chyba też dodawać, że w książce nie brakuje opisów humorystycznych (chociażby scena licytacji kilku przedmiotów z „przyrządem z kości słoniowej, o kształcie obłym i wydłużonym” czy „krasnoludzkim dzwonkiem z inskrypcją” włącznie), czy drastycznych (by nie „spojlerować” intrygi przykładu nie podam), jak również, z czego Sapkowski słynie, odwołań do innych utworów literackich („(…)krasnoludów, w smoczych kwestiach oblatanych.”). Niestety, odwołaniom tym nijak do tych obecnych w innych książkach o wiedźminie, gdzie autor, w sposób subtelny i inteligentny wplatał w karty powieści motywy znane nam z bajek, legend czy też wyrażenia obecne w języku dnia codziennego. Na plus należy zaliczyć, że obecne w książce opisy mniej lub bardziej erotycznych uniesień bohaterów nie odstają od tych, do których nas autor przyzwyczaił. Jednocześnie pomijam fakt, że Geralt w „Sezonie burz” wyrasta na jebakę „pierwowo sorta”, przed którym owce, z przestrachem w oczach, przysiadają na zadach, a bezpieczne są jedynie wiewiórki i jeże.

131212_590113120

            Oczywiście błędem byłoby twierdzić, że styl, którym napisano „Sezon burz” to „syf, malaria i chomiki”. Nic bardziej mylnego. Po prostu Sapkowski utrzymuje pewien język, znany nam z innych książek o wiedźminie, chociaż w mojej ocenie, robi to czasami zbyt nachalnie.

            Skoro już, mniej lub bardziej nieudolnie, poznęcałem się nad formą i stylem, to przejdźmy do intrygi. Niechęć do spojlerowania nie pozwala mi na wgłębienie się w szczegóły, więc pozwolę sobie tę kwestię poruszyć w jak najbardziej ogólny sposób. Intryga jest, a i owszem. U jej zarania stoi coś bardzo prozaicznego – zwykła, ordynarna kradzież, która może nie jest siłą sprawczą wszystkich wydarzeń, lecz z pewnością nie pozostaje bez wpływu na perypetie naszego gieroja. I tutaj dochodzę do sedna sprawy. Geralt, do czego przyzwyczailiśmy się nie tylko w sadze, ale i po części w opowiadaniach, nie jest w „Sezonie burz” „obywatelem świata znanym na dworach” lecz zwykłym, choć nie pozbawionym pewnej dozy renomy, wędrującym zabójcą potworów „na dorobku”. Wiedźmin jest tutaj niczym stateczek na wzburzonym morzu, rzucany na lewo i prawo wiatrem wydarzeń i działaniami innych osób. W „Sezonie burz” nie ma miejsca na wiedźmińską butę czy niezależność, do czego Sapkowski jednak trochę nas przyzwyczaił w poprzednich książkach o Geralcie. Niemała w tym zasługa czasu, w którym powieść została umiejscowiona, lecz chronologię pozwolę sobie zostawić na koniec.

            Od strony fabuły „Sezon burz” kojarzy mi się z całkiem ciekawą sesją RPG – mamy quest główny, od czasu do czasu pojawia się poboczny i to całkiem dla czytelnika atrakcyjny, ale wielowątkowości czy wręcz „sandboxu” nie należy się tutaj spodziewać. Owszem, w tle zatargi graniczne Temerii z Redanią, spory dynastyczne w Kerack, ale wszystko to nie zmienia faktu, że w „Sezonie burz” brakowało mi tego uczucia, które towarzyszyło m.in. wydarzeniom z czasów sagi, uczucia „żywego świata” otaczającego bohaterów.

            Natomiast bohaterowie nie pozostawiają nic do zarzucenia. Jak to u Sapkowskiego – plejada wyrazistych postaci, zarówno tych z przewagą elementu „lawful-good”, jak i tych z „chaotic-evil”. Oczywiście nie brakuje także pozostałych aspektów charakteru znanych z AD&D i jego mutacji. Autor rzuca czytelnikowi na pożarcie bohaterów znanych nam już z poprzednich książek o wiedźminie, jak i zupełnych „świeżaków”, a dbałość o każdy szczegół nawet najmniej, wydawałoby się, znaczącej postaci ma swój ukryty sens i godna jest najwyższych pochwał. Sapkowski wykorzystuje też motyw znany z sagi o wiedźminie, dając Geraltowi pomocnika w osobie postaci, którą, delikatnie powiedziawszy, każdy szanujący się wiedźmin powinien niechybnie uśmiercić.

wiedzmin-2-zabojcy-krolow-gamescom-otwieracz_173k3

            Jednak nie wszystko złoto, co się świeci… To, co mnie zniesmaczyło w sadze, to sposób w jaki Sapkowski rozprawił się ze swoimi bohaterami. Nie chodzi mi bynajmniej o ich ostateczny koniec, lecz o szybkość, z jaką autor wysłał „na tamten świat” superherosów, którzy przez bez mała pięć tomów „rządzili światem”, a przynajmniej sporą jego częścią. W „Sezonie burz” natknąłem się na coś podobnego. Nie chodzi mi o tempo opisanych w książce rewolucji czy przewrotów, gdyż ich immanentnymi cechami są gwałtowność i zaskoczenie, lecz o pojedynek arcywrogów, który zamiast okazać się starciem tytanów, wypadł niby pierdnięcie komara na wietrze – szybko i niezauważalnie.

