Kroniki Vaasy – rozdział drugi

Dla przypomnienia, rozdział I można znaleźć tutaj

 

Rozdział II

…w którym czarno na białym stoi, że każde działanie ma swoje konsekwencje,

a im jest ono głupsze, tym konsekwencje są bardziej dotkliwe.

 

Niestety to nie jednorożce, ale beznadziejność sytuacji doprowadziła nas do Palischuka – sporego miasta na północno-wschodnim krańcu Vaasy. Miasto, jak miasto. Niska, drewniana zabudowa, mieszkańcy nastawieni do przyjezdnych pokojowo, a gwardziści uprzejmi, aczkolwiek operatywni, o czym mogliśmy przekonać się na własnej skórze.

Dungeons and Dragons 726

Do dziś żałuję, że nie było z nami Ivkisha. Krasnolud, wymigując się jakimiś ważnymi sprawami rodzinnymi, opuścił nasze towarzystwo i pognał, co kuc wyskoczy w swoje rodzinne strony. Jak się później okazało, rozstanie to było brzemienne w skutkach. Ale wracajmy do Palischuka. Karczmy tanie, dziwki brudne, złodzieje w miarę sprytni, a system wczesnego ostrzegania przed kłopotami, zorganizowany przez rajców miejskich, nader sprawny.

Po wynajęciu pokoju w karczmie, książę zaordynował wymarsz „w miasto”, co by roboty poszukać i plotek posłuchać. Jak wielkie było nasze zdziwienie, gdy na miejskim targu spotkaliśmy człowieka łudząco podobnego do Korina. Człek ów był tak zainteresowany handlem warzywami, że ledwo namówiliśmy go, aby rzucił to zajęcie i przez najbliższy rok nie wyściubiał nosa z chałupy. Niestety, chłopina okazał się na tyle inteligentny, że nawet nie chciał słyszeć o możliwości podszycia się pod naszego księcia. Szkoda…

– No to jeden dobry uczynek zaliczony – rzekł Korin i za namową Alberta kazał prowadzić się do ratusza w nadziei na zdobycie jakiegokolwiek zatrudnienia lub wstąpienia do gwardii miejskiej.

Dungeons and Dragons 819

Fryfur, dowódca gwardzistów okazał się na tyle przemiłym i gościnnym człowiekiem, że po krótkiej rozmowie zaproponował nam nocleg (w loszku, oczywiście), obiecując, że z samego rana zostaniemy zaproszeni na rozmowę z przedstawicielami rady miasta. Skuszeni obiecaną strawą, wizją spędzenia nocy w słomie oraz żelaznymi argumentami  nie namyślaliśmy się długo. Loszek okazał się nie tylko nad podziw wygodny, lecz, co najważniejsze, także ciepły.

Następnego ranka zostaliśmy poproszeni na obiecaną rozmowę. Rajcy wykazali się sprytem godnym królewskiego dworu i lojalnie ostrzegli nas, że na gościńcu opodal Palischuka grasują jakowi zbójcy pod dowództwem Mahgana, którzy są dziwnie zainteresowani osobą księcia Korina. Władycy zaznaczyli także, że nie życzą sobie kłopotów zarówno w mieście, jak i w okolicy. Długo byłoby streszczać naszą rozmowę, pełną wyszukanej retoryki i suto okraszoną zawiłymi figurami gramatycznymi. Koniec końców, Korin napisał list do Gegara „Obronnego Szpona”, w którym po krótce opisał nasze przygody oraz wydał niezbędne dyspozycje. Następnie co koń wyskoczy pognaliśmy w kierunku miejskiej bramy.

Byłbym niesprawiedliwy, gdybym rzekł, iż władycy Palischuka okazali się istotami pozbawionymi uczuć wyższych. Przed samą bramą spotkaliśmy przewodniczącego rady, który obdarzył nas nie tylko dobrym słowem, lecz także różnej maści eliksirami, tajemnym zwojem oraz nielichej roboty mieczem. Podziękowawszy za tą niespodziewaną pomoc wyjechaliśmy z miasta.

– Dokąd teraz? – zapytał książę rozglądając się po okolicy.

– Do Zamku Grozy – zgodnie powiedzieli książęcy doradcy. – Nikt nas tam szukać nie będzie, a może uda się jakieś skarby zdobyć. Przydałoby się trochę gotówki, co by wystawić jakieś wojsko i ruszyć szturmem na Darmshall.

Na to, jak brzemienna w skutkach miała okazać się ta rada, musieliśmy poczekać jeszcze kilka dni…

Dungeons and Dragons 109

Podróż do Zamku Grozy (Lub Twierdzy Zła, jak to mówił Albert) minęła szybko i spokojnie. Pewnie dlatego, że hamowaliśmy swoje mordercze zapędy i oszczędzaliśmy siły na czas pobytu w zamku. Jedynym zgrzytem była obecność przerośniętego pajęczaka, który napatoczył się nam podczas noclegu w jednej ze spalonych okolicznych wiosek. Po nieudanym polowaniu, bogatsi o nowe doświadczenia, ruszyliśmy na spotkanie ponurego zamczyska.

Pod zamek dojechaliśmy wieczorkiem i postanowiliśmy poczekać do rana w napotkanej stajni. Stajnia, mimo, że lekko zrujnowana, w sam raz nadawała się na popas. Niestety nie dane było nam spokojnie doczekać poranka. Nie dość, że rozpętała się straszliwa burza, to jeszcze do stajni wkroczył mały oddział szkieletów którym musieliśmy się zająć w trybie pilnym. Po rozwiązaniu kwestii szkieletów zadowoleni udawaliśmy się ponownie na spoczynek, gdy Albert zauważył kolejne niebezpieczeństwo. Coś na kształt dywanu z kości i czaszek zbliżało się do nas w zastraszającym tempie. Nie mogło być mowy o pomyłce. To był wlekun. Przerażająca istota stworzona siłą złej magii. Śmiertelnie groźny przeciwnik, którego szybkość dorównywała naszym wierzchowcom. Błyskawicznie wskoczyliśmy na konie i w strugach deszczu, przy akompaniamencie grzmotów,  rozpoczęliśmy odwrót.

