Void Dancers na Polconie

Udało się. Dotarłem na prelekcję Selekosa o jego nadchodzącym (miejmy nadzieję) wielkimi krokami systemie SF/cyberpunk. Poniżej to, co zapamiętałem z wcześniejszych rozmów z Michałem (na Avie, GG i przedwczoraj we Wrocławiu na Polconie). Forma napisu wynika z chęci bycia w pełni zrozumiałym i jak najmniej chaotycznym.

1. Czas akcji – XXIV w., a konkretnie rok 2323 ustalony jako domyślny startowy. Ze względu na koncepcję podróży międzygwiezdnej potencjalna kampania może trwać dziesiątki lat. Co prawda Autor nie przewiduje dłuższych, ale po tym, co usłyszałem, nie miałbym większych problemów, by wykreować opowieść nawiązującej pod względem czasu trwania akcji do Wiecznej Wojny Haldemana.

Czytaj dalej

Reklamy

Polskie SF RPG 2012

Od razu, nim ktoś zacznie mnie punktować, zastrzegę, że nie jest to wpis o SF w ogóle, dylematach, czy dany system to space opera czy hard sf (w moim odczuciu niemal każde erpegowe SF kończy się space operą :)), czy nawet cyberpunk, „Nemezis”, które już (szczęśliwie!) wydano czy „Interface Zero”. Poniższe opisy nie są recenzjami, bowiem nie mam tak dużej wiedzy na ich temat, by się silić na ocenę. Wskażę tylko to, co mi się spodobało lub budzi wątpliwości.

Czytaj dalej

Beryl vs MP-40

Marcin Ciszewski „Major”

Gdzieś, kiedyś czytałem wspomnienia człowieka, który był świadkiem powstania w getcie warszawskim. W pamięci utkwił mu taki oto obraz: niemiecka armata ustawiona na ulicy ostrzeliwuje budynek zajęty przez powstańców. Gdyby autor wspomnień żył w świecie wykreowanym na kartach nowej powieści Marcina Ciszewskiego, zapamiętałby scenę z sześciolufowym działkiem na ciężarówce zmieniającym kilkudziesięciu esesmanów w magazyn krwistych, zupełnie niekoszernych befsztyków. Czytaj dalej

W kręgu oklepanych motywów

Kultura popularna schematem i konwencją stoi. Kiedy jeszcze na studiach, będzie ok. 12 lat temu, wykładowczyni od popularnej a później moja promotorka próbowała nam to udowodnić, patrzyłem na nią z politowaniem. Teraz sam tak mówię studentom.

Trudno się mówi. Popularna to nie Bergman czy Antonioni, nawet jeśli ostatnimi czasy mamy do czynienia z postępującym zacieraniem się grani między kulturą popularną a tzw. wysoką. Przekaz ma być możliwie prosty i zrozumiały dla szerokiej grupy odbiorców, co najłatwiej zrealizować odwołaniami do określonych konwencji, stereotypów czy archetypów. Ważna jest odpowiedź na pytanie „jak?”, a nie „co?” I z mojego punktu widzenia, twórcy trzech ostatnio obejrzanych przeze mnie filmów udzielili jej w sposób jeśli nie świetny to przynajmniej zadowalający.

Pandorum (2009, Niemcy, USA, reż. Ch. Alvart)

Statek wielopokoleniowy, międzygwiezdna arka. Motyw prawie tak stary jak klasyczna science fiction (jak kto woli hard sf), prawdopodobnie po raz pierwszy pojawił się w eseju Bernala w 1929 roku, a szczególne tryumfy święcił w latach 1950-1970 (m.in. Non-stop Aldissa, Rama Clarke’a, Uwięziony wszechświat Harrisona czy seriale Kosmos 1999 oraz Star Trek). Wydawałoby się, że niewiele można jeszcze wyciągnąć z tego skądinąd nośnego toposu, a tymczasem twórcom Pandorum udało się go odświeżyć i przedstawić w atrakcyjnej formie.

Oto ze snu hibernacyjnego budzi się dwu członków załogi wielkiego statku kosmicznego „Elysium”. Od początku wiadomo, że coś jest nie tak, statek wydaje się być opuszczony, reaktor zwyczajnie wariuje, brakuje energii, wszędzie widać ślady uszkodzeń. W dodatku porucznik Payton i kapral Bower cierpią na amnezję pohibernacyjną, z trudem sobie przypominając cokolwiek poza swoimi nazwiskami. Nie znają celu podróży, nie pamiętają nawet swoich funkcji. Podróż przez otchłanie „Elysium” staną się dla jednego z nich metaforą poszukiwania prawdy, która jest dużo mniej przyjemna niż by się wydawało na początku. Rzecz jasna nie ma co się nastawiać na nową Odyseję Kosmiczną. Mamy zdecydowanie do czynienia z kinem akcji, co wcale nie umniejsza walorów tego obrazu.