            Last but not least, należy wspomnieć o stosowanej już przez Sapkowskiego na kartach sagi konstrukcji wplatania w główny wątek wydarzeń „z przyszłości” i to przyszłości całkiem odległej. „Sezon burz” nie jest wolny od takich zabiegów, a podmiotem tych wydarzeń jest znana czytelnikowi osoba Nimue. Może to świadczyć o chęci autora do kontynuacji pewnych wątków. O ile całość „Sezonu burz” może stać się punktem wyjścia do kolejnego cyklu, którego akcja toczy się przed wydarzeniami znanymi czytelnikowi z kart sagi, o tyle wykorzystanie leitmotivu Nimue nie pozostawiałoby wątpliwości, że akcja ewentualnych przyszłych powieści paradoksalnie rozgrywać się będzie po wydarzeniach roku 1268. Wizja cyklu dziejącego się „przed sagą”, rozbudza we mnie nadzieje na całkiem ciekawe książki. Niestety, z obawą wypatrywał będę opowieści z ery „post”, gdyż jeden wehikuł czasu podczas lektury „Sezonu burz” już przeżyłem.

            Na koniec obiecane wyżej wywody odnośnie chronologii wydarzeń. Zastanawiałem się, w którym momencie wiedźmińskiego żywota umiejscowić „Sezon burz”. Z pomocą przyszedł mi sam Sapkowski, gdyż na końcu książki dowiadujemy się o nagrodzie, jaką wyznaczył za pewną strzygę król Foltest. Nie ukrywam, że wiedziony ciekawością, pokopałem także odrobinę po sieci i na wiedźmińskiej Wiki znalazłem taki oto cytat:

„Lytta Neyd, zwana Koral. Przydomek wziął się od koloru pomadki do ust, jakiej używała. Lytta oplotkowała go kiedyś przed królem Belohunem, i to tak, że poszedł na tydzień do lochu. Gdy wypuszczono go, poszedł do niej zapytać o powody. Nie wiedząc kiedy, wylądował w jej łóżku i tam spędził drugi tydzień.”

(„Miecz przeznaczenia”,

opowiadanie „Coś więcej”, s. 329)

            Należałoby się zatem zastanowić, czy pomysł na „Sezon burz” stworzony został przez Sapkowskiego wraz z pisaniem opowiadań o wiedźminie, czy też autor dopiero teraz zdecydował się na rozwinięcie tej krótkiej informacji do rozmiarów całkiem pokaźnego opowiadania. Niestety, odpowiedź na to pytanie zna jedynie pan Andrzej.

Komiks Wiedzmin 02

            Na koniec nieśmiertelne pytanie: „czy warto przeczytać?”. Zanim odpowiem, parafrazując jeden z postów Gutosława, który, wiedziony sentymentem, przeczytał „starego wiedźmina” i odkrył „nuuuudęęęę” (po kiego czytałeś twórczość Wegnera, bucu? :P) powiem tak: Nie ukrywam, że gdyby „Sezon burz” został wydany przed sagą, satysfakcja z czytania byłaby o wiele większa. Kiepsko czyta się przygody kogoś, kto, mimo wszystko, jest dla czytelnika „żyjącym trupem”. Wracając jednak do odpowiedzi na pytanie, czy warto? Z sentymentu z pewnością tak. Czy spodziewać się trzęsienia ziemi podobnego do tego, który przeżyłem po pierwszym spotkaniu z np. „Ostatnim życzeniem”? Z pewnością nie. Czy spodziewać się żalu z faktu „odgrzania kotleta”? Też nie. Jest to po prostu jeden z wielu (co prawda warsztatowo bardzo dobry) interquel, midquel czy inny „sequel prequeli” napisany chyba raczej z potrzeby kieszeni niż potrzeby ducha i może żywić nadzieję na całkiem ciekawy cykl, uzupełniający dzieje Geralta z czasów „Ostatniego życzenia” i „Miecza przeznaczenia”. Nie zmienia to faktu, że większość z tych, którzy sięgną po „Sezon Burz” zrobi to, podobnie jak Gutek, z sentymentu, a łączna ocen pozytywnych i negatywnych będzie, jak to z bilansem bywa, równa zeru.

Zagraj to jeszcze raz, Jaskier.

Zagraj „Jak mija czas

                                (Geralt)

Reklamy

Komentarze 4

  1. No to zacząłem czytać.

    Już na pierwszych stronach Sapek dowalił urzędnikom gminnym dwukrotnie. He, he.

  2. Milo widzieć wpis kolejnego autora:).

    Za „Sezon…” się jeszcze nie wziąłem. Czeka, woła, ale jakoś mało skutecznie. Zakopałem się Szekspirze i Howardzia (nowe tłumaczenie z Rebisa naprawdę miażdży wszystkie pozostałe!)

    Dzięki za świetną recenzję. Na dzień dzisiejszy czują się i ostrzeżony, i zachęcony.

  3. Byłem w sobotę na nudnym, za to długim, zebraniu członków mojej spółdzielni mieszkaniowej. Machnąłem w trakcie pół Sezonu Burz.

    Dobrze jest podchodzić z rezerwą, bo wtedy obawy się potwierdzą (bez zaskoczenia) albo nie potwierdzą (pozytywne zaskoczenie). No więc pozytywne zaskoczenie. Tak, prawda: odgrzewany kotlet, nadmiar makaronizmów, karykaturalny wręcz styl, wydłużone opowiadanie. Wszystko absolutna prawda. Ale oprócz tego to rasowy Sapkowski – samo się czyta. Wciąga jak chodzenie po bagnach. Nie miałem tak od Pana Lodowego Ogrodu.

  4. Sezon przeczytany.
    Sapkowski utrzymał poziom, to kawałek naprawdę udanego czytadła. Zagadką także dla mnie jest, dlaczego nie podzielił kilku bardzo niepasujących do siebie wątków na dwa-trzy osobne opowiadania, ale tak czy owak – jest znacznie lepiej, niż myślałem, że będzie.
    Opłaciło się podchodzić z dużą rezerwą. 😀

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s