Szło nam całkiem nieźle, dopóki któryś z nas nie zakrzyknął: ”Nie ma już dokąd spierdalać!”. Na tą komendę zawróciliśmy wierzchowce i rozpoczęliśmy szalony atak na przeciwnika. Ach cóż to była za szarża! Szkoda słów… Nie minęło ćwierć klepsydry jak Korin przerażony uciekał co sił w nogach, Albert próbował rozwiązać palący problem braku czarów, ja uciekałem przed wlekunem w kierunku stajni, Lotra – nasz piastun – darł się w niebogłosy: „Książę, uciekaj!”, jeden koń został zeżarty przez przeciwnika, a pozostałe szlag trafił. W ferworze walki okazało się, że naszą broń można o kant dupy potłuc, więc magus, wypowiedziawszy już wszystkie, dostępne mu, magiczne formuły, wziął się za „modyfikowanie magicznej kolczugi w sposób polowy” i przywiązawszy ją do swojego buzdygana (z wiejska zwanego budyzgranem) jął – na zmianę z księciem – okładać przeciwnika. Widząc, że moi towarzysze są w tarapatach, bohatersko zeskoczyłem z dachu stajni i, w nadziei, że zdobędę jakąś broń, ruszyłem w kierunku jedynego konia, który jakimś cudem odnalazł Lotra. Niestety. Juki były puste. Nie namyślając się dłużej zacząłem zdejmować kolczugę i montować z niej jakąś, sobie tylko znaną broń. Miałem nadzieję, że chociaż w ten sposób zdołam pomóc przyjaciołom. Nagle, w świetle błyskawicy zobaczyłem, jak wlekun „pożera” naszego Alberta. Dosłownie starł go na miazgę i wchłonął! Nie było już ratunku dla biednego maga…

Wtem za plecami usłyszałem krzyki. To Korin i Lotra, dosiadając jedynego ocalałego rumaka, darli się co sił w płucach. Nie namyślając się wiele pobiegłem w ich kierunku. Okazało się, że tutejsze szkapy są na tyle wytrzymałe, że potrafią udźwignąć trzech jeźdźców i jeszcze biec galopem.

Udało się! Wlekun z resztkami Alberta oraz jednego z wierzchowców zostali daleko w tyle, a zamek znikł nam z oczu. Szlag trafił nie tylko marzenia o sławie i skarbach, ale także trzy konie i Alberta. Ta ostatnia strata wydawała się najbardziej dotkliwa.

Kilka dni później, zziębnięci i wygłodniali, zauważyliśmy na horyzoncie dym. Książę zdecydował, żebyśmy się tam, na wzór łasiczek, podkradli. Niestety, okazało się, że książę nie dorównuje wspomnianym łasiczkom nie tylko gabarytami, ale także umiejętnością skradania. Zostaliśmy wypatrzeni przez zgraję orków i nie pozostało nam nic innego, jak tylko wycofać się na z góry upatrzone pozycje. Odwrót wcale nie był takim dobrym pomysłem. W czasie, gdy my ostrożnie podkradaliśmy się do orczego obozowiska, inna grupa orków bezczelnie podkradła się do nas. Jak wielkie było nasze zdziwienie, gdy po powrocie w miejsce, gdzie zostawiliśmy Lotrę, zastaliśmy naszego piastuna dokładnie skrępowanego grubymi więzami. Nas czekał ten sam los…

Tak więc dzięki własnej głupocie i nieuwadze nie tylko dostaliśmy się w łapy handlarzy niewolników, ale straciliśmy także cały nasz ekwipunek i wierzchowce. No i Alberta…

Dungeons and Dragons 017

Advertisements

komentarzy 8

  1. głupota jest dopuszczalna tylko w polityce 🙂

  2. @Paolo
    He, he. Fakt, pomysł wyruszenia postaciami na bardzo niskich levelach do najniebezpieczniejszego miejsca w krainie nie był sprytny.

    A nasza polityka… Ech… Nawet łysemu się włosy jeżą.

  3. @ Paolo – od tego byli doradcy księcia, by mu głupio doradzać. 🙂 „Baj de łej”, książę był idiotą, więc czego oczekiwać po nas, skromnych doradcach… 😉

  4. Jak to się dd i gra są ogarnięci i wiedze jaki jest dd to by tego nie zrobili . A może mieli nadzieje ze mg będzie połaziwszy. Ja bym to bardziej dał po naiwność.

    PS: właśnie udałe mi się poprowadzić jedne przygodą.legendy pięciu kranów i do dark haresy 2 ed beta . Jak pan i władce pozwoli na umieszczanie takich strasznych rzeczy.

  5. Ha! Teraz Cię Pawle poznałem!
    Jesteś graczem Tomka, grałeś u niego np. wspaniałą kampanię Sylwańską. Styl Twoich komentarzy pod raportami jest absolutnie nie do podrobienia.

  6. ja grałem . Ale uważam ze tam popełniłem błędów w tej kampanii i to głupich bardzo . ale już wątpię ze zagramy w młotka .

  7. Druzyna doradziła ksieciuniowi wizyte w Twierdzy Zła aka Zamku grozy gdyz zapomniała ze to Yeref pokobywał wszystkie potwory. Yerefa zabrakło więc Albert zapłacił za to najwyzsza cenę…

  8. Ilicz tylko na ciebie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s