Twórcy Pandorum wyraźnie inspirowali się klasycznymi obrazami SF jak Obcy czy Ukryty wymiar, co widać po scenografii. Wnętrza „Elysium” przypominają kolejną wariację na temat Gigera. Rdza, plątanina kabli, zniszczone komory, sterylne korytarze już dawno stały się wykręconą wersją gotyckiego zamczyska (jak „Nostromo”, który wedle legendy narodził się ze snu Scotta o latającym zamczysku czy „Event Horizon” wzorowany na katedrze Notre Dame).Otoczenie potęguje klimat wszechobecnego zagrożenia, a mroczny motyw tytułowego pandorum (retrospekcja ukazująca los statku „Eden” mnie osobiście powaliła) udowadnia jak malutcy są ludzie wobec pustki Kosmosu.

Moon (2009, Wielka Brytania, reż. D. Jones)

Brytole po raz kolejny udowadniają (m.in. po niedocenianym W stronę słońca czy Ludzkich dzieciach), że dla nich science fiction to coś więcej niż dynamiczna akcja umiejscowiona w przyszłości. Po raz kolejny widz otrzymuje dzieło, które wykorzystuje futurystyczny kostium do rozważań na temat istoty człowieczeństwa (tak ogólnikowo przedstawię główny problem zaprezentowany w filmie, by nie spoilerować). Który to już raz z rzędu? Ileż to razy mogliśmy odnaleźć w literaturze i filmie podobne wątki? Szereg tytułów aż ciśnie się na język: Człowiek plus Pohla, Zmieniaki Smitha, Neuromancer Gibsona czy szereg powieści i opowiadań Dicka.

Moon nie przynależy do gatunku sensacyjnego. Choć poczynione założenia fabularne (samotny człowiek w bazie księżycowej) aż proszą się o stworzenie horroru lub thrillera, to w tym przypadku widz ma do czynienia z dramatem. Dramatem, w którym poznamy istotę samotności, odrzucenia, ale i współczucia. Parszywy los Sama Bella, którego trzyletni kontrakt na Księżycu dobiega końca, staje się pretekstem do dyskusji na temat tego, kto jest bardziej ludzki: najemnicy i urzędnicy korporacyjni czy zwykły robot, który niezgrabnie poklepuje bohatera po ramieniu mechanicznym chwytakiem? Ów gest urasta tutaj do rangi symbolu.

Film kameralny, spokojny z podobną grą Sama Rockwella – naturalną i wyciszoną. To wszystko w zimnej scenerii powierzchni Księżyca, którą oświetla ziemski glob – dla Sama metafora utraconego raju.

Jasne, niby nic oryginalnego. Odnajdziemy w Moon nawiązania do Łowcy androidów, ale i reprezentantów starszego kina SF – Niemego wyścigu i 2001: Odysei kosmicznej. Mimo to sposób opowiedzenia historii sprawia, że stary motyw został ślicznie odrestaurowany.

Ink (2009, USA, reż. J. Winans)

Jak dla mnie jedno z lepszych urban fantasy, jakie ostatnio obejrzałem. Film zagadkowy, enigmatyczny, a przecież mimo licznych retrospekcji, zapętlenia chronologii czy specyficznego montażu bardzo czytelny i zrozumiały. Nie zamierzam nawet zarysowywać fabuły, gdyż w tym przypadku byłaby to zbrodnia. Mam ogromny szacunek dla scenarzysty (a zarazem reżysera i kompozytora ścieżki dźwiękowej) za to, iż nie traktuje widzów niczym upośledzone dzieci, w pełni objaśniając świat, w którym toczy się akcja. Wręcz przeciwnie pierwsze kilkanaście minut to zbiór z pozoru niepołączonych scen, który można przyrównać do chaotycznie rozrzuconych elementów układanki. Wiemy, iż składają się one na pewien nadrzędny obraz, ale początkowo nie jesteśmy w stanie złożyć go w całość.

Mimo wszystkich zabiegów jest to dzieło klasyczne, które pod względem konstrukcji przyczynowo-skutkowej ma swoje początki gdzieś w XIX-wiecznym, realistycznym obrazowaniu. Odwołanie do strzelby Czechowa jest tutaj w pełni uzasadniona. Wbrew onirycznej atmosferze wszystko, co widzimy na ekranie podczas oglądania Inka, ma swoje miejsce i logiczną przyczynę, łącząc się w opowieść o winie, odkupieniu i walce o ludzką duszę. Dodam, dość widowiskowej walce.

Po raz kolejny, oklepany motyw, został odświeżony. To m.in. zasługa wykreowanych postaci (Jacob-Tropiciel, Emma, Liev, Allel czy też Zmory) jak i gry aktorskiej. Co prawda w jednej z recenzji spotkałem się z zarzutem , iż w pierwszych scenach jest ona sztuczna, jednakże sam owej nienaturalności nie dostrzegłem. Mało tego, Quinn Hunchar odgrywająca rolę Emmy to jak dla mnie jedna z ciekawszych dziecięcych kreacji aktorskich, jakie widziałem ostatnim czasem (trzy ryki lwicy, a zwłaszcza pierwsze „Rowrrr” rządziły :), kto widział, ten wie).

Niewątpliwym atutem filmu  jest muzyka, piękna, spokojna, mająca źródła gdzieś w ambiencie. Miejscami przypominała mi dokonania Murphy’ego z W stronę słońca czy 28 dni/tygodni później.

Sam wykreowany świat czy osadzona w nim fabuła kilkukrotnie skojarzyła mi się z książkami Gaimana (w niewielkim stopniu też z Głupcem na wzgórzu Ruffa), a i to raczej pod względem nastroju niż konkretnych rozwiązań fabularnych.

Tak czy inaczej to kolejny film, który z całego serca polecam.

Trzy filmy i RPG

A co z tym wszystkim ma wspólnego RPG? Wystarczy, iż powiem, że zarówno Moon i Pandorum znajduje się na liście filmowych inspiracji systemu Eclipse Phase. Nic dziwnego, o ile ten pierwszy raczej trudno wykorzystać jako scenariusz sesji (chyba, że po „wzbogaceniu” go o dynamiczną akcję), to sama problematyka ukazana w nim znalazła swoje miejsce w systemach hard science fiction.

W przypadku Pandorum aż dziwne, że statek-arka tak rzadko pojawia się w grach fabularnych. Paradoksalnie akcja pierwszego erpega SF Metamorphosis Alpha rozgrywała się na pokładzie statku wielopokoleniowego, ale od tego czasu pomysł ów pojawiał się sporadycznie i najczęściej jako tło, chociażby w kolejnych edycjach Travellera. Tymczasem w przypadku Pandorum fabuła filmu aż się prosi o wykorzystanie jako zgrabna przygódka w przyszłościowym Zewie Cthulhu.

Natomiast oglądając Inka ,ciągle miałem wrażenie, że dla Winansa inspiracją był Wraith: the Oblivion. Co prawda, poszukując informacji w internecie, nie znalazłem potwierdzenia, ale przecież bez większych przeróbek dałoby się poprowadzić to jako przygodę w świecie za Zasłoną, w którym gracze mogliby się wcielić w rolę Gawędziarzy i zmierzyć ze Zmorami (wraithowe Spectres?)

I na koniec

To był dobry rok dla kina SF na świecie. Począwszy od czysto rozrywkowej drugiej części Transformers i kolejnej Terminatora, po takie filmy jak Dystrykt 9, animowane 9 (postapo dla dzieciaków, to dopiero pomysł godny Burtona:)) czy wyżej opisane przeze mnie Moon, Pandorum i Ink, dostaliśmy solidną porcję ciekawego SF w róznych odmianach gatunkowych.

Recenzje Avatara oraz Drogi (za brak polskiej premiery powiesiłbym kogoś za jaja!) również nastrajają optymistycznie.

Tak przy okazji ktoś widział Metropię?

Twardy vs Tygrys

Nie, nie zamierzam prowadzić analiz, który czołg jest bardziej czołgowy i udowadniać, iż biedny kociak nie ma szans w starciu z 125milimetrową armatą PT-91. To zrobił już ktoś inny. 

Kilka dni temu ukazała się powieść  Marcina Ciszewskiego „www.1944.waw.pl„, kontynuacja losów bohaterów „www.1939.com.pl„. Ponownie spotkamy się z pułkownikiem Grobickim, kapitanami Wieteską i Kurcewiczem i kilkoma innymi wojakami z Pierwszego Batalionu Rozpoznawczego. Ci, którzy mnie znają mogą potwierdzić, iż ogólnie mam niewielkiego fioła na punkcie militariów i historii wojskowości, a spośród wszystkich konfliktów, bitew i starć szczególnym sentymentem darzę Powstanie Warszawskie. No dobrze, mam na jego punkcie konkretnego pierdolca. Ba, nie tylko czytam o jednej z największych bitew miejskich drugiej wojny światowej, ale zdarzyło mi się kiedyś poprowadzić przygodę do autorskiego systemu, w której grupa najemników z XXIII wieku udało się w podróż w czasie do ogarniętej sierpniowymi walkami Warszawy (pamiętasz, Jaro?)

Ciszewski widać ma podobne zainteresowania, bo po pierwszym tomie, w którym 16 Twardych i 10 Rosomaków wspartych przez Amosy, Kraby, Mi-24 i inny stuff wojskowy spuszcza pokazowy łomot XVI Korpusowi Pancernemu, funduje tym razem Niemiaszkom nieprzyjemną niespodziankę w Warszawie 1944 roku. Oto wybucha powstanie, tak jak i w naszej wersji historii, 1 sierpnia, ale tym razem Batalion Uderzeniowy złożony z dawnych żołnierzy Grobickiego i najlepszych wojaków z AK, szkolony według standardów GROMu i wsparty kilkoma ocalałymi pojazdami z Batalionu Rozpoznawczego (w tym Twarde, Rosomaki i po jednej Białej oraz Amosie) rozbija niemiecką obroną w zasadzie w ciągu dwu dni. Pada Uniwersytet, gmachy Gestapo i inne ośrodki oporu, które niestety nie zostały w rzeczywistości zdobyte. Choć szkopskie Tygrysy są dużo lepsze od PzII, które wojacy Grobickiego rozpruwali w 1939, to przeciw Twardym nie mają większych szans. Dodajmy do tego nowoczesną broń strzelecką, granatniki Pallad, RPG i osobisty osprzęt komunikacyjny i mamy krzyżówkę Groznego, Libanu i bijatyki w remizie w Pcimiu Dolnym, czyli… 

jest głośno, wybuchowo i bez zasad.

Mamy więc do czynienia z powtórką fabuły w pierwszym tomie? Nie całkiem. Z pewnych względów, których nie wyjaśnię, by nie spoilerować, nowa powieść Ciszewskiego niemal kompletnie pozbawiona jest elementów humorystycznych. Choć wojacy pozostali tacy sami, zawzięci, zdecydowani i twardsi od pancerza PT-91, nomen omen Twardego, to przecież nie rzucają grepsów na lewo i prawo. Zresztą nie czas na to. Okupacja nie nastrajała wszak satyrycznie czy humorystycznie. Mimo to powieść czyta się doskonale i równie szybko co pierwsze dzieło Cieszewskiego. Dwie godzinki i było po sprawie. Po prostu porządne czytadło bez żadnych ambicji bycia rewolucyjnym. Zawsze przyjemnie jest poczytać o tym jak to „nasi” piorą „onych”, mając w dodatku technologiczną przewagę :). 

Książka bez wad?

A w życiu! Zresztą takowych nie ma. Natomiast do Ciszewskiego mam kilka zarzutów (ale żem zabrzmiał autorytarnie:)). Po pierwsze jeśli ktoś oczekuje fresku historycznego na temat powstania, to niech zapomni. To mimo wszystko losy kilku bohaterów i kilku akcji w początkowym okresie walk w Warszawie. Co prawda autor prawdopodonie celowo tak przedstawił konflikt, by niepotrzebnie nie rozdmuchiwać powieści (wszak, ze powtórzę się, pisał dzieło ściśle rozrywkowe, wpisane w schemat powieści awanturniczo-wojennej), ale mimo wszystko czytelnik po przeczytaniu dzieła może mieć wrażenie, że te walki to mógł wygrać jeden 700-osobowy batalion z rzadka wsparty zgrupowaniami. Z postaci znanych dowóców odnotowałem w zasadzie tylko Drzymałę, Ruczaja i Krybara (raz gdzieś tam wspomnianego), ani słowa w  zasadzie o działaniach w innych rejonach. Z tego powodu powstanie u Ciszewskiego wygląda jakoś na takie małe, niepozorne. Ot poruchawka warszawska, nie powstanie. 

Kolejną wadą, do tego wydaje mi się dość poważną, są niespójności w fabule. O ile w poprzednim dziele wydarzeniach są połączone związkiem przyczynowo-skutkowym, który ma przynajmniej pozory realności, to tutaj przynajmniej kilkukrotnie kołek, na którym zawisła moja niewiara, niebezpiecznie się zachwiał. Szczególnie szwankuje motywacja bohaterów, a w niektórych przypadkach ich zachowania, reakcje etc. są wręcz alogiczne (to w szczególności dotyczy zachowania wywiadu amerykańskiego, Niemców, działań Wojtyńskiego itd).

Mimo to z całego serca polecam „www.1944.waw.pl”, chociażby za przedstawienie walk w Warszawie, za postacie bohaterów i za to, że Ciszewski nie próbuje mydlić oczu, lecz daje nam porządną akcję, a co za tym idzie i rozrywkę.